Bazylia : Klinika Zdrowego ChomikaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



– To Buka! – krzyknęła Asia. – Straszna Buka!

– Asiu, możesz to powiedzieć ciszej – w głośniku usłyszeli głos pani reżyser. – Tak, jakbyś naprawdę była przerażona. Próbujemy jeszcze raz.

– To Buka – wyszeptała Asia. – Straszna Buka!

– Papuga! – w studiu rozległ się zaskoczony, głośny szept Maćka. – Prawdziwa papuga!

– Maciek! Zepsułeś wszystko! – zdenerwowała się pani reżyser. – Nie czas na dowcipy!

– Ale tu naprawdę siedzi papuga – wyszeptał zdziwiony Maciek, a jego wpatrzone w okno oczy zrobiły się okrągłe jak spodki.

Asia odwróciła się w kierunku okna. Przez szybę do studia zaglądał cytrynowy łepek ptaka.

– Pani Ewo! Naprawdę! Niech pani tu przyjdzie! – zawołała Asia. – Papuga wylądowała na parapecie.

Drzwi do studia otworzyły się i weszli do niego pani Ewa, radiowa reżyser, i pan Tomek, realizator. Powoli i ostrożnie podeszli do okna. Papuga przyglądała się im uważnie i wyglądało na to, że zupełnie się nie boi.

– Pewnie komuś uciekła – zauważył pan Tomek. – Wiedziała, gdzie przylecieć. Może chce wziąć udział w naszym słuchowisku?

– Trzeba ją złapać – gorączkował się Maciek. – Bo odleci i się zgubi. Albo porwie ją orzeł!

– Tu raczej nie ma orłów – uśmiechnęła się pani Ewa. – Ale papuga z pewnością nie da sobie rady na wolności. Tylko jak my ją złapiemy? Tych okien w studiu nie da się otworzyć. Są przykręcone na specjalne śruby.

Wiadomość o niezwykłym gościu rozeszła się błyskawicznie po całym radiu. Do studia przybiegli dziennikarze. Ostrożnie podglądali ptaka przez okno, ktoś zrobił mu zdjęcie, ktoś inny wezwał na pomoc pana Staszka, radiową złotą rączkę. Pojawił się z narzędziami i pudełkiem przeznaczonym na tymczasowy domek dla ptasiego gościa.

Przed radiem zebrała się grupka obserwatorów komentujących akcję.

– To nimfa – mówił ze znawstwem starszy pan w koszuli w kratę. – Nie przeżyje długo na wolności.

– No przecież radiowcy jej pomagają – obruszyła się pani Jadzia, pracująca w recepcji Radia Kraków. – Zaraz ją złapią.


– Ptasie radio, no tak! – śmiało się młode małżeństwo z dzieckiem w wózku. – Dobrze ptaszysko trafiło!

Akcja trwała kilkanaście minut. Przestraszona, ale wyraźnie ufająca ludziom papuga trafiła do pudełka. Asia, Maciek i pan Staszek zanieśli ją do jednego z redakcyjnych pokoi, gdzie po chwili zjawiła się pani Ewa ze sporą klatką.

– Pożyczyłam w sąsiednim sklepie zoologicznym. Dali nam też trochę specjalnego pokarmu dla papug.

Pani Ewa otworzyła pudełko i delikatnie przeniosła ptaka do klatki.

– A co ty tu masz? – przyjrzała się bliżej łepkowi ptaka. U nasady dzioba papuga miała niewielką, ale dość głęboką ranę. – Ojej, zraniłaś się! To chyba nic groźnego, ale trzeba cię będzie zanieść do weterynarza.

– Co z nią będzie? – dopytywali się Asia i Maciek. – Może my ją weźmiemy do domu?

– Już się zaczęły poszukiwania właściciela – uspokoiła dzieci pani Ewa. – W radiu nadawany jest komunikat, a na Facebooku umieściliśmy jej zdjęcia. Na razie zostanie tutaj, może ktoś się odezwie. Wracajmy do studia. Przecież musimy skończyć nagranie. Słuchowisko ma być gotowe na jutro!


Do zielonoszarej papugi z cytrynowym łepkiem siedzącej w klatce na korytarzu co chwilę ktoś zaglądał. Wszyscy w radiu wiedzieli już o niezwykłym gościu, a do programu zaczęli telefonować słuchacze z najnowszymi informacjami.

– Ja w sprawie tej papugi, która siedziała u was na parapecie – młody damski głos brzmiał bardzo zdecydowanie. – Widziałam w okolicy radia porozklejane ogłoszenia. Ktoś jej poszukuje.

– Tak, potwierdzam to, co moja przedmówczyni zgłosiła – to mówiący basem mężczyzna. – W parku też są takie kartki.


– Dzień dobry, nazywam się Zuzia Bracka, mam dziesięć lat – to kolejny telefon. – Ta papuga uciekła mojej sąsiadce. Bo pani Krysia jej szuka od rana. Ale ja do niej pukałam i nie ma jej w domu.

– Halo, halo! Radio? Ja dzwonię z Wiednia. Katarzyna Wolska. Proszę pana, to jest moja papuga! To znaczy mojej mamy. My mieszkamy koło radia. Jestem teraz na wycieczce w Wiedniu. Włączyłam właśnie komputer i zobaczyłam na waszej stronie zdjęcie naszej Bazylii! Podaję numer telefonu do mojej mamy, Krystyny Wolskiej, proszę do niej dzwonić. To na pewno nasza Bazylia! Jak ona się czuje?


Bazylia czuła się znakomicie. Podobały jej się częste odwiedziny dziennikarzy, a kiedy skończyło się nagrywanie słuchowiska, przysiedli przy niej Asia z Maćkiem.

– Nic się nie martw – przemawiała do papugi dziewczynka. – Już szukamy twojej pani. Masz na imię Bazylia, prawda? Ładnie. Bazylia jest zielona, trochę jak ty.

Otworzyły się drzwi i do pokoju wpadła starsza pani. Przyklękła przy klatce.


– Bazylia, coś ty narobiła! Wolności ci się zachciało? – Wyjęła z klatki ptaka i pogłaskała go po łepku. – Już dobrze. Najadłaś się pewnie strachu?

– To jak ona pani uciekła? – zapytał Maciek. – Otworzyła sobie klatkę?


– Nie, w domu lata swobodnie, w klatce mieszka tylko w nocy – tłumaczyła pani Krystyna. – Wychodziłam rano do sklepu. Balkon chyba był niedomknięty. Zrobił się przeciąg, drzwi balkonowe się otworzyły i Bazylia wyleciała.

– Pani Krystyno, musimy z nią pójść do weterynarza – w pokoju zjawiła się też pani Ewa. – Bazylia jest niestety ranna. Mamy tutaj niedaleko zaprzyjaźnionego doktora Wojtka. Już do niego dzwoniliśmy, czeka na nas. Asia, Maciek, idziecie z nami? – zaproponowała pani Ewa. – Tata przyjedzie po was dopiero za godzinę, już to z nim uzgodniłam.



Dzieci wniosły klatkę z Bazylią i postawiły ją na stole w gabinecie doktora Wojtka. Papuga przywitała się z lekarzem głośnym skrzeknięciem, a ten delikatnie wyjął ją z klatki.

– Chyba próbowała się gdzieś dostać, uderzała mocno dziobem w coś twardego i w ten sposób się zraniła – wyjaśniał. – Może to było właśnie okno do radiowego studia? Co tam wtedy robiliście? – zwrócił się do dzieci.

– Nagrywaliśmy słuchowisko!

– To jest o dzieciach, które pomagają sąsiadce!

– Ale na początku się jej boją!

– Bo ona wygląda jak Buka! – Asia i Maciek mówili jedno przez drugie, nie dopuszczając do głosu pani Ewy.

Pan Wojtek roześmiał się.

– No to chyba Bazylia podsłuchała, że są tam dzieci, które lubią pomagać. I zaczęła do was stukać. Rana nie jest groźna, tu jest maść majerankowa, proszę nią smarować nasadę dzioba przez kilka dni – zwrócił się do pani Krystyny. – I zamykać balkon, kiedy pani wychodzi na zakupy.


– Mamo! Tato! Jest śnieg! Nareszcie! Wyjmujemy sanki!

Dorotka z nosem przy szybie obserwowała spadające płatki śniegu. Tego roku rzeczywiście długo czekali na przyjście zimy. Wreszcie okoliczne pola skuł mróz, a w powietrzu zawirowały pierwsze płatki śniegu.

Tata, który od świtu zajęty był przy koniach, miał nadzieję na jeszcze chwilę w ciepłej kuchni, ale Dorotka nie dawała mu spokoju.

– Proszę, wyjmij sanki, pociągniesz mnie trochę? Pojedziemy do Jaśka. On też na pewno bawi się w śniegu.

Jasiek był źrebakiem, który niedawno urodził się w ich stadninie. Ciągle jeszcze opiekowała się nim mama, piękna kasztanka Iluzja, ale Jasiek coraz chętniej samodzielnie brykał na dużym padoku, który ciągnął się za gospodarstwem aż pod las Rodzice Dorotki od wielu lat prowadzili niedaleko Krakowa stadninę Mały konik, w której przede wszystkim działała szkółka jeździecka, ale organizowano też zajęcia z hipoterapii, a w czasie wakacji przyjeżdżały dzieci na obozy konne. Dorotka też już jeździła konno, nawet wzięła udział w zawodach i na jej półce nad łóżkiem stały trzy błyszczące puchary.

Od kiedy stado powiększyło się o Jaśka, to z nim dziewczynka spędzała najwięcej czasu. Uwielbiała przytulać się do miękkiej sierści młodego źrebaka i czuć jego zapach. Jasiek skubał jej włosy i parskał radośnie, kiedy klepała go po grzbiecie. Teraz też chciała pobawić się z nim na śniegu.

 

Wskoczyła na przygotowane przez tatę sanki i ruszyli w kierunku padoku. Już z daleka widać było, że coś niedobrego dzieje się z Jaśkiem. Niepewnie podskoczył, zaczął utykać, aż w końcu upadł i bezradnie patrzył na tatę Dorotki.

– Jasiu! Co ci jest? – rozpłakała się dziewczynka, zeskakując z sanek. – Tato, pomóż mu!

– Ja mu nie bardzo mogę pomóc – westchnął tato. – Chyba złamał sobie nogę na tym śliskim gruncie. Musimy wezwać pana Wojtka.

Wyjął komórkę, połączył się z lekarzem i opowiedział, co się stało. W tym czasie Dorotka przytulała się do źrebaka, a jego mama stała nad nimi, niespokojnie fukając.

– Pan doktor niedługo przyjedzie – wyjaśnił po chwili tata. – Musimy w tym czasie przetransportować Jaśka do stajni.

Nie było to łatwe i zajęło sporo czasu. Ostrożnie, podtrzymując konika, szli w kierunku gospodarstwa. Kiedy wreszcie znaleźli się w stajni, usłyszeli samochód wjeżdżający na podwórko. Doktor Wojtek wszedł do środka i od razu przyklęknął przy Jaśku.


– Ma złamaną kość ramienną – wyjaśnił po dłuższym badaniu. – Pewnie skakał po nie do końca zamarzniętej ziemi, gdzieś mu się jedna noga osunęła, potknął się i przewrócił. Siła uderzenia była tak duża, że kość pękła. Musimy się naradzić, jak mu tę kończynę usztywnić.

– Będzie miał nogę w gipsie? – zapytała Dorotka.

– Właśnie nie, nie da się w tym miejscu nałożyć gipsu – doktor Wojtek szedł z Dorotką i tatą do domu, gdzie mama czekała z gorącą herbatą.

– Mamo – rozpłakała się znowu Dorotka. – Ja nie wiedziałam, że koń ma ramię! A teraz ma złamane i boli go, i nie może biegać!

– Zaraz przestanie go boleć, dostał zastrzyk – uspokajał Dorotkę doktor Wojtek. – Ale rzeczywiście, nie bardzo mam pomysł, jak założyć usztywnienie.

– Ale ja mam pomysł – powiedziała z namysłem mama Dorotki, głaszcząc córkę po głowie. – Pan wie, doktorze, że w naszej stadninie robimy różne rzeczy. Szczególnie teraz, w zimie, kiedy mamy mniej zajęć z dziećmi. Zajęłam się właśnie szyciem butów i różnych innych rzeczy jeździeckich i mam taki świetny, mocny materiał, z którego możemy mu uszyć rajstopy usztywniające.

– Rajstopy? – oczy Dorotki aż się zaświeciły. – Rajstopy dla konika? – i zaczęła się śmiać.


– Może raczej kombinezon – pokiwał głową doktor. – Trzeba być czasem wynalazcą.

Mama poszła do pracowni i po chwili wróciła z czarnym, elastycznym materiałem.

– Wygląda znakomicie – przyznał doktor. – Zrobimy z Jaśka Batmana.

Szycie rajstop dla źrebaka trwało kilka godzin. Kiedy następnego dnia wspólnymi siłami doktor, mama i tata nałożyli Jaśkowi kombinezon, źrebak niepewnie stanął na cztery nogi.

– Ale super wygląda! – śmiała się Dorotka. – Mama powinna zacząć szyć rajstopy dla koni.

– Teraz przez pięć-sześć tygodni trzeba go obserwować i pilnować – powiedział doktor Wojtek. – To zadanie dla Iluzji, ale i dla ciebie, Dorotko. Nie może za bardzo brykać, trzeba uważać, żeby tą bolącą nogą o nic się nie uderzył. Dajcie znać jutro, jak się czuje. Jestem co prawda w Radiu Kraków, ale możecie dzwonić.


W radiowym studiu jak zwykle w sobotę rano zebrali się miłośnicy i znawcy zwierząt. Do programu Klinika zdrowego chomika została też zaproszona czarna kotka Kawa, która przyszła ze swoim właścicielem, dziesięcioletnim Tomkiem. Tomek uratował ją kilka dni temu po tym, jak została potrącona przez samochód.

– Ten kierowca nawet się nie zatrzymał – opowiadał wzburzony chłopiec. – Po prostu potrącił Kawę i odjechał. Kotka usiłowała się podnieść, więc wziąłem ją na ręce i pobiegłem do gabinetu, który jest obok naszej szkoły. Bo myśmy u pana doktora byli niedawno z klasą i on nam opowiadał…

– Czekaj, czekaj, Tomku – wtrącił się doktor Wojtek. – Powiedzmy przede wszystkim słuchaczom, że na szczęście kotka nie była ciężko ranna. Wymagała co prawda zabiegu, trzeba było szyć, no i dlatego ma teraz taki elegancki kołnierz.

– Dobrze, że można nas podglądać dzięki kamerkom – powiedział pan Grzegorz prowadzący program. – Tak właśnie wygląda Kawa w kołnierzu.


– I dlatego jest taka niespokojna – tłumaczył doktor. – Pies zwykle przyzwyczaja się do tego klosza po kilku dniach, ale kotu zajmuje to o wiele więcej czasu. Kawa na przykład w kołnierzu chodzi najchętniej tyłem, bo ma nadzieję, że uda jej się go ściągnąć.

– Mamy telefon – pan Grzegorz wszedł w słowo doktorowi Wojtkowi. – Słuchamy, kto do nas dzwoni?

– Dzień dobry. Mam na imię Dorotka. Dzwonię ze stadniny Mały konik.

– Witaj, Dorotko, czy masz jakieś pytanie do doktora?

– Nie, ja chcę powiedzieć, że Jasiek czuje się dobrze.

– Jasiek? – dziennikarz nie bardzo wiedział, co ma powiedzieć. – A kto to jest Jasiek?

– To mój źrebak – wyjaśniała dziewczynka. – Wczoraj złamał ramię.

– Ramię? – odezwał się Tomek. – Chyba nogę.

– Koń też ma ramię – mówiła dalej Dorotka. – Pan doktor go badał i z moją mamą uszyli rajtuzy dla Jaśka. Jasiek wygląda jak Batman, czuje się dobrze, nawet dzisiaj chwilę biegał. Pilnuję go razem z Iluzją.

– No to teraz, panie doktorze – roześmiał się dziennikarz – musi pan opowiedzieć słuchaczom, o co chodzi z tym Batmanem, Jaśkiem, Iluzją i rajtuzami dla konia.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?