Zew miłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zew miłości
Zew miłości - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 24,98  19,98 
Zew miłości - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland
Zew miłości - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland
Audiobook
Czyta Ewa Konstanciak
14,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Zew miłości

SAGA Egmont

Zew miłości

przełożyła z angielskiego

Bernadeta Minakowska-Koca

tytył oryginału Wild Cry of Love

Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’

Copyright © 1976, 2017 Barbara Cartland og Lindhardt og Ringhof Forlag A/S

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711726457

1. Wydanie w formie e-booka, 2017

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Lindhardt i Ringhof oraz autora.

lindhardtogringhof.dk

Lindhardt og Ringhof Forlag A/S, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

Rok 1899

Nie zamierzasz chyba tego zrobić, beau-père! – krzyknęła Valda.

– Ależ zrobię to, bez wątpienia – odpowiedział hrabia de Merlimont. – Przeanalizowaliśmy wspólnie z twoją matką wszystko bardzo wnikliwie. Nadszedł już czas, Valdo, abyśmy poszukali dla ciebie męża.

Dziewczyna mruknęła coś, wyraźnie poirytowana.

– Nie myślę poślubiać jakiegoś Francuza, którego sami wybraliście dla mnie. Nigdy go nie widziałam, a zapewne on także nie jest zainteresowany moją osobą. Wyjdę za tego, kogo pokocham! – powiedziała zdecydowanie.

Patrzyła wyzywająco. Gniew powodował, że wyglądała jeszcze bardziej atrakcyjnie niż zwykle. Była prześliczną dziewczyną, nie należało się więc dziwić, że zarówno matka, jak i ojczym zaczęli zastanawiać się nad jej przyszłością. Miała niezwykle piękne włosy o płomiennym odcieniu, tak modnym w Wiedniu, typowo angielskie niebieskie oczy i ciemne rzęsy, które jej ojciec zwykł przypisywać irlandzkim przodkom.

Jedno było pewne, myślał hrabia, patrząc na nią – bardzo się podobała w Paryżu, mimo że nie wyglądała na Francuzkę. Oprócz niezwykłej urody, którą obdarzyła ją natura, szczupłej, pełnej gracji sylwetki i bystrości umysłu, Valda była niezwykle bogata. Po śmierci ojca, jako jego jedyne dziecko, odziedziczyła ogromną fortunę i właściwie nie było powodów, aby martwić się o jej przyszłość.

– Wiesz równie dobrze jak ja, Valdo – powiedział – że we Francji rodzice planują małżeństwa dzieci.

– W takim razie nie chcę Francuza za męża! – odparła ostro.

– Ale nie myśl sobie przypadkiem, że rzecz ma się inaczej w Anglii – ciągnął hrabia, nie zwracając uwagi na jej słowa. – Angielskie dziedziczki, takie jak ty sama, wydaję się za dystyngowanych arystokratów, których sprawy finansowe nie stoją zbyt dobrze.

– Ale jest chyba na świecie jakiś kraj, w którym miłość także bierze się pod uwagę? – zapytała Valda ze smutkiem.

W oczach hrabiego pojawiły się cieplejsze błyski.

– Wszyscy szukamy miłości, Valdo. W większości przypadków mężczyźni i kobiety, którzy mają podobne gusty i zainteresowania, odnajdują się w małżeństwie i z czasem ich związek wieńczy miłość.

– Tak jak było z tobą i mamą – zauważyła.

– Właśnie – odpowiedział hrabia – ale twoja matka była wdową, a nie dziewiętnastoletnią dziewczyną, która, co tu dużo mówić, nie wie jeszcze zbyt wiele o życiu.

– Dlaczego tak uważasz? – zapytała zaczepnie.

Hrabia uśmiechnął się.

– Od początku byłaś pod ścisłą opieką – powiedział – i choć trochę podróżowałaś, nigdy jednak nie robiłaś w życiu niczego na własną rękę.

– To nie moja wina! – odpowiedziała szorstko.

– Nie twierdzę, że to czyjaś wina, raczej uważam, że było to bardzo mądre postępowanie, ale fakt pozostaje faktem, że nigdy nawet nie wybrałaś sukni bez rady matki. Nie miałabyś pojęcia, jak dostać się stąd do Paryża, gdybyś była zdana tylko na siebie. Jakże więc miałabyś umieć mądrze wybrać męża na resztę życia?

– A jeśli zostawię wybór tobie, to jak się upewnisz, że to będzie odpowiedni dla mnie człowiek? – zapytala Valda. – A co się stanie, jeśli go potem znienawidzę?

– W takim przypadku nie zmuszałbym cię do małżeństwa, nawet gdyby przygotowania do ślubu były już w toku – odrzekł hrabia. – Ponieważ jednak cię kocham i znam bardzo dobrze, obiecuję ci znaleźć męża, który sprosta wszystkim naszym oczekiwaniom.

– Nigdy nie uwierzę, że jest wiele takich wzorów doskonałości męskiej, oczekujących, abym rzuciła się w ich ramiona – powiedziała sarkastycznie. – A skoro są tacy wyjątkowi, to dlaczego wciąż pozostają jeszcze wolni?

Hrabia westchnął.

– Nie będę ukrywał przed tobą, Valdo, bo jesteś na to zbyt inteligentną dziewczyną, że arystokrata, którego wybiorę ci na męża, będzie miał na uwadze przede wszystkim twój majątek. Ale jesteś przecież tak piękna, że na pewno cię pokocha prędzej czy później.

– A jeśli… nie? – zapytała cicho Valda.

Wiedziała, że Francuzi oprócz żon miewają także kochanki. Jej matka i ojczym byliby przerażeni, gdyby tylko zdawali sobie sprawę, jak wiele Valda wie o intrygach i affaires de coeur ich przyjaciół i znajomych. Służba, a nawet guwernantki często plotkowały na ten temat, nie bacząc na obecność dzieci, które przereż nie były głuche. Valda bardzo lubiła przysłuchiwać się ich rozmowom, choć nigdy nie dała poznać tego po sobie, aby nie wzbudzić podejrzeń.

Hrabia de Merlimont i jego atrakcyjna angielska żona prowadzili bardzo ożywione życie towarzyskie. W swoim paryskim domu i w innych posiadłościach rozrzuconych po całej Francji przyjmowali przeróżnych gości z towarzystwa.

Valda, gdy była jeszcze młodziutką uczennicą, spotykała się z nimi, zgodnie z angielskim zwyczajem, jedynie przy herbacie o piątej po południu. Tak było w Londynie. We Francji panie rzadko siadywały razem gawędząc przy ręcznych robótkach. Tu tylko łaskawie witały się z Valdą, a już w chwilę potem zwykły wracać do pikantnych ploteczek, którymi raczyły się tuż przed jej wejściem. Valda przysłuchiwała się tym rozmowom i czasami niektóre z nich zachowywała w pamięci:

„La marquise ma nowego cher ami. Jest czarujący i bardzo dobrze ułożony, ale madame Boyer jest wściekła! Należał przecież do niej, zanim tamta go uwiodła”.

„Czy słyszałyście, że hrabia de Rougement przedostatniej nocy wrócił do domu, nie żapowiadając się, i zastał Pierre’a w łożu swej żony? Trudno go sobie wyobrazić w roli zazdrosnego męża, ale przynajmniej wie już teraz, jak się czuje mąż zdradzany! Sam przecież często przyczyniał się do przyprawiania rogów innym!”

„Widziałam Jacques’a w zeszłym tygodniu. Był razem z tym fascynującym stworzeniem z Folies-Bergères. Mówią, że urządził ją na rue Saint-Honoré, podarował jej powóz i parę koni, jakich zazdrości cały Paryż. Szczęściarz z niego, że może sobie na to pozwolić”!

Na początku takie infomacje nie miały dla Valdy żadnego znaczenia, jednak stopniowo strzępy zaczęły układać się w jedną całość, aby stworzyć pełny obraz towarzystwa, uzupełniony dodatkowo odpowiednią lekturą znalezioną w salonie ojczyma. Matka ani guwernantka nigdy nie pozwoliłyby jej czytać takich książek, ale Valda postanowiła je zabrać do sypialni, gdzie czytała po kryjomu, w nocy, gdy pogaszono światła i wszyscy myśleli, że śpi. Pochłaniała romanse, a kiedy dorosła i nadszedł czas, aby zaczęła bywać w towarzystwie, uznała, że musi zacząć poszukiwania prawdziwej miłości.

Wszyscy troje bardzo się nawzajem kochali i nigdy nawet nie pomyślała, że może nadejść czas, gdy ojczym powie, iż powinna wyjść za mąż za człowieka, którego wybiorą jej rodzice, kierując się własnymi względami. Domyślała się, że z powodu fortuny, jaką posiadała, ojczym najpierw będzie szukał dla niej przyszłego męża spośród markizów ze starych rodów lub też znajdzie kogoś w rodzaju hrabiego des Baux, którego świetny rodowód sięgał bardzo odległych czasów.

Mieszkali w Prowansji. I chyba właśnie dlatego Valda postanowiła, że wyjdzie za mąż z miłości.

Z wypiekami na policzkach rozczytywała się w książkach o możnych rycerzach Les Baux, którzy brali udział w wyprawach krzyżowych, a w późniejszych wiekach stawali się poetami i trubadurami. To oni głównie przyczynili się do powstania związków, które połączyły królewskie rody z Prowansji, Barcelony, Polski, Sabaudii i Anglii, a w konsekwencji doprowadziły do abdykacji króla Wschodu, Baltazara.

Ród hrabiów des Baux był jednym z najbardziej możnych i znanych w całej Europie. Valda, zawsze gdy tylko miała okazję, zwiedzała ruiny ich posiadłości. Unosiła się nad nimi romantyczna atmosfera, a dusze, które krążyły nad zniszczonymi murami, należały kiedyś do mężczyzn, którzy kochali lub nienawidzili całym sercem i walczyli do ostatniej kropli krwi. Valda często rozmyślała o błyszczących zbrojach, imponujących pióropuszach i proporcach powiewających na wietrze.

Ich bohaterskie czyny opiewano w pieśniach i w poezji, którą rozpowszechnili trubadurzy prowansalscy. W wierszach tych Valda odnalazła wszystko, czego pragnęła doznać w życiu, a więc romantyzm, miłość i piękno.

Z pewnością nie obdarzy jej tym jakiś zubożały arystokrata, który ożeni się z nią dla pieniędzy, a ona sama będzie musiała go pokochać jedynie dlatego, że ma tytuł.

Valda podeszła do okna, podziwiając wspaniały widok, który rozciągał się u jej stóp.

Prowansja na początku lata wyglądała jeszcze piękniej niż w jakiejkolwiek innej porze roku. Z posiadłości hrabiego de Merlimont, położonej między Les Baux a Arles, można było ujrzeć przepiękną zieloną równinę, którą urozmaicały wysokie cyprysy, pola czerwone od maków i odległy horyzont oddzielający skąpane w słońcu niebo.

 

– Czy możesz zaufać mi, Valdo, i zrobić to, co jest dla ciebie najlepsze? – zapytał ojczym z nieco fałszywą nutką w głosie.

Hrabia był bardzo przystojnym mężczyzną. W przeszłości miewał wiele krótkotrwałych romansów, zanim zakochał się po uszy we wdowie po sir Edwardzie Burke’u. Kiedy poznali się na jednym z przyjęć w Anglii, przestały już dla niego istnieć inne kobiety.

Lady Burke była piękna, choć miała zupełnie inną urodę niż córka. Typowa Angielka, przypominała figurkę z drezdeńskiej porcelany, cała różowa, biała i złota. Promieniała dobrocią, którą zjednywała sobie każdego człowieka.

Valda po ojcu odziedziczyła gęste, rude włosy i gwałtowny temperament. Sir Edward był trochę dziwakiem i jego postępowanie często budziło wiele kontrowersji.

– Cokolwiek powiesz, beau-père, nie zamierzam w ten sposób wychodzić za mąż. Nie jestem towarem na sprzedaż! – powiedziała zdecydowanym tonem, tak właśnie, jak z pewnością uczyniłby jej ojciec w podobnej sytuacji.

– Masz zamiar zostać starą panną? – zapytał hrabia zirytowanym głosem.

– Oczywiście że nie. Kiedyś pewnie wyjdę za mąż, ale na razie pragnę cieszyć się wolnością!

– To bardzo niebezpieczna filozofia dla panny na wydaniu – rzekł hrabia surowo.

Valda popatrzyła na niego i zaśmiała się.

– Wiem dobrze co cię trapi, beau-père – powiedziała. – Razem z mamą martwicie się o swoje małe pisklątko. Myślicie może, że będę miała kłopoty jak panna de Villiers, która uciekła z żonatym mężczyzną, albo Hortensja de Poinier, która została artystką. Przyrzekam, że nie zrobię nic z tych rzeczy.

– Hortensja de Poinier ma przynajmniej talent – powiedział hrabia.

– To znaczy, że ja go nie mam? – zapytała gwałtownie.

– Nie powiedziałem tego. Jesteś bardzo zdolną dziewczyną, ale twoich umiejętności nie da się sprzedać. Dziękować Bogu, że nie ma takiej potrzeby, abyś zarabiała na życie, lecz jeśli kiedyś doszłoby do tego, zapewniam cię, że nie byłoby to takie proste!

Valda przemierzyła salon poruszając się z wdziękiem, którego brakowało wielu jej rówieśnicom.

– Może i masz rację, beau-père – przyznała. – Cokolwiek powiem, zaraz znajdujesz druzgocący argument. W ten sposób wciąż wracamy do punktu wyjścia. Ty chcesz decydować o moim małżeństwie, a ja zamierzam poślubić tylko tego, którego sama sobie wybiorę!

– W takim razie powiem ci, co zrobimy – powiedział hrabia. – Zaprosimy do domu młodych kawalerów godnych twojej ręki, chociaż mówiąc prawdę, spotkałaś już w Paryżu tego, którego wspólnie z matką braliśmy pod uwagę.

– Czy masz może na myśli markiza d’Artigny? – zapytała.

– Wspomniałem o nim twojej matce – odpowiedział po dłuższej chwili.

– Ależ on jest okropny! – krzyknęła Valda. – Tańczyłam z nim, a potem siedział obok mnie przy obiedzie. Doszłam do wniosku, że nigdy nie miał w ręku książki i chociaż udawał, że interesuje się końmi, to zapewniam cię, że pierwszy lepszy z twoich stajennych wie o nich o wiele więcej!

– Zachowujesz się okropnie – zauważył kwaśno hrabia. – On posiada wspaniały majątek. Jego posiadłość jest jedną z najstarszych w całej Francji, a nazwisko budzi powszechny respekt. Gdybyś została jego żoną, miałabyś jako markiza bardzo znaczącą pozycję w społeczeństwie, tuż za samymi Burbonami.

– Równie dobrze mogłabym wziąć ślub z płaszczką – rzekła Valda pogardliwie. – Choć ryba zapewne byłaby bardziej interesująca!

Hrabia westchnął.

– Nie poznałaś go jeszcze dobrze, nie możesz więc mieć o nim właściwego zdania. Zaprosimy go tutaj. Pokażesz mu Prowansję, przedstawisz naszym przyjaciołom, a wtedy zobaczymy, czy przy bliższym poznaniu nie zyska w twoich oczach.

Valda popatrzyła na ojczyma.

– Możesz sobie myśleć, że jestem głupia, beau-père. Być może jestem, ale nie do tego stopnia. Jeśli on tu przyjedzie, sprawy zajdą zbyt daleko i z pewnością nie będę mogła powiedzieć, że mi się nie podoba.

– Ja sądzę jednak, że ci się spodoba – sugerował hrabia.

– Nigdy! Nigdy! – krzyknęła Valda. – Dobrze wiem, że bardzo chcesz oddać mnie temu człowiekowi. Przysięgam, że jeśli zjawi się tu jako gość, przez cały czas pozostanę w łóżku, udając chorobę, i żadne okoliczności nie skłonią mnie do wstania!

Hrabia ściągnął usta. Był cierpliwym człowiekiem, ale jego pasierbica potrafiła go czasem wyprowadzić z równowagi.

– Mam wrażenie, Valdo – powiedział po chwili że twój ojciec lepiej radziłby sobie z tobą, niż ja to potrafię.

Valda zaśmiała się.

– Przypuszczam, że papa siłą skłoniłby mnie do posłuszeństwa – odrzekła – miał bardzo gwałtowny temperament, ale ty, kochany beau-père, zawsze byłeś dla mnie dobry i wyrozumiały. – Podeszła do ojczyma i pocałowała go w policzek. – Nie możesz przeistoczyć się w tyrana przez jedną noc tylko dlatego, że uważasz, iż powinnam już wyjść za mąż. Zapomnijmy na razie o markizie d’Artigny i innych stanowiących dobrą partię kawalerach. Wszyscy oni liczą bardziej na moje pieniądze niż na mnie! Ktoś i tak zjawi się wcześniej czy później!

Hrabia objął Valdę.

– Bardzo komplikujesz wszystko, kochanie – rzekł. – Kocham cię jak własne dziecko i muszę zrobić to, co uważam za stosowne. Zapomnijmy o markizie d’Artigny. Nie jest jedynym młodym mężczyzną na tym świecie. Jestem pewien, że znajdziesz kogoś, kogo pokochasz.

– Jesteś nieuleczalnym optymistą, beau-père – powiedziała Valda beztrosko. – Chodźmy lepiej popatrzyć na konie. Są o wiele ciekawsze niż jakikolwiek mężczyzna, którego spotkałam do tej pory. Ach, jakie to smutne, że nie mogę poślubić konia!

Hrabia zaśmiał się i już w dobrym humorze pozwolił się zaprowadzić do wspaniale urządzonych stajni, gdzie oboje bardzo lubili spędzać czas w towarzystwie koni.

Tego wieczora Valda położywszy się do łóżka, zamiast czytać książkę, jak miała to w zwyczaju, oddała się długim rozmyślaniom.

Najprawdopodobniej ojczym powtórzył już rozmowę matce. Postawa Valdy bardzo rodziców musiała zaniepokoić. Ale oni i tak nie zrezygnują zbyt łatwo ze swoich względem niej zamiarów, a kiedy podejmą decyzję, Valda nie będzie miała wyboru.

Podczas ostatniej zimy w Paryżu cieszyła się dużym powodzeniem, co spowodowało, iż rodzice uznali, że nadszedł czas, aby poważnie zająć się jej przyszłością.

Młode panny w jej wieku zazwyczaj były bardzo potulne i zachowywały się biernie, chowając się w cieniu swych starszych i mądrzejszych koleżanek. Nie oczekiwało się od nich także zabierania głosu w dyskusjach. Jednakże Valda oprócz urody miała też silną osobowość, a poza tym była Angielką i wysuwała się na czoło nawet wtedy, gdy powinna była stać na uboczu. Zawsze miała wiele do powiedzenia i trudno byłoby jej nie zauważać. Trzeba przyznać, że głównie żonaci i starsi mężczyźni jej nadskakiwali, ponieważ młodszych zazdrośnie trzymały przy sobie zaborcze starsze damy. Poza tym młodzi obawiali się czasem konsekwencji, jakie mogły wyniknąć z asystowania jakiejś debiutantce. Mimo to jednak Valda odniosła wielki sukces, chociaż zdawała sobie sprawę, że nie spodobała się starszym damom, które nie akceptowały jej stylu bycia, robiły uszczypliwe uwagi pod jej adresem i sugerowały, że już pora, aby ją wydać za mąż.

– Zawsze wydaję moje córki za mąż, gdy tylko skończą się uczyć – powiedziała jedna z nobliwych wdów – lepiej, żeby nie widziały zbyt wiele przed urodzeniem pierwszego dziecka!

Valda nie słyszała, co na to odpowiedziała jej matka, ale postanowiła sobie, że nie urodzi dziecka, zanim stanie się dorosła.

Bardzo chciałabym zobaczyć trochę świata – myślała. Zawsze wierzyła w zaciszu swej przytulnie urządzonej sypialni, że wraz z osiągnięciem pełnoletności otwierają się przed ludźmi nowe horyzonty i przestają obowiązywać niektóre zakazy. A teraz okazuje się, że była w błędzie!

Jeśli beau-père postawi na swoim – rozmyślała – zostanę poślubiona jakiemuś mężczyźnie, który zazna przyjemności wydawania moich pieniędzy, a ja sama będę siedzieć w domu zajęta wychowywaniem dzieci!

Zbuntowała się na tę myśl, wspominając piękne kraje, które zawsze pragnęła zobaczyć, oraz sławnych łudzi, których chciała poznać. Nie będzie już mogła podróżować samotnie, tylko pod opieką swojego męża i zapewne oboje będą sobą bardzo znudzeni.

Rozmyślała o pięknych, wyrafinowanych i eleganckich kobietach, które były ozdobą salonów w Paryżu. Olśniewały zarówno urodą, jak i konwersacją, błyszcząc jak klejnoty, które podkreślały ich łabędzie szyje.

Valda dostrzegała ich urok i rozumiała młodych mężczyzn, którzy woleli takie kobiety od młodziutkich debiutantek ubranych w skromne, białe suknie i zbyt przerażonych, aby zabierać głos, a tym samym niezbyt atrakcyjnych.

Nigdy nie pozwolono jej pójść do Folies-Bergères lub do Casino de Paris. Widziała jednak plakaty na słupach przedstawiające kobiety w nieskromnym tańcu, z wysoko uniesionymi nogami, spoglądające prowokująco na przechodniów.

To było takie różne od jej wyobrażenia o spokojnym życiu rodzinnym i harmonii małżeńskiej. Valda nigdy nie pogodziłaby się z faktem, że mógłby gustować w takich lokalach i tego rodzaju rozrywkach również jej przyszły mąż.

Nie ustąpię! – postanowiła. – Niech sobie mówią co chcą, a ja nie pozwolę wydać się za mąż wbrew swojej woli!

Przypomniała sobie, jak ojczym mówił, że jest niesamodzielna, nie potrafi nawet wybrać sukni ani trafić do mieszkania w Paryżu. To prawda, że odkąd pamięta, żyła pod stałą opieką i nadzorem całej armii guwernantek i nauczycieli. Zawsze ktoś inny decydował o tym, co powinna robić od rana do nocy, a w podróży obowiązywał taki ceremoniał, jakby co najmniej wybierał się w obchód ktoś z rodziny królewskiej.

Ale to wcale nie oznacza, że sama nie potrafiłabym sobie radzić! – pomyślała zdenerwowana.

Niezbyt często rozmyślała o swoim ojcu. Umarł podczas ekspedycji w Andach, kiedy miała dwanaście lat, a przedtem widywała go tylko przelotnie, ponieważ wciąż podróżował za granicę. Na pewno nie pochwalałby sposobu, w jaki była rozpieszczana, ale ją samą zganiłby za uległość, z jaką poddaje się woli innych, dobrowolnie rezygnując z nowych przeżyć. On sam kochał przygody, ciekawe odkrycia i zawsze próbował zdobyć coś, co dla innych wydawało się nieosiągalne. Kiedyś odkrył ruiny w Persji, które swą wartością historyczną zachwyciły archeologów. Kilka lat przebywał w Indiach, gdzie dorobił się ogromnej fortuny, ale też zapoznał się z wieloma religiami i zwiedził obce świątynie. Spędził jakiś czas w Babilonie, Samarkandzie, a nawet w Chinach. Kiedyś o mało nie stracił życia, chcąc w przebraniu dostać się do Mekki. Przypomniała sobie teraz, że promieniował wokół siebie energią i witalnością, jakiej nie roztaczał nikt inny. Jego opowieści o podróżach były tak barwne, że Valda z łatwością mogła sobie wyobrazić miejsca, które odwiedził.

Podróże męża nie zachwycały lady Burke; była typem kobiety, która potrzebuje nieustannej troski i wsparcia, a on nie mógł jej tego dać, ponieważ bardzo rzadko bywał w domu. I choć bardzo go kochała i podziwiała, samotność skłoniła ją do powtórnego małżeństwa jeszcze przed upływem roku żałoby.

Valda nie miała o to żalu do swojej matki. Beau-père, jak nazywała ojczyma francuskim zwyczajem, był dla niej zawsze bardzo dobry i, jak ją zapewniał, darzył ją miłością tak wielką jakby była jego własnym dzieckiem.

Ale teraz, jak nigdy przedtem, zapragnęła mieć swojego ojca przy sobie. Była pewna, że nie oczekiwałby od niej zgody na małżeństwo, które dopiero po jakimś czasie mogłoby okazać się szczęśliwe lub równie dobrze zniszczyć całe jej życie.

Valda, snując rozmyślania na temat przyszłości, przyrzekła sobie, że nigdy nie dopuści, aby jej mąż znalazł sobie inną kobietę – kochankę, z którą spotykałby się potajemnie gdzieś w zaciszu paryskiej bocznej uliczki. Francuzi mogą sobie tak żyć, jeśli chcą, ale ona jest Angielką. Uważa, że mąż powinien znaleźć szczęście w domowym ognisku, u boku własnej żony.

Oburzało ją prowadzenie się francuskich kobiet, które po ślubie często miewały romanse i znajdywały przyjemność w snuciu zawiłych intryg i używaniu podstępów, chociaż takie postępowanie nie miało nic wspólnego z prawdziwą miłością, o której tyle czytała w poezji trubadurów, rycerzy Les Baux.

– Nie mogę się na to zgodzić – zdecydowała. Podniósłszy się z łoża, podeszła do okna i popatrzyła na rozgwieżdżone niebo i wioskę leżącą poniżej zamku, która nawet w nikłym świetle wyglądała bardzo pięknie.

– Musi być gdzieś mężczyzna, który pokocha mnie, a nie mój majątek – powiedziała głośno do siebie.

 

Po raz pierwszy w życiu poczuła, że nienawidzi swoich pieniędzy. Do tej pory uważała, że zapewniają one dostatnie i wygodne życie. Okazały się jednak niespodziewanie poważną przeszkodą na drodze do jej szczęścia. Nieważne, że jest piękna i mądra, najważniejszą rolę odgrywają pieniądze.

– Nie mogę tego znieść… Nie mogę! – powtarzała sobie z rozpaczą.

Nie miała jednak wielkiego wyboru. To prawda, że ojczym odznaczał się dużym taktem, ale Valda wiedziała dobrze, że nigdy się nie poddawał, kiedy już postawił sobie jakiś cel. Był przy tym bardzo spokojnym człowiekiem. Nigdy nie tracił panowania nad sobą jak ojciec Valdy. Był nieugięty i wcześniej czy później pokonywał przeciwności losu.

Na pewno postawi na swoim – rozmyślała – i już wkrótce przywiozą tu tego człowieka, którego wybrali mi na męża. Zanim uświadomię sobie, co się dzieje, będzie już za późno.

Zadrżała na myśl o jakimś nieznanym, obcym mężczyźnie, który może pojawić się w jej życiu jak złowrogi cień drapieżnego ptaka.

Odeszła od okna, aby zapalić świecę stojącą na stoliku nocnym przy łóżku. W Paryżu mieli już elektryczność, ale tu, w Prowansji, lampy i świece bardziej pasowały do wytwornych wnętrz i antycznych mebli.

Zapaliwszy świeczkę, usiadła na swym łożu pełna najczarniejszych myśli.

Cóż mam teraz począć? Czy zdołam przekonać beau-père?

To rozwiązanie nie wchodziło w grę. Był zawsze uparty i przekonany o słuszności swojego postępowania. A teraz jako opiekun poczuwa się do obowiązku ułożenia jej życia i z pewnością zrobi wszystko, aby tego nie zaniedbać.

W wielkiej rozpaczy rozglądała się po sypialni, jakby szukała jakiegoś wsparcia, ale ujrzała jedynie swoje stare, dobrze znane przedmioty, które towarzyszyły jej tu odkąd przybyła do zamku Merlimont. A więc malowane mebelki, które bardzo pasowały do pokoju młodej dziewczyny, porcelana z Sèvres, którą podarowała jej matka na gwiazdkę lub na urodziny. Na ścianach wisiały obrazy w pozłacanych ramach, które ojczym pozwolił jej przenieść tu z innych pokoi, ponieważ bardzo jej się podobały i zapragnęła je mieć blisko siebie. Na sofie w stylu Ludwika IV siedziała lalka, którą dostała jeszcze w Anglii, kiedy była dzieckiem. Wszyscy z chęcią ofiarowywali lalce coraz to nowe stroje, nawet jej matka, aż zebrała się z tego prawdziwa wyprawka, przy czym każda część garderoby ozdobiona była prawdziwą koronką. Obok lalki leżało pudełko. Przywiozła je ze sobą z Londynu, gdzie była zeszłego lata. Nagle przyszło Valdzie do głowy, że ono właśnie pomoże jej teraz znaleźć rozwiązanie trudnej sytuacji. W środku znajdował się aparat fotograficzny marki Kodak.

Jeden z angielskich kuzynów pokazał jej, jak to działa, i zrobił zdjęcie. Była zdumiona, że wygląda na nim tak naturalnie. Poprosiła go, aby pozwolił jej zrobić kilka zdjęć matki, ulicy i powozów. Na początku nie szło jej zbyt dobrze. Potem kuzyn George zaprowadził ją do Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego i pokazał fotografie Paula Martina, który za wynalezienie aparatu do robienia zdjęć migawkowych dostał złoty medal.

Wszystkie odbitki wyglądały bardzo naturalnie i tym samym tak ładnie, że Valda zapragnęła nauczyć się sztuki fotografowania. Chciała nabyć za gwineę aparat Facile, ale kuzyn przekonał ją, by kupiła Kodaka, do którego używano filmu sprzedawanego w rolkach.

– Pierwszy film, którym można robić zdjęcia przy dziennym świetle, został wyprodukowany zaledwie osiem lat temu – wyjaśnił jej wtedy George – a to jest jego ulepszona wersja.

– Jak on działa? – zapytała wtedy Valda z ciekawością.

– Jest zwinięty w rolkę i znajduje się w środku aparatu, dokąd nie dochodzi światło. Na obu jego końcach są czarne płócienne końcówki, dzięki którym można kontrolować przewijanie.

– Czy to nie jest zbyt skomplikowane?

– Wszystko, co musisz zrobić, to sto zdjęć, a potem należy wysłać film do firmy Kodak. Oni dokończą dzieła.

Aparat nie wyglądał imponująco. Kiedy przywiozła go ze sobą do Francji, ojczym bardzo się śmiał z jej pomysłu. Dopiero gdy zobaczył pierwsze odbitki, tak mu to zaimponowało, że zgodził się pozować do zdjęcia razem z jednym ze swych ulubionych koni. Aparat ważył aż cztery funty i trudno go było ze sobą nosić, dlatego entuzjazm Valdy stopniowo malał. Często podczas jazdy konnej miała chęć fotografować piękne widoki, ale nie mogła przecież wozić aparatu na grzbiecie konia. A potem wracać w takie miejsce dorożką – to już powodowałoby zbyt wiele zamieszania. Miała jednak specjalny skórzany pokrowiec i przyrzekła sobie, że kiedyś będzie robić zdjęcia ciekawych miejsc i ludzi w Prowansji. Marzyła, że może wyśle je na wystawę do Paryża.

Był to dość odważny pomysł, nigdy nie wspomniała o tym matce ani ojczymowi, ale też nigdy o nim nie zapomniała. Jeżeli teraz porzuci tę myśl i nie spełni swoich zamierzeń, plany o jej rychłym zamążpójściu nabiorą realnych kształtów.

Zwykle o tej porze roku Cyganie rozbijali obóz na ziemiach hrabiego de Merlimont, w drodze do Saintes Maries de la Mer, gdzie dwudziestego czwartego maja obchodzili święto Sary.

Valda lubiła patrzeć na ich kolorowe stroje i zawsze pod opieką niani lub guwernantki odwiedzała ich, gdy obozowali na jednym z pól hrabiego. Zachwycała się ich kolorowymi wozami, malowniczym wyglądem oraz pięknymi, czarnowłosymi i ciemnookimi dziećmi.

Cała Prowansja żywo interesowała się cygańskim świętem, choć jednocześnie wszyscy wystrzegali się Caraques, jak nazywano tam Cyganów. Często ludzie skarżyli się, że giną im kury albo że Cyganie przechodząc rzucili urok na ich zwierzęta. Zwykle jednak witano ich z uśmiechem. Młode dziewczęta spieszyły do Cyganek, aby przepowiedziały im przyszłość, kupowały od nich zaklęcia miłosne, a nawet specjalne mikstury, a wszystko po to, żeby rozkochać w sobie upatrzonego chłopca.

Jutro zrobię Cyganom kilka zdjęć, na pewno będą ładne – postanowiła Valda.

Chciała zwłaszcza fotografować ich świąteczne obchody w Saintes Maries de la Mer. Opowiadano jej kiedyś o cygańskich pielgrzymach, którzy spali całą noc w krypcie zabytkowego kościoła w nadziei otrzymania szczególnego błogosławieństwa w nagrodę za odbycie pielgrzymki.

Wpadłam na bardzo dobry pomysł – pomyślała z radością, ale nagle się zachmurzyła. To była raczej szalona myśl i, co gorsza, sprzeczna z ogólnie przyjętymi zasadami.

Usiadła wpatrzona w aparat fotograficzny, po chwili podniosła się i podeszła do okna. Otoczyła ją niezwykle spokojna, księżycowa noc.

– Tak właśnie zrobię – powiedziała głośno – bo jestem córką mojego papy i nie będę się bała!

Przez moment zaległa pełna oczekiwania cisza, którą po dłuższej chwili przerwało z oddali pohukiwanie puszczyka.

Dobierają się w pary – pomyślała Valda – a to pewnie piosenka miłosna.

Często przysłuchiwała się sowom gnieżdżącym się w okolicach zamku. Jednak ten ostatni dźwięk potraktowała jako specjalne przesłanie. Ptak śpiewał piosenkę miłosną dowolnie wybranemu partnerowi, który z kolei mógł ją przyjąć lub odrzucić.

– I tego właśnie chcę – powiedziała sobie Valda. – Chcę, aby interesowali się mną mężczyźni i zalecali się do mnie, ale nie dla moich pieniędzy. Jeśli nie wywalczę sobie teraz możliwości samodzielnego wyboru męża, to już do końca życia pozostanę marionetką, za którą będą decydować inni – westchnęła – a jeśli nawet dokonam złego wyboru, będzie to tylko moja wina. Niech beau-père mówi co chce, a ja i tak wierzę, że instynkt podpowie mi, który mężczyzna naprawdę mnie kocha.

Wiedziała, że będzie potrzebować teraz wiele odwagi, bo nie jest łatwo zrezygnować z wygodnego życia, choć ograniczało ono jej wolność. Dla dodania sobie otuchy pomyślała o swoim ojcu, który mężnie znosił niewygody, a nawet narażał się na niebezpieczeństwa.

Papa pewnie cieszy się teraz, że umarł podczas swoich podróży. Byłby bardzo nieszczęśliwy, gdyby musiał siedzieć w domu i nie robić nic oprócz wydawania pieniędzy. Ona jednak była dziewczyną i oczekiwano od niej posłuszeństwa. Gdyby urodziła się chłopcem, mogłaby podążyć w ślady swojego ojca i włóczyć się po świecie, ale stało się inaczej i właśnie nadeszła pora, aby zamknąć ją w złotej klatce, do której klucz otrzyma jakiś obcy człowiek. Będzie to jej mąż, którego dostanie w prezencie od ojczyma.