Pachnący kwiatTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Pachnący kwiat - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tłumaczenie Krzysztof Dębnicki

Saga

Pachnący kwiat - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tłumaczenie Krzysztof Dębnicki

Tytuł oryginału The Fragrant of Love

Język oryginału angielskiego

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Projekt okładki: grafiskstue.dk

Copyright © 1979, 2021 Barbara Cartland i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711771037

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Poświęcam tę książkę moim przyjaciołom z Hongkongu, szczególnie zaś George’owi Wrightowi Nooth, wieloletniemu zastępcy naczelnika policji, który pokazał mi Nowe Terytoria oraz zawiózł aż na samą granicę komunistycznych Chin.

Poświęcam ją także hotelowi Mandaryn, który moim zdaniem jest nie tylko majbardziej uroczym hotelem na świecie, ale ma również najlepszą obsługę, oraz Kai-In Lo, asystentce naczelnego dyrektora, która przedstawiła mnie swojej przemiłej rodzinie, dzięki czemu miałam szansę posmakowania nadzwyczajnej kuchni chińskiej, takiej jaką naprawdę znaleźć można tylko w prywatnym domu.

Od autorki

Kontrowersje wokół orkiestry pułkowej w Hongkongu istotnie miały miejsce w 1880 roku. Opisy zatruwania chleba i sposobu, w jaki złodzieje wykorzystywali kanały odwadniające, są również autentyczne.

Izba Lordów wysłuchała 21 czerwca 1880 roku wyczerpującego raportu na temat chińskiego niewolnictwa i systemu poddaństwa domowego w Hongkongu. Ustalono, że prokurator generalny mylnie zinterpretował instrukcje dotyczące tych spraw, z drugiej zaś strony przewodniczący trybunału mocno przesadził w swojej prezentacji.

Sir John Pope-Hennessey był pierwszym gubernatorem Hongkongu, który traktował Chińczyków po partnersku. Jako pierwszy postanowił też skończyć z polityką dyskryminacji rasowej — nowe zasady trafiły do instrukcji, którą kazał przygotować w 1886 roku.

Pomimo że jego oświecone poglądy wyprzedzały swoje czasy, jednocześnie był niezbyt dobrym administratorem i człowiekiem, z którym trudno się pracowało. Był skłócony ze wszystkimi podwładnymi i Ministerstwo Kolonii nie darzyło go zaufaniem.

W marcu 1892 roku został gubernatorem na wyspie Mauritius, gdzie, jak wcześniej w Hongkongu, wzbudził w stosunku do siebie uczucie silnej niechęci. Miał dobre pomysły, ale nie potrafił wprowadzać ich w życie we właściwy sposób.

Rozdział 1

Rok 1880

Panno Azalio, przygotowałam sandwicze dla pana i zaraz zobaczę, czy uda mi się znaleźć Burrowsa, żeby mu je zaniósł.

— Proszę się tym nie przejmować, pani Burrows — odpowiedziała Azalia — niech pani usiądzie i da nogom wypocząć. Sama je zaniosę.

— Pozwolę sobie powiedzieć, panno Azalio, że rzeczywiście czuję się, jakby moje nogi nie należały do mnie, a jeżeli idzie o kręgosłup, to mam wrażenie, jakby był złamany przynajmniej w dwu miejscach.

— Więc proszę usiąść — nalegała Azalia. — Dość już się pani napracowała.

Było rzeczą okrutną zmuszanie Burrowsów, starszych już przecież ludzi, do przygotowania przyjęcia, które jej wuj, generał sir Frederick Osmund, wydawał wraz z żoną przed opuszczeniem Anglii. Burrowsowie, już bardzo starzy, wcześniej służyli u ojca generała aż do jego śmierci. Pozostali w domu w Hampstead jako służący i zapewne nie przypuszczali, by ktoś oczekiwał od nich ciężkiej pracy w tym wieku.

Jednak na dwa miesiące przed wyruszeniem do Hongkongu generał, jego żona, córki bliźniaczki i siostrzenica wprowadzili się do Battlesdon House. Wprawdzie zatrudniono dodatkową służbę, ale ciężar dyrygowania słabo opłacanymi i źle znającymi swoje obowiązki lokajami spadł na barki majordomusa Burrowsa, a mająca już prawie osiemdziesiąt lat pani Burrows musiała zająć się gotowaniem. Lady Osmund, przyzwyczajona do indyjskich służących, spełniających jej najdrobniejsze życzenia i opłacanych niezwykle nędznie, nie podjęła najmniejszego wysiłku przystosowania się do angielskich warunków.

Kiedy generał stacjonował w Camberley, wszystko było o wiele prostsze. Usługiwali mu ordynansi, a żony żołnierzy i podoficerów zakwaterowanych w rodzinnej części koszar były szczęśliwe, mogąc sobie dodatkowo zarobić.

W Londynie jednak wszystko wyglądało inaczej. Ponieważ lady Osmund była wyjątkową sknerą, mogli zaangażować tylko najmłodsze i najmniej doświadczone służące, które, jak powiadała pani Burrows, bardziej przeszkadzały niż pomagały.

To było nieuniknione, myślała Azalia. Kiedy padł projekt zorganizowania przyjęcia, powiedziała do lady Osmund:

— Pani Burrows nie poradzi sobie sama, ciociu Emilio. Nowa pomoc kuchenna jest niezbyt rozgarnięta, a pomywaczka, jak mi się wydaje, powinna raczej trafić do domu wariatów.

— Uzgodniłam już, że przyjdą dwie dodatkowe kobiety by pomóc przy zmywaniu — odrzekła lady Osmund.

— Ale jest mnóstwo pracy przy przyrządzaniu obiadu, a później jeszcze kolacji po balu — zwróciła uwagę Azalia.

Zapadła cisza. Potem lady Osmund z niemiłym błyskiem oczu oznajmiła:

— Skoro tak bardzo troszczysz się o panią Burrows, to chyba zechcesz udzielić jej pomocy.

Po chwili milczenia Azalia spytała cicho:

— Nie chcesz... abym była na balu, ciociu Emilio?

— Myślę, że twoja obecność byłaby całkowicie zbędna — odrzekła lady Osmund. — Wydawało mi się, że wuj przedstawił ci w sposób dostatecznie jasny twoje miejsce w tym domu. Muszę dodać, Azalio, że jest to pozycja, którą będziesz zajmować także po naszym przyjeździe do Hongkongu.

Azalia nie odpowiedziała. Była wstrząśnięta, że ciotka wyraża swoją niechęć wobec niej w sposób tak gwałtowny. Od dwóch lat doświadczała podobnego traktowania i nie spodziewała się lepszego, lecz mimo to czuła się zraniona.

Przełknęła słowa protestu, w naturalny sposób cisnące się na usta. Od czasu kiedy dowiedziała się o nominacji wuja na stanowisko w Hongkongu, bała się, że mogliby jej ze sobą nie zabrać.

Tęskniła za Wschodem niewymownie. Brak jej było słońca, miękkich, monotonnych głosów Hindusów, zapachów kwiatów i przypraw, kurzu i dymu płonących szczap, najbardziej zaś świadomości, że nie będzie musiała trząść się z zimna. Hongkong to co prawda nie były Indie, ale mimo wszystko znajdował się na wschód od Suezu, kojarząc się Azalii ze złocistym blaskiem słonecznego raju.

Wydawało się jej, że to nie zaledwie dwa lata minęły, lecz cały wiek od czasu, gdy wysłano ją do domu z Indii, oszołomioną śmiercią ojca i wydarzeniami, jakie po niej nastąpiły. Była z nim taka szczęśliwa. Po śmierci matki opiekowała się ojcem, była jego gospodynią w kolejnych wojskowych bungalowach, które zajmowali tam, gdzie stacjonował jego pułk.

Przeniesienie do Prowincji Północno-Zachodniej bardzo cieszyło Azalię, pomimo że ojciec na całe miesiące pozostawiał ją samą. Często kierowano go do służby na granicy, w chwili gdy lokalne plemiona ogarniało wrzenie. Kiedy się uspokajało, mogła mu towarzyszyć. Najczęściej jednak kobiety odsyłano na bezpieczne tyły, co również ją cieszyło. Miała wtedy ordynansów, którzy usługiwali jej rodzicom już od wielu lat. Razem z nią przebywały tam również żony i matki innych oficerów.

Kochała Indie, kochała wszystko, co związane było z tym krajem. Dni wypełniała jej nauka. Sama znajdowała nauczycieli albo też stawiała przed sobą różne zadania.

Naturalnie już wcześniej spotykała przy różnych okazjach znacznie starszego i bardziej dystyngowanego brata swego ojca, generała sir Fredericka. Uważała wuja i jego żonę za sztywnych i pompatycznych, jednak dopiero później miała się przekonać, jak bardzo niewiele wspólnego mieli ze sobą, jak bardzo osobowość i charakter sir Fredericka różniły się od charakteru jej ukochanego ojca.

Derek Osmund zawsze był wesoły i beztroski, lecz wszystkie sprawy związane z obowiązkami pułkowymi traktował poważnie. Cieszył się życiem, co powodowało, że wszyscy wokół cieszyli się nim również. W tej radości nie było nic z prymitywnej chęci użycia.

Jednocześnie był bardzo ludzki i Azalia pamiętała, że na powracającego z placu ćwiczeń majora zawsze czekały grupy Hindusów, niektórzy z ranami i stłuczeniami, inni skarżący się na problemy z oczami, ropiejącymi ranami albo chorymi dziećmi.

Miał niewielką wiedzę medyczną, ale współczucie i zrozumienie, które okazywał pacjentom, oraz dobrotliwy sposób, w jaki bagatelizował ich obawy, powodowały, że odchodzili szczęśliwi i przepełnieni nadzieją. Rzadko który lekarz potrafiłby zrobić to lepiej.

Nasze życie było takie cudowne — wspominała Azalia.

Kiedy jeszcze wszyscy byli razem, matka mawiała: — „Tatuś ma urlop, więc teraz będziemy mieć trochę zabawy! Co byś powiedziała o pikniku?”

Potem całą trójką ruszali konno nad rzekę, na szczyt wzgórza albo do jakiejś prastarej jaskini, w której odkrywali kawałek historii Indii. Kiedy tak spoglądała wstecz, na czasy dzieciństwa, nie potrafiła sobie przypomnieć najmniejszej przykrości. Zawsze zasypiała z uśmiechem na twarzy.

Tragedia spadła na nich jak grom z jasnego nieba.

 

Jakże mogło do tego dojść? Och, Boże, jak mogłeś dopuścić, by coś takiego się stało? — szlochała nocami na statku, który uwoził ją coraz dalej od Indii, do zimnej i pogrążonej w wiecznym mroku, jak jej się wydawało, Anglii.

Nawet teraz z trudem przychodziło Azalii uwierzyć, że wszystko to nie było częścią jakiegoś straszliwego koszmaru. Nie była wcale pewna, czy nie przebudzi się za chwilę, by stwierdzić, że te dwa lata spędzone z wujem i ciotką są jedynie wytworem jej wyobraźni.

Wszystko było jednak prawdą: to, że jej ojciec nie żył, i to, że w domu wujostwa traktowano ją jak pariasa. Pogardzano nią i upokarzano na wszelkie możliwe sposoby tylko dlatego, że generał nie potrafił wybaczyć swemu młodszemu bratu sposobu, w jaki zginął. Tatuś miał rację! Całkowitą rację! — powtarzała sobie. Czasami miała ochotę wykrzyczeć to wujowi w twarz, kiedy tak siedział u szczytu stołu zadowolony z siebie, a jednocześnie mówił do niej takim tonem, jakiego ona nie użyłaby nawet wobec psa. Czego powinna oczekiwać w Anglii, dowiedziała się dopiero po przyjeździe, kiedy wuj przeprowadził z nią rozmowę w swoim gabinecie.

Podróż morska wykończyła ją psychicznie i fizycznie. Listopadowe sztormy w Zatoce Biskajskiej powaliły większość pasażerów. Azalii jednak mniej przeszkadzały gwałtowne uderzenia wiatru i ostre przechyły miotające statkiem niż zimno. W ciągu lat spędzonych w Indiach przystosowała się do wysokich temperatur. Być może to rosyjska krew płynąca w jej żyłach pomagała jej znosić upały, których Anglicy czystej krwi nie byli w stanie wytrzymać. Matka Azalii była z pochodzenia Rosjanką, urodziła się jednak w Indiach. Był to jeszcze jeden powód, dla którego Azalia musiała cierpieć, gdyż jej wuj nie uznawał żadnych innych nacji.

Kiedy jednak stała przed wujem w jego gabinecie, bardzo niewiele miała w sobie z urody swojej matki. Była przeraźliwie chuda i trzęsła się z zimna.

Z powodu nieszczęścia, które ją spotkało, prawie nie jadła na statku, oczy miała opuchnięte od łez, a jej ciemne włosy, tak pięknie błyszczące w Indiach, teraz straciły połysk i elastyczność. Wyglądała żałośnie, ale jej powierzchowność w najmniejszym stopniu nie stępiła twardego wzroku wuja ani tonu jego głosu, tonu, w którym tak wyraźnie wyławiała nutę wrogości.

— Obydwoje zdajemy sobie sprawę — powiedział — że naganne i bezwstydne zachowanie twego ojca mogło zhańbić nasze rodzinne nazwisko.

— Tatuś postąpił słusznie — wyszeptała.

— Słusznie?! — Krzyk generała podobny był do wystrzału z pistoletu. — Słusznym nazywasz zabicie wyższego oficera, zamordowanie go?

— Wuj przecież wie; że tatuś wcale nie zamierzał zabić pułkownika — broniła się Azalia. — To był wypadek! Próbował powstrzymać pułkownika od znęcania się nad kobietą! Przecież on najwyraźniej oszalał!

— Tubylka! — pogardliwie odparł generał. — Nie ma wątpliwości, że zasłużyła na to lanie.

— Nie była wcale pierwszą kobietą, którą pułkownik potraktował w taki sposób. Wszyscy świetnie znali jego perwersyjne okrucieństwo! — Jej głos zadrżał ze zgrozy, gdy przypomniała sobie, co się zdarzyło. W jaki jednak sposób miała wytłumaczyć tej surowej, podobnej do granitu figurze siedzącej przed nią, ile przerażenia było w kobiecym krzyku dobiegającym z bungalowu pułkownika? Krzyku, który wypełnił przerażeniem delikatną ciemność nocy.

Derek Osmund słuchał go przez jakiś czas. Kiedy jednak krzyk stał się jeszcze głośniejszy, zerwał się na nogi.

— Do diabła! — zawołał, — To nie do zniesienia! Ta dziewczyna jest jeszcze prawie dzieckiem, a poza tym to córka naszego dhirzi.

Dopiero wówczas Azalia zdała sobie sprawę, kto krzyczy. Dziewczynka miała może trzynaście lat i przyszła razem ze swym ojcem, który był krawcem. Pomagała w szyciu i krojeniu. Potrafiła uszyć suknię w ciągu niecałej doby nie gorzej od ojca, poprawiała oficerskie mundury, kroiła koszule. Azalia często z nią rozmawiała i nieraz zachwycała się jej pięknością, jej długimi ciemnymi rzęsami i łagodnymi oczami. Kiedy tylko w pobliżu pojawiał się mężczyzna, dziewczyna zawsze zakrywała twarz rąbkiem sari. Pułkownik jednak, chociaż zamroczony alkoholem, musiał dostrzec delikatny owal jej twarzy i lekko zarysowane wypukłości piersi, których sari nie potrafiło całkowicie ukryć.

Derek Osmund ruszył do bungalowu pułkownika.

Krzyki ustały. Azalia usłyszała podniesiony, rozwścieczony głos pułkownika, potem jeszcze jeden krzyk, po którym nastąpiła cisza. Dopiero znacznie później dowiedziała się, co się wydarzyło.

Jej ojciec zastał córkę krawca na wpół nagą. Pułkownik bił ją trzciną, co stanowiło wstęp do zgwałcenia.

— Czego tu szukasz, do diabła? — zapytał pułkownik, kiedy Derek Osmund pojawił się w drzwiach.

— Nie wolno panu traktować kobiety w taki sposób, sir!

— Chcesz mi rozkazywać, Osmund?

— Po prostu mówię panu, sir, że pana zachowanie jest nieludzkie. A poza tym stanowi zły przykład dla żołnierzy.

Pułkownik wlepił w niego wzrok.

— Wynoś się z mojego domu i pilnuj swoich własnych interesów! — wrzasnął.

— To także mój interes — odrzekł Derek Osmund. — Sprawą każdego przyzwoitego człowieka jest zapobieganie takiemu okrucieństwu.

Pułkownik roześmiał się. Był to ohydny śmiech.

— Wynoś się stąd, chyba że lubisz się przyglądać.

Ścisnął trzcinę, po czym wyciągnął drugą rękę, aby złapać dziewczynę za włosy i rzucić na kolana. Jej plecy były sine od razów. Przy kolejnym krzyknęła ponownie, ale już znacznie ciszej. Traciła siły.

Wtedy właśnie Derek Osmund uderzył swego zwierzchnika, Trafił go w podbródek. Pułkownik, który wypił zbyt wiele przy kolacji i niezbyt mocno trzymał się na nogach, upadł do tyłu uderzając głową o duży, kuty z żelaza postument stojący pod ścianą. Upadek nie byłby prawdopodobnie śmiertelny, gdyby pułkownik był człowiekiem młodszym i mniej rozpustnym, o silniejszym sercu. Wezwany natychmiast lekarz pułkowy stwierdził zgon.

Azalia nie była pewna, co stało się później, wiedziała tylko, że lekarz pułkowy sprowadził sir Fredericka, który akurat zatrzymał się razem z gubernatorem prowincji w rządowej rezydencji niedaleko obozu.

Sir Frederick przejął sprawy w swoje ręce. Długo rozmawiał z bratem, który nie wrócił już do domu. Następnego ranka znaleziono Dereka Osmunda martwego poza terenem obozu. Azalii powiedziano, że kiedy ojciec ścigał dzikie zwierzę, zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. Zdawała sobie dobrze sprawę, że gdyby się nie zastrzelił, stanąłby przed sądem wojskowym.

Z wyjątkiem sir Fredericka, lekarza pułkowego i jeszcze jednego wyższego oficera pułku nikt dokładnie nie wiedział, co zaszło. Oprócz Azalii naturalnie.

— Bezczelne zachowanie twojego ojca mogło sprowadzić hańbę na rodzinę, pułk i na kraj — mówił sir Frederick. — Dlatego też, Azalio, nigdy o tym nikomu nie wspomnisz, przez całe swoje życie. Czy to jasne?

Zapadło milczenie. Po chwili Azalia powiedziała cicho:

— Nie mam oczywiście najmniejszej ochoty opowiadać o tym obcym ludziom, niemniej pewnego dnia, kiedy wyjdę za mąż, mój mąż będzie zapewne chciał dowiedzieć się prawdy.

— Nigdy nie wyjdziesz za mąż!

Azalia spojrzała na wuja ze zdziwieniem.

— Czemu nie miałabym wyjść za mąż?

— Ponieważ jako twój opiekun nie wyrażę na to zgody. Musisz zapłacić za grzechy ojca milcząc. To, co się stało w Indiach, zabierzesz ze sobą do grobu.

Przez moment pełne znaczenie słów wuja nie docierało do Azalii. Po chwili sir Frederick dodał pogardliwie:

— Jesteś osobą wyjątkowo nieatrakcyjną i bardzo mało prawdopodobne, aby jakikolwiek mężczyzna zechciał się z tobą ożenić. Gdyby się jednak znalazł ktokolwiek dostatecznie bezmyślny, by poprosić o twoją rękę, odpowiedź będzie — nie!

Azalia wciągnęła powietrze i przez chwilę nie mogła znaleźć żadnych słów w odpowiedzi. Było to coś, czego się nigdy nie spodziewała. Miała dopiero szesnaście lat i choć nie doświadczyła jeszcze miłości, to przecież zawsze wierzyła, że pewnego dnia wyjdzie za mąż, będzie miała dzieci, a nawet, być może, jako żona oficera, będzie nadal stanowić cząstkę pułku.

Wyrosła w jego cieniu, dumna była z tego, co znaczył dla ojca i ludzi, którymi dowodził. Pułk był częścią jej życia: konie, parady, przenosiny na nowe miejsca razem z artylerią, wozami wyładowanymi bagażem, żonami i rodzinami oraz mnóstwem „osób towarzyszących”, które były w równym stopniu częścią pułku, co sipaje. Budziła się rankiem przy dźwięku trąbki, a kiedy przychodził wieczór i opuszczano na noc flagę, słyszała melodię capstrzyku, jak echo wędrującą po kwaterze.

Pułk był jej domem, częścią życia. Wspominając chorągiewki łopoczące na lancach kawalerzystów i żołnierzy pogwizdujących przy swoich zajęciach, czuła bolesną samotność. Pewnego dnia — myślała — wrócę do Indii i znów będę cząstką tego wszystkiego.

A teraz wuj mówił, że w życiu nie czeka jej już nic innego oprócz przygan i obelg ze strony ciotki po kilkanaście razy dziennie.

Karano ją jednak nie tylko za winy ojca. Zarówno wuj jak i ciotka nie ukrywali, że nie lubią jej także z powodu matki Rosjanki.

— Nie wspomnisz nikomu o pochodzeniu swojej matki — napominał ją sir Frederick. — Wybór twego ojca był w najwyższym stopniu niewłaściwy. Wyrażałem swój brak zgody w sposób bardzo wyraźny.

— Dlaczego wuj uważał ten wybór za zły?

— Ponieważ nie należy mieszać ras, a Rosjanie nie są nawet Europejczykami! Twój ojciec powinien był pojąć za żonę jakąś porządną angielską dziewczynę.

— Czy wuj chce przez to powiedzieć, że moja matka nie była osobą porządną?

Sir Frederick zacisnął usta.

— Ponieważ twoja matka nie żyje, powstrzymam się od wyrażenia swojej opinii w tej sprawie. Ale powtarzam, masz trzymać swoje rosyjskie pochodzenie w tajemnicy. W każdej chwili możemy znaleźć się ponownie z Rosjanami w stanie wojny na północno-zachodniej granicy. Nawet teraz, chociaż nie ma otwartego konfliktu, podburzają przygraniczne plemiona, a ich szpiedzy przenikają wszędzie. — Spojrzał z pogardą na bladą twarz dziewczyny i dodał cierpko: — Wstyd mi, że udzielam schronienia osobie, w której żyłach płynie ich zatruta, zdradziecka krew! Dopóki będziesz pozostawała pod moją opieką, nigdy nie wspomnisz imienia swej matki.

Początkowo Azalia była zbyt przybita, by rozumieć, co się z nią naprawdę dzieje. Ale w rok później, kiedy nie pozwolono jej kontynuować nauki, zauważyła, że nie jest niczym więcej niż domowym niewolnikiem, dodatkową służącą. W wieku siedemnastu lat, kiedy jej dwie kuzynki, Violet i Daisy, przeżywały swój zbliżający się pierwszy bal, ona spełniała funkcje pokojówki, szwaczki, sekretarki, gospodyni i osoby do wszystkiego. Teraz, w wieku osiemnastu lat, miała wrażenie, że całe życie przepracowała jako służąca i że nic już jej nie czeka, poza następnymi latami tej samej codziennej harówki.

Wtedy właśnie przyszedł rozkaz przenoszący generała z Aldershot do Hongkongu. Azalia początkowo sądziła, że wujostwo zostawią ją w Anglii. Domyśliła się jednak, że wolą ją mieć na oku —śmierć jej ojca była tajemnicą zagrażającą generałowi, zbyt obawiał się, że Azalia może ją wydać. To oraz pochodzenie jej matki powodowało, że wujostwo trzymali ją z dala od swoich przyjaciół. Nie mogli co prawda zaprzeczyć, że jest ich bliską krewną, ale zawsze powtarzali, że jest nieśmiała i woli samotność.

— Ona nie interesuje się przyjęciami i tańcami — mówiła ciotka swojej przyjaciółce, która próbowała zaprosić Azalię razem z kuzynkami. Bardzo chciała wtedy wykrzyczeć, że to nieprawda, lecz rozumiała, że spowodowałoby to jedynie gniew wuja, a jej sytuacja pozostałaby, i tak nie zmieniona.

Ale w Hongkongu będzie przynajmniej bliżej swoich ukochanych Indii. Znajdzie tam słońce, kwiaty i uśmiechniętych, przyjaznych ludzi. Te rozmyślania przerwała pani Burrows:

— Gdybyś była, panno Azalio, tak dobra i zaniosła kanapki do biblioteki... A poza tym w spiżarni stoi karafka whisky. Generał powiedział, żebyśmy ją podali dopiero pod sam koniec przyjęcia, bo inaczej goście wszystko wypiją. Wiesz, że lubi mieć whisky dla siebie!

— Tak, wiem, zabiorę ją także, naturalnie. Myślę, że pan Burrows czuje już reumatyzm w nogach, i nie chciałabym, aby czymkolwiek się jeszcze zajmował.

— Jesteś kochana, Azalio, naprawdę! Nie wiem, jak poradziłabym sobie z obiadem i kolacją bez twojej pomocy.

Była to całkowita prawda, Azalia bowiem, ktora stała się już doświadczoną kucharką, przyrządziła połowę dań obiadowych i prawie wszystkie potrawy kolacyjne.

— Całe szczęście, że już po wszystkim — powiedziała biorąc tacę z sandwiczami elegancko przybranymi pietruszką. — Jak tylko wrócę, wypiję z panią filiżankę herbaty, pani Burrows.

 

Ruszyła korytarzykiem prowadzącym z dużej kuchni do spiżarni.

Stary Burrows pozostawił ciętą w kwadraty szklaną karafkę z whisky na podręcznym stoliku, na srebrnej tacy. Azalia położyła talerz z kanapkami obok, po czym uniosła tacę. Z odległego salonu, skąd wyniesiono meble, by zrobić miejsce do tańców, dobiegały dźwięki muzyki. Był to duży pokój z prowadzącymi na ogród francuskimi oknami, które o tej porze roku były zamknięte.

Azalia mogła sobie jednak wyobrazić, jak wspaniały mógłby być ten salon latem, kiedy jest na tyle ciepło, że można wyjść do pachnącego ogrodu. Z okien spoglądała na zieloną dolinę, którą Constable uwiecznił na wielu swoich obrazach.

Ale ogród interesował ją szczególnie; ponieważ wiedziała, że ojciec generała był znanym ogrodnikiem. Po odejściu z armii na emeryturę urządził bardzo piękny ogród, słynny w gronie znawców. Udało mu się wyhodować wiele nie znanych wcześniej w Anglii, egzotycznych roślin i kwiatów, które przysyłano mu z całego świata. Obsesja na punkcie roślin spowodowała, że pułkownik Osmund zarządził, by wszystkie jego wnuczki otrzymywały imiona związane z jakimś kwiatem.

— To typowe — zauważyła kiedyś kwaśno lady Osmund. — Oczywiście twoja matka wybrała dla ciebie imię jak najmniej odpowiednie.

Azalia bardzo chciała odpowiedzieć, że imiona „Fiołek” i „Stokrotka” uważa za pospolite i raczej nieciekawe, ale po kilku miesiącach pod wspólnym dachem z ciotką wiedziała już, że bezpieczniej nie replikować.

Ciotka nie stosowała kar cielesnych, niemniej Azalia była zupełnie pewna, że nie miałaby nic przeciwko temu — często zresztą uderzała ją w twarz i szczypała boleśnie. Lady Osmund była wielką, potężną kobietą, Azalia zaś drobna i delikatna, toteż wynik ewentualnego fizycznego starcia byłby z góry przesądzony. Po tym, jak ciotka sprała ją kiedyś po twarzy aż policzki płonęły i poszczypała po rękach, Azalia uznała, że najrozsądniej jest się jej nie sprzeciwiać.

Teraz, śpiesząc korytarzem z tacą kanapek i karafką whisky, stanowiącą nieodłączny napój generała przed udaniem się na spoczynek, Azalia wyobrażała sobie, jak by to było, gdyby mogła mieć nową suknię i brać udział w balu.

Wiedziała, że zaproszono bardzo niewielu młodych gości. Byli to tylko oficerowie albo synowie i córki rodzin, które ciotka uważała za ważne z towarzyskiego punktu widzenia. Gdybym to ja urządzała przyjęcie — pomyślała — zaprosiłabym wyłącznie przyjaciół... prawdziwych przyjaciół. Ale zaraz przypomniała sobie, że najprawdopodobniej nigdy żadnych przyjaciół mieć nie będzie.

Weszła do gabinetu i zauważyła, że piecyk gazowy jest włączony. Płonący gaz dawał miękkie światło, ukrywające odrapane fotele i części dywanu wytarte przez lata używania. Wokół na ścianach znajdowały się półki z książkami. Azalia, chociaż nie miała zbyt wiele czasu, często potajemnie zabierała po kilka książek na górę do sypialni.

Niestety, czytanie do późna w noc w Hampstead było raczej nieprzyjemne z powodu straszliwego zimna. Violet, Daisy oraz ciotka miały w swoich pokojach zainstalowane ogrzewanie, ale nie był to przywilej dostępny dla Azalii. Nawet kilka koców nie mogło jej rozgrzać, a nos siniał także przy zamkniętych oknach.

Postawiła whisky i kanapki na stole, po czym podeszła do ognia wyciągając ręce. Poczuwszy miłe ciepło, przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze wiszącym nad gzymsem kominka. Zmieniła się przez ostatnie dwa lata. Piersi wciąż miała jeszcze niewielkie, ale nie była już tak koścista jak niegdyś. Jak matka, miała twarz w kształcie serca i duże, zwracające uwagę oczy. Jej nienaturalna bladość wynikała z przepracowania oraz tego, że rzadko miała możność wychodzenia z domu. Ale też i niespecjalnie się paliła, by stawić czoło zimowym wichrom Hampstead Heath.

Przyglądała się sobie z uwagą. Nie wiedziała, czy jej ciemne włosy i duże, zatroskane oczy są atrakcyjne. Żałowała, że nie ma przy niej ojca, który mógłby powiedzieć, co o tym myśli. Odwróciła głowę od lustra i spojrzała na fartuch, w którym krzątała się przez cały dzień. Pod fartuchem miała sukienkę należącą kiedyś do Violet albo Daisy. Zawsze ubierały się identycznie. Najlepiej wyglądały w pastelowych odcieniach błękitu, różu i beżu, jej natomiast właśnie w tych kolorach było zupełnie nie do twarzy. Nie bardzo wiedziała czemu. Być może dlatego, że suknie były znoszone, wyblakłe od prania i nie najlepiej leżały na jej figurze.

— No cóż, w końcu nikt mnie teraz nie zobaczy — powiedziała do samej siebie w lustrze, ale wymawiając te słowa usłyszała kroki zbliżające się do drzwi. Wiedziała, że jest raczej nieprawdopodobne, aby to był wuj, ponieważ nie mógł opuścić gości. Nie mając najmniejszej ochoty na spotkanie z obcymi, wsunęła się szybko za ciężką welwetową kotarę zasłaniającą okno. Gdy tylko zdążyła się ukryć, drzwi się otworzyły.

— Nie ma tu nikogo — powiedział niskim głosem jakiś mężczyzna. — Usiądźmy na chwilę, George. Spełniliśmy nasz obowiązek, i to całkiem nieźle!

— To ty go spełniłeś, Mirvin.

Azalia domyśliła się natychmiast, kim są obaj mężczyźni, ponieważ sama wypisywała zaproszenia. Tylko jedna osoba spośród zaproszonych miała takie niecodzienne imię. Był to lord Mirvin Sheldon, który przyjmując zaproszenie spytał, czy mógłby przyprowadzić przyjaciela, kapitana George’a Widcombe, mieszkającego razem z nim. Azalia doskonale wiedziała, że lady Osmund, zachwycona, że może gościć lorda, spełniłaby każde jego życzenie. Generał zaproponował zaproszenie Sheldona, gdyż, jak wyjaśnił żonie, zanim lord odziedziczył swój tytuł, służył w Indiach i sir Frederick znał go osobiście.

— Niegłupi młodzieniec — powiedział, kiedy ustalali listę gości. — Ale nigdy szczególnie za nim nie przepadałem. Ma przyjechać do Hongkongu.

— Czy będzie tam razem z nami? — W oczach lady Osmund błysnęło zainteresowanie.

— Będzie — odparł generał krótko. Z tonu jego głosu Azalia wywnioskowała, że wuj z jakiegoś powodu nie jest z tego zadowolony.

Teraz Azalia ukryta za kotarą usłyszała kapitana Widcombe:

— Wiesz co, Mirvin, doprawdy nie pojmuję, jak ty, z gzymsem kominka pełnym zaproszeń do naprawdę interesujących ludzi, mogłeś zgodzić się przyjść na to okropne parafialne przedstawienie!

— Nie usłyszałeś jeszcze najgorszego, George.

— A co może być gorsze? — spytał Widcombe. — O, widzę tu whisky. Napijmy się. Ten szampan był okropny!

— Co chcesz, stary, generałowie zawsze idą na taniochę!

— Mogę w to uwierzyć! My, w gwardii, jesteśmy nieco bardziej wybredni!

— Nie bądź takim snobem, George! — powiedział lord Sheldon. — Chociaż przyznam szczerze, że też wołałbym gorzałkę od tego musującego świństwa, które nam podano.

— Wiesz, Mirvin, nie spodziewałem się po tobie, że już pierwszego wieczoru po przyjeździe do Londynu zaprowadzisz mnie w takie miejsce! — roześmiał się kapitan.

— Chciałem, żebyś zobaczył, z czym będę musiał sobie radzić podczas podróży do Hongkongu.

— Wielki Boże! Chcesz powiedzieć, że podróżujesz razem z tą bandą?

— Wyobraź sobie, że tak. Naczelny dowódca złapał mnie któregoś dnia za guzik i powiedział, że generał będzie płynął na statku transportującym wojska, a ja mam podróżować „Orissą”, i że będzie mi nadzwyczaj wdzięczny, jeżeli zechcę zaopiekować się lady Osmund i jej córkami! Co mogłem odpowiedzieć?

— Mój drogi Mirvinie, ponieważ spotkałem tę damę, pozwól, że złożę ci moje najgłębsze i najszczersze kondolencje!

— Miałem nadzieję na spokojną podróż — gorzko powiedział lord Sheldon. — Mam mnóstwo pracy, a tu wepchnięto mi taki pasztet.

— Czemu, u diabła, naczelny dowódca tobie akurat zawraca tym głowę?

— Ponieważ zna powód, dla którego Ministerstwo Kolonii wysyła mnie do Hongkongu, a generał jest jednym z jego ulubieńców. W gruncie rzeczy dlatego właśnie otrzymał to stanowisko.

— Jestem pewien, że w lot je złapał — zauważył z ironią Widcombe. — Prawdopodobnie jej lordowska mość uznała to za wspaniałą możliwość podsunięcia tych swoich niezbyt rozgarniętych różowo-niebieskich bliźniaczek nie spodziewającej się niczego kolonii!