Głos sercaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Głos serca

Saga

Głos serca

Tytuł oryginału: The Heart Triumphant

Przełożyła: Teresa Olczak

Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’

Copyright © 1976, 2019 Barbara Cartland i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711770658

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

ROK 1793

W wynajętym saloniku w gospodzie wiatr klekotał okiennicami i dmuchał wszelkimi otworami, a siedzący przed kominkiem mężczyzna dygotał z zimna. Tego styczniowego dnia na kanale La Manche panowała sztormowa pogoda i nie zanosiło się na to, że warunki na tyle się poprawią, by można było popłynąć do Anglii wcześniej niż za dwadzieścia cztery godziny. Sheldon Harcourt miał dużo szczęścia, gdyż udało mu się wynająć wygodny pokój w Hotelu Angielskim w Calais. Właściciel gospody, pan Dessin, był wprost oblegany przez gości, z których większość stanowili Anglicy uciekający z Francji i powracający spiesznie do kraju.

Wiadomość o egzekucji króla Ludwika XVI rozeszła się wśród Anglików lotem błyskawicy. Kiedy dotarła do Londynu, wydała się najpierw nieprawdopodobna, potem przerażająca, w końcu wywołała wybuch gniewu. Przebywającym we Francji Anglikom, wierzącym w stabilność sytuacji pod rządami Konwentu, groziło teraz internowanie.

Dla wszystkich stało się teraz jasne, że Anglia wypowie Francji wojnę. Dlatego Sheldon Hareourt postanowił zaakceptować to, co nieuniknione, i jak się wyraził „przeskoczyć kanał”. Francuscy przyjaciele przekonywali go, że nie ma innej możliwości. Po sierpniowej masakrze arystokratów, biskupów, księży Paryż był nadal miejscem szalejącego terroru. Sheldon Harcourt wciąż słyszał krzyki ludzi, wywlekanych z domów do więzień, a potem wiezionych na stracenie. Opuszczał więc kraj, w którym spędził ostatnie pięć lat i w którym do niedawna czuł się jak u siebie w domu.

Kiedy tak siedział przed kominkiem rozparty w fotelu, rozkoszując się ciepłem rozchodzącym się z kominka, wyglądał na prawdziwego Anglika. Trudno wprost byłoby znaleźć mężczyznę przystojniejszego i bardziej eleganckiego. Mimo trzydniowej wyczerpującej podróży po wyboistych drogach wyglądał, jakby właśnie wybierał się na przyjęcie. Jego ubranie było doskonale uszyte, a nosił je z nonszalancją właściwą tylko Anglikom. Niebieskie oczy wpatrywały się w ogień trzaskający na kominku z powagą, lecz od czasu do czasu pojawiały się w nich drwiące ogniki, a usta wykrzywiał cyniczny grymas. Jego rozmyślania zostały przerwane przez pojawienie się oberżysty z tacą, na której znajdowała się butelka wina i kieliszek.

— Myślę, że nie narzeka pan na brak wygód, milordzie — powiedział monsieur Dessin, dla którego wszyscy Anglicy byli arystokratami, podobnie jak dla Anglika wszyscy cudzoziemcy półgłówkami.

— Czuję się doskonale — zapewnił go Sheldon Harcourt. — Mam nadzieję, że kolacja nie będzie spóźniona.

— Oczywiście że nie, milordzie. Moja żona przygotowuje specjalne dania dla pana. Rozumiem pańskie zniecierpliwienie, lecz mamy dużo gości.

— To pana cieszy zapewne! — zauważył Sheldon Harcourt.

Monsieur Dessin wzruszył ramionami.

— W jadalni jest pełno takich gości, co to dużo gadają, ale niewiele piją.

— I w dodatku robią wielki hałas!

Przez otwarte drzwi słyszał podniesione głosy, śmiechy i wołania:

Garçon! Gorçon!

Monsieur Dessin nalał mu kieliszek wina i podał na tacy. Sheldon Harcourt pociągnął mały łyczek i kiwnął głową:

— Doskonałe!

— Najlepsze, jakie mam, milordzie. Nie ośmieliłbym się podać panu podrzędnego gatunku.

— Ma pan rację! — zauważył Sheldon Harcourt, a w jego głosie zabrzmiało ostrzeżenie.

— Chciałbym pana o coś prosić, milordzie — odezwał się monsieur Dessin po chwili wahania.

— Prosić? — Sheldon Harcourt uniósł brwi.

— Jadalnia jest przepełniona, a nie jest to miejsce odpowiednie dla damy z towarzystwa. — Spojrzał na Anglika badawczo, zanim dodał: — Czy byłby pan tak uprzejmy i pozwolił, żeby pewna dama zjadła z panem kolację? Nie mam dla niej innego miejsca. Przysięgam.

— Wynająłem ten pokój do mego wyłącznego użytku — zaznaczył Sheldon Harcourt.

— Wiem o tym, milordzie, lecz dama jest młoda i piękna i posadzenie jej w ogólnej sali mogłoby narazić ją na duże nieprzyjemności. A w jej sypialni, jak pan rozumie, jest zimno.

— Powiada pan, że jest młoda i piękna. Czy jest pan tego pewien? — zapytał, patrząc na oberżystę badawczo.

— Przysięgam, że się pan nie rozczaruje. Jest naprawdę bardzo piękna, très belle!

Dla podkreślenia swoich słów monsieur Dessin cmoknął się w rękę bardzo wymownym gestem.

— No dobrze — powiedział Sheldon Harcourt zrezygnowanym tonem. — Niech pan powie tej pięknej damie, że jestem zaszczycony, iż zechce zjeść kolację w moim towarzystwie. Lecz biada panu, jeśli okaże się brzydka.

— Może mi pan zaufać, milordzie — zapewnił monsieur Dessin. — Bardzo panu dziękuję.

Ukłonił się w pas i rozpływając się w uśmiechach wyszedł z pokoju, a Sheldon Harcourt odniósł wrażenie, iż cała sprawa była wyreżyserowana przez gospodarza od początku do końca.

— A niech go diabli porwą! — pomyślał Anglik. — Chciałem mieć spokojny wieczór i nic z tego.

Od wyjazdu z Paryża wciąż nieustannie rozmyślał o swojej sytuacji i nie znajdował żadnego rozwiązania. Sącząc wino odniósł wrażenie, że samotność pogłębia tylko jego przygnębienie. Nie minęło kilka minut, jak drzwi się otworzyły, odwrócił głowę i ze zdumieniem ujrzał ciemnoskórego chłopca niosącego jedwabną poduszkę równie wielką jak on sam.

Murzynek miał na sobie brokatową szatę sięgającą do kostek, zapiętą na złote guziki, a na głowie pstrokaty turban z egretką. Chłopiec zbliżył się do ognia, złożył Sheldonowi Harcourtowi ceremonialny ukłon i położył poduszkę na drugim fotelu stojącym przed kominkiem. Znów się ukłonił i bez słowa opuścił pokój.

Sheldon Harcourt przyglądał mu się z rozbawieniem. Wiedział, że arystokratyczne damy zarówno we Francji, jak też w Anglii uważają za szczyt dobrego tonu posiadanie na usługi małego Murzynka, do którego obowiązków należało noszenie za panią wachlarza, rękawiczek czy też torebki. Często używano ich jako posłańców dla korespondencji.

Sheldon Harcourt widywał wielokrotnie takich malców, zupełne jeszcze dzieci, jak wyrywano je ze snu uderzeniem wachlarza lub szturchnięciem pantofelka. Zauważył, że ten Murzynek nie wyglądał tak dziecinnie. Odniósł wrażenie, że nie był to chłopiec, ale karzeł.

Pociągał jeszcze z kieliszka wino, kiedy drzwi się otworzyły. Tym razem pojawiła się w nich starsza już kobieta w białym czepeczku, niosąc przewieszone przez ramię okrycie z gronostajowego futerka. Nie weszła do pokoju, tylko pozostawiła drzwi otwarte, a w chwilę później stanęła w nich młoda dama.

Sheldonowi Harcourtowi przemknęło przez myśl, że jej wejście było tak teatralne, że brakowało tylko fanfar! Podniósł się z miejsca, przyznając w duchu, że pan Dessin ani trochę nie przesadził opisując walory damy. Choć nosiła wdowi strój, była istotnie bardzo urodziwa, miała ciemne włosy, ogromne oczy i olśniewająco białą cerę. Jej czarny ubiór nie robił jednak przygnębiającego wrażenia, lecz jak to u Francuzek, był niezwykle elegancki i powabny.

Czarna suknia była głęboko wycięta, jednak z zachowaniem wymogów przyzwoitości. Powoli, z dostojeństwem i godnością urocze zjawisko podeszło do Sheldona Harcourta i złożyło przed nim pełen gracji ukłon. Na jej kurtuazyjne powitanie odpowiedział równie elegancko.

— Monsieur — rzekła. — Poinformowano mnie, że był pan na tyle uprzejmy, iż zgodził się przyjąć mnie do swego apartamentu. Jestem panu za to niezmiernie wdzięczna.

Jej angielszczyzna była doskonała, wyczuwało się jednak leciutki cudzoziemski akcent. Gdy mówiła, oczy uśmiechały się do niego, podobnie jak cudownie wykrojone usta.

— Jestem zaszczycony, że mogę pani służyć, madame czy też może mademoiselle?

— Jestem hrabiną de la Tour — odrzekła, wzdychając głęboko i odwracając się gniewnie w stronę służącej, która pozostawiła otwarte drzwi. — Zamknij drzwi, Francine! — zawołała. — Jeśli tego nie zrobisz, ktoś może podsłuchać moje słowa i skończę na gilotynie, jak mój nieodżałowanej pamięci małżonek! Czemu zapominasz o koniecznej ostrożności!?

— Pani wybaczy, madame!

— Daj mi to okrycie i możesz odejść. I pamiętaj, nikomu nie piśnij słowa, kim jestem.

— Oczywiście, madame.

Służąca przewiesiła futerko przez poręcz folela, ukłoniła się, najpierw swojej pani, a potem Sheldonowi Harcourtowi, i opuściła pokój.

— Te głupie służące niczego nie rozumieją — odezwała się hrabina załamując dłonie.

Sheldon Harcourt zauważył, że na palcu, na którym nosi się obrączkę, miała też złoty pierścionek z perłą i diamencikami. Pierścień ten pasował do sznura pereł stanowiącego jedyną ozdobę jej stroju.

— Musi mi pani coś o sobie powiedzieć, comtesse — rzekł. — Może pani spocznie?

Usiadła na miejscu, które jej wskazał, rozprostowując fałdy sukni i spoglądając na niego badawczo, jakby się zastanawiając, czy można mu zaufać.

 

— Jestem panią de la Tour — powiedziała po chwili. — Proszę nie mówić do mnie hrabino, jak długo pozostajemy na francuskiej ziemi. — Wydała ciche westchnienie i zacisnęła dłonie. — Byłam świadkiem, jak mój ukochany mąż wstępuje na stopnie gilotyny! Nie popełnił żadnej zbrodni, chyba że jest zbrodnią arystokratyczne pochodzenie!

— Przykro mi bardzo, że pani tyle wycierpiała — rzekł Sheldon Harcourt. — Może się pani napije kieliszek wina?

— Dziękuję, wolę zaczekać do kolacji — odrzekła hrabina.

— Wspomniała pani o swoim mężu.

— Mieszkaliśmy z dala od Paryża w Nogent-sur-Seine. Rewolucja wydawała nam się odległa i nie mająca z nami nic wspólnego. — Hrabina zakryła oczy rękami. — Aż w końcu... przed miesiącem...

— Rozumiem pani ból — rzekł. — Ja również straciłem wielu przyjaciół.

— Pan wraca z Paryża, monsieur?

— Tak, z Paryża — odpowiedział — i jak sądzę, sytuacja poprawiła się nieco w porównaniu z okresem, kiedy ten dureń Barère żądał głowy króla dla uspokojenia wzburzonych tłumów.

— Nieszczęsny król! — wyszeptała comtesse. — Serce mi krwawi na myśl o biednej królowej i całej królewskiej rodzinie! — Przerwała na chwilę, a potem zapytała: — Czy to z powodu egzekucji króla zdecydował się pan wrócić do Anglii?

— Musiałem opuścić Paryż — odpowiedział — bo jako Anglik jestem przekonany, że wkrótce nasz kraj wypowie Francji wojnę.

— Pan wraca do domu — westchnęła comtesse — lecz dla mnie jest to skok w nieznane.

— Z pewnością ma pani w Anglii przyjaciół?

— Zapewne wśród emigrantów są jacyś moi znajomi, ale nie wiem, ani gdzie oni przebywają, ani jak ich odnaleźć.

— Więc pani sama jedna wybrała się w tę podróż? — zapytał Sheldon Harcourt, patrząc na nią ze zdumieniem.

Hrabina uśmiechnęła się.

— Mam przecież Francine, która opiekuje się mną od dziecka — odrzekła. — A także Bobo, mojego służącego, który tylko tak niepozornie wygląda, ale jest bardzo silny.

— On chyba nie jest dzieckiem, choć jest taki nieduży — zauważył Sheldon Harcourt.

— Jest pan niezwykle spostrzegawczy, monsieur. Bobo ma w istocie dwadzieścia pięć lat i jest wyjątkowo silny. Gdyby ktoś mnie zaatakował, z pewnością bez wahania by go zabił!

— Myślę, że żadne niebezpieczeństwo nie grozi pani w Anglii — rzekł uspokajająco.

— Dlatego tak bardzo mi zależy, żeby tam się znaleźć i nareszcie poczuć się bezpiecznie. Chciałabym wierzyć, że pański piękny kraj powita mnie z gorącym sercem, czego we Francji oczekiwać nie można.

Sheldon Harcourt miał nadzieję, że nie spotka jej rozczarowanie. Wiedział, że Londyn jest pełen uciekinierów i że początkowa gościnność Anglików zmieniła się w ostatnich czasach w zawoalowaną niechęć. Co więcej, dowiedział się od pewnego Anglika przybyłego do Paryża, że Francuzi, którzy pojawili się w Anglii na samym początku rewolucji 1789 roku, nazywali siebie „czystymi”. Uważali oni, że ci, co wyemigrowali później, są zdrajcami, bo pozostali w kraju. Pomyślał z ulgą, że hrabina nie wygląda na osobę biedną, a z pieniędzmi i jej urodą można w Londynie żyć całkiem wesoło, nawet nie mając z początku przyjaciół i znajomych.

Do pokoju wszedł teraz pan Dessin, wraz z dwiema kelnerkami i kelnerem z butelką wina, niosąc pierwsze z długiej listy starannie zestawionych dań, doskonale przyrządzonych i bardzo urozmaiconych. Hotel Angielski w Calais słynął z doskonałej kuchni i, jak się okazało, nie bez racji. Spécialité de la maison, czyli świeże morskie kraby były wyśmienite, to samo dotyczyło przedniego szampana. Hałasy dobiegające z ogólnej sali jadalnej przy otwieraniu drzwi uświadomiły Sheldonowi Harcourtowi, jakim jest szczęśliwcem dysponując oddzielnym pokojem. Podczas posiłku sztorm i wicher zdawały się nasilać, a podmuchy nawałnicy były tak gwałtowne, że miał wrażenie, że cały hotel drży.

— Chyba będziemy musieli zatrzymać się tu przez jakiś czas — zauważył.

— Mam nadzieję, że to nie potrwa długo — odrzekła hrabina, a po chwili dodała: — Może to zabrzmi niegrzecznie, lecz jestem bardzo niespokojna o własne bezpieczeństwo.

— Rozumiem — odrzekł Sheldon Harcourt — lecz sądzę, że w Calais nic pani nie grozi. Jak na razie rewolucja objęła tylko główne miasta Francji, przy czym największe zbrodnie popełniono w Paryżu.

— Rewolucja już dotarła do Nogent-sur-Seine — odrzekła hrabina niemal z łkaniem.

Skończyli kolację, przed nimi pojawiła się kawa, a przed Sheldonem Harcourtem kieliszek brandy. Hrabina wyciągnęła ku niemu rękę.

— Czy w Anglii będzie pan dla mnie równie miły, monsieur? — zapytała. — Jest pan osobą tak znakomitą i wyjątkową, że w pana towarzystwie nie będę się niczego obawiała.

W błękitnych oczach Sheldona Harcourta pojawiły się iskierki rozbawienia. Zdawał sobie doskonale sprawę, że comtesse przez cały czas trwania kolacji usiłuje z nim flirtować. Odgrywał znakomicie swoją rolę w pojedynku spojrzeń i półsłówek, wykazując biegłość, którą mu dało wieloletnie doświadczenie w kontaktach z pięknymi damami.

Podejrzewał wprawdzie, że comtesse może się zwrócić do niego jako Anglika o pomoc, lecz nie przypuszczał, że stanie się to tak szybko. Ujął wyciągniętą ku niemu dłoń i złożył na niej pocałunek.

— Musi mi pani powiedzieć o sobie nieco więcej — rzekł.

Przez ułamek sekundy jej palce ściskały jego dłoń, potem cofnęła swoją rękę.

— A co chce pan wiedzieć? — spytała. — Mój mąż był człowiekiem bardzo majętnym, lecz nie sądzę, żeby mi się udało uratować wiele z jego majątku.

— Czy ma pani w Anglii jakieś pieniądze?

— Nie mam co do tego pewności. Gdy znajdę się w Londynie, odwiedzę adwokatów i zrobię rozeznanie. Mam wystarczające zasoby, żeby urządzić się wygodnie. —Jej palce dotknęły naszyjnika z pereł i brylantowego pierścionka. — Sądzę, że mi pan doradzi, w jakim hotelu w Londynie powinnam się zatrzymać, zanim uda mi się znaleźć jakieś stałe miejsce zamieszkania. — Westchnęła głęboko i dodała: — Byłabym rada, gdybym mogła na początek u kogoś zamieszkać, zanim rozejrzę się w sytuacji.

Na ustach Sheldona Harcourta pojawił się uśmiech.

— Przykro mi bardzo, ale nie mogę zaoferować pani gościny w moim rodzinnym domu — powiedział. — Lecz zapewniam panią, że jej dopomogę znaleźć miejsce, w którym pani wypocznie, dopóki nie wybierze dla siebie odpowiedniego locum.

— Pan nawet nie zdaje sobie sprawy, monsieur, jakie to straszne być samą na tym świecieè — mówiła drżącym głosem. — Czuję się okropnie, gdyż nie mam nikogo, kto by zadbał o mnie, kto by mnie kochał.

— Już pani mówiłem, jak mi przykro z tego powodu.

— Jest pan bardzo miły. Gdybym była starsza, może byłoby mi łatwiej, ale mój mąż we wszystkim mnie wyręczał!

— A teraz musi sobie pani radzić sama. To bardzo smutna historia.

— Muszę być dzielna, jak on, kiedy wstępował na stopnie gilotyny, mówiąc: „Panie, weź moją duszę, a ich dusze niech porwą diabli!”

Dla podkreślenia efektu swoich słów comtesse zakryła twarz rękami.

— Może odrobinę koniaku — zaproponował Sheldon Harcourt, nalewając trunek z karafki do kieliszka. — Hrabina potrząsnęła głową, a on dodał: — Była pani bardzo dzielna, lecz nie sposób żyć wspomnieniami. Życzę pani odwagi!

— Odwaga będzie mi potrzebna w przyszłości — odrzekła miękko, odsunęła ręce od oczu i dodała: —Wy Anglicy jesteście zawsze bardzo odważni. Tę cnotę macie we krwi!

— Brzmi to jak komplement, madame!

— Czy panna to dziwi? — W jej ciemnych oczach pojawily się kokieteryjne błyski, uniosła w górę swój kieliszek. — Jest pan niezwykle miły i przystojny!

Sheldon Harcourt ukłonił się, lecz nie zrewanżował się toastem. Usiadł i pilnie się jej przyglądał. Była istotnie urocza. Nawet z bliska jej cera była doskonała, a rysy subtelne i arystokratyczne. Niewielki prosty nosek, wymowne oczy, delikatnie zarysowany podbródek, perłowe zęby, czerwone usteczka dopełniały obrazu. Widząc, że jest obserwowana, comtesse zarumieniła się.

— Patrzy pan na mnie tak... jak to określają Anglicy? Jakby mnie pan „podsumowywał” — rzekła.

— Pani znajomość angielskiego zaskakuje mnie! — odezwał się Sheldon Harcourt. — W jaki sposób nauczyła się pani mówić tak płynnie?

— To bardzo proste... moja matka była Angielką!

— To wszystko wyjaśnia, lecz w istocie wygląda pani na Francuzkę.

— To mam pewnie po ojcu i może dlatego, że tak długo mieszkałam we Francji. Zawsze jednak marzyłam o tym, żeby odwiedzić kraj rodzinny mojej matki, ó którym mówiła z taką nostalgią.

— Musi pani mieć zatem krewnych w Anglii!

Hrabina rozłożyła ręce bezradnie.

— Może ich mam... nic mi o tym nie wiadomo. — Spuściła oczy zażenowana. — Matka uciekła z domu z moim ojcem, który w opinii jego arystokratycznej rodziny popełnił mezalians. We Francji jest w zwyczaju, że rodzina wybiera kandydatkę na żonę, lecz mój ojciec się zbuntował. — Uśmiechnęła się do niego zalotnie i dodała: — Teraz pan rozumie, monsieur, czemu się tutaj znalazłam.

— Rozumiem wszystko i cieszę się, że tak się stało.

— Nie miałam na myśli tego pokoju, lecz fakt, że znalazłam się na świecie — wyjaśniła hrabina.

— Zrozumiałem dobrze pani intencje, lecz odpowiadając myślałem wyłącznie o sobie — rzekł. — Cieszę się, że dzięki burzy na morzu i szalejącej we Francji rewolucji spotkaliśmy się.

— Jest pan bardzo miły i czuję się... pochlebiona pańskimi słowami.

Wstała od stołu i podeszła do kominka. Sheldon Harcourt podążył za nią. Stała z rękami wyciągniętymi w stronę ognia, a płomienie rzucały czerwone błyski na jej ciemne włosy i odbijały się w oczach.

— Muszę się już położyć — postanowiła nagle. — Ciężki miałam dzisiaj dzień.

— Miejmy nadzieję, że do jutra wiatr ustanie i będziemy mogli przepłynąć kanał.

— Czy jeśli tak się stanie, zobaczę pana jeszcze?

— Myślę, że tak.

— Bardzo bym tego chciała.

Spojrzała na niego, a on bez słowa wziął ją w ramiona. Nie opierała się, więc jego usta znalazły się na jej wargach. Były delikatne i lekko drżały, natomiast jego pocałunek był tak zaborczy, że z trudem mogła oddychać. Kiedy poczuł, że stara się go odepchnąć, uniósł głowę i odezwał się zupełnie innym tonem niż ten, którym zwracał się do niej dotychczas.

— Teraz proszę powiedzieć mi prawdę.

— Prawdę? — Spojrzała na niego ciemnymi szeroko otwartymi oczami.

— Całą prawdę! — powtórzył.

— Co pan chce przez to powiedzieć?

— Pani wcale nie jest hrabiną de la Tour!

— Skąd pan to wie?

— Spotkałem hrabinę. Była to osoba w średnim wieku i do tego nieładna.

— To... przykre!

— W istocie, bardzo. Chciałbym też panią o coś zapytać.

— Co takiego?

— Czemu pani nosi obrączkę? Jestem pewien, że nie jest pani zamężna. I oczywiście nikt pani jeszcze nigdy nie całował.

Kobieta, którą trzymał w objęciach, uwolniła się z nich szybkim ruchem.

Tiens! — zawołała. — Więc źle to robiłam?

— Nie tyle źle — wyjaśnił Sheldon Harcourt — lecz tak, że nie miałem wątpliwości, iż brak pani doświadczenia.

— Czy to tak bardzo rzuca się w oczy?

— Może i nie.

— Czemu ja trafiłam właśnie na pana? Czemu miałam takiego pecha, że spotkałam właśnie pana? — Przerwała na chwilę, a potem dodała: — I musiał pan poznać hrabinę de la Tour, zanim poniosła śmierć na gilotynie.

Była tym wszystkim bardzo rozgoryczona, przypominała małego kotka prychającego na cały świat.

— Może pani usiądzie i opowie mi o wszystkim.

Wydawało mu się, że się waha. Po chwili, kiedy doszła do przekonania, że można mu zaufać, usiadła i okryła kolana pledem.

— Co pan chce wiedzieć? — zapytała.

— Prawdę! Zaciekawiła mnie pani bardzo.

— A czy gdy powiem prawdę, pomoże mi pan?

— To będzie zależało od tego, czego się pani po mnie spodziewa.

— Jest pan Anglikiem, człowiekiem dobrze urodzonym i zapewne bogatym, czy tak?

Sheldon Harcourt uśmiechnął się i nalał sobie jeszcze jeden kieliszek brandy, po czym usiadł naprzeciwko.

— Bierze mnie pani w krzyżowy ogień pytań — powiedział. — Jestem Anglikiem, to prawda, lecz nie jestem arystokratą. Mój tytuł istnieje tylko w wyobraźni właściciela gospody, a co do pieniędzy, to mam ich bardzo niewiele.

Hélas! Czy to możliwe?

— Taka jest prawda — powiedział.— Wracając do Anglii jestem émigré jeszcze bardziej niż pani, moja droga. Nie może pani zatem liczyć na moją pomoc, jeśli sprawy przedstawiają się tak, jak mi je pani opisała.

 

— Moja sytuacja jest w rzeczywistości dużo gorsza!

— Proszę mi o wszystkim opowiedzieć — rzekł. — Byłem z panią szczery i tego samego oczekuję od pani.

— To prawda, że nie jestem zamężna — zaczęła — ale uznałam, że nie będzie właściwe, gdybym pojawiła się w Londynie wyłącznie w towarzystwie Bobo i Francine nie mając nikogo, kto pełniłby rolę przyzwoitki. A jako wdowa nie potrzebuję przyzwoitki.

— Czy pani znała rodzinę de la Tour?

— Mama i ja mieszkałyśmy w tej samej wiosce co oni, lecz oni się do nas nie odzywali. Znajomość z nami była poniżej ich godności.

— Czemu?

Zawahała się przez chwilę, jakby szukając właściwych słów. Wreszcie decydując się na szczerość rzekła:

— Moim ojcem był książę de Valence. Kochał moją matkę i ona go kochała. Lecz był żonaty, na długo przedtem, zanim się poznali, z kobietą, która stale przesiadywała w kościele i wolała towarzystwo księży niż własnego męża.

— A zatem jest pani dzieckiem miłości.

Spojrzał na nią i uświadomił sobie, że jest nie tylko urodziwa, ale że widać po niej arystokratyczne pochodzenie.

— Książę zginął w Paryżu... w sierpniu — powiedziała z drżeniem.

— Przypominam sobie, że znajdował się wśród tysiąca dwustu arystokratów i duchownych, którzy zostali straceni — powiedział Sheldon Harcourt.

— Mama nie mogła być z nim razem — mówił młodziutki głosik. — Gdy to się stało, zaczęła opadać z sił i wkrótce zmarła. — Westchnęła żałośnie. — Pochowałam ją na dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem.

— A więc została pani zupełnie sama.

—Tak, jeśli nie liczyć Francine i Bobo — odrzekła powstrzymując łzy.

Rozumiał teraz, czemu nie miała w Londynie przyjaciół i czemu krewni nie zamierzali otworzyć drzwi przed córką francuskiego księcia.

— Co zamierza pani teraz zrobić? — zapytał.

— Zamierzam wyjść za mąż!

— Wyjść za mąż?

— Pragnę, żeby mnie szanowano.

W jej głosie zabrzmiała wielka determinacja i Sheldon Harcourt stłumił uśmieszek cisnący mu się na usta.

— Łatwiej by pani było znaleźć sobie opiekuna.

Siedziała wyprostowana i rzuciła w jego stronę szybkie spojrzenie.

— Czy sądzi pan, że tego właśnie pragnę?

Nie rozumie pan, jak wiele wycierpiałam i ile przeżyłam upokorzeń tylko dlatego, że mój ojciec nie mógł ofarować matce ślubnej obrączki? — Westchnęła głęboko. — Chcę być bogata. Chcę zająć w świecie wysoką pozycję. Pragnę, żeby mnie szanowano, i nikt, ale to nikt nie zdoła mi w tym przeszkodzić!

Słuchał w zdumieniu jej słów, w końcu rozsiadł się wygodniej w fotelu i uśmiechnął.

— Jest pani wspaniała! Jeśli komuś uda się zrealizować swoje marzenie, to tą osobą będzie z pewnością pani!

— Czy mi pan dopomoże?

— A co ja mogę zrobić?

— Niech mi pan powie, dokąd powinnam się udać. Może mnie pan przedstawić odpowiednim kawalerom. Wprawdzie nie ma pan pieniędzy, lecz dla mnie wpływy i znajomości są ważniejsze od fortuny. — Przerwała na chwilę, a potem dodała: — Zawrzemy umowę — oui? Pan pomoże mnie, a ja pomogę panu. Wyjdę za bogatego człowieka i... podzielę się z panem jego pieniędzmi!

Sheldon Harcourt znów się roześmiał.

— Jest pani niepoprawna! Nikt mi jeszcze nie zrobił tak nieprawdopodobnej propozycji.

— A co w tym takiego dziwnego?

— Więc pani naprawdę sądzi, że przyjąłbym od pani pieniądze?

— A czemu nie? — zapytała. — Powiedział pan, że nie jest pan arystokratą, ale jest pan szlachcicem. Mój ojciec z pewnością nie miałby nic przeciwko temu. Jest pan przyjmowany w towarzystwie, ma pan wstęp do najlepszych domów w całej Anglii.

Sheldon Harcourt nic nie odpowiedział, przyglądał się jej tylko, a ona pomyślała, że zastanawia się nad jej propozycją.

— Pojawimy się razem w Londynie — kontynuowała. — Pan powie swoim znajomym, że o opiekę nade mną prosił pana mój mąż, który był pańskim przyjacielem i który... został zgilotynowany. — Uśmiechnęła się. — Jedna znajomość pociągnie następne i wkrótce spotkam człowieka wystarczająco bogatego, żeby wyjść za niego za mąż! — Usiadła wygodniej w fotelu idodała: — To całkiem proste! Gdzie tu może być mowa o jakichś trudnościach?

— Jak się pani naprawdę nazywa? — zapytał Sheldon Harcourt.

— Mam na imię Cerissa — odrzekła — i mam prawo do noszenia nazwiska panieńskiego mojej matki, które brzmiało Waring, choć nigdy nim się nie posługiwałyśmy.

— A jak was nazywano?

— Valence! Czemu nie? Nigdy się nie wstydziłam mojego ojca.

— Nie miała pani powodu.

— Tak pan sądzi? — Rzuciła mu wymowne spojrzenie.

— Oczywiście, to przecież nie pani wina, że rodzice pani nie zostali poślubieni w kościele!

— Ale łączyło ich wszystko — powiedziała z westchnieniem. — Byli to ludzie naprawdę sobie przeznaczeni. — Wykonała dłonią nieokreślony gest. — Myślę, że teraz są razem. Któż to może wiedzieć?

W jej wzroku było uduchowienie, a jednocześnie wyglądała bardzo młodo. Ponieważ Sheldon Harcourt milczał, odezwała się po chwili:

— Powiedziałam panu prawdę, lecz czy mi pan dopomoże?

— Właśnie się nad tym zastanawiam.

— Więc zastanawiajmy się razem.

Wysunęła się spod okrycia i uklękła u jego stóp.

— Proszę mi dopomóc — błagała. — Gdy tylko weszłam do tego pokoju, wiedziałam, że jest pan człowiekiem, któremu mogę zaufać.

— I pani rzeczywiście sądzi, że może pani polegać na awanturniku bez grosza przy duszy? — zapytał. — Bo tym właśnie jestem. Przez ostatnie pięć lat utrzymywałem się dzięki własnym pomysłom.

— Został pan zmuszony do opuszczenia Anglii? — zapytała po chwili.

— Tak, musiałem wyjechać — powiedział tonem nie zachęcającym do dalszych indagacji.

— Ale teraz, kiedy pan wraca, czy nie mogę być razem z panem?

— Nie widzę, w jaki sposób mógłbym być dla pani użyteczny. Co więcej, pojawienie się pięknej wdowy w towarzystwie mężczyzny mogłoby tylko wywołać niepotrzebne komentarze.

— Więc może byłoby lepiej, gdybym nie podawała się za osobę zamężną — rzekła Cerissa — jak mi doradzała Francine.

Sheldon Harcourt spojrzał na uniesioną ku niemu twarzyczkę.

— Proszę mi wierzyć — powiedział — że nikt nie da sobie wmówić, że jest pani mężatką.

— A ja myślałam, że dobrze odgrywam moją rolę.

— Niezupełnie — odpowiedział. — Nie dla człowieka, który jest doświadczony w sprawach tego świata.

— Zatem będę jeune fille. To nie będzie trudne grać siebie.

— Ile pani ma lat?

— Skończyłam osiemnaście.

— Jest pani bardzo młodziutka.

— Ale czuję się staro — odrzekła wzdychając. — Tyle się w moim życiu wydarzyło, tak często czułam się nieszczęśliwa. Muszę w końcu wziąć życie we własne ręce. — Mówiła jak dziecko, które przekonuje wszystkich, że nie boi się ciemności.

— Sztuka udawania odnosi powodzenie — powiedział — gdy jest się naturalnym. Najlepiej udawać samego siebie. Niech no pomyślę... — Spojrzał w ogień, a po chwili zapytał: — Czy ktoś z rodziny Valence wyemigrował?

— Nikt — odrzekła. — Mój ojciec twierdził, że uciekają tchórze. Powiadał, że chce umrzeć na francuskiej ziemi! — Westchnęła i dodała: — I tak się właśnie stało!

— A co z księżną?

— Została zgilotynowana razem ze swoim biskupem. To musiało być poetyczne, skoro kochała go tak bardzo.

Sheldon Harcourt dotknął ręką jej policzka.

— Jest pani krwiożerczą istotą!

— Nienawidziłam tej kobiety! — rzekła Cerissa. — Opowiadała nieprawdziwe historie o mojej mamie i usiłowała zatruć nam życie.

— Myślę, że była po prostu zazdrosna.

— Jeśli straciła męża, była to wyłącznie jej wina! Nie starała się go przyciągnąć. Pamiętam, jak papa wspominał o bezdennej nudzie swojego miodowego miesiąca.

— I mimo to chce pani wyjść za mąż.

— Oczywiście, że chcę! Chcę, żeby ludzie mnie poważali i podziwiali. Chcę bywać we wszystkich znakomitych domach, których drzwi są obecnie dla mnie zamknięte. — Wstrzymała oddech. — Czy pan sobie wyobraża, jakie to było przykre, kiedy papa wystrojony szedł na kolację do Tuilerii czy na bal do Wersalu, a mama zostawała sama? — Przerwała na chwilę, a potem dodała: — Papa zawsze opowiadał o ludziach, z którymi się spotykał, o politykach, z którymi rozmawiał, a także o rozmowach z królem i królową. — Cerissa westchnęła. — Słuchając tych opowieści czułam, że już na zawsze pozostanę za drzwiami, nigdy w środku.