TutuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


– Ale ma plamy!

– Kto cię tak pochlapał?

– Piegus!

Takie słowa Tutu słyszała od rana do wieczora. W wielkim chlewie trudno było się schować przed poszturchiwaniami, przezwiskami i dokuczaniem. Tutu nie rozumiała, dlaczego nikt nie chce się z nią bawić. Pocieszenie znajdowała tylko u mamy.

– Co to znaczy „piegus”?


– To znaczy, że masz całe ciało w kropki.

– Ale mam też plamki?

– Są i plamki, to te największe, na przykład tu, na pyszczku. Ale ja te wszystkie plamki, ciapki i piegi bardzo kocham – powiedziała mamusia, liżąc Tutu po grzbiecie.

– A czy ja kiedyś będę taka różowa jak ty i jak wszyscy w chlewiku? – pytała Tutu.

– Tego nie wie nikt – uśmiechnęła się mamusia. – Ale taka w ciapki i plamki jesteś wyjątkowa. Oni to pewnie wreszcie zrozumieją. Muszą dorosnąć. Przecież nie wszyscy są tacy sami. Popatrz na naszą łąkę. Czy wszystkie krowy mają czarno-białe łaty?

– No nie – pokręciła łepkiem Tutu. – Malinka jest brązowa. I Zośka też.

– A kury w ogródku? Wszystkie są białe?

– Nie, nie! – krzyknęła wesoło Tutu. – Są też te trzy z brązowymi łebkami i czarnymi ogonami!

– Podobno gospodarze najbardziej je lubią – dodała mamusia. – Mają od nich najwięcej jajek. Słyszę, jak Basia czasem je chwali.


– Lubię Basię – westchnęła Tutu. – Ona mnie chyba też…

Mała Basia często zaglądała do chlewika. Szczególnie od momentu, kiedy pojawiła się w nim świnka Tutu. Takiej świnki nie miał nikt w całej wiosce! Sierść Tutu była pokryta czarnymi plamkami. Basia widziała, że o świnkę dbała tylko jej mama, pozostałe świnie nie zaakceptowały dziwnego, nowego mieszkańca.

– Jesteś taka ładna – mówiła Basia, biorąc Tutu na ręce. – Wyjątkowa. I kochana – przytulała świnkę, a ta pochrumkiwała cichutko. To były najlepsze chwile.

I to od Basi usłyszała opowieść, która miała zmienić jej życie.

* * *

Basia starała się zaglądać do Tutu każdego ranka przed szkołą. Ale przyszedł dzień, kiedy świnka na próżno wyczekiwała wizyty. Minęło kilka następnych, długich dni. Tutu była zrozpaczona. Nie pomagało przytulanie do mamusi, chciała usłyszeć spokojny głos dziewczynki i znaleźć się przez chwilę w jej ramionach. Miała dość dokuczających jej prosiaków, wstrętnego poszturchiwania i przezywania.

Aż wreszcie otworzyły się drzwi do chlewika i do środka wpadła Basia! Podniosła Tutu i przytuliła ją mocno. Głaskała po grzbiecie i drapała pod brodą.

– Ale się za tobą stęskniłam, Tutu! A ty? Brakowało ci mnie?

Świnka wtuliła łepek w ulubione miejsce na ramieniu dziewczynki. Włosy Basi łaskotały ją w ryjek.


– Muszę ci koniecznie opowiedzieć, gdzie byłam – dziewczynka wyszła z Tutu z chlewika i przysiadła w ogrodzie na ławce. – Pojechaliśmy z klasą na wycieczkę do miasta. Najpierw jechaliśmy autobusem, potem zwiedzaliśmy zamek, oglądaliśmy różne skarby, złote korony i berła, piękne suknie i biżuterię. Spędziliśmy też cały dzień na plaży, nad morzem. Kąpaliśmy się w słonej wodzie! A wieczorem odwiedziliśmy w wielkim akwarium, gdzie mieszkają różne ryby, węże i żółwie. I tam jest takie specjalne kino, oglądaliśmy filmy o zwierzętach. I wiesz, co ja tam widziałam? Film o Wyspie Świnek!

Tutu nastawiła uszu. Wysunęła łepek z ulubionego miejsca na ramieniu Basi i popatrzyła dziewczynce prosto w oczy. Wyspa Świnek? To jakaś bajka?

– To nie bajka, Tutu – mówiła dalej Basia, jakby rozumiała nieme pytanie świnki. – To był film dokumentalny. Daleko stąd, na ciepłym, niebieskim morzu jest wyspa. Nie ma na niej domów, gospodarstw, ludzi, są tylko świnki. Duże, małe, dorosłe i dzieci, różowe, czarne. I są też w ciapki, takie jak ty!

Świnki w ciapki? W kropki? Są gdzieś na świecie? I na dodatek mają swoją wyspę? – Tutu słuchała dalej uważnie.

– Na tej wyspie zawsze jest ciepło – opowiadała Basia. – Rosną palmy i egzotyczne rośliny, otacza ją piękna, piaszczysta plaża i czysta, błękitna woda. Na Wyspie Świnek żyją twoi krewniacy i są tam bardzo szczęśliwi. To prawdziwa rajska wyspa. A ludzie zjawiają się tam tylko wtedy, kiedy trzeba nakarmić świnki. Przypływają łódkami i przywożą im jedzenie.

Czyli ta wyspa to trochę taki chlewik – pomyślała Tutu. – Do chlewika ludzie też przychodzą tylko po to, żeby nakarmić świnie.

Tylko Basia była inna. Basia przychodziła, żeby się pobawić z Tutu, pogłaskać ją i poprzytulać. Właściwie była taką trochę drugą mamą.

Ale Tutu nie wiedziała, że ludzie przychodzą do chlewika również w innym celu.


Tutu obudziła się bardzo wcześnie i od razu wiedziała, że dzieje się coś złego. Z podwórka dobiegały głosy ludzi, a w chlewiku nikt już nie spał. Nagle otworzyły się drzwi, wszedł gospodarz i zaczął wyprowadzać mieszkańców chlewika. Prowadził świnie do dużej furgonetki.

Kiedy wyciągnął ręce po Tutu, mamusia zdążyła tylko krzyknąć:

– Tutu, uciekaj! Kiedy tylko będziesz mogła, uciekaj!

Ale nie udało się uciec. Ręce gospodarza były bardzo mocne. Kiedy Tutu znalazła się w furgonetce, zdążyła jeszcze zobaczyć, jak zamykają się drzwi chlewika, w którym została mamusia. Jeszcze raz usłyszała jej głos:

– Tutu, nie martw się o mnie! Szukaj swojej rajskiej wyspy!

Bo Tutu opowiedziała mamusi o Wyspie Świnek, na której mieszkają nakrapiane świnki.

– Mamusiu, może to właśnie są moi bracia i siostry? Nie wiem, dlaczego są tak daleko, ale bardzo chciałabym ich kiedyś poznać.

– Dobrze mieć marzenia – powiedziała mamusia. – Jesteś odważną, silną, samodzielną świnką. Może rzeczywiście kiedyś poszukasz swojej wyspy? Świat jest coraz mniejszy. Ludzie ciągle gdzieś podróżują. Czemu my, świnie, nie miałybyśmy tego robić? Szczególnie taka wyjątkowa świnka jak ty?


Tutu myślała o tej rozmowie, kiedy furgonetka ruszała spod domu. Czy to miała być właśnie ta podróż? Jej początek? Tylko czemu mamusia wołała, żeby uciekać?

Tutu zobaczyła jeszcze Basię. Dziewczynka stała w oknie i machała do niej! Tutu nie dostrzegła, że dziewczynka ma łzy w oczach.


Furgonetka wjechała na duży plac targowy otoczony straganami. Przez szparę między deskami Tutu widziała ludzi i inne samochody, z których dobiegało kwiczenie, beczenie, gęganie i gdakanie.

– Mówiłem, że jedziemy na targ – odezwał się jeden z prosiaków, które zwykle dokuczały Tutu. – Będziemy mieć nowe domy, ale ciebie to na pewno nikt nie zechce! Kto by wybrał takiego piegusa!

Tutu nie zdążyła się zmartwić, bo w tym momencie usłyszała, jak ktoś otwiera klapę furgonetki i poczuła na grzbiecie ludzkie dłonie.

– Tę weźmiemy! – wykrzyknął gruby głos. – Takiej świnki nam brakuje.

– Ależ kochanie – dobiegł ją głos kobiety. – Mieliśmy przywieźć króliczki, kózki, gąski i kaczuszki, ale nie świnię!

– A co państwo chcą z nią zrobić? – zapytał gospodarz.


– W naszym kurorcie nad morzem prowadzimy ośrodek wczasowy dla rodzin z dziećmi – odpowiedziała kobieta. – I w tym roku uruchamiamy Małe Zoo. Taka atrakcja, wie pan. Miejskie dzieci to nic nie wiedzą o domowych zwierzątkach, więc u nas pobawią się z kaczuszkami, króliczkami… Ale świnia? No nie wiem…

– Mamy już osiołka, rodzinę strusi, trochę ptactwa, dzieciaki będą mogły karmić kury, ostatnio przywieźliśmy też parę kucyków – tłumaczył jej mąż. – Ale wiesz, kochanie, mnie się podoba ta mała świnka. W życiu takiej piegowatej nie widziałem. Ona jest inna niż te różowe prosiaki.

– Ma na imię Tutu – powiedział gospodarz. – I lubi dzieci. Nasza córka często się nią opiekowała. Obiecałem jej, że Tutu trafi do dobrego miejsca.

– U nas będzie jej na pewno dobrze – zaszczebiotała kobieta. – Tylko żeby za szybko nie urosła. Bo to jest Małe Zoo, wie pan, dla dzieci.

Tutu zrozumiała, że w jej życiu zaczyna się coś nowego. Ale co to było Małe Zoo? I dlaczego ma nie rosnąć? Przecież mamusia jej powtarzała, że jak urośnie, to inne świnki ją polubią. Tylko że w klatce, do której włożyły ją silne męskie dłonie, nie było innych świnek.


Za niskim budynkiem szło się przez ogród alejką wśród kwiatów. Dochodziło się do zielonej bramy, nad którą widniał napis „MAŁE ZOO”. Trawiasty, pagórkowaty teren otoczony był drewnianym płotem. Między drzewami i różanymi krzewami stały niewielkie domki. Przed jednym z nich goniło kilka kur, a środkiem trawnika przechadzał się osiołek.

 

Tutu trafiła do zagrody pod płotem. Miała trochę miejsca dla siebie i drewniany chlewik. Z jednej strony mieszkała rodzina strusi, po drugiej było pusto. Niebieski domek z białym dachem czekał na nowych lokatorów.

– Podobno mają tu zamieszkać kozy – struś Lucek był najlepiej poinformowany. – My tu jesteśmy od początku. Pierwszych nas tu przywieźli. Myślałem, że nigdy się nie doczekamy towarzystwa na poziomie. Z osłem nie da się pogadać, kury się nas boją, dobrze, że ktoś fajny zamieszkał obok.

Tutu nie wierzyła własnym uszom. Ktoś fajny? Czyli ona? Na poziomie? Nikomu nie przeszkadzały jej plamki? Nikt jej nie przezywał? A przecież to nie była wymarzona rajska Wyspa Świnek, tylko Małe Zoo.

– A ty wiesz, Lucek, co my tu mamy robić? – zapytała roztropnego strusia.

– Nic. Mamy być atrakcją. Będą nas oglądać.

– Ale przecież mnie nikt nie będzie chciał oglądać. Nawet nie jestem różowa jak inne świnki. Wszyscy śmieją się z moich kropek.

– Ja nie mogę! To właśnie dlatego cię tu wzięli. Bo jesteś inna niż zwykłe prosiaki! – zaśmiał się Lucek.

– A ty? Ty też jesteś inny? I dlatego tu trafiłeś?

– No nie. Ja jestem egzotyczny!

– Co to znaczy „egzotyczny”?

– To znaczy niezwykły. Niespotykany, wyjątkowy, ekscentryczny, fantastyczny…

– Ty, Lucek! – usłyszeli osiołka. – Całkiem ci odbiło?

– Zazdrościsz? – Lucek odwrócił się do osiołka. – Patrz, Tutu, to przykład kogoś, kto jest zwyczajny. Osioł jak osioł, ani duży, ani piękny, ani wyjątkowy.

– A i tak mnie tu lubią i na pewno więcej dzieci będzie chciało pojeździć na ośle niż na strusiu! – odpowiedział osiołek. – My się jeszcze nie znamy – zwrócił się do Tutu. – Mam na imię Pajda i cieszę się, że tu zamieszkałaś. Z tym chwalipiętą nie da się wytrzymać!

– Ja po prostu znam swoją wartość! – Lucek zatrzepotał skrzydłami i wyciągnął szyję. – Nikt w tym ogrodzie nie pochodzi z dalekich krajów. Tylko ja! O to, to! Jestem niespotykany, oryginalny, fantastyczny!

– Z tego, co wiem, urodziłeś się na fermie za lasem, ijaaa! – zaśmiał się Pajda. – Taki to z ciebie egzotyczny struś, rodem z polskiej wioski.

– Ale moi kuzyni i krewni mieszkają daleko stąd, w ciepłych krajach, biegają po pustyni w Afryce – nie poddawał się struś.

– No właśnie – kiwnął łbem osioł. – Biegają! To po co wam skrzydła?! Co to za ptak, co nie lata!

– A ta Afryka to jest tam, gdzie ciepłe morza? – Tutu nagle zainteresowała się tym, co opowiadał Lucek.

– Afryka to wielki kontynent, w środku jest bardzo gorąco, i tak, dookoła są ciepłe morza. A co, wybierasz się tam? Ijaaa! – zaśmiał się Pajda.


– Nie, ja bym chciała się dostać na Wyspę Świnek – odezwała się cichutko Tutu. – Podobno to długa droga.

– Ja nie mogę! Wyspa Świnek! Kto ci takich bzdur naopowiadał?! – dziwił się Lucek. – Miejsce świnek jest w chlewiku i ciesz się, że tutaj masz taką fajną zagrodę! To jest jak luksusowy hotel!

– No… tak… cieszę się… – odpowiedziała niepewnie Tutu. – Ale Basia opowiadała mi…

Tutu nie zdążyła powtórzyć opowieści Basi, bo w ogrodzie pojawili się właściciele Małego Zoo. Prowadzili na długim sznurku czarną, miniaturową kozę. To na nią czekał niebieski domek z białym dachem.

– Przyszła koza do woza! – zaśmiał się mężczyzna, wprowadzając zwierzę do zagrody. – To mamy prawie komplet! – krzyknął zadowolony, odwiązał sznurek, zamknął za sobą bramkę i poszedł w kierunku ośrodka.

– Hej! Czekaliśmy na ciebie! – zawołał struś. – Ja jestem Lucek, ten szary to Pajda, a ta piegowata to Tutu. A ty?

– Co ja? – nie rozumiała koza.

– Jak się nazywasz? No bo masz przecież jakieś imię?

– Nie wiem, wszyscy mówią na mnie Dowoza. To tak się nazywam, prawda?

– Ja nie mogę! Z osłem nie dało się pogadać, ale z tobą będzie jeszcze gorzej! – wykrzyknął Lucek. – Jak żyć w takim towarzystwie? Jak żyć?

– Dowoza? Czemu nie? To ładne jest nawet – powiedział osioł. – Nie przejmuj się Luckiem. On uważa się za najmądrzejszego.

– O to, to! – wrzasnął struś. – Nietrudno tu być najmądrzejszym, najsprytniejszym, najfajniejszym. Dowoza? Ja nie mogę!


Dni stawały się dłuższe i cieplejsze, a do Małego Zoo przybywało coraz więcej turystów. Dzieci jeździły na kucykach na padoku za domem, przybiegały do ogrodu bawić się z Pajdą, przynosiły smakołyki dla Dowozy i Tutu. Trochę bały się wielkich dziobów strusiej rodziny, chociaż Lucek natychmiast zjawiał się przy płocie, kiedy ludzie chodzili od zagrody do zagrody.

Tutu lubiła te wizyty. Przypominały jej się zabawy z Basią. Uwielbiała, kiedy przy ogrodzeniu kucały dzieci i głaskały ją po grzbiecie.

– Taka to nasza gwiazdeczka! – pokrzykiwał Lucek. – Niby niepozorna, cichutka, a tu proszę, jakie ma powodzenie! Ja nie mogę!


– A ty co, zazdrościsz? – w obronie Tutu stanął Pajda. – Jakoś dzieci wolą piegowatą świnkę niż takiego zarozumiałego ptaka nielota. I nawet ci ta egzotyczna Afryka nie pomaga. Coś mi się zdaje, że i Dowoza ma większe powodzenie. Ijaaa!

– A co to, konkurs piękności? Czy mistrzostwa jakieś? – oburzył się Lucek. – I bardzo dobrze, że się tak do nas nie pchają. O to, to! Przynajmniej nasza strusia rodzina ma trochę spokoju.

Tutu nie narzekała. Powoli przyzwyczajała się do nowego miejsca, do swojej niewielkiej zagrody. Na pewno lepsze było towarzystwo Lucka, Pajdy i Dowozy niż zarozumiałych, bezczelnych prosiaków. Tylko mamusi brakowało… W uszach miała ciągle jej okrzyk: „Szukaj swojej rajskiej wyspy!”. Kiedy wieczorami w zoo robiło się spokojniej, świnka miała czas na myślenie i zaczynała się smucić, pocieszała ją Dowoza.

– Tutu, ty jesteś już duża. To znaczy jesteś mała, bo jeszcze nie urosłaś, ale jesteś duża, bo jesteś samodzielna. Ech… Nie wiem, jak to powiedzieć. Ja jestem mała, bo jestem miniaturką. Ale wcale nie jestem mała, bo już jestem duża. I nawet mojej mamy nie pamiętam. To już tak jest, każdy kiedyś się z mamą rozstaje. To znaczy wtedy, kiedy już jest duży. A ty już jesteś duża, rozumiesz? I się nie martw, dobrze?

Tutu niewiele z tego zrozumiała, ale takie już były rozmowy z Dowozą. Lucek twierdził, że miniaturowa kózka ma miniaturowy rozumek. Ale Tutu bardzo lubiła swoją sąsiadkę, bo kózka na pewno nie miała miniaturowego serca.

– Dzieci cię lubią, Tutu, bo jesteś inna – mówiła często. – To znaczy nie jesteś inna, bo jesteś taką świnką jak inne, tylko inaczej wyglądasz. Ale wyglądasz inaczej tylko trochę i właśnie dlatego dzieci cię lubią. Twoje plamki są fajne. Chociaż to wcale nie jest ważne, jak wyglądasz, to się wcale nie liczy. Ech… Nie wiem, jak to powiedzieć. Ale się nie martw, dobrze?

– Ja to wszystko wiem – mówiła świnka. – Ale tęsknię. Za mamusią, za Basią, i za… Wyspą Świnek…


– Wyspa Świnek… – rozmarzyła się Dowoza. – Ja się nie dziwię, że chciałabyś tam wylądować. A może jest tam gdzieś Wyspa Kózek? Gdzieś tam daleko, daleko, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, w świecie daleko, hen? Cieplutka, malutka, wygodniutka, taka w sam raz dla miniaturowej kózki, takiej kózki jak ja, miniaturowej Dowozy? Przecież gdzieś takie kózki też muszą mieszkać, prawda? To może na takiej Wyspie Kózek one żyją? Gdzieś daleko, za siedmioma morzami? I one nie potrzebują wcale dużo miejsca, takie kózki miniaturki, bo im wystarczyłaby taka malutka wyspa, cieplutka i wygodna? Ale kto to wie, kto, czy w ogóle twoja Wyspa Świnek istnieje?

– Jest taka wyspa! – usłyszały piskliwy, niezbyt przyjemny głos, dobiegający gdzieś z końca zagrody Tutu. – Wyspa Świnek istnieje!

– Halo! Kto to? Kto tu jest, w zagrodzie Tutu? Tu jest Tutu, tu może tylko ona być, i ja tu jestem przez płot, ja, Dowoza, tu tylko my mieszkamy, a kto tu jeszcze jest? No kto?

– Hej, co się tak denerwujesz? – z dziury w rogu zagrody Tutu najpierw wysunął się szpiczasty pyszczek, potem szarobure futerko, a na końcu długi cienki ogon. – Ahoj! Radek jestem. Szczur wodny. Chociaż teraz raczej lądowy. Od kilku dni przysłuchuję się waszym wieczornym rozmowom, aż nie wytrzymałem. Wygląda na to, że potrzebujecie kilku moich rad, a może nawet pomocy…

– Pomocy? – zdziwiła się Tutu. – Jakiej pomocy? Całkiem dobrze sobie radzimy, Radku.

– A kto przed chwilą mówił o jakichś wyspach? O ciepłych morzach? O spokoju i dobrym towarzystwie? Czas marzenia wprowadzić w czyn. Dobrze radzę. Bo ja wiem, jak się dostać na Wyspę Świnek!


Szczur Radek przez pół nocy opowiadał o swoich podróżach. Prawie całe życie spędził na statkach. Przenosił się z jednego na drugi, pokonywał morza i oceany, miał przyjaciół w różnych portach w dalekich krajach. Był prawdziwym obieżyświatem, dużo widział i wiele wiedział.

– I do Wyspy Świnek dopłynąłem, chociaż na nią nie zszedłem. Podróżowałem wtedy wielkim pasażerskim statkiem. To był znakomity rejs, bo magazyny wypełnione były jedzeniem. Na takim wycieczkowcu ludzie ciągle coś jedzą, więc i dla szczurów pożywienia nie zabraknie. Muszę przyznać, że w czasie tego rejsu właściwie nie wychodziłem z magazynu – i to mnie zgubiło. Przysnąłem sobie w skrzynce z pachnącymi parówkami, a kiedy się obudziłem, okazało się, że już nie jestem na statku, tylko w małej motorówce, która gdzieś pędzi. To znaczy ja dalej byłem w skrzynce z parówkami, a ta skrzynka w motorówce z turystami. Po kilkunastu minutach motorówka się zatrzymała, a skrzynka nagle została otwarta. Nie zdążyłem się schować, a blada, wysoka turystka zaczęła strasznie wrzeszczeć. Bo nie wiem, czy wam mówiłem, ale ludzie to jakoś szczurów nie lubią, a nawet się nas boją. No to dałem nogę z tej skrzynki i schowałem się pod pokładem. Wtedy usłyszałem pochrumkiwanie. To były świnie, które podpłynęły do motorówki! Wiedziały, skubane, że ludzie mają dla nich jedzenie. Właśnie te parówki, na których tak mięciutko i pachnąco mi się leżało. I słyszałem, jak mówili, że te świnie przypłynęły z wyspy – Wyspy Świnek.


– Radek, a czy te świnki były piegowate? – zapytała zasłuchana Tutu.

– No nie wiem, nic nie widziałem, bo siedziałem pod pokładem. Ale dużo ich było. Ludzie nawet do nich wskakiwali do wody, pływali z nimi i karmili je. Mogę ci powiedzieć, że to jest fajne miejsce. Ludzie się śmiali, świnki chrumkały, jedynie mnie było źle, bo właściwie też bym się chętnie z nimi popluskał w tym błękitnym morzu.

– Radek, a gdzie to jest ta wyspa? – zapytała Dowoza. – Ta, na której nie byłeś, chociaż byłeś prawie że, no bo chociaż jej nie widziałeś, to słyszałeś?

– Wyspa Świnek leży daleko stąd. Ale różne statki pływają na egzotyczne morza. Towarowe, handlowe, pasażerskie, wycieczkowe. Właściwie to mógłbym się w porcie popytać. Mam tam trochę znajomości. Stąd do portu niedaleko. A ja jestem wolnym szczurem, nie zależę od nikogo, żaden płot mnie nie ogranicza. Mogę popytać, czy ktoś coś wie.

– Zrobisz to dla mnie? – zapytała Tutu. – Zawsze wierzyłam, że Wyspa Świnek naprawdę istnieje, Basia by mnie przecież nie oszukała. Ale czy rzeczywiście da się do niej dopłynąć?

– Skoro jest na niej tyle świń, to jakoś tam się dostały, prawda? – Dowoza nie miała wątpliwości. – Jeśli one tam są, to ty też możesz tam być. Tam a nie tu, bo tu nie jest tak, jak tam.

– Dowoza, jak ty coś powiesz!… – roześmiał się szczur. – Znikam w takim razie. Dobrze jest być w porcie o świcie, wtedy najwięcej można się dowiedzieć. Ahoj!

 

– Kochanie, ta świnka za szybko rośnie! – Tutu usłyszała kobiecy głos. Właściciele Małego Zoo jak zawsze rano przygotowywali ogród do wizyt turystów, robili porządek w zagrodach, zmieniali siano w chlewiku, nalewali świeżej wody do poideł. – Dzieci nie będą chciały oglądać zwykłej świni, to żadna atrakcja!

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?