Zwyciężona przez miłość - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Zwyciężona przez miłość - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Przełożyła Dorota Głowacka

Saga

Zwyciężona przez miłość - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartlandprzełożyła Dorota Głowacka tytuł oryginału Conquered by LoveCover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’ Copyright © 1976, 2019 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711771471

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

ROZDZIAŁ 1

Jestem tu! Jestem tu! — myślała Theola. Z największym trudem powstrzymała się, by nie wykrzyknąć tych słów. Nawet gdy opuścili już Anglię, nie mogła uwierzyć, że naprawdę ujrzy Kavonię.

Statek, który wiózł ich z Marsylii, dobił właśnie do brzegu. Zobaczyła sporą grupę dygnitarzy. Czekali, by powitać Katarzynę. Theoli wydawało się prawdziwym cudem, iż pozwolono jej udać się z wujem, księciem Wellesbourne i kuzynką, lady Katarzyną Bourne, w tę podróż. Katarzyna wyruszyła, by zostać królową Kavonii.

Theola doskonale wiedziała, że nie zawdzięcza tego ani pokrewieństwu, ani miłości swoich krewnych. Po prostu nie znaleziono nikogo odpowiedniego, kto zgodziłby się zostać damą dworu Katarzyny.

Rodzice rówieśnic Katarzyny, które uważałyby powierzenie im takiej funkcji za zaszczyt, odmówili zdecydowanie. Oznajmili, że nie wyślą swych córek do tak odległego kraju w czasach, gdy Europą targają niepokoje.

— Wystraszeni głupcy! — mruczał ze złością książę, otwierając podczas śniadania list za listem.

Każdą odmowę tłumaczono w ten sam sposób. Nikt nie uważał Kavonii za wystarczająco bezpieczne i atrakcyjne miejsce, aby pozwolić młodziutkiej córce spędzić tam dwa lub trzy lata.

— Doprawdy, mam nadzieję, że to spokojny kraj — odezwała się siedząca przy drugim końcu stołu księżna.

— Ależ oczywiście! — zapewnił ją książę. — Doskonale wiesz, Adelajdo, że Kavonia, podobnie jak Montenegro, jest od wielu lat krajem niezależnym i teraz, kiedy pod rządami króla Jerzego w Grecji zapanował spokój, nie ma powodów, by żywić obawy co do władzy Ferdynanda. Rządzi bez żadnych problemów od dwunastu lat.

Księżna milczała, ale Katarzyna krzyknęła z rozdrażnieniem w głosie:

— Nie chcę narażać się na niebezpieczeństwo, papo! Nie zniosłabym huku wystrzałów.

— Kavończycy są znani z waleczności, dlatego zresztą Imperium Otomańskie zostawiło ich w spokoju — odrzekł książę. — Kraj jest bardzo górzysty i trzeba by wielkiej armii, aby podbić Kavonię; nie mówiąc już o ogromnych stratach w ludziach.

— Turcy podbili Albanię — zauważyła Theola.

— Wiem o tym, Theolo — odpowiedział chłodno wuj — a jeśli zechcę zasięgnąć u ciebie jakiejś informacji, dam ci znać!

— Przepraszam, wuju Septimusie.

— Zatem należy się skoncentrować na znalezieniu kogoś, kto będzie towarzyszył Katarzynie — oświadczyła księżna. — Musi mieć damę dworu, a o podjęcie się tej roli prosiliśmy już wszystkie panny z dobrych domów.

Książę zacisnął usta. Nie znosił, gdy coś krzyżowało jego plany lub gdy nie otrzymywał tego, czego pragnął.

Był gwałtowny, zadufany w sobie. Cechowało go pewne okrucieństwo i oschle odnosił się do słabszych od siebie. Spoglądając na niego, Theola z lękiem myślała o tym, że skoro wuj jest rozgniewany, z pewnością wkrótce zostanie surowo ukarana za jakieś drobne przewinienie. W ten sposób wuj rozładuje swój gniew.

— A gdybyśmy tak poprosili córkę lorda Pierrepointa? — zaryzykowała księżna. — Nie lubię tej dziewczyny. Uważam ją za zbyt żywą, a jej maniery za nazbyt swobodne, ale bez wątpienia Pierrepointowie docenią fakt, iż zniżamy się do ich poziomu, zapraszając ich córkę, by towarzyszyła Katarzynie.

— Nie zniosę jeszcze jednej odmowy! — powiedział ze złością książę. — Postanowiłem, że Theola będzie towarzyszyć Katarzynie.

— Theola?

Księżna powtórzyła niczym echo; przez jej głos przebijało zdumienie.

— Theola? — zapytała Katarzyna. — Ależ papo, chyba nie . . .

— Nie życzę sobie żadnych dyskusji. Podjąłem decyzję — oznajmił książę, wstając od stołu. — Theola pojedzie z Katarzyną i ze mną do Kavonii. Zostanie tam, dopóki nie znajdziemy na jej miejsce kogoś bardziej odpowiedniego.

Theola wstrzymała oddech. Nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała. Ogarnęło ją przerażenie. Jeśli odezwie się i jej słowa zdenerwują wuja, może on zmienić decyzję.

Dopiero wieczorem, gdy pełen podniecenia dzień dobiegł końca, uklękła w swojej sypialni i podziękowała Bogu za decyzję wuja.

— Jadę do Kavonii, papo — dodała w ciemność. — Czy wiesz o tym? Czy się cieszysz? To nie Grecja, ale bardzo blisko, a ludzie są w większości greckiego pochodzenia. Och, papo, jak bardzo bym chciała, abyś był teraz ze mną!

Klęcząc tak obok łóżka czuła, że ojciec ją słyszy. Wierzyła, że jest blisko niej. Tak jak w chwilach rozpaczy i niedoli wierzyła, że matka przytula ją i pociesza.

Od czasu gdy po śmierci rodziców przybyła do zimnego, ponurego zamku w hrabstwie Wiltshire, gdzie znajdowała się ogromna posiadłość wuja, by zamieszkać razem z nim i ciotką, często zdarzały się jej takie chwile rozpaczy.

Będąc jednym z najbogatszych ludzi w Anglii, jej wuj był jednocześnie jednym z największych skąpców, a księżna, przed małżeństwem Jej Wysokość Adelajda Holtz-Melderstein, równie oszczędna, dusiła każdy grosz.

W książęcym zamku Theola znalazła mniej wygód niż w małym domu, w którym niegdyś mieszkała z ojcem i matką. Czasami, gdy drżała z zimna w ogromnych, nie ogrzewanych pokojach, czuła, jak ponura atmosfera tego domu i zgryzota osaczają ją, ściskają jej ciało czarnym lodem i nie ustąpią dopóty, dopóki nie wyssają z niej całego ciepła. Żałowała wówczas, iż nie zginęła razem z rodzicami.

Cierpienia, jakich doświadczała w zamku Wellesbourne, były nie tylko natury fizycznej. Każdego dnia, od rana do wieczora, gdy niczym przerażone zwierzę pragnęła tylko znaleźć kryjówkę, w której mogłaby się schronić przed cierpieniem, znosiła też męki psychiczne.

Od matki wiedziała, jak bardzo rozgniewał wuja fakt, że jego jedyna siostra uciekła z wynajętym przez ich ojca nauczycielem.

Studiował w Oxfordzie i jego ojciec, drugi książę Wellesbourne, na okres wakacji zatrudnił dla niego nauczyciela, gdyż pragnął dla syna tytułu naukowego.

Ryszard Waring miał dwadzieścia dziewięć lat. Był inteligentnym i błyskotliwym człowiekiem. Wykładał przedmioty klasyczne i wielu arystokratom pomógł przebrnąć przez egzaminy. Był przystojny i kulturalny. Pochodził z szacownej rodziny, ale w oczach księcia był nikim.

Septimus, syn księcia, podzielał poglądy ojca. Był równie jak on rozwścieczony, kiedy odkryto, że Ryszard Waring zakochał się w jego jedynej siostrze, lady Elżbiecie Bourne. Gdy Ryszard Waring, zgodnie ze zwyczajem, zwrócił się do księcia z prośbą o rękę córki, w odpowiedzi został znieważony. Pokazano mu drzwi.

Lady Elżbieta poszła za nim i zakochani uciekli. Nawet wybuch bomby w komnatach zamku nie zdziwiłby bardziej jej rodziców.

Przez lata nikt nie wspominał jej imienia.

W cztery lata po ich ucieczce urodziła się Theola i Elżbieta napisała do rodziców, zawiadamiając ich, że mają wnuczkę.

List wrócił nie odpieczętowany.

Dopiero dowiedziawszy się o śmierci Elżbiety Waring i jej męża w katastrofie kolejowej, Septimus, który wówczas odziedziczył już tytuł książęcy, odwiedził niewielki domek pod Oxfordem, gdzie mieszkali. Poinformował bladą, nieszczęśliwą Theolę, iż odtąd będzie mieszkała razem z nim.

Septimus ożenił się w wieku dwudziestu jeden lat i miał córkę, Katarzynę, o rok starszą od Theoli.

— Nie myśl, że biorę cię pod mój dach z przyjemnością — oznajmił oschle. — Postępek twojego ojca był godny potępienia. Nigdy nie wybaczę ani jemu, ani twojej matce hańby, jaką okryli nasze nazwisko.

— Hańby? — zapytała zaskoczona Theola. — Cóż złego uczynili? Uciekli — to prawda, lecz przecież się pobrali.

— Nie uważasz za hańbę tego, że nasza krew zmieszała się z krwią parweniusza?! Człowieka, który zarabiał na życie dawaniem lekcji, którego ród bez wątpienia wywodzi się z rynsztoka?

— To nieprawda! — poderwała się Theola. — Rodzice papy byli zacnymi, szlachetnymi ludźmi, szanowanymi w Bedfordshire. A jeśli chodzi o papę, był błyskotliwy, podobnie jak wielu . . .

Przerwała w pół zdania, gdyż wuj wymierzył jej siarczysty policzek.

— Jak śmiesz ze mną dyskutować! — wrzasnął. — Trzeba, abyśmy już na początku naszej znajomości wyjaśnili sobie pewne sprawy, Theolo. Jesteś moją siostrzenicą i dlatego nie mogę pozwolić, abyś głodowała. Tak więc zamieszkasz w moim domu. Będziesz mi jednak posłuszna. Nie wolno ci wspominać o swoim ojcu i matce ani przy mnie, ani przy żadnej innej osobie. Czy wyraziłem się jasno?

Policzek palił Theolę, ale nie uniosła ręki. Nie dotknęła nawet bolącego miejsca. Patrzyła tylko na wuja, bardziej zszokowana niż przestraszona pierwszym aktem przemocy, jaki ją spotkał.

W ciągu najbliższych miesięcy miała nauczyć się, że wuj był gotów uderzyć ją zawsze, gdy go czymś zdenerwowała. A zdarzało się to często. Ilekroć mu się przeciwstawiała, bił ją. Zmaltretowana słabła często aż do granicy omdlenia, a przeżywane upokorzenia pozostawiały trwały ślad w jej psychice.

 

Nigdy przedtem nie sądziła, że na świecie mogą żyć ludzie pokroju jej wuja czy ciotki.

Razy otrzymywane od wuja były dotkliwe, jednak wymierzane jej przez ciotkę policzki, bolesne podszczypywanie i bezustanne złośliwości były jeszcze trudniejsze do zniesienia.

Przed przyjazdem do wujostwa Theola nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, jak wygląda życie, gdy człowiek spotyka się z nienawiścią. Wzrastała w atmosferze uczuć, jakimi obdarzali się jej rodzice. Gdy byli razem, zdawały się jaśnieć wokół nich niczym aura. Miłość, jaką żywili dla córki sprawiała, że czuła się kimś bardzo szczególnym.

Po kilku miesiącach prześladowań zaczęła się kryć. Przemykała się po zamku ukradkiem, niczym mały szary duch, w nadziei, że uda jej się pozostać w cieniu.

Próby zaprzyjaźnienia się z kuzynką nic nie dały. Katarzyna miała zimną naturę swoich rodziców i nie interesowało jej nic, co nie miało bezpośredniego powiązania z jej osobą.

Jak szybko się przekonała, musiała słono płacić za dach nad głową i wyżywienie. Usługiwała Katarzynie niczym niewolnica i z dnia na dzień coraz bardziej stawała się jej osobistą służącą.

Gdy tylko wstała z łóżka, aż do chwili, kiedy wieczorem kładła się spać, ciężko pracowała. Cerowała i prasowała ubrania Katarzyny. Prała większość jej delikatnych strojów. Wysłuchiwała mów pochwalnych, jakie ta wygłaszała pod swoim adresem, wiedząc, że musi zgadzać się z każdym słowem kuzynki. Najdrobniejsza polemika ściągnęłaby na jej głowę surową karę.

— Zawsze uważałam, że mam greckie rysy twarzy — oznajmiła kiedyś Katarzyna — i przypominam tak podziwiane posągi i obrazy greckich bogiń.

Theola z trudem powstrzymała się, by nie zaprzeczyć.

Katarzyna w najmniejszym stopniu nie przypominała Greczynki. Miała typowo angielskie złote włosy i niebieskie oczy, a w jej rysach nie można było doszukać się niczego szczególnego. Mówiono o niej jako o piękności jedynie ze względu na jej pozycję społeczną, toalety, w których pojawiała się na balach i przyjęciach, a także z powodu wyniosłej dumy, z jaką się nosiła.

Theola wiedziała o Grecji więcej niż o jakiejkolwiek innej części świata. Grecja była wielką miłością i namiętnością jej ojca. Opowiadał córce fragmenty greckiej mitologii, pokazywał zdjęcia rzeźb greckich. Zaraził ją swoim entuzjazmem do najdoskonalszej cywilizacji, jaką kiedykolwiek znał świat.

Ryszard Waring nauczył córkę, podobnie jak swoich studentów, kochać klasykę.

— Nie można naprawdę zrozumieć, jak kraj myśli i co czuje, jeżeli nie zna się jego języka — powtarzał często.

Tak więc Theola nauczyła się francuskiego, niemieckiego, łaciny oraz greki. Często czytała ojcu dzieła wielkich pisarzy. Gdy dyskutowali na ich temat, słuchał jej opinii z szacunkiem równym temu, jakiego oczekiwał od niej.

Nie przypuszczała, że na świecie żyli ludzie o wysokiej pozycji społecznej, którzy jak książę Wellesbourne, nigdy nie czytali książek, a mimo to byli zawsze gotowi ustanawiać prawa i nie pozwalali innym dojść do głosu.

Czasami, gdy wyczerpana ciężką pracą kładła się do łóżka, myślała o tym, jak bardzo brakuje jej inteligentnej konwersacji.

Z trudem znajdowała czas na czytanie.

Lampy oświetlały na zamku wszytkie pokoje, ale w sypialniach dla oszczędności zapalano świece. Nie tylko służbie skrzętnie je wydzielano. Theola również dostawała ich niewiele. Czytanie po nocach było niemożliwe, w dzień zaś miała bardzo mało wolnego czasu. Musiała zatem ograniczyć się do wieczornego recytowania z pamięci wierszy oraz czytanych kiedyś razem z ojcem fragmentów prozy. Poruszały ją; język grecki brzmiał w jej uszach niczym muzyka, rytm prozy odganiał smutki i kołysał do pozbawionego marzeń snu.

I oto nagle, po roku pełnym cierpień i ciemności znalazła się w Kavonii! Małżeństwo Katarzyny z kuzynem Ferdynandem, królem Kavonii, zaaranżowała oczywiście księżna, korzystając z pomocy krewnych z rodu Holtz-Melderstein.

Idąc za przykładem Grecji i innych państw europejskich, które zaprosiły na swoje trony obce rody królewskie, Kavończycy uczynili swoim królem Ferdynanda. Theola wiedziała, że pragnęli osadzić na tronie króla ze Skandynawii. Król Grecji Jerzy, drugi syn następcy tronu Danii, w ciągu dziesięciu lat panowania ustabilizował sytuację w kraju i zapewnił obywatelom pokój. Jednak nie było już więcej duńskich czy też szwedzkich książąt, mogących panować w Kavonii. Wybrano zatem Ferdynanda, krewnego cesarza Franciszka Józefa, który skwapliwie przyjął tron.

W Anglii nie można było dowiedzieć się o nim niczego poza tym, że miał trzydzieści pięć lat i był już raz żonaty, ale jego żona umarła dwa lata temu, nie pozostawiając mu potomka.

— Widziałam Ferdynanda jedynie jako małego chłopca — powiedziała córce księżna — lecz na portrecie wygląda na przystojnego mężczyznę. Bardzo przypomina Jego Wysokość Franciszka Józefa z łat młodości.

Westchnęła z zadowoleniem.

— Protokół na dworze cesarskim w Wiedniu jest bardzo surowy. Według mnie stanowi przykład dla wszystkich domów królewskich. Mam nadzieję, że będziesz o tym pamiętać, kiedy już zostaniesz królową, Katarzyno.

— Jestem zdecydowaną zwolenniczką surowej etykiety, mamo — odrzekła Katarzyna. — Słyszałam o swobodach, jakie panowały we Francji za Ludwika Napoleona. Nie ma się co dziwić, że teraz mają republikę.

— Im mniej będziemy mówić o Francuzach, tym lepiej — skarciła ją księżna. — Ferdynand z pewnością okaże się prawdziwym, autokratycznym królem.

— Mam nadzieję — odparła Katarzyna.

Dla Theoli wszystko to brzmiało przerażająco. Znała Habsburgów ze swoich lektur. Pod wieloma względami byli dla niej wstrętni.

Przecież król i królowa powinni starać się zrozumieć swój naród. Była pewna, że tak właśnie myślał jej ojciec. Sądziła, że Katarzyna zechce chociaż nauczyć się języka kraju jej przyszłego panowania, ale gdy poddała kuzynce taką sugestię, ta odpowiedziała ostro:

— Król Ferdynand mówi po niemiecku i po angielsku. Po co miałabym uczyć się języka, którego nie używa się nigdzie poza granicami jego kraju?

— Ale będziesz przecież żyła w tym kraju — przekonywała Theola.

— Nie wyobrażam sobie, bym miała zbyt wiele kontaktu ze zwykłymi ludźmi — odrzekła Katarzyna — a dworzanie, podobnie jak ich monarcha, mówią albo po angielsku, albo po niemiecku.

Takie podejście do pełnienia roli królowej wydało się Theoli dziwne. Była jednak zbyt mądra, by to powiedzieć. Postanowiła jednak nauczyć się kawońskiego. Przypuszczała, że nie sprawi jej to większych trudności, gdyż znała już grecki.

Podczas podróży morskiej na statku przysłanym po nich przez króla do Marsylii jej przypuszczenia sprawdziły się.

Przez Francję przejechali pociągiem. Warunki podróży wydały się Theoli wręcz luksusowe, zwłaszcza jeśli się brało pod uwagę wstręt księcia do wydawania pieniędzy. Towarzyszyli im kurier, sekretarz księcia, lokaj oraz panna służąca dla Katarzyny i dla niej samej.

Lekarze uznali księżnę za niezdolną do odbycia tak dalekiej podróży. Nie mogła zobaczyć ślubu swojej córki i Theola doskonale wiedziała, że stanowiło to dla niej gorzkie rozczarowanie. Jednak od kilku lat miała problemy z sercem i książę nalegał, by nie podejmowała niepotrzebnego ryzyka.

Gdy żegnali się na stopniach zamku, a na podjeździe czekał już powóz, który miał zawieźć ich na stację kolejową, Theoli po raz pierwszy wydało się, że ujrzała łzę w oku ciotki, a jej ostre zazwyczaj rysy złagodniały.

— Uważaj na siebie, moje drogie dziecko — zwróciła się do córki. — Będę o tobie myślała i będę modliła się za twoje szczęście.

— Do widzenia, mamo — odrzekła Katarzyna opanowanym, chłodnym tonem.

Wsiadła do powozu i Theola została sama z ciotką.

— Do widzenia, ciociu Adelajdo — powiedziała miękko.

Dygnęła, zastanawiając się, czy ciotka ją ucałuje, lecz ta spojrzała tylko na dziewczynę z niechęcią.

— Mam nadzieję, że będziesz zachowywać się właściwie, Theolo — odezwała się ostrym głosem — i okażesz się pomocną Katarzynie.

— Oczywiście, ciociu Adelajdo.

— Uważam, że twój wuj popełnił ogromny błąd, zabierając cię na tak wspaniałą ceremonię. Oby tylko nie musiał tego żałować.

W głosie księżnej zabrzmiała złośliwa nuta i Theoli pozostawało tylko dygnąć ponownie i wsiąść szybko do powozu. Usiadła tyłem do kierunku jazdy, zwrócona twarzą do wuja i Katarzyny.

— Twojej matce jest bardzo przykro, że musi zostać — powiedział książę do córki, gdy konie ruszyły.

— Rozchorowałaby się w czasie podróży, a to byłby prawdziwy kłopot — odparła chłodno Katarzyna.

— Zapewne masz rację — zgodził się książę — jednak może byłoby rozsądniej zostawić z nią Theolę. Przynajmniej na coś by się przydała.

Theola wstrzymała oddech. Czy to możliwe, by w ostatniej chwili kazano jej wrócić do zamku?

— Za późno, papo — oświadczyła Katarzyna. — Poza tym będzie musiała mi pomagać, zwłaszcza gdy Emilia wróci z Marsylii do domu razem z kurierem.

— Zabranie do kraju takiego jak Kavonia angielskiej służby nie miałoby sensu — powiedział książę — i jak sama mówiłaś, do czasu, kiedy znajdziemy dla ciebie jakąś służącą, Theola może wykonywać wszystkie niezbędne prace.

Książę miał rację co do jednego — Emilia, która już w pociągu zaczęła chorować, na statku z pewnością nie przydałaby się do niczego.

Gdy wypływali z Marsylii, Morze Śródziemne było spokojne. Jednak zanim minęli południowe Włochy i wypłynęli na Adriatyk, natrafili po drodze na kilka sztormów.

Katarzyna leżała w łóżku jęcząc i narzekając. Trzeba było aż dwóch stewardów i Theoli, by spełniać wszystkie jej zachcianki.

Na szczęście znajdujący się na pokładzie lekarz był przyzwyczajony do cierpiących na chorobę morską pacjentów. Zapisał Katarzynie środki nasenne i spała przez długie godziny, a Theola miała trochę wolnego czasu.

Na statku było wielu reprezentujących króla kawońskich dygnitarzy. Zapaleni gracze w karty, bardzo przypadli do gustu księciu.

Panowie spędzali czas w palarni, podczas gdy znudzona samotnym przesiadywaniem w Salonie Theola znalazła Kavończyka, który zgodził się uczyć ją swego języka.

Był adiutantem marszałka polnego, który stał na czele eskorty. Nie miałby nic do roboty, gdyby Theola grzecznie, a zarazem stanowczo nie poprosiła, by nauczył ją kawońskiego.

— Dlaczego tak bardzo to panią interesuje, panno Waring? — zapytał.

— Od dawna pragnęłam odwiedzić pański kraj, kapitanie Petlos — odpowiedziała Theola.

Wydawało jej się, że oczy kapitana zabłysły.

— Mam nadzieję, iż nie będzie pani rozczarowana rzeczywistością.

Kapitan Nicias Petlos znalazł w bibliotece jakieś książki i położył przed nią na stole w salonie papier i pióro. Nie wydawał się zbytnim optymistą, nie sądził, by nauczyła się języka, zanim przybiją do portu.

Jednak drugiego dnia po wypłynięciu z Marsylii wykrzyknął:

— Jest pani wspaniała! Nie wyobrażałem sobie, że ktoś mógłby uczyć się tak szybko, jak pani!

— Na moje szczęście wiele słów jest pochodzenia greckiego — odparła z uśmiechem Theola.

— Kavończycy to mieszanka Greków i Albańczyków — wyjaśnił — choć przeważa krew grecka.

Gdy mijali Sycylię, Theola rozmawiała już z nim w miarę swobodnie. Wciąż jeszcze zastanawiała się, czy dobrze dobiera słowa i formy gramatyczne, ale rozumiała wszystko, co do niej mówił.

— To wprost niesamowite! — wykrzyknął tego wieczoru. — Szkoda tylko . . .

Urwał w pół zdania.

— Co pan chciał powiedzieć? — zapytała zaintrygowana Theola.

— Lepiej będzie, jeśli tego nie powiem.

— Dlaczego?

— Ponieważ ktoś mógłby uznać, iż pozwalam sobie na zbyt śmiałą krytykę.

Theola rozejrzała się po pustym salonie i uśmiechnęła się.

— Proszę zebrać całą swoją odwagę i powiedzieć — zaproponowała żartobliwie. — Nikt pana nie usłyszy, może z wyjątkiem pustych krzeseł.

Kapitan Petlos rożeśmiał się.

— Po prostu żałuję, że nasz król nie potrafi mówić językiem swoich poddanych.

— Nie mówi waszym językiem? — zapytała Theola z niedowierzaniem w głosie.

Kapitan Petlos pokręcił przecząco głową.

— Niestety, nie.

— Ale dlaczego? Jest w Kavonii od dziesięciu lat. Powinien chyba być zainteresowany nauką waszego języka.

— Jestem przekonany, że istnieją ważne powody, dla których Jego Wysokość woli używać własnego.

 

— Tak, zapewne — zgodziła się Theola. — A jednak wydaje mi się to dziwne. Jak porozumiewają się z nim wasi dygnitarze?

— Uczą się mówić po niemiecku.

Na twarzy kapitana pojawił się lekki uśmiech; można się było domyślić, że niektóre z ich wysiłków były raczej zabawne.

— Ależ to bez sensu! — zaczęła Theola i przerwała. — Przepraszam, krytykuję.

— Nie wolno pani tego robić w pałacu — powiedział poważnie kapitan Petlos. — Mówię to dla pani własnego dobra, panno Waring. Gdyby król dowiedział się o naszej rozmowie, ja zostałbym zdegradowany, a panią odesłano by do domu.

Theola spojrzała na niego szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami.

— Naprawdę? — zapytała po chwili.

— Ostrzegam panią, ponieważ Anglicy często są zbyt szczerzy — odrzekł kapitan. — Nie byłoby to tolerowane w Wiedniu, w Kavonii z całą pewnością też nie. Dlatego pozwalam sobie ostrzec panią, panno Waring.

Rzucił krótkie spojrzenie za siebie i dodał:

— Nawiasem mówiąc, marszałek polny uważa za niestosowne, że spędzamy razem tyle czasu.

Theola spojrzała na niego przestraszona.

— Przepraszam, jeśli naraziłam pana na kłopoty.

— Nie szkodzi, była to dla mnie prawdziwa przyjemność — zapewnił ją — i mówię zupełnie szczerze.

Uśmiechnął się do Theoli. Pomyślała, że po raz pierwszy od śmierci jej rodziców ktoś rozmawia z nią jak z normalną istotą ludzką.

Do tego dnia, skupiona na nauce języka, nie traktowała niemal kapitana jako osoby. Miał ją tylko uczyć i odpowiadać na jej pytania. Teraz popatrzyła na niego inaczej. Był młody i miły. Bez wątpienia pod skorupą wojskowego krył się wrażliwy człowiek.

Odłożyła pióro i poprosiła po kawońsku:

— Proszę opowiedzieć mi o swoim kraju.

— Prawdę, czy to, co piszą w przewodnikach?

— Oczywiście prawdę!

— Kavończycy są szczęśliwymi ludźmi, o ile nie są uciskani — powiedział. — Chcą śmiać się i tańczyć, śpiewać i kochać się.

Przerwał i po chwili dodał przyciszonym głosem:

— Od kilku lat niełatwo im to robić.

— Dlaczego?

— Znoszą wiele przeciwności losu.

— Dlaczego?

Zanim przemówił, najwyraźniej szukał właściwych słów.

— Po pierwsze, zostali obłożeni wysokimi podatkami.

— Podatkami? Na co?

Kapitan Petlos wzruszył ramionami.

— Budynki rządowe, rozbudowa pałacu, duża armia.

— Myślałam, że żyjecie w pokoju z ościennymi państwami. Chyba nie zagrażają wam Turcy?

— Turcy zajmują się teraz trzymaniem w ryzach Albańczyków — odrzekł kapitan Petlos. — Zawsze, kiedy Turcy rozpoczynają wojnę z jakimś państwem europejskim, Albańczycy korzystają z okazji i podnoszą bunt.

— Czy Grecy nie mają żadych planów względem Kavonii?

— W żadnym razie! Król Jerzy pragnie pokoju.

— Więc po co wam taka armia?

Kapitan Petlos znów starannie dobierał słowa.

— W kraju jest trochę niepokojów.

— Wśród wieśniaków?

— Są często głodni, a gdy przychodzą kłopoty, uciekają w góry.

— Ale armia składa się chyba z Kavończyków?

— Prawie wszyscy oficerowie to Austriacy.

Widząc zdziwiony wyraz twarzy Theoli, dodał:

— Jestem jednym z nielicznych wyjątków.

— Dlaczego? — zapytała i pomyślała natychmiast, że zabrzmiało to niegrzecznie.

— Mój ojciec, tuż po przyjeździe króla do kraju, uratował go przed zamachem anarchisty — wyjaśnił kapitan Petlos. — W dowód wdzięczności Jego Wysokość obdarzył moją rodzinę specjalnymi przywilejami.

Mówiąc to wstał. Zaczął zamykać książki, które czytali, zbierał papiery. Najwyraźniej chciał zakończyć rozmowę.

— Dlaczego zaprosiliście cudzoziemca, by wami rządził? — spytała Theola. — Musiała chyba istnieć w Kavonii jakaś rodzina królewska?

— Od kilku wieków na tronie zasiadali Vasilasowie — zgodził się kapitan — ale po śmierci ostatniego króla powstało wiele przeciwnych sobie frakcji, nie było też pełnoletniego następcy tronu.

— A teraz jest?

Ku jej zdziwieniu kapitan Petlos nie odpowiedział. Wziął książki, stuknął obcasami i kłaniając się rzekł:

— Proszę o wybaczenie, panno Waring, marszałek będzie mnie niebawem potrzebował. To był prawdziwy zaszczyt móc pomagać pani w nauce dzisiejszego wieczoru.

Sztywno przeszedł przez salon i wyszedł. Theola, mocno poirytowana, westchnęła.

Tyle się chciała dowiedzieć! Z goryczą pomyślała, że jeśli przyjdzie jej wyciągać każdą informację o Kavonii z opornego kapitana Petlosa, jej wiedza nie pogłębi się zbytnio przed przybyciem do portu. Jednak w ciągu dwóch kolejnych dni zdołała wyrobić sobie pogląd na sytuację w kraju. Być może pozwoliła ponieść się fantazji, lecz według niej Kavonia nie była tak spokojna, jak to opisywał książę.

Zanim dopłynęli na miejsce, jej podejrzenia zamieniły się w pewność. Kavończycy byli rządzeni twardą ręką, może nawet okrutnie uciskani przez austriackich wielmożów.

W istocie nie miała zbyt wiele czasu, by interesować się Kavonią czy myśleć o sobie samej. Adriatyk był spokojny i Katarzyna poczuła się lepiej. Opuściła łóżko i wyszła na pokład. Tylko Theola potrafiła przynieść suknię, którą kuzynka chciała założyć, ułożyć jej włosy w odpowiedni sposób, opiekować się nią, gdy narzekała na niedogodności podróży morskiej i drżała ze strachu przy każdym silniejszym uderzeniu fali.

Kiedy z niewielkim opóźnieniem dobili do brzegu, nie było wcale fal. Świeciło słońce, niebo miało żywą, błękitną barwę. Przywitała ich głośna orkiestra dęta. Katarzyna zeszła na brzeg i orkiestra zagrała najpierw hymn brytyjski, potem hymn Kavonii.

Nikt nie zwracał uwagi na Theolę. Burmistrz rozpoczął oficjalną mowę powitalną. Theola zaczęła rozglądać się dokoła.

Nigdy nie sądziła, by wierzchołki gór mogły sięgać tak wysoko. Pięknie wyglądały na tle nieba. Ich szczyty okrywała lśniąca czapa śnieżna. U podnóży rosły lasy sosnowe, żarnowiec, drzewa oliwkowe i laurowe, mirt i jałowce. Kwitnące drzewa cytrynowe i pomarańczowe stanowiły wspaniałe obramowanie dla drewnianych domków z pełnymi geranium balkonami.

W jednej z książek ojca czytała o przyrodzie północnej Grecji. Wiedziała, że fauna i flora Kavonii są bardzo do niej zbliżone. Była więc przygotowana na piękno purpurowych drzew judaszowych, czerwonych i białych rododendronów, intensywnie błękitnej goryczki i górskich różyczek.

Gdy powóz wiózł ich z Khevei do stołecznego Zanthos, ujrzała prawdziwą mnogość różnobarwnych kwiatów.

Wzdłuż całej trasy porozwieszano kwiatowe girlandy. Wysokie maszty dekorowały sztandary. Na mostach, przez które przejeżdżali, stali żołnierze. Wszędzie były tłumy gapiów. Wieśniaczki w odświętnych czerwonych sukienkach i białych fartuszkach radośnie machały na powitanie.

Theola nie mogła pojąć, że Katarzyna nie interesuje się gorącym przyjęciem, jakie zgotowali jej przyszli poddani. Prawie nie zwracała uwagi na wiwaty mijanych po drodze ludzi.

Najwyraźniej miała wiele do powiedzenia premierowi, który w imieniu króla przybył po nich do portu. Premier, mocno już podstarzały mężczyzna o ostrym spojrzeniu i gardłowym głosie, ignorował siedzącego obok Theoli kapitana Petlosa.

Wkrótce, ku swemu ogromnemu zdziwieniu, Theola zorientowała się, że był Austriakiem.

Książę jechał innym powozem, razem z marszałkiem polnym i kilkoma dygnitarzami. Wszyscy panowie mieli na sobie wspaniałe, ozdobione złotymi epoletami mundury. Składającemu się z sześciu powozów orszakowi towarzyszyła gwardia konna. Z przodu jechał szwadron kawalerii, drugi zamykał pochód.

— Żołnierze na czele orszaku należą do osobistej ochrony króla — powiedział Theoli kapitan Petlos.

— Prezentują się wspaniale — zauważyła Theola. Patrzyła na lśniące hełmy żołnierzy. Przypominały jej hełmy dawnych wojowników greckich. Po raz kolejny żałowała, że jej ojciec nie mógł tego zobaczyć.

Była pewna, że mijani po drodze ludzie mają w sobie wiele cech greckich, lecz orszak poruszał się szybko i zanim zdążyła przyjrzeć się jednej grupce, już pojawiała się inna.

Nie mogła oprzeć się pokusie spoglądania na szczyty wznoszących się po obu stronach drogi gór.

Przypomniała sobie, co kapitan Petlos mówił o ludziach uciekających w góry. Nie dziwiło jej to. Wszak niemożliwe byłoby odnalezienie człowieka, który skrył się w gęstych lasach, wśród ośnieżonych szczytów, czy w głębokich, skalistych wąwozach.