Czarna, Klifkai tajemnice z dna morzaTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Barbara Gawryluk
Czarna, Klifka i tajemnice z dna morza

Ilustracje: Magdalena Kozieł-Nowak

Strona redakcyjna

Barbara Gawryluk

Czarna, Klifka i tajemnice z dna morza

© by Barbara Gawryluk

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje: Magdalena Kozieł-Nowak

Korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I

ISBN 978-83-7672-342-6

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2014

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wyd-literatura.com.pl

tel. (42) 630-23-81

faks (42) 632-30-24

www.wyd-literatura.com.pl

Dedykacja

Mamie

Czarna, Klifka i tajemnice z dna morza


Siedział sam w ostatniej ławce pod oknem. Często wyłączał się z lekcji i gapił przez nie. W oddali widać było wypływające w morze statki. Coraz mocniej czuł, że chce się znaleźć na pokładzie któregoś z nich.

Teraz właśnie, w czasie długiej przerwy, obserwował wielki, biały prom z napisem „PRINCESSA”. Statek powoli wychodził w morze. Ivan miał wrażenie, że słyszy buczenie syreny i widzi ludzi machających z górnego pokładu...

– Masz zrobione ćwiczenia z matmy? – usłyszał ciche pytanie. Odwrócił głowę i zobaczył Nikolę, szczupłą brunetkę z końskim ogonem, która kilka tygodni temu przyszła do ich klasy.

– No mam, bo co? – odburknął zły, że przerwała mu planowanie rejsu.

– Mogę odpisać dwa ostatnie? Nie zdążyłam zrobić, a Wąsacz na pewno dzisiaj będzie sprawdzać.

Wąsacz, czyli nauczyciel matematyki, faktycznie zapowiadał, że tym razem nikomu nie odpuści i weźmie wszystkie zeszyty do sprawdzenia.

– Mam już jedynkę i minusa za brak zadania – szepnęła Nikola. – Pomożesz?

– Jasne, pisz – Ivan podsunął jej swoje ćwiczenia, a Nikola usiadła obok niego w ławce. Szybko przepisała ćwiczenia, a potem z kieszeni wyjęła niewielki batonik.

– Dziękuję. Mam nadzieję, że lubisz – podsunęła go Ivanowi.


– Aaa! Mamy was! – usłyszeli nagle wrzask nad głowami. – Zakochana para! Ivan i Nikola, ale się dobrali! Uuuu! – wył Michał.

– No, daj jej buzi! Nie wstydź się, Ivanku! – wtórował mu Krzysiek. – Ona to polubi, dawaj! – zaczął popychać Nikolę w kierunku Ivana.

Ivan nie wytrzymał. Zerwał się z krzesła i przyskoczył do Krzyśka.

– Daj jej spokój. Odczep się. I ode mnie też się odczep. Nie chcę mieć z wami nic wspólnego!

– Ty nie chcesz? – roześmiał się Michał. – Nie ty tu decydujesz, chłopczyku. To my nie chcemy się z tobą zadawać, mięczaku. Podobno nawet ojciec cię olał i zostawił?

Ivan widział tylko rozdziawioną, paskudną gębę Michała. Prawa ręka jakby sama, bez jego udziału, podniosła się i wymierzyła mocny cios prosto w nos chłopaka. Potem druga poprawiła od dołu w podbródek. I jeszcze raz z prawej, potem z lewej. Ivan nie słyszał krzyków, nie widział nic dookoła. Wymierzał karę, wyładowywał złość, która gromadziła się w nim od wielu tygodni. Przestał bić, kiedy Michał upadł.

– Dość! Spokój! – Powoli docierały do niego krzyki kolegów i jeden gruby głos nieuchronnie się zbliżający. To Wąsacz wpadł do klasy wzywany przez przerażonych uczniów. – Co tu się dzieje?! Co to za awantura?! Michał, do gabinetu pielęgniarki! Ivan! Natychmiast do dyrektora!

Z nosa Michała lała się krew. Miał podbite oko, z trudem zbierał się z podłogi.

– Zresztą nie – zarządził Wąsacz. – Lepiej, żeby pielęgniarka przyszła tu do ciebie. Nie ruszaj się. Niech ktoś po nią pobiegnie.

Kiedy pielęgniarka zajęła się Michałem, Wąsacz zaprowadził Ivana do dyrektora. Po drodze próbował dowiedzieć się szczegółów.

Ale Ivan milczał. Co miał mu powiedzieć? Przecież wszyscy wiedzieli, że Michał z Krzyśkiem dokuczali słabszym uczniom. Od czasu do czasu ich rodzice byli wzywani do szkoły, na chwilę był spokój, a potem nękanie zaczynało się od nowa. Jeszcze do niedawna Ivanowi to nie przeszkadzało. A przynajmniej udawał, że mu nie przeszkadza. Ale teraz znalazł się po drugiej stronie. To on stał się obiektem ich drwin i poszturchiwań. Tylko co im zawiniła Nikola?

– Co masz mi do powiedzenia? – zapytał dyrektor.

Ivan wzruszył ramionami. Nie chciało mu się gadać. To i tak nic nie zmieni.

– Zadzwoniłem już po twoją mamę. Będzie tu za pół godziny. Do tego czasu poczekasz w sekretariacie. W tej szkole nie ma miejsca dla chuliganów. Twój kolega został odwieziony do szpitala. Jest podejrzenie wstrząśnienia mózgu. Zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłeś?

Ivan milczał. Nie potrafił wytłumaczyć, co w niego wstąpiło. Nie miał siły opowiadać całej historii. Przecież to, co wywrzeszczał Michał, to była prawda: ojciec olał go i zostawił. Czekał na mamę i czuł, że sytuacja wymknęła się spod kontroli.

Ivan mieszkał z rodzicami w starym domu w spokojnej dzielnicy Gdyni Orłowie. To znaczy dom był stary jak na Gdynię, postawiono go, kiedy budowano miasto. Mieszkali w nim najpierw pradziadkowie, potem dziadkowie Ivana. Wychowywała się w nim mama i jej dwoje rodzeństwa. Dziadków Ivan nigdy nie poznał, umarli przed jego urodzeniem. Wujka też nie znał, ciocia, siostra mamy, mieszkała w Krakowie. Tata przebudował dom, na dole urządził salon, a kiedy Ivan poszedł do szkoły, dostał własny pokój w specjalnej przybudówce na parterze. Miał nawet swoją łazienkę. Najbardziej lubił wielki ogród otoczony wysokim żywopłotem. Kiedy był mały, spędzał w nim całe dnie, bawił się w poszukiwacza skarbów, pirata albo tropiciela.

Kilka lat temu ojciec zapisał go na lekcje tenisa.


Regularnie odwoził go na treningi, jeździł z nim na zawody. Planował zrobić z niego wielkiego tenisistę. Dopiero niedawno okazało się, że ten pomysł można włożyć między bajki. Kontuzja barku, rehabilitacja, nieudane próby powrotu na kort, ból. Wszystko na nic. Ojciec chciał mieć w domu gwiazdę tenisa. Zawsze mówił, że skoro jemu się kiedyś nie udało, to jego marzenia zrealizuje syn.

– Stać mnie na to, żeby wychować nowego Ivana Lendla – powtarzał za każdym razem, odbierając go z treningu. – Moi rodzice nie mieli pieniędzy, więc nie było szans na profesjonalne treningi. Ty masz wszystko, musisz się tylko przyłożyć.

A kiedy zaczęły się kłopoty z kontuzjami, był wściekły. I długo nie mógł pogodzić się z szybkim końcem kariery syna.

– Ech, Ivan – kręcił głową. – Tylko imię sportowe ci zostało.

A Ivan swojego imienia nie cierpiał. Ciągle musiał tłumaczyć, że tak, jest Polakiem, że Ivan pisze się przez „v”. Od przedszkola były z tym kłopoty. Że też nie mogli mu dać na imię normalnie, na przykład Krzysiek albo Piotrek czy Michał.

Ivan widział, że w domu nie dzieje się dobrze. A sobotnie wieczory coraz częściej kończyły się kłótnią, rodzice przekrzykiwali się, trzaskali drzwiami, czasem dochodził do niego płacz mamy. Rodzice byli sobie coraz bardziej obcy. Ojca całymi tygodniami nie było w domu, zjawiał się tylko na weekendy. Ivan bał się, że któregoś dnia usłyszy, że się rozchodzą. Ale podczas ostatniej wigilii ojciec, składając mu życzenia, przytulił go mocno i powiedział:

– Jesteś dla mnie najważniejszy. Pamiętaj. Zawsze będziemy razem.

A mama wtedy dziwnie się zaśmiała i wyszła do kuchni. Długo nie wracała, potem, przy kolacji, niewiele mówiła. Tata był w świetnym humorze, wyjmował spod choinki wielkie, kolorowe pudła, rozpakowywał je, ale Ivan nie cieszył się ani z nowej deski snowboardowej, ani z kasku.

– Przecież ty i tak nie masz czasu, żeby ze mną jeździć w góry – popatrzył na ojca.

– No, może się nam uda, a jak nie, to pojedziesz na ferie na jakiś obóz sportowy.

Ale nic nie wyszło ani z wyjazdu z ojcem, ani z obozu. Za to mama coraz częściej płakała.


Aż któregoś poniedziałku ojciec wyjechał jak zwykle o świcie. Zapakował do bagażnika dwie wielkie walizy. I nie zjawił się w następny weekend. Ani w kolejny. Kilka tygodni później, kiedy Ivan wrócił ze szkoły, zobaczył, że znikły pozostałe rzeczy ojca. W salonie straszył pusty blat – ojciec zabrał też sprzęt komputerowy. Mama była smutna, często zamykała się w sypialni i rozmawiała przez telefon. W końcu stało się to, czego Ivan domyślał się i bał od dłuższego czasu. Mama przyszła do jego pokoju, usiadła na łóżku i cicho powiedziała:

– Pewnie już wiesz, że między nami, to znaczy między mną a tatą, nie dzieje się ostatnio dobrze. Zdecydowaliśmy, że na razie tata nie będzie tutaj mieszkał.

– Zdecydowaliście? Razem? Przecież on to już zrobił dawno temu! – Ivan nie mógł powstrzymać się od krzyku. – Ty myślisz, że ja nie wiem, co się dzieje? To on zdecydował! Zostawił nas! Nic go nie obchodzimy!

– To nie tak, synku – próbowała tłumaczyć mama. Ale nie bardzo jej to wychodziło. Nie była przekonująca. A Ivan nie miał złudzeń.

 

– Słyszałem, jak się ciągle kłóciliście! Też nie umiałaś się z nim dogadać. Od dawna było wiadomo, że mu tu nic nie pasuje. – Odwrócił się do mamy plecami i udał, że rozwiązuje zadania z matematyki. Po chwili usłyszał, jak za mamą cicho zamykają się drzwi.

Ale przede wszystkim walczył ze łzami napływającymi mu do oczu. Nie będzie płakać. Nie przez ojca. „Jesteś dla mnie ważny” – tak mówił jeszcze kilka tygodni temu. Ta wigilijna kolacja to była totalna ściema. Co za kłamca! Po co to mówił? Po co?

Ivan rzucił się na łóżko. Wtulił twarz w poduszkę. Nie potrafił sobie poradzić z żalem i wielkim rozczarowaniem.

Dni zaczęły się wydłużać, w ogrodzie pojawiły się pierwsze krokusy, ale mama, która zawsze tak czekała na wiosnę i wyraźnie odżywała w te pierwsze słoneczne dni, zupełnie się zmieniła. Nic jej nie cieszyło, z pracy wracała wykończona, pytała tylko o lekcje, czasem rzuciła nieobecne: „Co tam w szkole?”, nawet nie bardzo słuchając jego odpowiedzi, a potem znikała w swoim pokoju. Widywał ją wieczorami, jak z czerwonymi oczami siedziała przed telewizorem albo godzinami rozmawiała z przyjaciółkami przez telefon. Od ojca nie było znaku życia. Mówiła, że zamieszkał w innym mieście. Że musi sobie na nowo ułożyć życie. Że trzeba dać mu czas. I że na pewno się odezwie.


Ivan nie mógł jej zrozumieć. Ojciec okazał się takim draniem. Okłamał ich. Podobno miał drugą rodzinę. Ivan podsłuchał jedną z rozmów mamy. Opowiadała swojej przyjaciółce o jakiejś kobiecie, z którą ojciec mieszkał od kilku lat, kiedy nie było go w domu. Od kilku lat! Również wtedy, kiedy mówił Ivanowi, że jest dla niego najważniejszy, że nigdy go nie opuści. I co były warte te jego obietnice?

Odechciało mu się wszystkiego. Coraz częściej rano tylko udawał, że wychodzi do szkoły. Włóczył się po mieście, a kiedy zrobiło się ciepło, łaził na plażę. Lubił całe godziny spędzać w porcie. Marzył o wyrwaniu się z Gdyni, o podróży na koniec świata. Zazdrościł ludziom wsiadającym na odpływające z portu promy. Kiedyś też przejdzie po trapie i zostawi za sobą to wszystko, co teraz tak bolało.

Niestety, wychowawca zadzwonił do mamy.

– I wiesz, czego się dowiedziałam? – pytała potem ze łzami w oczach. – Wiesz, prawda? Że nie byłeś w ciągu ostatnich dwóch tygodni cztery razy w szkole i że podrabiałeś zwolnienia. Ivan, co się dzieje?

– Nic się nie dzieje – wzruszył ramionami. – Nie martw się. Po prostu nie chciało mi się siedzieć w klasie.

– To się nie powtórzy, obiecaj mi – prosiła. – Nie mam odwagi nawet myśleć o tym, co robiłeś w tym czasie. Przecież mogło ci się coś stać!

– Mamo, nie przesadzaj. Musiałem sobie przemyśleć różne sprawy. Nic złego nie robię. Okej, nie będę się już urywał z lekcji, obiecuję.

– Twój wychowawca powiedział, że będzie teraz miał cię na oku. Ivan, czy nie dość mamy problemów?

Było mu głupio. Nie chciał, żeby mama martwiła się z jego powodu. A karę sam sobie wymyślił. Codziennie po obiedzie zmywał naczynia, chociaż nie cierpiał tego robić. Mamie ten pomysł oczywiście bardzo się spodobał, bo też nie lubiła zmywania.

Ojciec nadal nie dawał znaku życia. Ivan każdego wieczoru łapał się na tym, że czeka na jego telefon. Sprawdzał skrzynkę mejlową kilka razy dziennie.

Na wagary już nie poszedł. Ale w klasie coraz trudniej było mu udawać, że jest tak jak dawniej. Krzysiek i Michał dopytywali ciągle, kiedy mogą przyjść i pograć w jakąś nową grę. I już nie miał pomysłów, co im na odczepnego odpowiadać.

Aż w końcu stało się. Nie zdążył uprzedzić mamy, żeby ich nie wpuszczała. Zadzwonili do drzwi po południu, właśnie kiedy wróciła z pracy. Akurat zmywał po obiedzie i usłyszał tylko, jak mówiła:

– O, jak miło, chłopcy! Dawno was nie było. Ivan na pewno się ucieszy. Wejdźcie, zapraszam.

Szybko zdjął fartuch. Krzysiek i Michał z niewyraźnymi minami poszli z nim do pokoju.

– Ty, a gdzie sprzęt? – zapytał Michał. – Luknęliśmy do salonu, a tam pusto. Co jest grane?

Klapnęli na stojącą w rogu sofę.

– Co ty taki dziwny jesteś? Nie pogadasz z ziomkami? Pograć chcieliśmy. – Krzysiek nie wysiedział długo i zaczął się kręcić po pokoju Ivana. – To ty teraz taki komputerek masz? – zaśmiał się, widząc stary model laptopa na biurku. – Przecież na tym się nie da grać. Stary, co jest?

– Nie wasza sprawa – odburknął Ivan. – Grać się nie da, ale najważniejsze, że jest internet. Mnie to wystarczy.

– Jak to wystarczy? Miałeś takie ekstragry, a teraz... Co jest grane?

– Nic! Odczepcie się. Nie ma kompa, nie ma gier, nie ma i nie będzie. Spadajcie, skoro tylko po to przyszliście.

– Jasne, że spadamy, Ivanku. – Michał usiłował trzepnąć go w głowę, kierując się do drzwi, ale Ivan się uchylił. – Czuliśmy, że ściemniasz, stąd nasza wizyta. Już ostatnia!


– I bardzo dobrze! – krzyknął za nimi Ivan, kiedy bez pożegnania trzasnęli drzwiami. Przez okno widział, jak dobiegli do furtki, coś pokrzykiwali do siebie i śmiali się, pokazując sobie jego okno. Debile!

– Ivan! – zawołała z góry mama. – Możesz przyjść na chwilę?

Poszedł, powłócząc nogami. Nie miał najmniejszej ochoty na rodzinne rozmowy.

– Co się stało? Dlaczego tak szybko poszli?

– A co mieliśmy robić?! – wykrzyczał. – Przecież nie mamy na czym grać! Ojciec wszystko zabrał. Te cholerne gry, tylko o nie im chodziło!

– O gry?... – cicho spytała mama. – To nie są chyba prawdziwi przyjaciele. Przychodzili nie do ciebie, tylko żeby pograć, tak?

– Ale przychodzili! – dalej krzyczał Ivan. – A teraz nie mają po co. Wszystko przez niego! Jak mogłaś mu na to pozwolić?! Dlaczego mu pozwoliłaś?!

– Ivan – odpowiedziała zrezygnowanym głosem mama. – Mnie też nie jest łatwo. Sam widzisz, co się dzieje. Nie zachowuj się jak małe dziecko, jesteś już dużym chłopcem. Czasem nie mamy wpływu na to, co robią inni ludzie. Ojciec postąpił źle, ale to jest nasze życie i teraz musimy je sobie na nowo poukładać. I komputer naprawdę nie jest najważniejszy. Kiedy staniemy finansowo na nogi, o tym też pomyślimy.

„Kiedy staniemy finansowo na nogi”! Mama nareszcie głośno to powiedziała. Odkąd ojciec ich zostawił, z pieniędzmi też zaczęło być krucho, mimo że mama pracowała coraz więcej. A teraz wyszła z nową propozycją.

– Chciałam z tobą porozmawiać o pomyśle, który może trochę podreperować naszą sytuację finansową. Mam zamiar wynająć pokój na dole jakiemuś studentowi.

Jego pokój? Jasne, jeszcze to miał oddać? Jedyne miejsce, w którym czuł się u siebie?

– No a ja? Gdzie mam się podziać? – zapytał.

– Myślę, że trzeba uporządkować pokój na strychu. Będziesz miał o wiele więcej miejsca, strych można naprawdę fajnie urządzić. Trudno udostępniać go komuś obcemu, do tego idealnie nadaje się pokój na parterze. Przeniesiemy z dołu twoje meble, a pokój dla studenta urządzimy tym, co mamy na strychu, może coś jeszcze dokupię. Zgadzasz się? – zapytała niepewnie mama. – To jedyny sposób, żebyśmy mogli zostać w naszym domu. Jest za duży i za drogi dla naszej dwójki. Ale ja nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej.

Głos jej się załamał i schowała się szybko w gabinecie. Ivan zamyślił się. Czyli było naprawdę źle. Mamie brakowało pieniędzy. Możliwe, że będą musieli sprzedać dom, który przecież nie był wcale taki wielki, a na pewno daleko mu było do luksusowej willi. Stara przedwojenna architektura, ale ich trójce zupełnie wystarczał. Tylko że trójki już nie było, zostali we dwoje. Czasem czuł, że tęskni za ojcem, ale najczęściej był na niego wściekły. I na wszystkich, którzy stawali mu na drodze.

A Krzysiek i Michał od tego dnia coraz częściej mu dokuczali. Nie dawali żyć na przerwach, wrzeszczeli za nim, kiedy wychodzili ze szkoły.

– Ivanek! Biegnij do mamusi! Trzeba jej pomóc, oj, oj, bo sobie sama nie radzi!

– Synek mamusi! Garnki czekają! Szybciutko!!!

Nienawidził ich. Co za głąby! Zależało im dawniej tylko na jego grach. Imponował im bogaty ojciec Ivana, chłopak pamiętał, że czuli przed nim respekt, trochę się go chyba nawet bali. Teraz, kiedy zniknął, wyobrażali sobie, że mogą nim pomiatać.

Na lekcjach bojkotowali go, a że to oni rządzili klasą, to było coraz mniej osób, z którymi mógł pogadać.


Po bójce trzy dni spędził w domu, czekając na decyzję szkoły. Mama wzięła nawet urlop w pracy, tak się przejęła. Najpierw próbowała coś wyciągnąć z Ivana, ale on zamykał się w pokoju, słuchał muzyki, surfował po stronach o morskich podróżach, o wrakach leżących na dnie oceanów, o najpiękniejszych statkach i promach. Mama nie za bardzo lubiła to jego przesiadywanie przed komputerem, szczególnie kiedy widziała na monitorze okręty i żaglowce. Ivan wiedział dlaczego. W historii ich rodziny najtragiczniejsze zdarzenia miały związek właśnie z morzem.

Ivan długo nie rozumiał, dlaczego mama nie znosi wycieczek statkiem, nie daje się nigdy namówić na podróż promem, unika nawet krótkich rejsów po Zatoce Gdańskiej. Dlatego to z ojcem przeżył pierwszy sztorm w życiu, kiedy popłynęli na Bornholm. To również z ojcem chodzili do portu oglądać niesamowite żaglowce wypływające w dalekie rejsy. Mama zawsze zostawała wtedy w domu, a potem nie bardzo chciała słuchać ich opowieści o spotkaniach z załogami jachtów. Ale ubiegłoroczne wakacje Ivan spędził u ciotki w Krakowie i to ona opowiedziała mu o wydarzeniach sprzed lat.

Ciotka Dorota była młodszą siostrą mamy. Chociaż mieszkały na dwóch krańcach Polski, co parę dni rozmawiały przez telefon, odwiedzały się co kilka miesięcy, a wakacje zawsze spędzały razem. Tak było też w ubiegłym roku. Wszyscy wędrowali przez dwa tygodnie po Bieszczadach, potem rodzice wrócili do Gdyni, a Ivan został jeszcze tydzień u ciotki. Kiedy w słoneczny dzień siedzieli pod Wawelem nad Wisłą i oglądali nieliczne łódki, kajaki i barki, Ivan opowiadał o swoim marzeniu o morskich podróżach.

– Kiedyś wypłynę w dalekomorski rejs – powiedział. – Na razie rodzice nie pozwalają mi nawet zapisać się na kurs żeglarski, ale na pewno ich przekonam.

– Ale ty wiesz, Ivan, dlaczego mama nie chce, żebyś pływał? – zapytała niespodziewanie ciotka. – Wiesz, dlaczego tak boi się o ciebie? Wiesz, co stało się z twoim wujkiem?

– Wujkiem Andrzejem? – upewnił się Ivan. – No właśnie niewiele wiem. Może mi wreszcie powiecie, o co chodzi. Bo ja go nigdy nie poznałem.

– Nie mogłeś go poznać, bo nie żyje od wielu lat. Był naszym starszym bratem. Najlepszym, najmądrzejszym, najbardziej wysportowanym. Też marzył o dalekich podróżach. Mieszkaliśmy wszyscy w waszym domu, w Gdyni Orłowie. Tam się wychowywaliśmy. Do morza było niedaleko, do portu też. Andrzej spędzał tam każdą wolną chwilę. Kochał takie życie. Zdał wszystkie egzaminy, zdobył patenty żeglarza i sternika, pływał na jachtach, najmował się do załóg różnych jednostek. Wreszcie wypłynął w swój wymarzony rejs dalekomorski. Miał dwadzieścia lat. I nigdy nie wrócił. Nie wiadomo, co się stało. Jego jacht odnaleziono pusty, nasi rodzice poruszyli niebo i ziemię, żeby to wyjaśnić, wierzyli, że Andrzej się odnajdzie, że może został porwany albo że wypadł z łódki i dotarł jakimś cudem na ląd. Nigdy nie uwierzyli w jego śmierć, ale my z twoją mamą wiemy, że nasz brat utonął, że zabrało go morze.

– Czemu mi nigdy tego nie powiedziała? – zapytał Ivan. – Czemu tylko zawsze mówi, że jej brat zginął tragicznie. Myślałem, że to był jakiś wypadek samochodowy.

– Może czeka, aż dorośniesz? Nie chciała cię obarczać tak ciężkimi doświadczeniami. To nas wszystkich bardzo zmieniło. Twoi dziadkowie zmarli kilka lat później. Ja nie mogłam nawet patrzeć na morze. Dlatego na studia wyjechałam na drugi koniec Polski, do Krakowa, i już tu zostałam.


Ivan nie przyznał się mamie, że poznał tę rodzinną historię. Czekał, aż ona sama zacznie wreszcie o tym opowiadać. Ale to najwyraźniej był jeden z tematów tabu. Mama tylko smutniała, kiedy widziała, jak Ivana wciągają spacery do portu i nad morze. I nie dała się nawet w czasie tych kilku dni urlopu namówić na żadną wyprawę na plażę. Śnieg już znikał, robiło się coraz cieplej, w porcie jachtowym był coraz większy ruch. Powoli ruszały przygotowania do sezonu.

 

Tego dnia, kiedy Ivan siedział przed komputerem i czytał o losach Zawiszy Czarnego, zadzwonił telefon, a po chwili mama weszła do pokoju.

– Zbieraj się – powiedziała. – Za godzinę mamy się zgłosić do szkoły. Zdaje się, że podjęto jakąś decyzję w twojej sprawie. Dzwonił wasz matematyk, Wąsacz, ale nic nie chciał powiedzieć. Natomiast poinformował mnie, że na szczęście Michał wrócił już ze szpitala. Nic poważnego mu się nie stało, nie ma wstrząśnienia mózgu. Jeszcze kilka dni ma być na zwolnieniu.

Co za ulga! Ivan wiele razy w ciągu tych dni myślał o bójce. Nie żałował tego, co zrobił, ale przecież nie chciał, żeby to się aż tak źle skończyło. Nie przypuszczał, że jego ciosy mają taką siłę. Tysiące forhendów i backhandów zostały w mięśniach rąk. Nie znosił Michała, chciał go ukarać, upokorzyć, ale bez przesady. Naprawdę martwił się o jego zdrowie i wyczekiwał wiadomości ze szpitala.

– I po co ta szopka? – powiedział do mamy, kiedy wchodzili do szkoły. – Przecież nikt nie chce wiedzieć, jak było. Cały czas udają, że nie widzą, uważają, że nie ma problemu. A tych dwóch dalej będzie rządzić klasą.

– Może coś da się zrobić – westchnęła mama. – Dlatego tu jestem. Pamiętaj, możesz na mnie liczyć.

Ale okazało się, że mama nawet niewiele musiała mówić. Kiedy weszli do gabinetu dyrektora, czekało na nich kilka osób. Oprócz dyrektora był pan Wąsacz, za stołem siedział też szkolny pedagog. Pod ścianą zobaczyli Michała z ojcem i Krzyśka z mamą. Michał miał podbite oko, plaster na łuku brwiowym, siedział ze spuszczoną głową i nie wyglądał zbyt dobrze. Dyrektor poinformował wszystkich, że w ciągu ostatnich dni zespół szkolny zbadał sprawę bójki Ivana i Michała.

– I od uczniów dowiedzieliśmy się, w jakich okolicznościach doszło do tego zdarzenia. Chcę wyraźnie podkreślić – mówił mocnym i zdecydowanym głosem – że nie tolerujemy w naszej szkole przemocy. A do przemocy doszło i z jednej, i z drugiej strony. Teraz zwracam się do Ivana: nic nie usprawiedliwia twojego ataku. Mam nadzieję, że wiesz, że przekroczyłeś granice obrony. Ale rozumiem, że broniłeś koleżankę i że zaprotestowałeś w ten sposób przeciwko temu, co działo się w klasie. Dlatego wezwałem tutaj dzisiaj również Krzyśka i Michała z rodzicami. Państwo wiedzą już, że synowie doprowadzili w klasie do wzrostu agresji, prowokowali bójki, znęcali się nad słabszymi kolegami. To jest niedopuszczalne i musi się skończyć. Po konsultacjach ustaliliśmy z radą pedagogiczną, że wszyscy trzej chłopcy zostaną przywróceni do nauki i od jutra będą uczestniczyć w lekcjach. Michał oczywiście po tym, jak wyzdrowieje. Ale pan pedagog opracował dla was dodatkowy program. Bardzo proszę o szczegóły.

– Chcę, żebyście zrozumieli, że to nie kara – odezwał się pedagog. – To forma pomocy dla was. Mamy nadzieję, że praca w schronisku dla zwierząt poukłada wam trochę w głowach. Weźmiecie udział w zupełnie nowym projekcie, traficie pod opiekę starszych kolegów, wolontariuszy, którzy pracują w schronisku na stałe. Każdy z was ma przepracować w sumie dwadzieścia godzin. Za trzy dni zgłoście się do azylu i dostaniecie zakres obowiązków. Od rodziców oczekujemy współpracy i zrozumienia. To warunek, żeby wszyscy chłopcy pozostali uczniami naszej szkoły.

– Tak, oczywiście – ojciec Michała i mama Krzyśka gorliwie pokiwali głowami. Ale mama Ivana miała wątpliwości.

– Czy oni nie są za młodzi, żeby zajmować się psami? Z tego co wiem, to przebywają tam też niebezpieczne zwierzęta.

– Mamo, proszę cię – Ivan pociągnął ją za rękaw żakietu. – Dam radę.

– Zasady ustalają pracownicy schroniska – uspokoił ją pedagog. – Chłopcy zawsze będą pod opieką dorosłych. Nie ma mowy o narażaniu ich na niebezpieczeństwo. Ale rąk do pracy w azylu zawsze brakuje. A zwierząt przybywa. Ten program terapeutyczny nazywa się „Daj łapę”, ma pomóc i ludziom, i psom. Czy są jeszcze jakieś pytania?

W gabinecie zrobiło się cicho.

– To wszystko – zabrał głos dyrektor. – Dajemy wam szansę – zwrócił się do chłopców. – Skorzystajcie z niej. Teraz wracajcie do nauki. A ja będę się regularnie kontaktować ze schroniskiem i dowiadywać, jak wam idzie. W szkole też będziecie pod szczególną obserwacją. Wszyscy trzej, jasne?

Chłopcy tylko wzruszyli ramionami, ale ich rodzice znowu gorliwie pokiwali głowami. Mama Ivana szepnęła mu coś na ucho. Chłopak popatrzył na nią z wyrzutem.

– Nie licz na to – szepnął.

– Dobra, chłopcy. – Wąsacz podniósł się z krzesła. – Dogadacie resztę spraw między sobą, już bez rękoczynów, mam nadzieję.

Nadal uważam, że powinieneś go przeprosić – powiedziała mama, kiedy wracali z Ivanem do domu. – On jednak najbardziej ucierpiał.

– Ale to on zaczął! – Ivan był zły, że mama tego nie rozumie. – Dlaczego mam przepraszać tego gnoja za coś, co mu się należało? Przecież nawet dyrektor to powiedział. Wcale nie żałuję, że mu wlałem. Może teraz się wreszcie ode mnie odczepi.

– Przecież się przyjaźniliście – zauważyła smutno mama. – Nie brakuje ci kolegów?

– Ty dalej nic nie rozumiesz! – wykrzyczał Ivan, wpadając do domu. – Nie brakuje mi ich, bo ich nie obchodzę. Liczą się dla nich tylko kasa i sprzęt, a odkąd jesteśmy biedakami, olewają mnie i nabijają się ze mnie.

– Nie jesteśmy biedakami! Ivan, chyba tak nie myślisz! – mamie niepokojąco zadrżał głos. – Mamy kłopoty, ale poradzimy sobie.

– Ja to wiem! – nadal krzyczał. – Ale oni nie wiedzą. To głupki, nie rozumiesz tego? Kompletni debile. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. I na pewno nie będę nikogo przepraszał. Nie martw się o mnie. Będę chodzić do szkoły, do schroniska też. I pamiętaj, nie musisz mnie tam zawozić. Nie jestem dzieckiem.

– No właśnie – pokiwała głową mama. – Nie jesteś już dzieckiem, pora wydorośleć. I odpowiadać za to, że się narozrabiało.

– I będę odpowiadać! – złościł się Ivan. – Będę jeździć do tego głupiego, śmierdzącego, beznadziejnego schroniska, chociaż wcale mi się nie chce! A teraz daj mi spokój! – i trzasnął drzwiami do swojego pokoju.


W szkole było trochę lepiej niż przed bójką. Może dlatego, że Michał jeszcze nie wrócił, a Krzysiek sam nie próbował być taki odważny. Ivanowi było właściwie wszystko jedno. Ale kiedy wszedł rano do klasy, koledzy ucichli i przyglądali się, jak siada w swojej ostatniej ławce pod oknem. Po chwili przysiadła się do niego Nikola.

– Jeśli chcesz, to mogę ci dać zeszyty, żebyś zobaczył, co było na polskim i na matmie. A jutro z angielskiego. Chcesz? – zapytała.

– Z polaka możesz mi dać – odpowiedział niechętnie. Nie podobało mu się, że wszyscy się na nich gapili. – Ale po lekcjach. A teraz daj mi spokój. – Odwrócił się do niej plecami i zagapił w okno. Widział, jak zza klifu wyłania się niewielki statek. Obrał kierunek na wschód i oddalał się od Gdyni.

Ciekawe, czy płynie do Szwecji? – zastanawiał się. – A może jeszcze dalej? Może to naukowcy badający wodę w Bałtyku? Albo nurkowie, którzy prowadzą poszukiwania wraków na dnie morza? Kiedyś będę wśród nich – marzył, śledząc biało-niebieski statek.

– Ivan, chyba nie zauważyłeś, że zaczęła się lekcja – usłyszał głos Wąsacza. – Czas wrócić na ziemię, otwieramy ćwiczenia na stronie czterdziestej piątej i zaczynamy od zadania trzeciego. Mieliście przemyśleć to w domu, kto się zgłasza? Marysia? Zapraszam do tablicy. – Ivan przez chwilę interesował się tym, co działo się na lekcji, nawet dość szybko rozwiązał zadanie, które wcale nie było trudne, podczas gdy Marysia wszystko poplątała na tablicy. Gdy skończył, znowu mógł pogapić się przez okno. Ale statku już nie było widać.

Na przerwie dotarło do niego, że coś się zmieniło pod jego nieobecność. Nikt mu nie dokuczał, kiedy szedł korytarzem, czuł na sobie wzrok wielu osób, widział, że niektórzy szepczą, przyglądając mu się znacząco. Radek podszedł do niego w stołówce i klepnął go po plecach.

– Wszyscy o tobie mówią, stary. Baliśmy się, że cię wywalą. Ja byłem wtedy w klasie, wiem, co się stało. I dobrze się stało, oni naprawdę za dużo już fikali. Stary, respekt.

Marysia i Nikola, stojące za nimi w kolejce po obiad, przytaknęły.

– Dyrektor dopiero teraz się obudził. A Wąsacz zrobił nam specjalną lekcję wychowawczą i tym razem to on od nas dużo się dowiedział – powiedziała Marysia. – Nawet jak Michał wróci, już nie będzie taki odważny.

Ivanowi nie chciało się z nimi gadać. Wziął tacę z obiadem i usiadł przy stole w kącie. Dobrze, że się do niego nie przysiedli. Chyba wyczuli, że chce być sam.


Hej, jestem Robert – drobny blondyn w okularach przywitał się z Ivanem, podając rękę. – Będziesz pod moją opieką. Byłeś już kiedyś w schronisku?

Pewnie, że był. Dwa lata temu ojciec dał się przekonać i zabrał go do azylu. Mieli wybrać psa, właściwie to bardziej dla ojca niż dla Ivana. Ale ojciec pokłócił się zaraz na początku z kierownikiem, który chciał wszystko wiedzieć o miejscu, do którego trafi pies. Ojciec wrzeszczał, że nie pozwoli zaglądać obcym ludziom do swojego domu i że powinni się cieszyć, że chce wziąć psa, że wybrał już dużego owczarka, bo taki jest mu potrzebny do pilnowania domu. Wizyta w schronisku zakończyła się wielką awanturą. Ivanowi było wstyd za ojca i oprócz krzyków zapamiętał tylko ujadanie podenerwowanych psów i nieznośny zapach.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?