Pudełko pełne kotów - Klinika zdrowego chomikaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Chrobry

– Stać, stać!

Na ulicy Szpitalnej w Krakowie wcześnie rano nie było dużego ruchu. Pan Karol, reporter Radia Kraków, jechał spokojnie do pracy, gdy nagle musiał zatrzymać samochód przed energicznie machającym chłopczykiem i jego tatą. Ci, kiedy już się upewnili, że samochód stoi, kucnęli i przyglądali się czemuś na środku ulicy.

Pan Karol wysiadł z auta i podszedł do nich.

– Co tu się dzieje? – zapytał. – Trochę mi się spieszy.

– Pisklak wypadł z gniazda – chłopczyk pokazał ptaka. – I siedzi tu, na ulicy. Trzeba mu pomóc. Potrafi pan? – popatrzył z nadzieją na reportera.

Pan Karol przykucnął i przyjrzał się pisklakowi. Ptak był szaro-biały, miał puszyste upierzenie, bystre oczy, spory haczykowaty dziób i wielkie, żółte pazury.

– Strach go wziąć do ręki – powiedział ojciec chłopca. – To chyba dziecko jakiegoś drapieżnika.

– Całkiem groźnie wygląda – potwierdził radiowiec.

Ptak, jakby rozumiejąc ich rozmowę, nagle podskoczył, pomachał krótkimi skrzydełkami i, niezgrabnie się kołysząc, pobiegł pod zaparkowany przy chodniku samochód. Schował się pod nim, przytulając się do przedniego koła.


– Ojej! – wykrzyknął chłopczyk. – Teraz to już wcale się do niego nie dostaniemy. Tato, zrób coś!

– Piotrusiu, przecież widzisz, że się boi. Przede wszystkim musimy zachować spokój.

Tymczasem pan Karol telefonował już po pomoc do straży miejskiej.

– Nie wiem, co to za ptak. Ale jest jeszcze bardzo młody, chociaż całkiem spory. No i te pazury… Nie, nie mam rękawiczek. Będę go pilnować.

Reporter zajrzał za koło auta.

– Panie Karolu, coś nie tak z samochodem? – obok reportera zatrzymał się przejeżdżający na rowerze doktor Wojtek. – Może trzeba pomóc?

– Doktorze! Spadł nam pan jak z nieba. Niech pan sam zobaczy – radiowiec ustąpił miejsca doktorowi.

Weterynarz zajrzał pod samochód. Z ciemności patrzyły na niego wielkie, wystraszone ptasie oczy.

– To pustułka – rozpoznał od razu. – Sokół, dziki, drapieżny ptak. Mieszka ich całkiem sporo w Krakowie. Ten pisklak pewnie uwierzył, że potrafi już latać, ale mu się nie udało. Przydałoby się jakieś pudło – powiedział, zaglądając ponownie pod auto.

– Jest i pudło! – usłyszeli nagle wesoły, dziarski głos. To strażnicy miejscy wezwani przez reportera dotarli na miejsce. – Pakujemy ptaka?

Doktor Wojtek miał na dłoniach rowerowe rękawiczki. Bez zastanowienia zanurkował pod samochód, zdecydowanym ruchem chwycił przerażonego pisklaka, wyczołgał się z nim spod samochodu i włożył go do pudełka. Przechodnie, których już całkiem sporo zebrało się na ulicy, głośno chwalili akcję, a Piotrusiowi aż zaświeciły się oczy z radości.

– A jak znajdziemy jego rodziców? – zapytał.

– To raczej niemożliwe – wyjaśnił doktor Wojtek. – Pewnie nas obserwują gdzieś z góry, może mieszkają na którejś z krakowskich wież, na przykład kościoła Mariackiego, ale nie uda nam się do nich dostać.

Doktor obejrzał dokładnie pisklaka.

– Nic mu się nie stało, jest tylko bardzo przestraszony. Musi pojechać na rehabilitację, a za miesiąc będzie można go wypuścić na wolność.

– Na rehabilitację? – chórem zapytało kilka osób.

– Tak – odezwał się jeden ze strażników. – Przeprowadziliśmy już kilka takich akcji. Zawieziemy ptaka do ośrodka rehabilitacji dzikich ptaków w Mydlnikach. Tam go podchowają, podkarmią, nauczą latać. Będzie pod dobrą opieką. Jedziemy!

Strażnicy zabrali pudełko z pustułką i odjechali.


– A wiesz, Piotrusiu, że w radiu ogłoszono konkurs na imię dla pustułki, którą tutaj znaleźliśmy? – tata odprowadzał chłopca do przedszkola. Jak zwykle szli ulicą Szpitalną. – Może byśmy wysłali jakąś propozycję. Już wiadomo, że to samiec, musi mieć męskie imię.

– Może Piotrek? – zaproponował chłopiec. – Albo Karol, jak ten pan redaktor z radia? To w końcu my go uratowaliśmy.

– Ratowali go też strażnicy, no i ten doktor – przypomniał tata. – Ale dobrze, wyślemy nasze propozycje: Piotrek albo Karol. Słyszałem też, jak pan Karol opowiadał w radiu, że nasz ptak rośnie jak na drożdżach i niedługo zostanie wypuszczony na wolność.

– Chciałbym go jeszcze zobaczyć – westchnął Piotruś. – Może by mnie poznał…

– Przede wszystkim ty byś go nie poznał! – roześmiał się tata. – To już nie jest pisklak, tylko duży ptak. Podobno w tym ośrodku uczą go polować na myszy i przyzwyczajają do dzikości. Nawet jak kiedyś przeleci nad naszymi głowami, nie będziemy wiedzieli, że to on.


Słuchacze radia, którzy z radością wzięli udział w plebiscycie, wybrali jednak dla ptaka inne imię.


– Chrobry – bo to królewski ptak – tłumaczyli. – Zasługuje na imię po władcy.

Chrobry po miesiącu był gotowy do życia na wolności. Na krakowskich Błoniach spotkali się radiowcy, strażnicy miejscy i opiekunowie pustułki. Jeden z nich, z rękawicami na dłoniach, otworzył specjalny karton z dziurkami i ostrożnie wyjął ptaka. Na jednej nodze ptak miał czarną opaskę.

– To jego znak rozpoznawczy – powiedział opiekun. – Może uda nam się go jeszcze kiedyś zobaczyć.

Chrobry przez chwilę przygotowywał się do lotu. Rozłożył skrzydła, machnął nimi energicznie kilka razy i nagle wzbił się w powietrze. Z pobliskiej zielonej ławki dobiegł go wesoły głos małego chłopczyka:

– Leć, Chrobry! Leć!

Ptak zrobił parę okrążeń nad Błoniami. A potem odleciał w kierunku krakowskiego rynku.


Jodie i Fąfel

– Doktorze, potrzebny ratunek, natychmiast! Stało się nieszczęście! – w słuchawce słychać było zapłakany kobiecy głos.

– Proszę się uspokoić i opowiedzieć, co się wydarzyło – doktor Wojtek próbował dowiedzieć się czegoś więcej.

– Nasza kotka Jodie wypadła z balkonu. Jestem teraz obok niej. Żyje, ale chyba złamała łapkę.

– Z którego piętra?

– Z trzeciego! – kobieta znowu się rozpłakała. – Jodie jest pana pacjentką. I nasz pies Fąfel też.

– Oczywiście, kojarzę – doktor doskonale pamiętał sympatyczną parę, popielatą puchatą kotkę i białego west terriera. – Proszę ostrożnie umieścić kotkę w transporterze i przyjechać do mnie do lecznicy. Poradzi sobie pani?

– Tak, Michał mi pomoże, mój synek. Weźmiemy też Fąfla, oni się z Jodie nie rozstają. Będziemy za pół godziny.


W lecznicy trwało akurat nagranie do programu radiowego. Redaktor Grzegorz przepytywał właścicieli pacjentów o ich sposoby na krakowskie upały.

– Okładam Biszkopta mokrymi, zimnymi ręcznikami – opowiadał właściciel starego golden retrievera. – On to bardzo lubi.

– Moja kotka w ogóle nie wychodzi z łazienki – mówiła do mikrofonu starsza pani. – Tam jest najchłodniej w całym domu.

– To tak jak u mnie – przytaknął właściciel wesołego, czarnego kundelka. – Już nawet nie namawiam Dropsa do wychodzenia stamtąd. Zimne kafelki i czasem trochę wody z prysznica – to najlepszy sposób.

W tym momencie otworzyły się drzwi i do poczekalni weszła zdenerwowana młoda kobieta z długowłosym chłopcem. Kobieta niosła transporter, z którego dobiegało ciche pomiaukiwanie, a chłopiec prowadził na smyczy białego teriera. Doktor Wojtek wyszedł do nich z gabinetu.

– Przepraszam państwa, ten kot musi być przyjęty poza kolejką, sprawa jest nagła, proszę o cierpliwość. Michał, zostań z Fąflem w poczekalni, panią z Jodie zapraszam do środka.

Doktor i pani z kotem zniknęli w gabinecie. W poczekalni dało się wyczuć lekkie poruszenie. Redaktor Grzegorz przysiadł przy chłopcu. Pogłaskał teriera i zapytał:

– Co się stało waszemu kotu?


– Okazało się, że nie umie latać – Michał wykazał się specyficznym poczuciem humoru. – Drzwi balkonowe były otwarte, a na balkonie wylądował nagle nietoperz. Jodie wystartowała jak odrzutowiec, nietoperz wystraszył się i odleciał, a za nim Jodie. Nic nie pomogły zabezpieczenia, które mamy na balkonie, podskoczyła półtora metra i wypadła. Z trzeciego piętra. Potem przerażona leżała na dole. Zbiegliśmy do niej z mamą. To było straszne. Myślałem, że tego nie przeżyje – westchnął chłopak.

– Ale żyje i doktor jej na pewno pomoże – pocieszył chłopca dziennikarz. – Lubią się z Fąflem?

– Bardzo – Michał głaskał biały łeb psa. – Fąfel ma tyle lat co ja. Trafił do nas przypadkiem, kiedy się urodziłem. Mama uratowała go z przemytu, był bardzo chorym szczeniakiem i doktor go wyleczył.

 

– Jak to z przemytu? – zaciekawił się radiowiec.

– West terriery były bardzo popularne kilkanaście lat temu – odezwał się właściciel retrievera. – Sprowadzano je z różnych dzikich hodowli, również z zagranicy. Głupie mody na różne rasy pojawiają się i znikają.

– Pamiętam, jak kiedyś po filmie o dalmatyńczykach nagle pojawiły się w Krakowie dziesiątki tych nakrapianych szczeniaków – powiedział pan czarnego kundelka. – Nikt nie brał pod uwagę tego, że to niezwykle trudne do ułożenia psy. Potem ludzie je oddawali do schronisk.

– Nasz Fąfel został porzucony w sklepie w skrzynce po owocach. Potem dowiedzieliśmy się, że był z innymi szczeniakami przewożony ze Słowacji. Chyba za bardzo chorował i nikt go nie chciał. No i super, bo u nas jest mu bardzo dobrze, a z Jodie są najlepszymi przyjaciółmi. On też się o nią martwi. A Jodie wzięliśmy ze schroniska, żeby Fąfel nie siedział sam w domu, kiedy rodzice są w pracy, a ja w szkole.

– Ma ciepłe, gęste futerko – dziennikarz pogłaskał psa. – Jak znosi te upały?

– Szuka cienia w mieszkaniu, układa się na podłodze i prawie się nie rusza – uśmiechnął się chłopiec. – A Jodie sprawdza, czy Fąfel oddycha.

– Jak to? – zdziwił się pan Grzegorz.

– No naprawdę. Co chwilę podchodzi do niego i trąca pyszczkiem jego mordkę.

Z gabinetu wyszła mama chłopca z doktorem Wojtkiem.

– Jodie ma złamania w obu przednich łapkach – powiedział doktor do Michała. – Widać to wyraźnie na zdjęciach rentgenowskich. Teraz śpi na wyciągu, musimy te połamane kosteczki nastawić. Wróćcie do mnie za dwie godziny, zdecydujemy co dalej.

– Ale wyzdrowieje? – upewnił się Michał.

– Tak, na pewno – uśmiechnął się lekarz. – Będziecie musieli założyć siatkę na balkonie. Zdaje się, że wasza kotka myślała, że jest nietoperzem.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?