Mali bohaterowieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Iza i Nikola

– Kajtek! Kajtek! – tata pokrzykiwał na niewielkiego konia.

Na podwórku stała przygotowana bryczka. Iza i Nikola wybierały się z tatą na spacer polnymi drogami. Dawniej jeździły tak do szkoły, tata zawoził je każdego ranka, a potem razem z Kajtkiem czekał na córki przed budynkiem. Kajtka znali wszyscy w okolicy, trudno było o spokojniejszego konia, który cierpliwie znosił poklepywanie dzieci. Teraz dojeżdżały do Klonowa gimbusem, a tata miał więcej czasu na pracę. Przejażdżki były coraz rzadsze.

Ich rodzinny Maków leżał wśród pagórków i lasów, z dala od głównych tras i miejskiego ruchu. Kilka domów przycupnęło na końcu wijącej się przez pola wąskiej drogi. Za białym płotem stał ostatni w wiosce niewielki domek Izy i Nikoli.

Mieszkały tylko z tatą, mama przed laty wyjechała w świat. Czasem pisała, czasem telefonowała, z każdym rokiem coraz bardziej oddalała się od rodziny. Tata przejął wszystkie obowiązki, a teraz, kiedy dziewczynki były starsze, to one dbały o dom, a Nikola nauczyła się nawet gotować. Najbardziej lubiły spędzać czas z tatą, koniem Kajtkiem i Piotrkiem, kolegą z wioski. Do innych było daleko, z koleżankami spotykały się przede wszystkim w szkole.

– Hej, Nikola! Pospiesz się! – wołała Iza, kiedy pewnego wiosennego dnia wysiadały z gimbusu przed jasnym budynkiem szkoły. – Dzisiaj macie kurs ratownictwa. Zobaczysz, jakie to fajne. My mieliśmy te zajęcia w zeszłym miesiącu – zachęcała starszą siostrę Iza.

Nikoli nie trzeba było dwa razy powtarzać. Równo z dzwonkiem wpadła do klasy, gdzie pani rozkładała sprzęt.

– Ta akcja nazywa się „Ratujemy i uczymy ratować”. Opowiem wam, jak zachowywać się w różnych trudnych sytuacjach – mówiła pani. – Tutaj mamy dwa fantomy, czyli takie manekiny, na których nauczycie się wykonywania masażu serca i tego, co należy zrobić, żeby pomóc osobie, która zasłabła albo miała wypadek.

Lekcja przeleciała nie wiadomo kiedy. Nikt nie miał ochoty wychodzić na przerwę, wszyscy zadawali pytania, a Nikola chciała znać najwięcej szczegółów. Razem z kolegami ćwiczyła na manekinie.


Pani przyglądała się dzieciom ćwiczącym na manekinie.

– Świetnie, Nikola – uśmiechnęła się – będzie z ciebie ratowniczka!

– E, nie wiem. Ja bym chciała zostać aktorką – westchnęła dziewczynka.


Po wakacjach Nikola miała zacząć naukę w gimnazjum. Iza wiedziała, że będzie tęsknić za siostrą, tym bardziej, że szkoły leżały na dwóch krańcach Klonowa.

Ostatni weekend wakacji był ciepły i słoneczny. Dziewczynki spędzały cały piątek na zabawie z Piotrkiem i jego kolegą Darkiem. Bujali się na podwórku na huśtawce z liny.

Z domu wyszedł tata i wyprowadził ze stajni Kajtka. Nikola i Iza na zmianę jeździły na oklep na swoim ukochanym koniku.

– Tato, pojedziemy gdzieś bryczką? – prosiły dziewczynki.


– Nie, dla Kajtka w południe jest za gorąco. A poza tym muszę dokończyć moją rzeźbę, ten wielki kwiat.

Dziewczynki lubiły przyglądać się, jak tata rzeźbi, ale tym razem chciały wyrwać się z domu.

– Tata, możemy pojechać na rowerach do sklepiku? – zapytała Iza. – Strasznie jest gorąco. Dasz nam na lody?

– Wiem, wiem – śmiał się tata. – Ostatnie dni wolności. Gorąco to wam dopiero będzie na drodze! Dwa kilometry w słońcu! Dobrze, jedźcie, tylko ostrożnie. I kupcie jeszcze chleb i cukier.

Nikola założyła na rower koszyk, wzięła od taty pieniądze i ruszyli w drogę. Rzeczywiście, słońce przypiekało i myśleli tylko o lodach.

W sklepiku na szczęście nie było klientów. Z wielkiej zamrażarki wydobyli cztery czekoladowe rożki.

– I jeszcze cukier, i chleb wiejski – Nikola zapakowała zakupy do koszyka. Prowadząc rowery i oblizując lody, ruszyli w drogę powrotną.

– Szkoda, że takie małe te rożki – narzekał Piotrek, którego lody najprędzej się skończyły. – Może wrócimy po drugą porcję? Były tam jeszcze takie truskawkowo-waniliowe…


– A masz kasę? – zapytała Nikola. – Bo ja nie. Trzeba było wolniej jeść.

– Wolniej jesz, ale teraz ci spływają po ręce – śmiał się Piotrek. – Blee, ale ciapaja!

– Wole ciapaję niż pusty rożek – odgryzła się Nikola.

W tym momencie wyprzedził ich na skuterze nieznajomy mężczyzna. Jechał szybko, o wiele za szybko jak na taką wąską dróżkę. Na dodatek wiedzieli, że zaraz będzie ostry zakręt.

– Nie wyrobi się! – krzyknął Piotrek i wsiadł na rower. Nikola, Iza i Darek ruszyli za nim. Kiedy dotarli do zakrętu, zobaczyli, że mężczyzna podnosi skuter i usiłuje na niego wsiąść.

– Chodźmy mu pomóc – zarządziła Nikola, chociaż trochę się bała nieznajomego.

Odstawili rowery i podeszli do mężczyzny, który nie mógł sobie poradzić z zapaleniem skutera.

– Może potrzebuje pan pomocy? – Nikola była najodważniejsza. Reszta chowała się za jej plecami.

– Nie, dziękuję – odpowiedział niewyraźnie i w tym momencie udało mu się włączyć silnik.

Wsiadł na skuter i odjechał. Dzieci widziały, że niezbyt pewnie czuje się na siodełku.

– Jedziemy, moje lody też już zjedzone! – zawołała Nikola i pierwsza ruszyła w stronę wioski.

Przejechali kilkaset metrów i nagle przerażeni zobaczyli na poboczu wywrócony skuter. Szybko podjechali i zeskoczyli z siodełek.

– Piotrek, Darek, pomóżcie! – Nikola była pierwsza przy skuterze. – Przygniótł go skuter! Trzeba go wydostać!

Czwórka dzieci z trudem podniosła skuter i odciągnęła na bok. Na trawie, twarzą do ziemi, leżał znany im już mężczyzna.

– Proszę pana! – zawołała Nikola. – Nic się panu nie stało?

Ale mężczyzna nie reagował.

– Proszę pana, słyszy mnie pan? – powtórzyła.

Dalej nic.

– Musimy go odwrócić. Iza, pomóż mi. Trzy, cztery!

Dziewczynki odwróciły mężczyznę. Nikola przyłożyła policzek do jego twarzy. Nie oddychał. Z ust leciała mu krew.

– Nikola! Ratuj go! – zawołała Iza.

Nikola potrząsnęła mężczyzną, potem zaczęła mu robić masaż serca. Kilka razy nacisnęła klatkę piersiową. Nagle usłyszała, że zakaszlał. Po chwili poczuła jego oddech.

– Żyje! Oddycha! – zawołała. – Iza, pamiętasz, jak to było, pozycja boczna ustalona. Pomóż mi go ułożyć. Dobrze, pilnuj go teraz i patrz, czy nie przestaje oddychać. Ja dzwonię po pomoc.


– Dzień dobry. Mieliśmy wypadek. Jechał pan skuterem i wjechał w pole. Przewrócił się, jest pokrwawiony.

– Skąd dzwonisz? Gdzie to się stało?

– To jest wioska Maków koło Klonowa, na polnej drodze.

– Jak się nazywasz i ile masz lat?

– Mam na imię Nikola, mam trzynaście lat.

– Jesteś tam sama?

– Nie, z siostrą i kolegami. Ale oni są młodsi. Pojadą na rowerach do głównej drogi, do krzyżówki, i pokierują. Proszę szybko przyjechać. Ten pan bardzo krwawi.

– Spokojnie, nic się nie martw, zaraz przyjedziemy. Pilnuj, żeby ten pan leżał na boku.

Nikola i Iza na zmianę czuwały przy mężczyźnie. Piotrek i Darek wsiedli na rowery i popędzili do krzyżówki.

Po dziesięciu okropnie długich minutach dziewczynki usłyszały sygnał karetki. I wtedy zrobiło się straszne zamieszanie. Z odległych domów biegli ludzie, żeby zobaczyć, co się stało. Lekarz opatrzył rannego, ratownicy przenieśli go na nosze.

– To ty do nas dzwoniłaś? – zapytał lekarz, podchodząc do Nikoli. Dziewczynka pokiwała głową. – I ty go ratowałaś?

– Ja i moja siostra Iza, i chłopcy też pomogli.

– Zrobiliście to lepiej niż niejeden dorosły. A są tu gdzieś twoi rodzice?

– Nasza mama jest daleko, a tata…

– Nikola, Iza, czy to prawda? – tata nadbiegał od strony wioski. Sąsiedzi zdążyli mu już opowiedzieć o wyczynie córek.

– Świetne dziewczyny – uśmiechnął się lekarz, wsiadając do karetki. – Uratowały mu życie. Gratuluję!

– No, że są sprytne, to zawsze wiedziałem, ale że aż do tego stopnia, to nie – tata kręcił z niedowierzaniem głową. – To jakaś nagroda się chyba należy, nie?

– Przejażdżka bryczką z Kajtkiem! – wykrzyknęły zgodnie dziewczynki. – Na lody!


Przemek

W domu od rana było straszne zamieszanie. Rodzina szykowała się do wesela. Leszek, najstarszy brat Przemka, żenił się za kilka dni.

 

– Czy ja tak za każdym razem będę to przeżywać? – wzdychała mama. – Pięciu chłopaków, jedna dziewczyna, ile jeszcze wesel nas czeka? – z roztargnieniem pogłaskała Przemka po głowie i zabrała się za prasowanie białych koszul dla wszystkich chłopców.

Przemek chciał nawet pomóc rodzicom, ale tym razem mama miała nad wszystkim kontrolę. Niedawno, kiedy zachorowała i kilka tygodni spędziła w łóżku, Przemek biegał do sklepu, robił porządki, nawet pomagał starszemu rodzeństwu w kuchni. Ale dzisiaj najlepiej było wszystkim schodzić z drogi.

Przemek wyszedł przed blok. Na placu zabaw bawiły się maluchy.

Był słoneczny, letni dzień. Szkoda, że wakacje już się kończyły. Przemek wsiadł na rower i pojechał po kolegów. W ich małym Ciepielowie w lecie niewiele się działo, w taki upał nikt nie miał ochoty na grę w piłkę ani rowerowe wyścigi. Najczęściej jeździli nad rzekę, ale tym razem Ernest zaproponował coś specjalnego.

– Jedziemy do Raduchowa. Tam jest porządne jeziorko, będzie można popływać. Przemek, chyba się nie boisz?

Nie, nie bał się, ale powinien chyba powiedzieć mamie. Tylko że rodzice byli tacy zajęci…

– Jedziemy! – zawołał Ernest i wsiadł na rower.

W czwórkę ruszyli polnymi drogami, na skróty. W palącym słońcu przejechali kilka kilometrów.

Kiedy dojechali nad żwirowisko, na brzegu opalało się sporo ludzi. Były całe rodziny z dziećmi, koło niskiej wierzby rozłożyła się grupa starszych chłopaków. Kilka osób pluskało się w wodzie.

Chłopcy ustawili rowery pod drzewem, rozebrali się i wskoczyli do jeziora.

– Pamiętajcie, żeby nie oddalać się od brzegu! – zawołał Ernest. – Dno jest bardzo nierówne, tam dalej są doły, nawet jak się dobrze pływa, to można mieć kłopoty.

Przemek przypomniał sobie, że przed tym miejscem ostrzegali go strażacy z Ciepielowa. Często zaglądał do remizy, od małego obserwował ćwiczenia strażaków, a ostatnio zapisał się do młodzieżowej drużyny i wystartował w zawodach.


– Taki zwinny i sprytny chłopczyk na pewno przyda się niedługo w naszej jednostce – mówił komendant, a Przemek coraz mocniej wierzył w to, że może kiedyś będzie mógł włożyć czarny mundur i ruszyć do akcji.

Chłopcy ochłodzili się w wodzie, a potem zaczęła się najlepsza zabawa. Zjeżdżali ze żwirowej górki, turlali się w piasku, robili fikołki. Potem znowu wskoczyli do wody, żeby się opłukać. Niedaleko ich grupki pływało kilku starszych chłopaków.

W wodzie został już tylko Przemek, kiedy kilka metrów od niego zaczęło się dziać coś dziwnego. Zobaczył, że jeden z chłopaków na chwilę znika pod wodą. Potem znowu pojawiła się jego głowa. Chłopak zaczął rozpaczliwie machać rękami.


Przemek zrobił kilka kroków do przodu. Przypomniał sobie słowa Ernesta, że dno jest bardzo nierówne. Jeszcze jeden krok i woda sięgała mu do brody. W tym momencie chłopak znowu się wynurzył.

– Podaj mi rękę! – zawołał Przemek i w ostatniej chwili chwycił dłoń chłopaka, którego znowu przykryła woda. Pociągnął go z całej siły. Nie było łatwo. Chłopak był o wiele większy i cięższy od Przemka. Jeszcze raz, mocniej. Byle tylko głowa była nad wodą. Udało się! Teraz chwycił go pod ramiona i ciągnął w kierunku brzegu. Zaczął wzywać pomocy.

Ale dopiero kiedy prawie byli już na brzegu, pozostali chłopcy zorientowali się, co się dzieje. To był ostatni moment, Przemek też już tracił siły. Wspólnie ułożyli chłopaka na piasku.

– Trzeba dzwonić po pomoc – krztusząc się, wyszeptał Przemek.

Ostatkiem sił pobiegł do roweru. Z kieszeni spodni wyjął telefon.


– Przyjedźcie jak najszybciej, potrzebny jest lekarz – wychrypiał do słuchawki. – Chłopak się topił na w wyrobisku w Raduchowie.

– W którym miejscu jesteś? – pytał po drugiej stronie dyżurny. – Możesz nam wytłumaczyć, jak tam dojechać?

– Myśmy tutaj przyjechali na rowerach, na skróty, samochodem tak się nie da – mówił Przemek, a koledzy podpowiadali mu, jak ma opisać dojazd.

Po kilku minutach nad jeziorko przyjechała karetka pogotowia i policja. Przemek odszedł na bok. Dopiero teraz poczuł, jak mu się trzęsą nogi. Wyjął telefon i zadzwonił do mamy.

– Mamo, uratowałem chłopaka. On się topił – powiedział drżącym głosem.

Mama ledwo go słyszała. Ale w słuchawce docierały do niej sygnały pogotowia i policji.

– Przemuś, gdzie ty jesteś? Nic ci się nie stało?! – krzyczała zdenerwowana do telefonu.

– Nie, nic, niedługo będę w domu – powiedział Przemek zmęczonym głosem.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?