W oblężeniuTekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Oddziały serbskich nacjonalistów zaczęły oblegać Sarajewo w kwietniu 1992 roku w odpowiedzi na odłączenie się Bośni od zdominowanej przez Serbów Jugosławii. Położona wśród gór bośniacka stolica nie była w stanie odeprzeć napastnika. Umocniwszy swoje pozycje na stokach wokół miasta, Serbowie odizolowali je z dziecinną łatwością. Średniowieczna wojna oblężnicza została przystosowana do warunków dwudziestowiecznych. Serbowie odcięli nie tylko dostawy żywności i bieżącej wody, lecz także pozbawili Sarajewo współczesnych udogodnień: elektryczności, telefonów i poczty.

Suada Čaušević, sąsiadka Delili, uzmysłowiła mi, jak niewiarygodnie traumatyczne było życie w oblężeniu we współczesnym świecie. Tak jak wszyscy podłączyła wyjęty z samochodu akumulator do telewizora i odbierała program z oddalonego o sto pięćdziesiąt kilometrów Belgradu.

– Zobaczyłam w belgradzkiej telewizji reklamę pizzy. Możesz w to uwierzyć? Reklama pizzy! A ja karmię moją córkę samym ryżem i fasolą. Chciało mi się wyć.

Kiedy poznałam Suadę, była w piątym miesiącu ciąży z drugim dzieckiem, ale ważyła zaledwie czterdzieści pięć kilogramów. Dwa razy o mało nie poroniła, bała się jednak opuścić mieszkanie w suterenie, by pójść do lekarza.

– Żyjemy jak ptaki w klatce.

Życie w Sarajewie zeszło pod ziemię: stało się tak nie bez przyczyny. Ludzie chowali się w schronach albo zakładali obóz w najbezpieczniejszym kącie mieszkania. Kasema Telalagić, trzydziestosiedmioletnia lekarka, gnieździła się w klaustrofobicznym pomieszczeniu gospodarczym razem z mężem, dwójką dzieci i teściową.

– Tak dziś mieszkają w Sarajewie lekarze – powiedziała ze śmiechem. Na górze miała łóżko z baldachimem, salon wyposażony w obitą aksamitem kanapę i fotele, stare obrazy i fantastycznie wyposażoną kuchnię z mikserem, sokowirówką, kuchenką mikrofalową i ekspresem do kawy. Kiedy siedziałyśmy w pomieszczeniu gospodarczym pod workami z piaskiem zasłaniającymi jedyne okno, wyciągnęła album ze zdjęciami, żeby pokazać mi pozostałe pomieszczenia swojego domu.

Wszyscy starali się wytłumaczyć mi, że nie zawsze żyli jak barbarzyńcy. Zwykle już po kilku minutach rozmowy wyciągali blaknące zdjęcia z wakacji na nartach w Szwajcarii albo na słonecznych śródziemnomorskich plażach. Pokazywali modne ubrania, które niegdyś nosili, przeważnie importowane z Włoch. Sarajewianie lubili podróże i wielu z nich pracowało kiedyś za granicą.

Suad i Buba Hajriciowie, małżeństwo po pięćdziesiątce, podłączyło telewizor i magnetowid do wyjętego z samochodu akumulatora, żeby pokazać nam daczę położoną trzy kilometry za miastem. Zbudowanie jej kosztowało Suada prawie trzysta tysięcy dolarów. Ale dom znalazł się na linii frontu i już w pierwszych tygodniach wojny został starty z powierzchni ziemi.

Hajriciowie włożyli do odtwarzacza kolejną kasetę. Był na niej ich dwudziestojednoletni jedynak w San Diego w Kalifornii. Został ciężko ranny w obie nogi, walcząc w szeregach bośniackiej armii, i ewakuowano go z linii frontu. Nie mieli pojęcia, kiedy i czy w ogóle go znowu zobaczą.

– Ta ulica ma za sobą wiele trudnych chwil – powiedział Suad Hajrić. Pokazał mi miejsce w ogrodzie, gdzie zginął jego ojciec, kiedy w 1943 roku siły aliantów ostrzeliwały zajęty przez nazistów budynek pobliskiej szkoły. – W czasie drugiej wojny światowej wydarzyło się wiele strasznych rzeczy, ale teraz jest jeszcze gorzej. Wtedy przez całą wojnę jeździły przynajmniej tramwaje. Teraz od prawie dwóch lat nie mamy żadnego transportu publicznego.

Tydzień po masakrze na targu sarajewianie częściej niż zwykle oddawali się ponurym refleksjom. Atak zbiegł się z dziesiątą rocznicą olimpiady zimowej w Sarajewie, najświetniejszego wydarzenia we współczesnej historii miasta. Kiedy grzebano ofiary masakry na stadionie obok hali olimpijskiej Zetra, wybudowanej specjalnie na tamtą olimpiadę, stacje telewizyjne nadawały na żywo ceremonię otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich w norweskim Lillehammer.

Jela Džino ciągle jeszcze pamiętała potrawy, które przed dziesięcioma laty przyrządzała dla zagranicznych gości, tłumnie zjeżdżających do Sarajewa – rybę po dalmatyńsku i zestaw mięs z grilla. Jej córka, Alma, która pracowała jako przewodniczka niemieckiej ekipy olimpijskiej, ciągle przyprowadzała do domu kolejnych cudzoziemców, żeby skosztowali słynnej kuchni jej mamy. Jela wyciągnęła z szafki pudełko, w którym trzymała pamiątki z olimpiady – czapki narciarskie, szaliki i plakaty. Było tam też specjalne wydanie japońskiego czasopisma poświęcone Sarajewu i zdjęcie Almy na nartach, jasnowłosej i uśmiechniętej. Wyjechała z Sarajewa na początku wojny i teraz mieszkała w Johannesburgu. Jela i jej mąż Zijo od siedmiu miesięcy nie mieli wiadomości o córce i wnuku.

– Taki los. To koszmar – jęknęła Jela, a jej oczy napełniły się łzami. – Moja Alma jest taka śliczna. Mówi płynnie po niemiecku. Niemcy zawsze pytają ją, z której części Niemiec pochodzi.

Fuad Kasumagić, kuzyn i sąsiad Džinów, pamiętał poranek dziewiątego lutego 1984 roku z bolesną dokładnością. Wieczorem poprzedniego dnia razem z przyjaciółmi ze Słowenii, północno-zachodniej części ówczesnej Jugosławii, został zaproszony na przyjęcie po ceremonii otwarcia igrzysk.

– To była zima bez śniegu. Słoweńcy zazdrościli nam, że to my organizujemy olimpiadę, a nie oni, i nabijali się z nas z powodu pogody. Ale w nocy po ceremonii otwarcia zaczęło wreszcie prószyć. Kiedy następnego dnia rano wstaliśmy z łóżek, miasto okrywał kobierzec białego puchu. To było jak choreografia, idealnie wykonany układ taneczny… Wszyscy sarajewianie mają cudowne wspomnienia z tamtych chwil. Byliśmy stosunkowo bogaci. Dobrze nam się żyło. Jugosławia była Jugosławią. Na olimpiadę przyjechali Słoweńcy, Serbowie, Chorwaci i wszyscy czuli się tu u siebie. Ulice wypełniały tłumy szczęśliwych, uśmiechniętych ludzi. – Kiedy to mówił, jego oczy zasnuły się mgłą i musiał przetrzeć okulary.

Primo Levi w książce Czy to jest człowiek napisał, że on i jego towarzysze niedoli w osławionym nazistowskim obozie zagłady zachowali zdolność do przeżywania chwil radości. „Każdy wcześniej czy później w swym życiu odkrywa prawdę, że szczęście doskonałe jest nieosiągalne, lecz mało kto zastanawia się nad odwrotnością tej prawdy: że równie nieosiągalne jest doskonałe nieszczęście […] Nie dopuszcza do tego nasza zawsze niewystarczająca znajomość przyszłości, co w jednym przypadku nazywa się nadzieją”4.

Mieszkańcy Sarajewa nauczyli się wydobywać ze studni nieszczęścia pojedyncze kropelki przyjemności. Kasema Telalagić nazwała optymizm swoim najcenniejszym atutem w walce o przetrwanie.

– Muszę myśleć, że będzie lepiej, bo inaczej nie dałabym rady.

Radość nigdy nie zniknęła całkowicie z ulicy Logavinej. Trenowała drużyna piłkarska, której zawodnikom udawało się jakoś utrzymywać formę, choć często musieli ćwiczyć w schronie. Kiedy gasły światła i kończyły się lekcje, dzieciaki zjeżdżały na sankach po stromej jezdni, nic sobie nie robiąc z niebezpieczeństwa.

– Nie da się powstrzymać życia – powiedziała Kasema. – Mój trzynastoletni syn mówi mi: „Chcę się bawić. Będzie, co ma być. To kwestia przeznaczenia”. Trudno z nim dyskutować.

Każdy kolejny dzień był ciężką próbą, a każdy wieczór świętem przetrwania. Przyjemności były proste. W ciągu dnia przebywanie na ulicy niosło ze sobą śmiertelne zagrożenie; noc zapewniała osłonę przed snajperami. Sarajewianie wychodzili na spacer po zmroku – szybko nauczyli się odnajdować drogę w ciemnościach. Nad pozbawionym prądu Sarajewem gwiazdy świeciły jaśniej niż nad jakimkolwiek znanym mi miastem. W sposobie, w jaki się śmiali albo delektowali filiżanką kawy, była odrobina szaleństwa.

Nauczyli się żyć chwilą; powszechność gwałtownej śmierci uświadomiła im, że być może zostało im tych chwil niewiele.

– Jeśli dasz mi dzisiaj paczkę papierosów, wypalę je wszystkie od razu, bo nie wiem, czy jutro jeszcze tu będę – wyjaśniła mi to Delila Lačević.

Sead Vranić, dumny pięćdziesięciosześciolatek bez grosza przy duszy, oprowadził nas po wszystkich pomieszczeniach swojego domu, pokazując cenne antyki, których nie chciał sprzedać. Był to największy dom na całej ulicy, okazały różowy pałac, wzniesiony przez jego ojca w 1925 roku. Jako jeden z pierwszych budynków w Sarajewie został wyposażony w ogrzewane parą wodną kaloryfery. Kiedy poznałam Vraniciów, po dawnej rodzinnej fortunie nie pozostało ani śladu, a kaloryfery były lodowato zimne. Żona Seada, Vetka, próbowała namówić męża, by spalił swoją kolekcję czasopism sportowych, liczącą dziesięć tysięcy egzemplarzy.

– Wiem, że ludzie w Sarajewie palą w piecach książkami – powiedział – ale niektóre rzeczy są święte.

Zamiast czasopismami, palili więc suchymi liśćmi i gałęziami ze swojego różanego ogrodu. Na środku salonu, gdzie teraz sypiali, ustawili prowizoryczną aluminiową kozę, na której grzali również wodę do mycia. Vetka zaparzyła herbatę z dzikiej róży, tłumacząc się, że nie stać ich na kawę.

– Ta wojna cofnęła nas nie do średniowiecza, tylko do epoki kamiennej – powiedział Sead. – Od trzech miesięcy żywimy się wyłącznie ryżem i fasolą, ale jakoś żyjemy. Przeżyjemy im na złość, aby pokazać, że jesteśmy silniejsi od nich.

Gdy patrzyłam, jak się krzątają przy piecyku, przyszło mi nagle do głowy, że ich codzienna walka o przetrwanie przypomina dramatyczne przygody ludzi uwięzionych przez wiele dni w szałasie zasypanym lawiną albo pasażerów rozbitego samolotu, którzy utknęli na bezludnej wyspie. Sead i Vetka byli zwyczajnymi ludźmi – nie mieli zadatków na bohaterów ani nie byli szczególnie silni – a mimo to, po prostu nie poddając się, zaliczyli jeden z najtrudniejszych u schyłku dwudziestego wieku testów na przetrwanie.

Jakby czytając w moich myślach, Vetka Vranić podniosła wzrok znad piecyka i zapytała wprost:

 

– Myślisz, że wy, Amerykanie, potrafilibyście przeżyć w takich warunkach? Myślisz, że byście przeżyli?

Nie umiałam jej na to z całym przekonaniem odpowiedzieć.

1 Wyparcie

Tabliczka na musztardowożółtym domu przy ulicy Logavinej informuje, że tu mieszka i przyjmuje Esad Taljanović, stomatolog. Z przedpokoju wchodzi się do reprezentacyjnej jadalni, w której króluje wypolerowany do połysku mahoniowy stół, zawsze przykryty koronkową serwetą, a latem ozdobiony świeżymi kwiatami w kryształowym wazonie. Jakby Taljanoviciowie czekali na gości zaproszonych na herbatę i ciasteczka.

Otwierając drzwi, żona Esada, Šaćira, bez względu na porę ma świeżo pociągnięte szminką usta i aksamitną opaskę na starannie uczesanych jasnych włosach.

Esad jest wysokim, wysportowanym mężczyzną o znamionującym pewność siebie uśmiechu, w którym odsłania olśniewająco białe, jak przystało na dentystę, zęby. Zarówno kiedy mówi do siedzącego z otwartą buzią pacjenta, jak i podczas towarzyskiego spotkania przy stole, ze swadą rozwija własne teorie na temat polityki i kultury. Potrafi się jednak przyznać do pomyłki, a pomylił się straszliwie zimą 1991 i 1992 roku, gdy zapewniał wszystkich, którzy chcieli go słuchać, że wojny w Sarajewie nie będzie.

Dla Esada i jego przyjaciół wojna była czymś, co się ogląda w telewizji. Albo co wspominają staruszkowie. Mieszkańcy Sarajewa nie dopuszczali do siebie myśli, że ich kraj może pogrążyć się w krwawym szaleństwie, nawet wtedy, kiedy już dawno powinni byli wiedzieć, dokąd to wszystko zmierza.

W drugiej połowie 1991 roku w ogniu walki znalazły się duże obszary Chorwacji. Esad i Šaćira śledzili przebieg wojny w sąsiednim kraju z bezpiecznej przystani swojego salonu, regularnie oglądając wieczorne wiadomości i czytając poranne gazety. Jako ludzie wykształceni martwili się oczywiście, zwłaszcza kiedy Serbowie zaatakowali perłę architektury, Dubrownik. Podobnie jak wiele innych sarajewskich rodzin Taljanoviciowie lubili spędzać letnie weekendy na słonecznych adriatyckich plażach w okolicach Dubrownika. Co się stanie z ich letnim domem? Czy będzie trzeba odwołać wakacje?

Taljanoviciowie nie byli nieczuli na ludzkie cierpienie. Jako jedni z pierwszych przynieśli konserwy, kiedy organizacje charytatywne zaczęły organizować zbiórki żywności dla dzieci z oblężonego Dubrownika.

– Potrafię zrozumieć, że was, Amerykanów, nie obchodzi sytuacja w Bośni – powiedział łagodnym głosem Esad, gdy siedzieliśmy przy jego wciąż nieskazitelnie błyszczącym mahoniowym stole latem 1995 roku, trzy lata po rozpoczęciu wojny w Bośni. – Nas dzieliło zaledwie dwieście kilometrów od ostrzeliwanego miasta, a patrzyliśmy na to, co się tam działo, jakby to było w Kongu. Byliśmy tacy naiwni.

Większość sarajewian dorastała w zjednoczonej Jugosławii i ich naiwność była efektem wychowania w bezpieczeństwie i dobrobycie. Poziom życia w byłej Jugosławii, która pod względem gospodarczym radziła sobie znacznie lepiej od pozostałych krajów bloku wschodniego, zbliżał się do standardów zachodnioeuropejskich. Przez dziesięć lat funkcjonowania gabinetu dentystycznego Esada jego rodzina dorobiła się wszystkich możliwych udogodnień domowych, od faksu do robota kuchennego, służącego Šaćirze do przyrządzania wybornych posiłków. Choć jego brat, który mieszka w Michigan, regularnie przysyłał nagrania wideo epatujące amerykańskimi basenami i supermarketami, Esad mu nie zazdrościł. Oglądał widoczki ze Stanów z grymasem niesmaku na twarzy. Amerykanie robili na nim wrażenie otyłych, nieszczęśliwych, pozbawionych więzów rodzinnych i wyobcowanych.

W Sarajewie miał prawie wszystko, o czym mógł zamarzyć. Jego rodzice mieszkali piętro niżej. Tuż za progiem jego domu znajdowały się znakomite tereny narciarskie, jedne z najlepszych w Europie, stanowiące idealną lokalizację dla zimowej olimpiady 1984 roku. Od przejrzystych, turkusowych wód Adriatyku dzieliły go niespełna trzy godziny jazdy samochodem. Półmilionowe Sarajewo posiadało znakomity uniwersytet i uczelnię medyczną, gdzie w przyszłości mogłyby studiować jego dzieci.

W oczach Esada Taljanovicia Sarajewo było apoteozą cywilizacji końca dwudziestego wieku, a ludzie cywilizowani nie mordują się wzajemnie. Wojna po prostu nie wchodziła w rachubę.

Po przeciwnej stronie ulicy, w domku za czerwoną furtką mieszkali Zijo i Jela Džinowie. Zwykle można ich było znaleźć w ogrodzie. Dziarski, niespełna sześćdziesięcioletni Zijo tryskał energią. Jela była żwawą kobietą przy kości, skłonną do wybuchów śmiechu lub płaczu.

Wiecznie się czymś martwiła, a trzeba przyznać, że nie brakowało jej powodów: niska emerytura, którą oboje z mężem pobierali, odkąd niedawno przestali pracować w fabryce; córka, która wraz z rodziną postanowiła wyemigrować do Republiki Południowej Afryki; syn pracujący za grosze w restauracji i zwlekający z wyborem prawdziwego zawodu.

Ale perspektywa wojny etnicznej wydawała się Jeli absurdalna, chociaż na jej oczach postkomunistyczna Jugosławia rozpadała się na poszczególne narody – od połowy 1991 roku toczyły się krwawe walki między Chorwatami i Serbami, które były następstwem ogłoszenia przez Chorwację niepodległości. Jej własna rodzina stanowiła żywą ilustrację ulubionego powiedzenia prezydenta Bośni i Hercegowiny Alii Izetbegovicia: każda próba rozdzielenia grup etnicznych, składających się na ludność tego kraju, będzie przypominała „oddzielanie mąki kukurydzianej od mąki pszennej, zmieszanych w jednej misce”5.

Zijo pochodził ze starej sarajewskiej muzułmańskiej rodziny, mieszkającej w tym domu od ponad dwóch stuleci. Jela była katoliczką z Šibenika na chorwackim wybrzeżu. Poznali się w 1956 roku, kiedy Zijo spędzał nad morzem wakacje. Jela pracowała jako kelnerka w motelu, w którym wynajmował pokój. Uważał, że wygląda jak aktorka. Ona uważała, że jest za chudy, i przynosiła mu dodatkowe porcje.

Kiedy zakochani w sobie do szaleństwa brali ślub, ich rodziny nie uważały różnicy religii za powód do wnoszenia sprzeciwu. Ćwierć wieku później, gdy córka Jeli i Zija, Alma, zakochała się w miłym chłopcu z prawosławnej serbskiej rodziny, było podobnie. Zijo mówi ze śmiechem, że przez moment zastanawiał się, czy nie zaprotestować, ale przypomniał sobie:

– Nie mam do tego żadnych podstaw, skoro sam ożeniłem się z katoliczką.

W Sarajewie mniej więcej jedną trzecią wszystkich małżeństw stanowiły małżeństwa mieszane. Zwykle oznaczało to, że rodziny obchodziły większą liczbę świąt: katolickie i prawosławne Boże Narodzenie oraz muzułmański Bajram wypadający na wiosnę. Wbrew bzdurnej nacjonalistycznej retoryce wszyscy mieli te same słowiańskie korzenie i z wyglądu byli nie do odróżnienia.

Zijo i Jela wierzyli w Boga, ale nie zawracali sobie głowy szczegółami. Zijo nie przestrzegał obowiązującego w islamie zakazu spożywania wieprzowiny i alkoholu, a Jela chodziła do kościoła tylko raz w roku, w Wigilię Bożego Narodzenia, na pasterkę – podobnie zresztą jak wielu jej muzułmańskich i prawosławnych sąsiadów. Wydawane przed wojną foldery dla turystów zachwalały historyczne meczety, kościoły katolickie i cerkwie Sarajewa z taką samą wielokulturową dumą, z jaką nowojorczycy mówią o swoich etnicznych restauracjach. Sarajewska tradycja tolerancji religijnej sięga końca piętnastego wieku, kiedy miasto przyjęło sefardyjskich Żydów uciekających z Hiszpanii przed inkwizycją. W czasie drugiej wojny światowej ojciec Zija ukrywał Żydów w zakamuflowanym pomieszczeniu w głębi domu, mimo że po przeciwnej stronie ulicy mieściła się kwatera nazistów.

Ludzie tacy jak Džinowie reagowali kpinami na wystąpienia Radovana Karadžicia, przywódcy parlamentarnej frakcji wojujących serbskich nacjonalistów. Karadžić straszył, co się stanie, jeśli Bośnia i Hercegowina, wówczas jeszcze republika w federacji, pójdzie za przykładem Chorwacji i spróbuje oddzielić się od Jugosławii. W przemówieniu wygłoszonym w parlamencie w październiku 1991 roku groził, że Bośnia i Hercegowina wkroczy w ten sposób na „drogę do piekła i cierpienia”, która może doprowadzić „naród muzułmański do zagłady”6.

Karadžić, pracujący jako psychiatra w największym sarajewskim ośrodku medycznym – Szpitalu Koševo, miał w mieście opinię matoła. Był domorosłym poetą i łapownikiem, który brał pieniądze za wystawianie zwolnień z pracy i od służby wojskowej. W 1985 roku odsiedział wyrok za sprzeniewierzenie funduszy publicznych. Nikt nie traktował go poważnie.

Co więcej, wydawało się, że Izetbegović jest gotowy stanąć na głowie, byle tylko zadowolić coraz bardziej wojowniczo nastawionych Serbów. „Do wojny potrzebne są dwie strony, a my nie będziemy walczyć”, oznajmił na początku 1992 roku7.

Przemówienie Izetbegovicia uspokoiło Jelę. Nadal piła z mężem kawę w ogrodzie. Nie czuli strachu. Ale w rzeczywistości przypierana do muru Bośnia miała bardzo niewielkie pole manewru, żeby uniknąć wojny.

Dwudziestego piątego czerwca 1991 roku Chorwacja i Słowenia oderwały się od Jugosławii, ogłaszając pełną niepodległość. Kolejna republika byłej Jugosławii, Macedonia, szła niepewnie w tym samym kierunku. Bośnia i Hercegowina była coraz bardziej izolowana w rozpadającym się państwie, zdominowanym przez największą republikę, Serbię. Pozostając w Jugosławii, musiałaby się podporządkować skrajnie nacjonalistycznemu serbskiemu prezydentowi Slobodanowi Miloševiciowi.

Część chorwackich polityków proponowała, by Bośnia stworzyła federację z Chorwacją. Przywódcy kraju byli jednak pewni, że połączenie go z Chorwacją wywołałoby bunt bośniackich Serbów – którzy bali się, że zostaną odcięci od Serbii – a w konsekwencji interwencję zdominowanej przez Serbów Jugosłowiańskiej Armii Ludowej. Ci, którzy oglądali w telewizji bombardowanie Dubrownika, obawiali się potencjalnych następstw. Niektórzy europejscy dyplomaci sugerowali przeprowadzenie podziału Bośni, co jednak w przypadku tej najbardziej zróżnicowanej pod względem etnicznym republiki byłej Jugosławii ze względów logistycznych było praktycznie niewykonalne. Według spisu ludności z 1990 roku czterdzieści cztery procent ludności stanowili muzułmanie, trzydzieści jeden procent prawosławni, a siedemnaście procent katolicy. Linie podziału przebiegały przez poszczególne miasta i rodziny, tak jak u Džinów, dlatego nie dałoby się podzielić Bośni na narodowe enklawy bez przesiedlenia setek tysięcy ludzi.

Najlepszym – jeżeli nie jedynym – rozwiązaniem wydawało się ogłoszenie niepodległości. Skoro wielonarodowa Jugosławia marszałka Tity nie mogła dłużej istnieć, Bośnia i Hercegowina miała szansę stać się jedyną spadkobierczynią wizji pokojowego współżycia wyznawców różnych religii.

Kraj zmierzał niepewnym krokiem w kierunku niepodległości, nie zdając sobie sprawy, że gromadzą się nad nim czarne chmury. W sobotę i niedzielę dwudziestego dziewiątego lutego i pierwszego marca 1992 roku odbyło się referendum, w którym głosujący odpowiadali na pytanie: „Czy jesteś za suwerenną i niezależną Bośnią i Hercegowiną, państwem gwarantującym równe prawa wszystkim obywatelom […] Muzułmanom, Serbom, Chorwatom i innym, którzy w nim mieszkają?”.

Wyniki referendum były niemal jednomyślne. Zdecydowana większość odpowiedziała „TAK”, choć udział wzięło tylko sześćdziesiąt cztery procent uprawnionych do głosowania. Karadžić wezwał do bojkotu referendum i w wielu zdominowanych przez Serbów okręgach w ogóle nie dopuszczono do jego przeprowadzenia.

Ekrem i Minka Kaljancowie nie interesowali się polityką. Mieszkali na pierwszym piętrze niedużego, niczym niewyróżniającego się bloku przy Logavinej i mieli pełne ręce roboty, wychowując dwóch rozbrykanych chłopców. Ekrem brał rozmaite fuchy, żeby związać jakoś koniec z końcem.

Dorastając pod rządami komunistów, Ekrem i Minka wykształcili w sobie głęboką nieufność do polityków. Nie zagłosowali w pierwszych wolnych wyborach do parlamentu w 1990 roku. Ale w dniu referendum stanęli przy urnie jako jedni z pierwszych.

– Głosowałam, bo nie chciałam wojny. Myślałam, że opowiadając się za niepodległą Bośnią, udowodnimy, że chcemy żyć wszyscy razem w pokoju – powiedziała mi Minka.

Kilka dni po referendum serbskie bojówki zablokowały drogi wyjazdowe z Sarajewa. Pięciu studentów zginęło, próbując rozebrać barykady. Ale Ekrem sądził, że rozlew krwi na tym się skończy.

– Byłem na sto procent przekonany, że sarajewianie nie dadzą się podzielić. Na sto procent. Byłem pewien, że tutaj nic takiego nie może się wydarzyć.

Ekrem i Minka nie należą do ludzi, których łatwo wywieść w pole. Nie mają wyższego wykształcenia, ale są bystrymi obserwatorami codziennego życia. Rudowłosa Minka jest szczupła i nieśmiała. Jedyną skazę na jej urodzie stanowią zniszczone wskutek wojny zęby. Ekrem trzyma się prosto jak struna, a jego niebieskie oczy mierzą człowieka podejrzliwym spojrzeniem. Później wstąpi do policji.

 

Niezachwiana wiara Ekrema w przyszłość Bośni otrzymała pierwszy cios, kiedy wracając o piątej rano z Belgradu, dokąd pojechał zainstalować system centralnego ogrzewania, musiał zmienić trasę, skierowany na boczną drogę przez nieoczekiwany posterunek policji. Szosa wyprowadziła go w góry, gdzie ku swojemu zaskoczeniu zobaczył doborowe oddziały wojska odbywające jakieś ćwiczenia. Odniósł wrażenie, że stanowią część Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, ale wielu żołnierzy, zamiast zwykłego wojskowego jeżyka i gładko ogolonych twarzy, miało długie włosy i brody.

Dowódca kazał Ekremowi zwiększyć prędkość i jechać do diabła. Ekrem docisnął pedał gazu swojej renówki, chcąc jak najprędzej dotrzeć do domu i opowiedzieć o tym, co widział, Mince.

– Oboje byliśmy przerażeni. Mrówki chodziły mi po skórze. Wiedziałam, że zanosi się na coś niedobrego – wspominała tamten moment Minka.

Nie w pełni zdając sobie sprawę ze znaczenia tej sceny, Ekrem był w górach świadkiem koncentracji sił, które wkrótce miały odciąć Sarajewo od reszty świata.

W 1991 roku zwolennicy Karadžicia ogłosili niezależność znacznych obszarów Bośni i Hercegowiny. „Serbskie regiony autonomiczne” ustanowiły własny parlament, który dwudziestego siódmego marca 1992 roku proklamował Republikę Serbską. Powstały nieregularne oddziały tak zwanych czetników. Czetnicy nosili brody i naszywki z czaszką, orłem i dwoma skrzyżowanymi mieczami.

Jednocześnie z Serbii wkroczyły na teren Bośni i Hercegowiny oddziały Jugosłowiańskiej Armii Ludowej. Dowódcy twierdzili, że mają za zadanie utrzymać pokój, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli.

W ostatnich dniach marca Ekrem zaobserwował kolejne niepokojące znaki. Serbscy pracownicy Szpitala Koševo, w którym zakładał instalację sanitarną, zaczęli nagle opuszczać miasto. Jeden z jego kolegów, Grujić, powiedział, że kupił w Serbii samochód i musi po niego pojechać. Inny, Dragan, twierdził, że ma coś do zrobienia na daczy. Milutin oznajmił, że wyjeżdża na miesięczny obóz szkoleniowy dla myśliwych. Później został ujęty jako snajper.

W tym samym czasie ministrowie spraw zagranicznych Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej zaplanowali spotkanie w Luksemburgu, na którym zamierzali uznać niepodległość Bośni i Hercegowiny. Mieli nadzieję, że pomoże to odsunąć widmo wojny. Spotkanie miało odbyć się w poniedziałek, szóstego kwietnia.

W Sarajewie zapowiadał się ekscytujący weekend. Jak w każdy piątek siedemnastoletnia Delila Lačević i o rok starsza Lana Lačević wybrały się na Baščaršiję, do tureckiej dzielnicy w śródmieściu, stanowiącej zagłębie kafejek i sklepów z pamiątkami. Kędzierzawa Delila o figlarnym uśmiechu i wysoka, krzepka Lana o krótko obciętych jasnych włosach były siostrami stryjecznymi i najlepszymi przyjaciółkami. Obie rodziny – ojcowie dziewcząt byli braćmi – mieszkały razem w pełnym zakamarków starym domu w najwyżej położonej części ulicy Logavinej. Lena i Delila spędziły wieczór w swojej ulubionej kawiarence Alo, Alo, gdzie siedziały do późna, gadając o chłopakach i najnowszych przebojach z MTV.

Kiedy wróciły do domu, w progu przywitali je rozgniewani, szalejący z niepokoju rodzice. Na Baščaršii doszło do strzelaniny i ktoś został zabity. Dziewczęta zaskoczyła bura; przecież były odpowiedzialne, obie zamierzały zostać w przyszłości lekarkami, jak mama Lany, Šaćira. Wiadomość o śmierci młodych ludzi głęboko nimi wstrząsnęła. W Sarajewie rzadko dochodziło do zbrodni, chociaż to właśnie tutaj dokonano jednego z najsłynniejszych zabójstw w historii, zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda w 1914 roku, będącego bezpośrednią przyczyną wybuchu pierwszej wojny światowej. Zdenerwowani Lačeviciowie zamknęli furtkę i położyli się spać.

W sobotę czwartego kwietnia zajrzał do nich policjant, przynosząc jeszcze bardziej niepokojące wieści. Powiedział, że nieregularne oddziały czetników wznoszą wokół miasta barykady. Pomimo wyraźnie wyczuwalnej atmosfery napięcia po południu na kawę i ciasto wpadli krewni. Kiedy około ósmej wieczorem Lana wyszła, by zamknąć za nimi furtkę, zobaczyła piękne na swój upiorny sposób smugi czerwonego światła, tańczące w dalekich górach.

– Mamo, chodź, zobacz, co się dzieje – zawołała. Myślała, że to pokaz fajerwerków z okazji muzułmańskiego święta Bajram, które rozpoczęło się w ten weekend. Šaćira Lačević krzyknęła, żeby natychmiast wracała do domu. Światła w górach były pociskami smugowymi.

W niedzielę rano sarajewianie byli już na dobre rozwścieczeni wznoszeniem barykad i innymi oznakami nadciągającej wojny. Z Dobrinji, osiedla wysokościowców zbudowanego na olimpiadę zimową w 1984 roku, wyruszyła spontaniczna manifestacja pokojowa. Zanim dotarła do centrum miasta, liczba demonstrantów wzrosła z dwóch do dziesięciu tysięcy osób. Zwolennicy pokoju rozłożyli się obozem pod budynkiem Parlamentu Bośni i Hercegowiny. W różnobarwnym tłumie sarajewian panowała atmosfera karnawału. Sympatycy komunistów wymachiwali fotografiami Tity; grupka nastolatków przyniosła transparent z napisem SEX, DRUGS AND ROCK & ROLL. Wszystkim jednak przyświecał ten sam cel.

– Potrafimy żyć razem – skandowali demonstranci. – Mi smo za mir – Jesteśmy za pokojem.

Następnego dnia Esad Taljanović oglądał w telewizji trwającą drugi dzień demonstrację. Nagle zorientował się, że patrząc na spontaniczną falę poparcia dla jedności narodowej, z aprobatą kiwa głową.

– Chodźmy tam – powiedział do Šaćiry, zrywając się z kanapy. Szybko ubrali dzieci, trzyletniego Amira i pięcioletnią Lejlę. Zapakowali obiad i zeszli do skrzyżowania Logavinej z Vojvody Putnika, główną arterią prowadzącą do nowszych przedmieść Sarajewa.

Natychmiast wchłonął ich falujący tłum, który tymczasem wzrósł do stu tysięcy osób. Dzieci bały się, że zostaną zgniecione, więc Šaćira wróciła z nimi do domu, ale Esad został. Nie przyszło mu do głowy, że w tej karnawałowej atmosferze, na ulicach pełnych pozytywnej energii może czaić się zagrożenie.

Kiedy padły pierwsze strzały, Esad nie skojarzył tego dźwięku. Wcześniej słyszał tylko strzelanie na wiwat w sylwestra. Z konsternacją obserwował zbiorowy dreszcz, który przebiegł przez tłum. Ktoś krzyknął: Gore snajper! – Na górze jest snajper! – i nagle wszyscy rzucili się do ucieczki.

– Byliśmy tacy nieprzygotowani, tacy naiwni – wspominał. – Nie mieściło mi się w głowie, że ktoś może strzelać do nas jak do kaczek.

Strzelano z górnych pięter Holiday Inn. Nie było wątpliwości, kto za tym stoi. Karadžić wynajął górne piętra hotelu – także spadku po olimpiadzie – na biura Serbskiej Partii Demokratycznej. Policja wpadła do budynku i aresztowała sześciu mężczyzn, w tym osobistego ochroniarza Karadžicia.

Tamtego dnia zginęło w Sarajewie czternaście osób; szósty kwietnia 1992 roku zapisał się w kronikach jako oficjalny początek wojny w Bośni.

Ale sarajewianie nadal zachowali niezwykłą ludzką zdolność wypierania, która w obliczu rzeczy zbyt strasznych, by o nich myśleć, potrafi być naprawdę bezgraniczna.

Kolejne dni kwietnia przyniosły nasilenie przemocy – codziennie pięć albo sześć ofiar śmiertelnych i coraz większa liczba rannych. W nocy gaszono latarnie, by pokrzyżować szyki snajperom. Część właścicieli sklepów zabiła deskami okna wystawowe i zamknęła interes, ale większość mieszkańców nadal normalnie chodziła do pracy, nadkładając drogi, żeby ominąć szeroką, odsłoniętą ulicę Vojvody Putnika, która już zdążyła zapracować sobie na nazwę „aleja Snajperów”.