Magia ParyżaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Magia Paryża
Magia Paryża - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 22,98  18,38 
Magia Paryża - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland
Magia Paryża - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland
Audiobook
Czyta Marta Markowicz-Dziarkowska
14,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Magia Paryża

Lindhardt og Ringhof

Magia Paryża

z prsełożyła

Joanna Puchalska

tytył oryginału: Magic of Paris

Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’

Copyright © 1993, 2017 Barbara Cartland i Lindhardt og Ringhof Forlag A/S

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711728383

1. Wydanie w formie e-booka, 2017

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Lindhardt i Ringhof oraz autora.

lindhardtogringhof.dk

Lindhardt og Ringhof Forlag A/S, spółka wydawnictwa Egmont

Od Autorki

Drugiego września 1870 roku cesarz Napoleon III poniósł klęskę w bitwie pod Sedanem i poddał się Prusakom. Był to koniec monarchii, a zarazem początek III Republiki.

Drugie Cesarstwo zostało proklamowane 2 grudnia 1852 roku w Hotel de Ville. Nowy cesarz wkroczył do swojej stolicy, przejeżdżając pod Łukiem Tryumfalnym. Drugie Cesarstwo było jego dziełem. To Ludwik Napoleon nadał mu kształt polityczny i społeczny. Przez osiemnaście lat Francja promieniała blaskiem cesarskiej władzy, a oszałamiająca rozrzutność kurtyzan, ich klejnoty, bogactwo i arogancja zadziwiały i gorszyły całą Europę.

Do załamania doszło po części z winy cesarzowej Eugenii. Oznajmiła otwarcie, że ich syn nie obejmie władzy, dopóki cesarz nie obali militarnej dominacji Prus. To cesarzowa wraz z księciem de Gramond, ministrem spraw zagranicznych, wywierali presję na cesarza, ciężko wówczas chorego i cierpiącego, by wypowiedział Prusom wojnę.

Bismarck doskonale zdawał sobie sprawę, że armia francuska nie jest przygotowana do podjęcia nowoczesnych działań wojennych. Wojska pruskie natomiast były doskonale wyćwiczone i wyekwipowane.

Rodzina królewska uciekła z Paryża do Anglii, gdzie cesarz przeszedł szczęśliwie dwie operacje i oczekiwał trzeciej, która miała nastąpić w 1873 roku. W dniu tej operacji, podczas rannej wizyty lekarza, cesarz powiedział niewyraźnie:

– Nie stchórzyliśmy pod Sedanem…

Były to jego ostatnie słowa. Nie doczekał trzeciej operacji. Nie wrócił do Francji, jak zamierzał, w nadziei na restaurację monarchii.

Śmierć następcy tronu sześć lat później pozbawiła rodzinę Bonaparte przyszłości i ostatecznie położyła kres monarchii.

1

1869

Eva bezradnie rozejrzała się po pokoju. Piękne wnętrze było urządzone intarsjowanymi i złoconymi meblami, które mogły powstać tylko w warsztatach rzemieślników francuskich. Na podłodze leżał dywan z Aubusson. Obrazy, chociaż nie pędzla najznakomitszych artystów, były jednak dobrej klasy.

Gdy Eva po raz pierwszy ujrzała ten dom, zawołała do ojca:

– Ależ to cacko! Domek dla lalek! Och, papo, jacy z nas szczęściarze!

– To prawda! – odparł sir Richard Hillington.

Miał na myśli nie tylko dom, lecz i to, że znów jest w Paryżu. Ze wszystkich miejsc na świecie to miasto kochał najbardziej. Kiedy przed sześciu miesiącami dowiedział się, iż jego żona otrzymała w spadku po babce dom w Paryżu, jego serce wypełniła bezbrzeżna radość.

Niestety, lady Hillington poważnie już wtedy niedomagała, a wkrótce pokonała ją choroba. Sir Richard był przeświadczony, że bezpośrednią przyczyną nieszczęścia stała się ich wspólna podróż w Alpy. Mimo że kupił żonie futro na drogę i wciąż troskliwie ją otulał, wiatry znad ośnieżonych szczytów okazały się zbyt zdradliwe.

Umarła w cztery miesiące po otrzymaniu wiadomości o paryskim spadku, nie ujrzawszy nawet domu, który dotąd należał do jej babki. Nie miała już sił, by sprostać trudom podróży przez kanał La Manche.

Sir Richard Hillington uwielbiał swą żonę. Zrezygnował ze świetnie zapowiadającej się kariery w dyplomacji, by poślubić ukochaną, i to wbrew woli jej rodziny. Właśnie w Paryżu poznał najpiękniejszą pannę, jaką spotkał w życiu. Zgodnie ze zwyczajem francuskiej arystokracji rodzina wcześnie wybrała jej męża. Jako młoda dziewczyna została zaręczona z Francuzem, chłopcem niewiele od niej starszym, w którego żyłach płynęła krew równie błękitna jak jej. Wszystko było przygotowane do ślubu. Zaczęły już nawet napływać prezenty.

I wtedy właśnie Lisette de Chabrillin uciekła z Richardem Hillingtonem. W opinii Francuzów może wybaczono by to w Anglii, ale nigdy we Francji! Rodzice Lisette uznali, że ich córka postąpiła niegodnie. Byli oburzeni, że zamiast francuskiego szlachcica, z którym była zaręczona, wybrała Anglika.

Lisette przez wiele lat nie miała żadnych wieści od krewnych. Dopiero gdy umarł jej teść, a mąż odziedziczył tytuł i został piątym baronetem, nastąpiło coś w rodzaju chłodnej zgody między Hillingtonami i Chabrillinami. Nigdy jednak nie otrzymała zaproszenia do Francji.

Od czasu do czasu Lisette ogarniała przemożna tęsknota za domem, nieodparte pragnienie spotkania z rodziną, mimo że była szczęśliwa z mężem, którego uwielbiała, i z niezwykle podobną do siebie, piękną córeczką.

Eva odziedziczyła po matce figurę i duże, ciemne, pełne wyrazu oczy. Jasne włosy zaś i cerę miała po ojcu. To niezwykłe połączenie urody obojga rodziców wzbudzało ogólny zachwyt.

Sir Richard doskonale zdawał sobie sprawę, że po wprowadzeniu w świat córka zostanie od pierwszej chwili okrzyknięta pięknością. Jej debiut towarzyski miał nastąpić z początkiem roku, ale się nie odbył, ponieważ Eva nosiła jeszcze żałobę po matce.

Niemal w tym samym czasie wyszło na jaw, że zasoby finansowe sir Richarda są bardzo skąpe. By poślubić ukochaną, musiał zrezygnować z kariery dyplomatycznej i wiążących się z tym apanaży. Utrzymanie wielkiego domu w Gloucestershire wymagało jednak stałych ogromnych nakładów. Zawsze był przekonany, że jego ojciec jest człowiekiem zamożnym. Tymczasem wydzierżawiane farmy w ciągu ostatnich lat znacznie podupadły. Sir Terence najwyraźniej nie był dobrym administratorem i nie miał pojęcia o interesach. Inwestował w chybione przedsięwzięcia i pożyczał pieniądze przyjaciołom, którzy zapominali o zwrocie długów.

Sir Richard starał się uratować dom będący własnością rodziny Hillingtonów od dwu stuleci. Okazało się to jednak zadaniem ponad jego siły. Po śmierci żony wreszcie zrozumiał, że jedyne, co mu pozostało, to sprzedać dom i całą posiadłość.

Wraz z Evą postanowili przenieść się do Paryża. Będą mieć przynajmniej szczelny dach nad głową. Eva była zachwycona, pomysł ten bowiem zdawał się uszczęśliwiać ojca. Załamał się po śmierci Lisette i Eva straciła nadzieję, że kiedykolwiek jeszcze zobaczy jego uśmiech. Sir Richard nie wyobrażał sobie życia na wsi bez dobrych koni, na które już nie było go stać. Nie mógł też pozwolić sobie na służbę, jakiej wymagało prowadzenie tak wielkiego domu. Nie miał odpowiednich funduszy na rozrywki ani na przyjmowanie gości.

– Jedźmy więc do Paryża – zgodziła się Eva. – Jestem pewna, że tam będzie nam łatwiej.

Sir Richard raczej w to wątpił, ale z drugiej strony wielki dom w Gloucestershire, odkąd zabrakło Lisette, wyjątkowo go przygnębiał. Poza tym nie był odpowiednim miejscem, gdzie można by wychowywać córkę.

W pełni świadom urody Evy, obmyślał w bezsenne noce, jak wprowadzić ją w świat. Tylko w ten sposób panna z dobrego domu miała szansę spotkać człowieka, którego mogłaby poślubić. Sir Richard nie zamierzał oczywiście zmuszać jej do małżeństwa. Pragnął tylko, aby była równie szczęśliwa jak on z jej matką, choć wolałby oczywiście, żeby tym razem nie doszło do skandalu.

Nigdy nie żałował małżeństwa z Lisette de Chabrillin mimo ceny, jaką za nie zapłacił. Był z nią bezgranicznie szczęśliwy. Zdawał sobie jednak sprawę, że gdyby nie ów skandal, zrobiłby karierę w dyplomacji i z pewnością został ambasadorem. Francuzi nigdy nie darowali mu małżeństwa z Lisette. Gdyby zostało ono zaaprobowane w sferach towarzyskich, miałby teraz znacznie wyższą pozycję. Na szczęście w Anglii nikt nie mógł kwestionować statusu rodziny Hillingtonów. Sir Richard nieraz myślał z goryczą, że Francuzi powinni bardziej się z nim liczyć.

Eva też nie doszła w pełni do siebie po śmierci matki. Gdy jednak zakończyli sprawy związane ze sprzedażą domu w Gloucestershire i wszystkiego, co posiadali, okazało się, że oboje są podnieceni jak dzieci wyruszające na szlak wielkiej przygody. Dziewczyna nie widziała jeszcze Paryża, a sir Richard od dnia swego ślubu bywał tam kilkakrotnie przejazdem, w drodze do innych stolic Europy. Żona nigdy nie dotrzymywała mu towarzystwa w tych podróżach. Czasem opowiadała córce o kraju, który był niegdyś jej ojczyzną, a Paryż wtedy jawił się w dziewczęcych oczach jako czarowne miasto z bajki.

Eva i jej ojciec dotarli na miejsce późnym wieczorem. Kiedy rozejrzeli się po małym domku przy rue St. Honore, Evie przyszło na myśl, że to zmarła matka musiała kierować ich losami.

Dom należał kiedyś do jej babki ze strony matki, został więc odziedziczony po niej, a nie po Chabrillinach. Był niewielki, ale wygodny i elegancki. Stał wciśnięty między dwa znacznie większe budynki. Evie kojarzył się z domkiem ze snu. Aż drżała z obawy, że zaraz się obudzi i wszystko zniknie.

Hrabina urządziła niegdyś swoje gniazdko z niezwykłym smakiem. Każda rzecz wydawała się specjalnie zaprojektowana z myślą o miejscu, w którym miała się znaleźć. W sypialniach stały łoża z baldachimami z jedwabiu i muślinu – godne, jak pomyślała Eva, członków rodziny królewskiej.

 

– Odtąd, moja droga – oznajmił ojciec – będziemy wspólnie odkrywać uroki najczarowniejszego miasta pod słońcem!

Zabrał ją na kolację do Cafe Anglais, najbardziej, jak wyjaśnił, eleganckiego lokalu Paryża. Bywał tu każdy, kto liczył się w wielkim świecie. Sala pełna była gości, a wielu z nich doskonale znało sir Richarda. O wiele później Eva uświadomiła sobie, że od tego właśnie momentu ojciec zaczął się od niej oddalać. Tak, jakby pomału go traciła.

Kiedyś wybrali się razem na konną przejażdżkę do Lasku Bulońskiego. Pokazał jej też kilka znanych powszechnie miejsc w Paryżu. A potem niemal każdego wieczoru powtarzało się to samo:

– Czy mi wybaczysz, drogie dziecko, jeśli zostawię cię samą i zjem dziś na mieście?

– Ależ oczywiście, papo. Czy nie mogłabym jednak pójść z tobą?

Czasami pretekstem odmowy było to, że spotkanie miało się odbyć wyłącznie w męskim gronie. Aie często padały odpowiedzi bardziej wymijające.

– To nie jest przyjęcie, na które twoja matka pozwoliłaby ci pójść.

– Dlaczego, papo? – dopytywała się niecierpliwie.

– Ponieważ, moja panno, obecne tam panie, choć bez wątpienia… hm… nadzwyczaj atrakcyjne, nie byłyby przyjmowane ani przez twoją babkę, hrabinę, ani przez kogokolwiek z Hillingtonów.

Tylko tyle mówił jej o ludziach, których odwiedzał sam. Evę oczywiście intrygowało to tajemnicze towarzystwo i pomyślała sobie, że może chodzi o te same panie, które widywała w powozach w Lasku Bulońskim. Zwracały na siebie uwagę głównie tym, że ich stroje, konie i powozy bardziej pasowałyby do teatralnej sceny aniżeli zwykłego, codziennego życia.

Później nadszedł tamten feralny dzień. Eva wciąż nie mogła uwierzyć, że to naprawdę się wydarzyło.

Owego wieczoru ojciec dotrzymywał jej towarzystwa podczas kolacji, którą spożywała o zwykłej angielskiej porze, czyli o siódmej trzydzieści. Rozmawiali o tym i owym. Wcześniej powiadomił ją, że sam zje kolację z jedną z tych tajemniczych dam, których Evie nie wolno było poznać.

Patrząc na ojca w małej, pięknie umeblowanej jadalni pomyślała, że wygląda nadzwyczaj elegancko. Zawsze prezentował się wspaniale. Chociaż dobiegał teraz pięćdziesiątki, ciągle był wyjątkowo przystojny.

Ledwo dostrzegalna siwizna na skroniach jeszcze bardziej podkreślała jego wrodzoną dystynkcję. Nadal miał świetną, sprężystą sylwetkę. Wieczorowy strój, uszyty na Saville Row, leżał na nim bez zarzutu.

Eva zauważyła, że w sztywno nakrochmalony gors koszuli wpiął perłę otoczoną drobnymi szafirami. To matka podarowała mu ten klejnot na urodziny przed trzema laty. Lady Hillington oszczędzała przez cały rok, żeby móc kupić mężowi tak kosztowny prezent. Sir Richard był zachwycony wspaniałością klejnotu, jak i gestem pamięci oraz dowodem wiernej miłości ukochanej żony.

Eva doskonale pamiętała moment, gdy ojciec rozpakował prezent i przez dłuższą chwilę przypatrywał się mu w szczerym zachwycie. Potem serdecznie przytulił żonę.

– Dziękuję ci bardzo, kochanie – rzekł z głębokim wzruszeniem. – Dałaś mi coś tak niezwykle pięknego, że tylko w jeden sposób mogę ci podziękować.

Mówiąc to schylił się i pocałował ją namiętnie. Eva poczuła się niepotrzebna i wyszła cichutko, zostawiając rodziców samych.

– Wyglądasz nadzwyczaj elegancko, papo – skomplementowała ojca, odkładając nóż i widelec.

– Cieszę się, że to mówisz, kochanie – odparł. – Zwłaszcza że mam silną konkurencję.

– Konkurencję? – Eva nie zrozumiała.

Skrzywił usta w lekkim grymasie.

– Dama, w której towarzystwie jem dziś kolację, miała wiele innych zaproszeń, jednakże odrzuciła je ze względu na mnie.

Gdy to mówił, córka dostrzegła w jego oczach błysk dumy. Pomyślała, że ojciec upaja się zwycięstwem nad rywalami, kimkolwiek by oni byli.

Sir Richard wyszedł, Eva zaś z książką położyła się. Czytała w łóżku do północy. Potem zasnęła. Obudził ją służący.

– Proszę się obudzić, m’mselle! Proszę się obudzić!

Dziewczyna zerwała się gwałtownie.

– Co się stało? – zapytała przerażona. – Co się stało, Henri?

– To monsieur, panienko. Przyniesiono go właśnie. Jest bardzo chory.

Wyskoczyła z łóżka, narzuciła szlafrok i zbiegła na dół. Okazało się, że ojca przynieśli do domu dwaj mężczyźni w liberiach stangretów. Stali teraz w salonie, obok sofy, na której leżał sir Richard.

Eva przypadła do ojca. Spojrzał na nią nieprzytomnie. W bladości jego twarzy kryło się coś przerażającego. Dotknąwszy jego bezwładnej dłoni, zmartwiała. Natychmiast posłała po lekarza. Zanim przybył, wiedziała już, że ojciec nie żyje. Zmarł na atak serca. Było to tym bardziej zaskakujące, że Eva nigdy nie dostrzegła żadnych objawów choroby. Zawsze wydawał się taki silny i zdrów. Często mawiał:

– Mnie tam nigdy nic nie boli!

Pogrzeb sir Richarda Hillingtona odbył się dwa dni później. Po nabożeństwie do Evy podszedł obecny na uroczystości ambasador brytyjski.

– Przypuszczam, drogie dziecko, że będzie pani chciała wrócić do Anglii. Oczywiście jestem gotów udzielić pani wszelkiej pomocy.

– Dziękuję, ekscelencjo – odparła Eva.

– W razie potrzeby wie pani, gdzie mnie szukać – powiedział ambasador. – Będę czekał na wieści od pani.

Do domu wróciła sama. Uświadomiła sobie z rozpaczą, że prócz ambasadora, którego spotkała po raz pierwszy, nie ma nikogo, kto mógłby służyć jej radą. Czuła się samotna i opuszczona. W duchu przyznawała rację ambasadorowi. Rzeczywiście powinna wracać do Anglii.

Miała tam wielu krewnych ojca, którzy pewnie by się nią zaopiekowali. W ten sposób jednak wypełnialiby tylko swój obowiązek. Nie byłoby w tym niczego, co chcieliby dla niej uczynić z własnej woli i z serca.

W towarzystwie krewnych ojca nigdy nie mogła oprzeć się wrażeniu, że nie przestają się dziwić, iż tak bardzo jest zakochany w jej matce. Choć zachowywali się uprzejmie, tak naprawdę nie lubili cudzoziemki. Eva zaś wiedziała, że matka z kolei uważa ich za nudnych, nieciekawych ludzi.

Les Anglais! – wykrzykiwała często w obecności małej córeczki. – Brak im francuskiej radości życia. Mam wrażenie, że nawet słoneczny blask przygasa, kiedy są w pobliżu.

– Czemu, mamo? – pytała zdumiona Eva.

– Ponieważ Anglicy są bardzo, bardzo poważni, ma petite – odpowiadała lady Hillington. – Za bardzo przejmują się tym, co w ich mniemaniu jest złe, żeby móc cieszyć się z tego, co dobre.

Śmiała się, gdy to mówiła. Zastanawiając się teraz nad opinią matki, Eva przyznawała jej w duchu rację.

Krewni ojca niemal każdą wypowiedź zaczynali od słów: „Nie chcę cię martwić, ale…” czy też: „Myślę, że powinnaś wiedzieć…” A już szczególnie często powtarzało się: „Oczywiście, to nie moja sprawa, lecz…”

– Cieszę się, że jestem pół-Francuzką, mamo – oznajmiła kiedyś.

Lady Hillington roześmiała się i pocałowała córkę.

– Ja też – odparła – ale jesteś także córką twego ojca. Bogu niech będą dzięki za to, że na ustach twego papy zawsze gości uśmiech.

To prawda – pomyślała Eva. Ojciec śmiał się nawet wtedy, gdy popadł w finansowe tarapaty, ona więc śmiała się również.

– Na pewno jakoś sobie poradzimy! – mawiał.

Kiedy zobaczył piękny domek w Paryżu, wykrzyknął:

– Jakie to szczęście, że mamy coś tak pięknego tylko dla siebie! Czuję się, jakby twoja matka była ze mną, bo to wszystko tak bardzo ją przypomina.

Patrząc na mały salon teraz, po pogrzebie ojca, Eva doskonale rozumiała, co miał na myśli.

– Jestem tu, w Paryżu, z mamą – powiedziała sobie. – Nie chcę wracać do Anglii. Nie chcę mieszkać z krewnymi ojca w którymś z tych nudnych, ponurych domów, gdzie wszystkie meble są z ciemnego mahoniu, a zasłony nie dopuszczają słońca w głąb starych murów.

Obeszła pokój, przyglądając się obrazom, krzesłom w stylu Ludwika XVI i pięknej komodzie ze złoconymi uchwytami, osadzonej na złoconych nóżkach.

W ostateczności mogłabym coś sprzedać – pomyślała. – Ale raczej będę pracować, żeby tylko wszystko pozostało tak, jak jest teraz.

Zabranie stąd choćby jednego obrazu czy sprzętu byłoby świętokradztwem. Miała jednak na tyle zmysłu praktycznego, że zdawała sobie sprawę, iż niewielka suma pieniędzy, którą ojciec zdeponował w banku, wkrótce się rozejdzie. Potem nie będzie z czego płacić służbie, nie mówiąc o kosztach utrzymania.

– Cóż robić w tej sytuacji? – pytała sama siebie.

I wtedy przypomniała sobie coś, o czym dotąd nie pomyślała. Przed nadejściem lekarza zabrano sir Richarda na górę i tam rozebrano. Wtedy właśnie Henri zauważył brak złotej spinki. Perła z szafirami ofiarowana przez matkę! Kiedy ojciec miał atak serca, spinka musiała się wysunąć z gorsu koszuli.

Zapytała służącego, czy wie, z kim ojciec jadł kolację. Pamięta doskonale, że Henri z wyraźnym ociąganiem udzielił odpowiedzi:

– Z madame Leonide Leblanc, m’mselle.

Pogrążona w bólu i smutku, w czasie przygotowań do pogrzebu ani razu nie pomyślała o tej rozmowie. Teraz postanowiła złożyć wizytę madame Leblanc i spytać ją, czy znalazła spinkę ojca. Przynajmniej będzie mogła się czymś zająć. Nie można tylko siedzieć w domu i płakać.

Włożyła czarny elegancki kapelusik, kupiony w Paryżu, jak najbardziej odpowiedni na to spotkanie. Na ramiona zarzuciła jedwabny szal. Dzień był ciepły, nie potrzebowała nic więcej do okrycia.

Suknia, choć żałobna, podkreślała jej zgrabną sylwetkę. Nigdy nie przyszło Evie do głowy, że poprzez kontrast czerń znakomicie uwydatnia przejrzystość jej cery, jak również żywe złoto włosów, których kolor odziedziczyła po ojcu.

Zeszła na dół i w hallu zobaczyła Henriego. Był to człowiek w średnim wieku. Razem z żoną prowadzili cały dom.

– Wychodzi panienka? – spytał.

– Tak, Henri. Powiedz mi, proszę, gdzie mieszka madame Leonide Leblanc?

Henri przyglądał się jej chwilę w zdumieniu.

– Czemu panienka chce to wiedzieć?

– Mam zamiar pójść do niej i zapytać, czy znalazła spinkę papy. Jestem pewna, że kiedy stracił przytomność, musiała się wysunąć i upaść gdzieś na podłogę.

Henri sprawiał wrażenie nieco wystraszonego.

– Sam pójdę, m’mselle – zaproponował.

– Nie ma potrzeby, Henri – odparła Eva. – Po prostu podaj mi adres.

– To jest przy rue d’Offemont, ale nie może panienka iść sama do domu…

Henri zająknął się szukając odpowiedniego słowa, a Eva szybko wtrąciła:

– Pójdę tam. Myślę, że pani, która była przyjaciółką mego ojca, zechce się ze mną zobaczyć.

Zaskoczony Henri nie był w stanie wykonać nawet tak prostej czynności jak otwarcie drzwi. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, Eva wyszła na ulicę. Gdyby się obejrzała, zobaczyłaby, że patrzy w ślad za nią z przerażeniem w oczach.

Często nie mając innego zajęcia studiowała plan Paryża, toteż wiedziała teraz, że rue d’Offemont znajduje się niedaleko. Był ciepły słoneczny dzień. Poczuła, jak pomału spływa z niej straszliwy ból, który ani na moment nie opuszczał jej od śmierci ojca.

Idąc ulicą nie miała pojęcia, że oglądają się za nią wszyscy mijani mężczyźni. Nie dostrzegała zachwytu malującego się w ich oczach. Żaden Francuz bowiem nie oprze się pięknej kobiecie, a Eva była naprawdę piękna.

Dotarła do właściwej ulicy. Uprzejmy gendarme wskazał jej dom, którego szukała. Ujęła kutą, starannie wypolerowaną kołatkę i zastukała do drzwi. Otworzyły się natychmiast. W progu stał służący w nieco krzykliwej liberii.

– Chciałabym – zaczęła Eva w nienagannej francuszczyźnie – zobaczyć się z madame Leonide Leblanc.

– Zapytam, czy madame przyjmuje – odparł służący. – Kogo mam zaanonsować?

– Nazywam się Eva Hillington i jestem córką świętej pamięci sir Richarda Hillingtona.

Służący wprowadził Evę do pokoju, który przylegał do przeładowanego meblami hallu. Mebli, i to nader kosztownych, było tam zdecydowanie za dużo. Eva pomyślała, że pokój jest nie mniej zagracony niż hall, a zasłony mają za obfite frędzle. Ale najbardziej zdumiały ją kwiaty. W wielkich koszach, wazonach i wazach stały wszędzie.

Zauważyła, że były to same egzotyczne i najdroższe gatunki: orchidee, lilie, goździki i fiołki parmeńskie, które o tej porze roku mogły pochodzić tylko z cieplejszej części Francji.

W drzwiach ukazał się służący.

– Madame prosi panią na górę, m’mselle.

Ruszył przodem. Kiedy znaleźli się na górze, otworzył przed nią drzwi. Weszła do środka i ku swemu zdumieniu znalazła się w sypialni. Madame Leblanc leżała w łóżku.

 

Po raz pierwszy w życiu Eva widziała taką sypialnię. Jedynym miejscem, gdzie nie stały orchidee, było wspaniałe łoże osłonięte kotarami z błękitnego jedwabiu, przytrzymywanymi w górze złotą koroną, a po bokach rzeźbami kupidynów. Kwiaty znajdowały się na stolikach, parapetach, komodach, w wielkich wazonach porozstawianych na podłodze.

Pokój stanowił godną oprawę dla zaskakującej urody jego właścicielki. Leonide Leblanc była znacznie młodsza, niż się Eva spodziewała. Nie była piękna, nie była nawet ładna. Miała za to niezwykłą, fascynującą twarz. Eva pomyślała, że takiej twarzy nie sposób zapomnieć.

Ciemne włosy opadały jej na ramiona, a koronka u głębokiego wycięcia koszuli ledwo osłaniała idealnie krągłe piersi, o prześwitujących spod cienkiej tkaniny różowych sutkach. Dama wyciągnęła ku Evie rękę, na której błysnęło kilka złotych pierścieni.

– Tak mi przykro z powodu twego ojca! To musiało być straszne przeżycie dla ciebie!

– To… było okropne – szepnęła Eva.

– Taki uroczy mężczyzna – ciągnęła Leonide Leblanc. – Trudno było mu czegokolwiek odmówić!

– Tamtego feralnego wieczoru czuł się tak szczęśliwy, że czeka go kolacja z panią.

– Rzeczywiście, był w wyśmienitym nastroju – zgodziła się madame Leblanc. – Ale proszę cię, usiądź.

Wskazała krzesło obok łóżka.

Alors, ależ ty jesteś ładna! Tego właściwie powinnam się spodziewać po córce takiego ojca.

– Dziękuję pani – westchnęła Eva. – Tak mi ciężko samej bez niego.

– Współczuję ci – odparła madame Leblanc. – Ale musisz być dzielna. Co zamierzasz teraz robić?

– Może… pani by mi coś doradziła?

– Ja? – Najwyraźniej pomysł ten szczerze zdumiał madame Leblanc.

– Właściwie to przyszłam do pani w określonym celu, madame – wyjaśniła Eva. – Chciałam zapytać, czy nie znalazła pani spinki mego ojca, zdobnej perłą w otoczeniu małych szafirów. Dostał ją od mojej matki.

Madame Leblanc wydala lekki okrzyk.

– A więc do niego należała! Znalazłam ją pod łóżkiem i długo zastanawiałam się, kto może być jej właścicielem.

Oczy Evy rozszerzyły się na moment. Potem zdecydowała, że Leonide Leblanc zapewne przyjmowała ojca tak, jak teraz przyjmuje ją. Może siedział na tym samym krześle, które ona zajmuje?

– Oddam ci spinkę – odezwała się madame Leblanc. – A tymczasem powiedz mi, co miałaś na myśli mówiąc, że chcesz mnie prosić o radę.

Słowa te zabrzmiały ciepło i życzliwie. Eva pochyliła się w jej stronę.

– Nie wiem, czy papa mówił pani, że odziedziczyliśmy niewielki domek przy rue St. Honore. Jest śliczny i taki uroczy, a ja nie mogę wprost znieść myśli o powrocie do Anglii, co radzi mi ambasador.

– Chcesz zatem pozostać w Paryżu? – spytała madame Leblanc.

– Jestem pół-Francuzką – wyjaśniła Eva. – Wiem, że będę szczęśliwsza tu niż w Anglii wśród krewnych papy.

Madame Leblanc uśmiechnęła się, jakby rozumiejąc to doskonale, Eva zaś ciągnęła dalej:

– Zastanawiałam się, co mam robić. Może pani mogłaby mi coś doradzić? Gdybym znalazła jakieś zajęcie, uczenie dzieci lub cokolwiek innego… mogłabym zostać tam, gdzie mieszkam, i zarabiać na siebie.

Madame Leblanc przypatrywała się jej uważnie.

– Mówisz, że ojciec nie zostawił ci żadnych pieniędzy?

– Bardzo niewiele – odparła Eva. – Nie na długo ich starczy.

– W takim razie muszę się zastanowić – rzekła madame Leblanc.

Eva pomyślała, że rozmówczyni w jakiś dziwny sposób ją lustruje, jakby oceniając. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że od jej powierzchowności wiele zależy. Była inteligentna, więc zdawała sobie sprawę, że jest za ładna na guwernantkę. Ewentualna pracodawczyni mogłaby być zazdrosna.

Spojrzała na madame Leblanc z lekkim niepokojem. Swoją drogą nigdy nie przyszłoby jej do głowy, iż można wyglądać tak fascynująco, leżąc w łóżku, z nie uczesanymi włosami. Nagle rozległo się pukanie do drzwi.

Entrez! – zawołała madame Leblanc.

Wszedł ten sam służący, który wprowadził Evę. Tym razem trzymał w ręku małą srebrną tacę, na której leżała karta wizytowa. Leonide Leblanc rzuciła na nią okiem.

– Zaprowadź mademoiselle Hillington do salonu i każ, by podano jej angielski podwieczorek. Potem wprowadź lorda Charlesa na górę.

Rzuciła te polecenia bardzo szybko, a następnie zwróciła się do Evy:

– Posłuchaj, moja droga. Chcę jeszcze z tobą pomówić i zastanowić się, jak mogłabym ci pomóc, ale mam teraz ważnego gościa i nie mogę pozwolić, by czekał.

– Rozumiem – powiedziała Eva. – Mogę przyjść innego dnia.

– Nie, nie, na to się nie zgodzę – odparła śpiesznie Leonide Leblanc. – Zejdź na dół, jeśli można cię prosić, i trochę zaczekaj. Miewam gości z Anglii, mój kućharz więc doskonale się orientuje, czego im trzeba o godzinie czwartej.

Roześmiała się w sposób tak zaraźliwy, że Eva także się uśmiechnęła.

– A teraz idź – powiedziała Leonide Leblanc. – To nie potrwa dłużej, niż będzie naprawdę konieczne.

Eva skierowała się za służącym na dół. Przemierzyli hall i weszli do jakiegoś pokoju. Był większy od tego, który widziała przedtem. Ale i tu stało również takie mnóstwo kwiatów, że aż przytłaczały.

Uświadomiła sobie, że przechodząc przez hall dostrzegła przy drzwiach wejściowych kilka koszy z orchideami i liliami, których wcześniej tam nie było.

Madame Leblanc jest zapewne aktorką – powiedziała sobie. – Dlatego ma takie mnóstwo kwiatów. Musi być bardzo znaną aktorką!

Usiadła na obitej aksamitem sofie. Żałowała teraz, że nie była bardziej dociekliwa i nie wypytywała ojca o jego przyjaciół. W każdym razie madame Leblanc wcale nie przypomina ludzi, których Eva spotykała do tej pory. Zwłaszcza jedno było zadziwiające.

Swojego następnego gościa, lorda Charlesa, madame również przyjmowała w sypialni.