Światu nie mamy czego zazdrościćTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaram Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu

pomocy humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki

Paweł Smoleński Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew

Albert Jawłowski Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego (wyd. 2)

Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 3)

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy (wyd. 2)

Wojciech Górecki Toast za przodków (wyd. 2)

Jonathan Schell Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz (wyd. 3)

Janine di Giovanni Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii

Wolfgang Bauer Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 2)

Bartek Sabela Afronauci. Z Zambii na Księżyc

Anna Pamuła Polacos. Chajka płynie do Kostaryki

Paweł Smoleński Pochówek dla rezuna (wyd. 3)

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 4)

W serii ukażą się m.in.:

Jacek Hugo-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 2)

Ben Rawlence Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Barbara Demick

Światu nie mamy czego zazdrościć

Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej

Przełożyła Agnieszka Nowakowska


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Nothing to Envy: Ordinary Lives in North Korea

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Fotografia na okładce © by Alain Nogues / Corbis / FotoChannels

Copyright © 2009, 2015 by Barbara Demick. All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2011

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Nowakowska, 2011

Redakcja Anna Sterczyńska i Ewa Polańska

Konsultacja merytoryczna dr Marceli Burdelski

Korekty Magdalena Kędzierska, Zuzanna Szatanik i Sandra Trela / d2d.pl

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Magdalena Kędzierska, Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-574-6

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Od autorki

Po ciemku trzymaliśmy się za ręce

Nieczysta krew

Niezłomna komunistka

Utopiona w czerni

Wiktoriański romans

Odchodzenie Boga

Kroplówka z dwóch butelek po piwie

Akordeon i tablica

Najpierw umierają ludzie dobrzy

Matki wynalazku

Zbłąkane jaskółki

Uroki chaosu

Żaby w studni

Rzeka

Epifanie

Panna młoda na sprzedaż

Otworzyć oczy, zamknąć usta

Ziemia obiecana

Obcy wśród swoich

Spotkania

Epilog: Czekanie

Trzecie pokolenie

Podziękowania

Przypisy

Spis fotografii

Przypisy końcowe

Kolofon

Dla Nicholasa, Gladys i Eugene’a

Od autorki

W 2001 roku jako korespondentka „Los Angeles Times” zamieszkałam w Seulu, skąd miałam pisać o obydwu Koreach. Amerykańskiemu dziennikarzowi było wtedy wyjątkowo trudno wjechać do Korei Północnej. Kiedy wreszcie zostałam tam wpuszczona, przekonałam się, że poznawanie tego kraju na miejscu jest właściwie niemożliwe. Zachodnim dziennikarzom przydzielano „przewodników”, którzy mieli udaremnić im wszelkie spotkania i rozmowy niezatwierdzone w narzuconym z góry, starannie przygotowanym programie wizyty, ograniczonym do zwiedzania pokazowych miejsc i atrakcji. Kontakty ze zwykłymi ludźmi nie wchodziły w rachubę. Na zdjęciach i w telewizji Koreańczycy z Północy maszerują jak roboty w zwartym szyku na defiladach albo uczestniczą w wielkich pokazach gimnastycznych na cześć przywódców. Zaczynając od przeglądania fotografii, próbowałam dostrzec, co kryją te pozbawione wyrazu twarze.

Obraz prawdziwego życia w Koreańskiej Republice Ludowo­-Demokratycznej zaczął mi się wyłaniać dopiero dzięki moim rozmówcom, którzy uciekli z Północy do Korei Południowej albo Chin. Dla „Los Angeles Times” napisałam cykl artykułów o zbiegach z leżącego na północy kraju miasta Chongjin[1]. Uznałam, że rozmowy z wieloma osobami o jednym konkretnym miejscu ułatwią mi weryfikację faktów. Zależało mi na tym, żeby było ono położone z dala od zadbanych atrakcji turystycznych, które północnokoreańskie władze pokazują zagranicznym gościom – chociaż liczyłam się z tym, że przyjdzie mi pisać o miejscu, do którego sama nie będę mogła dotrzeć. Chongjin, trzecie co do wielkości miasto Korei Północnej, które w połowie lat dziewięćdziesiątych zostało szczególnie dotknięte klęską głodu, jest niemal całkowicie zamknięty dla cudzoziemców. Miałam szczęście spotkać wielu wspaniałych ludzi stamtąd, którzy obrazowo opowiadali i nie szczędzili mi czasu. Książka wyrosła właśnie z tej serii artykułów.

 

Powstała ona na kanwie moich siedmioletnich rozmów z Koreańczykami z Północy. Zmieniłam w niej jedynie niektóre imiona, by chronić tych, którzy stamtąd nie wyjechali. Wszystkie dialogi przytaczam tak, jak zostały mi podane w relacjach jednej lub kilku osób. Dołożyłam wszelkich starań, by zweryfikować opowiadane historie i ukazać je na tle wydarzeń nagłośnionych publicznie. Opisy miejsc, do których nie dane było mi dotrzeć, powstały na podstawie zdjęć, nagrań wideo i relacji uciekinierów. Korea Północna wciąż jest dla nas pod wieloma względami nieprzenikniona, więc naiwnością byłoby twierdzić, że zdołałam wszystko uchwycić właściwie. Pozostaje mi jedynie nadzieja, że kiedyś ten kraj otworzy się i będziemy mogli sami osądzić, co się tam naprawdę działo.

Po ciemku trzymaliśmy się za ręce


[9] Nocne zdjęcie satelitarne Korei Północnej i Południowej

Na nocnych zdjęciach satelitarnych Dalekiego Wschodu widać rozległą, zadziwiająco nieoświetloną plamę. Ta ciemna przestrzeń to Koreańska Republika Ludowo­-Demokratyczna.

Z tajemniczą czarną dziurą sąsiadują Korea Południowa, Japonia i świecące już względnym dobrobytem Chiny. Nawet z wysokości setek kilometrów widać tam białe punkciki billboardów, latarni, sygnalizacji ulicznej czy neonów sieci fast foodów, które świadczą o tym, że życie w tych krajach jest w dwudziestym pierwszym wieku nieodłącznie związane ze zużyciem energii elektrycznej. Ale tuż obok rozpościerają się obszary czerni, o powierzchni prawie dorównującej Anglii. To zdumiewające, że państwo, w którym żyją dwadzieścia trzy miliony mieszkańców, wydaje się bezludnym oceanem. Północna Korea jest po prostu pustką.

Kraj ten zaczernił się na początku lat dziewięćdziesiątych. Jego głęboko niewydolna gospodarka załamała się po rozpadzie Związku Radzieckiego, który wspierał swego komunistycznego sojusznika dostawami taniej ropy naftowej. Elektrownie popadły w ruinę. Zabrakło światła. Wygłodniali ludzie wspinali się na słupy elektryczne, żeby ściągnąć kawałek miedzianego drutu i wymienić go na jedzenie. Gdy schowa się słońce, a pejzaż zaciągnie szarością, przycupnięte małe domostwa wciąż giną w mroku. Do świtu nikną całe wsie. Nawet w niektórych dzielnicach pokazowej stolicy, Pjongjangu, idzie się nocą środkiem dużej ulicy, nie widząc domów ani po jednej, ani drugiej stronie.

Przygodnej osobie wpatrującej się w pustkę, którą jest dzisiejsza Korea Północna, mogą przychodzić na myśl odludne wioski w Afryce czy Azji Południowo­-Wschodniej, gdzie jeszcze nie dotarła cywilizacja elektryczności. Korea Północna nie jest jednak krajem zacofanym, lecz państwem, które odłączyło się od rozwiniętego świata. Świadectwa tego, czym była dawniej, i tego, co zostało utracone, odnajduje się przy każdej większej drodze – bo wszędzie tam wiszą resztki zardzewiałych drutów elektrycznych, których sieć pokrywała kiedyś cały kraj.

Starsi mieszkańcy Korei Północnej dobrze pamiętają czasy, gdy mieli więcej prądu (a zatem także żywności) niż ich proamerykańscy kuzyni z Korei Południowej, to zaś tylko potęguje w nich poczucie upokorzenia z powodu przymusowego siedzenia nocami po ciemku. W latach dziewięćdziesiątych Stany Zjednoczone zaoferowały KRLD pomoc energetyczną w zamian za rezygnację przez ten kraj z programu zbrojeń jądrowych. Administracja Busha wycofała się jednak z tej obietnicy, zarzucając Korei Północnej niedotrzymanie warunków umowy. Mieszkańcy skarżą się gorzko na ciemności, lecz ich przyczyny upatrują w sankcjach amerykańskich. W nocy nie mogą czytać. Nie mogą oglądać telewizji. „Bez prądu nie mamy kultury” – rzucił mi kiedyś oskarżycielsko pewien przysadzisty północno­koreański strażnik.

Ale ciemności miewają też dobre strony. Zwłaszcza gdy jest się nastolatkiem i chodzi na sekretne randki.

Kiedy dorośli położą się spać, czasem już o siódmej wieczorem, łatwiej wymknąć się z domu. Mrok sprzyja prywatności i swobodzie, których w Korei Północnej brakuje tak bardzo jak elektryczności. Jego cudowna zasłona zapewniająca niewidzialność chroni przed wścibstwem rodziców, sąsiadów, tajniaków.

Chociaż poznałam wielu Koreańczyków z Północy, którzy mówili, że pokochali ciemności, największe wrażenie wywarła na mnie historia pewnej kilkunastoletniej dziewczyny i jej chłopaka. Gdy zobaczył ją po raz pierwszy, miała dwanaście lat. On, o trzy lata od niej starszy, mieszkał w pobliskim miasteczku. W bizantyjskiej hierarchii społecznej obowiązującej w Korei Północnej jej rodzina plasowała się nisko. Gdyby ktoś zobaczył ich razem w miejscu publicznym, chłopak straciłby szanse na karierę, a ona reputację cnotliwej dziewczyny. Dlatego umawiali się wyłącznie na długie spacery po ciemku. Zresztą i tak nie mieli wyboru, bo na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy zaczęli spotykać się na poważnie, z powodu braku prądu zamknięto restauracje i kina.

Umawiali się po kolacji. Dziewczyna zakazała mu stukać do drzwi wejściowych, bo krępowała się starszych sióstr, młodszego brata i ciekawskich sąsiadów. Jej rodzina mieszkała w ciasnocie razem z kilkunastoma innymi rodzinami w długim, wąskim budynku, za którym znajdowała się wspólna ubikacja. Biały murek zasłaniający dom od ulicy sięgał nieco powyżej linii wzroku. Za tym murkiem chłopak krył się po zmroku. Brzęk przy zmywaniu naczyń u sąsiadów i odgłosy dobiegające z wychodka tłumiły dźwięk jego kroków. Musiał na nią długo czekać, czasem dwie, trzy godziny. To było bez znaczenia. W Północnej Korei życie biegnie wolniej. Tam nie nosiło się zegarka.

Dziewczyna wymykała się, kiedy tylko mogła wyjść z domu niezauważona. Przez chwilę wpatrywała się w ciemność: jeszcze go nie widziała, ale czuła jego obecność. Nie musiała się malować – w mroku makijaż jest przecież niepotrzebny. Czasem miała na sobie po prostu szkolny mundurek z marszczonej tkaniny syntetycznej: szafirową spódniczkę zakrywającą skromnie kolana i białą bluzkę z czerwoną chustką. Była bardzo młoda i jeszcze nie przejmowała się swoim wyglądem.

Najpierw szli w milczeniu, potem ich głosy stopniowo podnosiły się do szeptu, normalnie zaczynali mówić dopiero za wsią, kiedy mijało napięcie. Trzymali się na odległość wyciągniętej ręki aż do chwili, gdy byli pewni, że nikt ich nie widzi.

Na skraju wsi mijali kępę drzew, za którą zaczynały się tereny uzdrowiska z gorącymi źródłami. Kiedyś był to dość znany kurort – do jego wód o temperaturze pięćdziesięciu pięciu stopni zjeżdżały autobusy pełne chorych na cukrzycę i reumatyzm Chińczyków – lecz później zamarło w nim życie. Przy wejściu błyszczał prostokątny staw, otoczony kamiennym obramowaniem. Dalej ciągnęły się dróżki wysadzane sosnami, klonami japońskimi i jej ulubionymi miłorzębami, których delikatne liście o idealnym kształcie orientalnego wachlarza żółkły jesienią na musztardowo. Drzewa porastające okoliczne wzgórza zostały zdziesiątkowane, ponieważ ludzie potrzebowali opału, ale te na terenie uzdrowiska były tak piękne, że okoliczni mieszkańcy nie ośmielali się ich tknąć.

Teren był jednak zaniedbany. Drzew nie przycinano, kamienne ławki popękały, wyrwy w brukowanych alejkach wyglądały jak dziury w zębach. W połowie lat dziewięćdziesiątych prawie wszystko w Korei Północnej zdążyło się zużyć, zepsuć, podupaść. Kraj widział lepsze czasy. Ale po ciemku zniszczenia mniej rzucały się w oczy. Basen z gorącą wodą, mętny i zarośnięty rzęsą, jaśniał wtedy odbiciem nieba.

Widoku nocnego nieba w Korei Północnej nie sposób zapomnieć. To chyba najwspanialsze niebo w północno­-wschodniej Azji, bo tylko tam nie przesłaniają go pyły węglowe, piasek nawiewany znad pustyni Gobi ani dymy przemysłowe, od których dusi się reszta kontynentu. Kiedyś północnokoreańskie fabryki dokładały się do tej chmury, ale to już przeszłość. Blasku gwiazd jaśniejących na górze nie tłumią tam sztuczne światła.

Wędrująca nocą para zbierała liście miłorzębu. O czym rozmawiali? O rodzinie, kolegach z klasy, przeczytanych książkach – każdy temat był fascynujący. Gdy po latach spytałam dziewczynę o najszczęśliwsze chwile w jej życiu, opowiedziała mi o tamtych nocach.

Zjawisk tego rodzaju nie widać na zdjęciach satelitarnych. W siedzibie CIA w Langley w Wirginii i na uniwersyteckich wydziałach orientalistyki o Korei Północnej myśli się z oddali. I w tym myśleniu pomija się to, że w tej czarnej dziurze, w przygnębiającym, mrocznym kraju, gdzie miliony ludzi umarły z głodu, jest także miłość.

Kiedy ją poznałam, ta dziewczyna była już trzydziestojednoletnią kobietą. Mi­-ran (tak ją nazywam w tej książce) uciekła sześć lat wcześniej ze swojego kraju i zamieszkała w Korei Południowej. Poprosiłam ją o rozmowę w związku z moim artykułem o zbiegach z Północy.

W 2004 roku zostałam szefową seulskiego oddziału gazety „Los Angeles Times”, który zajmuje się całym Półwyspem Koreańskim. Korea Południowa, ze swą dwunastą pod względem wielkości gospodarką na świecie, rozwijającą się – choć nie bez zawirowań – demokracją oraz mediami należącymi do najprężniejszych w Azji, nie sprawiała nam trudności. Wysocy urzędnicy państwowi podawali dziennikarzom swoje numery telefonów komórkowych i nie mieli pretensji, gdy dzwoniło się do nich poza godzinami pracy. Korea Północna była tego przeciwieństwem. Jej komunikacja ze światem zewnętrznym sprowadzała się niemal wyłącznie do tyrad Koreańskiej Centralnej Agencji Informacyjnej, którą ktoś przezwał „zajadłą szczekaczką” za komiczny patos, z jakim złorzeczyła „imperialistycznym sługusom Ameryki”. W wojnie koreańskiej, która toczyła się w latach 1950–1953 i była pierwszym wielkim, krwawym starciem zimnej wojny, Stany Zjednoczone walczyły po stronie Korei Południowej i do dziś utrzymują tam czterdziestotysięczny kontyngent wojskowy. Dla KRLD, której animusz bojowy nie osłabł od tamtych czasów, wojna na Półwyspie jakby nigdy nie dobiegła końca.

Obywatele amerykańscy rzadko są wpuszczani do Korei Północnej, a jeszcze trudniej tam wjechać amerykańskim dziennikarzom. Kiedy w 2005 roku dostałam wreszcie wizę i wybrałam się do Pjongjangu, mnie i mojego kolegę poprowadzono wydeptanym szlakiem pomników ku czci wielkich przywódców: Kim Dzongila i jego nieżyjącego ojca Kim Ir Sena. Przez cały czas nie odstępowali nas ani na krok dwaj chudzi panowie w ciemnych garniturach. Obaj nazywali się tak samo: pan Park. (W Korei Północnej zagraniczni goście na wszelki wypadek dostają po dwóch „opiekunów”, którzy pilnują się wzajemnie, żeby żadnego z nich nie można było przekupić). Panowie Park używali takiej samej koturnowej retoryki, w jakiej przemawia państwowa agencja prasowa. („Dzięki naszemu przywódcy Kim Dzongilowi” – ta fraza powtarzała się w naszych rozmowach z zadziwiającą regularnością). Kiedy się do nas zwracali, unikali kontaktu wzrokowego, a ja zastanawiałam się, czy wierzą we własne słowa. Co sobie myślą naprawdę? Czy rzeczywiście tak bardzo kochają swojego wodza? Czy nie brakuje im jedzenia? Czym zajmują się w domu po powrocie z pracy? Jak wygląda życie w najbardziej represyjnym reżimie na świecie?

Zrozumiałam, że na te nurtujące mnie pytania nie uzyskam odpowiedzi w Korei Północnej. W tym celu należało rozmawiać z uciekinierami stamtąd.

W 2004 roku Mi­-ran mieszkała w Suwonie, mieście położonym trzydzieści kilometrów na południe od Seulu, tętniącym życiem i pełnym rozgardiaszu. W Suwonie znajdują się centrala Samsung Electronics oraz zakłady produkujące rzeczy nieznane większości Koreańczyków z Północy, jak monitory komputerowe, płyty CD, telewizory cyfrowe, pendrive’y. (Dane statystyczne wskazują, że różnice poziomu gospodarczego między Koreami są co najmniej czterokrotnie większe niż te, które dzieliły NRD od RFN w momencie zjednoczenia Niemiec w 1990 roku). Suwon jest zakorkowany, tłoczny, hałaśliwy, to kakofonia dźwięków i feeria kontrastowych kolorów. Jak w większości południowokoreańskich miast, rażą w nim architektoniczny nieład, brzydota betonowych brył, krzykliwe oznakowania. Na peryferiach kilometrami ciągną się wieżowce mieszkalne, w centrum, przez które trudno się przebić samochodem, nie sposób zliczyć kawiarni Dunkin’ Donuts, restauracji Pizza Hut oraz ich koreańskich podróbek. W bocznych ulicach umiejscowiły się hotele o takich nazwach, jak Eros czy Love­-Inn Park, gdzie wynajmuje się pokoje na godziny. Inny owoc cudu gospodarczego to jezdnie zablokowane tysiącami hyundaiów, próbujących się przebić z domu do centrum hand­lowego. Z powodu nieustannego paraliżu komunikacyjnego w Suwonie pojechałam tam z Seulu pociągiem, co trwało pół godziny, po czym przesiadłam się do taksówki, by dotrzeć do jednego z nielicznych lokali w mieście, gdzie można spokojnie posiedzieć: restauracji tuż przy osiemnastowiecznych fortyfikacjach, której specjalnością są wołowe żeberka z grilla.

 

W pierwszej chwili nie udało mi się wypatrzyć Mi­-ran. Wyglądała zupełnie inaczej niż przybysze z Północy, których poznałam. W tym czasie w Korei Południowej mieszkało około sześciu tysięcy uciekinierów z Północy i zwykle widać było na pierwszy rzut oka, że nie wtopili się w otoczenie: kobiety nosiły na przykład przykrótkie spódniczki, a na nowych ubraniach zostawiały nieoderwane metki – lecz Mi­-ran niczym się nie wyróżniała. Miała na sobie elegancki brązowy sweter i dobrane spodnie z trykotu. Odniosłam także wrażenie (które, jak wiele innych moich odczuć, okaże się błędne), że jest nieśmiała. Włosy, gładko ściągnięte, spięła klamrą ozdobioną kryształem górskim. Wyglądała nienagannie mimo śladu trądziku na brodzie i lekkiego brzuszka – była bowiem w czwartym miesiącu w ciąży. Przed rokiem wyszła za mąż za Koreańczyka z Południa, cywilnego pracownika armii, z którym teraz spodziewała się swego pierwszego dziecka.

Zaprosiłam ją na lunch i poprosiłam, żeby opowiedziała mi o szkolnictwie w Korei Północnej. Przed ucieczką Mi­-ran pracowała jako przedszkolanka w osadzie górniczej, KRLD kończyła magisterskie studia pedagogiczne[2]. Wywiązała się między nami poważna, chwilami przygnębiająca rozmowa. Nie byłyśmy w stanie tknąć niczego, co zamówiłyśmy, bo opowiadała mi o tym, jak przyszło jej patrzeć na umierających z głodu pięcio­- i sześcioletnich podopiecznych. Dzieci głodowały, a ona miała im wpajać, że Koreańczycy z Północy zostali pobłogosławieni przez los. Kim Ir Sena, który rządził północną częścią Półwyspu Koreańskiego od drugiej wojny światowej do śmierci w 1994 roku, trzeba było czcić jako boga, jego syna i następcę – Kim Dzongila – jako syna bożego, na podobieństwo Chrystusa. Mi­-ran nie umiała się pogodzić z tym praniem mózgu.

Po godzinie czy dwóch wdałyśmy się, jak to się mówi lekceważąco, w babską paplaninę. Opanowanie i otwartość Mi­-ran sprawiły, że ośmieliłam się poruszyć tematy dotyczące jej bezpośrednio. Co młodzi ludzie w Korei Północnej robili dla przyjemności? Czy ma stamtąd jakieś miłe wspomnienia? I czy miała tam chłopaka?

– To zabawne, że pytasz – odparła – bo właśnie wczoraj mi się przyśnił.

Powiedziała, że był wysoki, zwinny i miał zmierzwioną czuprynę opadającą na czoło. Po ucieczce z kraju odkryła z ogromną radością, że idol południowokoreańskich nastolatków, niejaki Yu Jun­-sang, przypomina uderzająco jej byłego chłopaka. (Dlatego temu ostatniemu nadałam pseudonim Jun­-sang). Bardzo zdolny, zapowiadał się na naukowca, studiował na jednej z najlepszych uczelni w Pjongjangu. Był to jeden z powodów, dla których nie mogli się razem pokazywać publicznie. Ich związek przekreśliłby jego szanse na karierę.

W Korei Północnej nie ma hoteli, gdzie można się spotykać, ani aprobaty dla intymnych relacji pozamałżeńskich. Mimo to próbowałam delikatnie wypytać, jak daleko się posunęli.

– Przez trzy lata chodziliśmy, trzymając się za ręce – roześmiała się Mi­-ran. Pocałowaliśmy się po następnych sześciu. Nic więcej nawet nie przyszłoby mi do głowy. Jak wyjeżdżałam z Korei Północnej, miałam dwadzieścia sześć lat i chociaż byłam przedszkolanką, nie wiedziałam, skąd się biorą dzieci.

Mi­-ran przyznała, że często myśli o swojej pierwszej miłości, a sposób, w jaki rozstała się z Jun­-sangiem, nie daje jej spokoju. Był jej najbliższym przyjacielem, zwierzała mu się z marzeń i tajemnic rodzinnych. Mimo to nie zdradziła mu swojego największego sekretu. Ukrywała przed nim, że nabrała odrazy do Korei Północnej i nie wierzy w propagandę, którą karmi swoich wychowanków. Przede wszystkim zaś nie zdradziła, że jej rodzina dojrzewa do ucieczki. Nie dlatego że mu nie ufała, ale dlatego że w Korei Północnej ostrożności nigdy nie było za wiele. Gdyby to komuś powiedział, a ten ktoś powiedział to jeszcze komuś... no cóż, nie wiadomo – donosiciele byli wszędzie. Sąsiedzi wydawali sąsiadów, przyjaciele zdradzali przyjaciół. Donosili na siebie nawet kochankowie. Gdyby ktoś współpracujący z tajną policją dowiedział się o ich planach, cała rodzina zostałaby wywieziona w góry do obozu pracy.

– Nie mogłam ryzykować, nie mogłam się z nim pożegnać.

Po naszym pierwszym spotkaniu często rozmawiałyśmy z Mi­-ran o Jun­-sangu. Chociaż wyszła szczęśliwie za mąż, a kiedy zobaczyłyśmy się po raz drugi, była już matką, ilekroć padało jego imię, rumieniła się i zaczynała szybciej mówić. Odnosiłam wrażenie, że poruszając ten temat, sprawiam jej przyjemność, bo z nikim poza mną nie może o tym rozmawiać.

– Co się z nim stało?

Wzruszyła ramionami. Pięćdziesiąt lat po wojnie koreańskiej ci z Południa wciąż nie mogą się komunikować z tymi na Północy. Pod tym względem jest to sytuacja bez precedensu, zupełnie inna niż w podzielonych Niemczech. Między Koreami nie ma łączności telefonicznej, pocztowej ani elektronicznej.

Mi­-ran sama nie znała odpowiedzi na wiele pytań. Czy się ożenił? Czy wciąż o niej myśli? Czy uważa, że skoro uciekła, zdradziła ojczyznę?

– Jakoś myślę, że potrafiłby mnie zrozumieć, choć naprawdę nie mam możliwości, żeby się tego dowiedzieć – wyjaśniła.

Mi­-ran i Jun­-sang poznali się wcześnie. Mieszkali pod Chongjinem, dużym przemysłowym miastem w północno­-wschodniej części Półwyspu Koreańskiego, niedaleko granicy z Rosją.

Pejzaż Korei Północnej znakomicie oddają czarne uderzenia pędzla w malarstwie wschodnim. W niektórych miejscach jej krajobraz jest przepiękny – Amerykanom może przypominać zachodnie wybrzeże na północ od Kalifornii – ale widoki te są jakby pozbawione koloru. Wąską paletę barw otwiera ciemna zieleń jodeł, jałowców i świerków, kończy zaś jasna szarość granitowych szczytów. Tak charakterystyczną dla azjatyckiej wsi bujną zieleń poletek ryżowych można podziwiać jedynie w czasie krótkiej letniej pory deszczowej. Liście przelotnie wybuchają kolorami na jesieni. Przez resztę roku wszystko jest żółtawe lub brązowe, inne barwy blakną i znikają.

W odróżnieniu od Korei Południowej w pejzażu Północy nie ma ani odrobiny bałaganu. Niemal nie widuje się tam napisów i znaków, pojazdy należą do rzadkości. Prywatnych aut prawie się nie spotyka, bo w zasadzie obowiązuje zakaz ich posiadania, zresztą mało kto mógłby sobie na nie pozwolić. Rzadkością są nawet traktory, przy orce pracują tylko wychudłe woły. Proste, funkcjonalne domy niczym się nie różnią w swojej szarości. Sprzed koreańskiej wojny przetrwało niewiele. Powstałe głównie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych osiedla z cementowych prefabrykatów i piaskowca były zasiedlane lokatorami z rozdzielnika, w zależności od ich miejsca pracy i zajmowanej pozycji. W miastach budowano tak zwane „gołębniki” – jednoizbowe mieszkania w niskich budynkach, na wsi najczęstsza jest parterowa „harmonijka” – długi dom z rzędem jednopokojowych mieszkań, przypominający organki. Czasem framugi drzwi i ramy okienne pomalowane są jaskrawym turkusem, ale zazwyczaj całość jest pobielona lub szara.

W antyutopii George’a Orwella Rok 1984 czytamy o świecie, w którym kolory pojawiają się jedynie na plakatach propagandowych. Właśnie tak jest w Korei Północnej. Socrealistyczne wizerunki Kim Ir Sena są malowane w bardzo żywych barwach. Wielki Wódz, dobrotliwie uśmiechnięty, siedzi w otoczeniu gromadki jaskrawo ubranych dzieci. Jego rozpromienione oblicze bije żółtą i pomarańczowa jasnością: Kim Ir Sen jest słońcem.

Wszechobecne slogany propagandowe malowane są na czerwono. Znaki alfabetu koreańskiego składają się z kółek i linii. Czerwone litery kontrastują z szarością krajobrazu. Wędrują wśród pól, wieńczą granitowe urwiska górskie, stoją przy szosach jak znaki drogowe, tańczą na dachach dworców kolejowych i innych budynków publicznych.


Gdy Mi­-ran była dziewczynką, nie miała powodów, by nie wierzyć w te hasła. Jej ojciec był prostym cieślą w kopalni. Żyło im się biednie, lecz wszyscy wokół nich byli biedni. Chowała się bez dostępu do zagranicznych publikacji, filmów, telewizji, radia, była więc przekonana, że tak się powodzi ludziom na całym świecie, albo wręcz że gdzie indziej jest gorzej. Nasłuchała się z radia i telewizji, jak to Koreańczycy z Południa cierpieli pod butem proamerykańskiego marionetkowego prezydenta Parka Chung­-hee, a potem jego następcy Chunga Doo­-hwana. Wpajano jej, że komunizm w Chinach jest rozmyty i gorszy od komunizmu Kim Ir Sena, a miliony Chińczyków głodują. Uważała, że spotkało ją szczęście, bo urodziła się w Korei Północnej, gdzie panuje dobrotliwy przywódca, który dba o nią jak ojciec.

Gdy Mi­-ran dorastała w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, jej rodzinna wieś nie miała się w gruncie rzeczy najgorzej. Wycięta z północnokoreańskiego szablonu, liczyła około tysiąca mieszkańców i choć niczym się nie różniła od innych wsi zbudowanych w ramach centralnego planowania, była fortunnie umiejscowiona. Leżała około dziesięciu kilometrów od Morza Japońskiego, więc jej mieszkańcy mogli czasem zjeść świeżą rybę i kraby. Tuż za nią zaczynał się przemysłowy Chongjin, korzystała więc z bliskości miasta, a dzięki dostępowi do ziemi uprawiano w niej warzywa. Stosunkowo płaska okolica była błogosławieństwem, górzysta Korea Północna cierpi bowiem na niedostatek terenów nadających się pod uprawy. Kim Ir Sen miał jedną ze swych letnich rezydencji w pobliskim uzdrowisku z gorącymi źródłami.

Mi­-ran była najmłodszą z czterech córek. W 1973 roku, kiedy się urodziła, same dziewczynki w rodzinie traktowano w Korei Północnej jako dopust boży, równie dotkliwy jak w dziewiętnastowiecznej Anglii, gdzie o zmaganiach rodziny z pięcioma córkami pisała Jane Austen w Dumie i uprzedzeniu. W obydwu Koreach żywe są tradycje konfucjańskie, według których ciąg­łość rodu zapewniają synowie i na nich też spoczywa obowiązek opieki nad starymi rodzicami. Dla matki i ojca Mi­-ran los okazał się w końcu łaskawy, bo trzy lata po niej urodził im się upragniony chłopiec. Po jego przyjściu na świat przestali jednak poświęcać uwagę najmłodszej córce.

Rodzina Mi­-ran zajmowała pojedynczy segmencik w harmonijkowym domu, mieszkanie odpowiadające statusowi ojca. Z dworu wchodziło się bezpośrednio do małego pomieszczenia kuchennego z paleniskiem na węgiel lub drewno. Piec służył nie tylko do gotowania, lecz także ogrzewał całe mieszkanie dzięki urządzeniu wbudowanemu pod podłogą, zwanemu ondol. Rozsuwane drzwi dzieliły kuchenkę od pokoju, gdzie wszyscy spali na matach, które zwijało się na dzień. Po narodzinach chłopca było ich ośmioro: pięcioro dzieci, rodzice i babcia. Ojciec