Znudzony pan młodyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Znudzony pan młody

Przełożyła:

Liliana Dorna

Saga

Znudzony pan młody Tytuł oryginału: The Bored Bridegroom Przełożyła: Liliana Dorna Cover image: Shutterstock Cover layout: Grafiskstue.dk Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’ Copyright © 1974, 2021 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711770337

1. Wydanie w formie e-booka, 2021

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

OD AUTORKI

W maju 1803 roku skończyło się zawieszenie broni między Anglią a Francją. Wiadomość o dwóch statkach stanowiących pierwszą zdobycz brytyjską na morzu 18 maja doprowadziła Napoleona Bonaparte do wściekłości. Wydał rozkaz natychmiastowego aresztowania wszystkich brytyjskich podróżnych przebywających we Francji. Dziesięć tysięcy ludzi zostało zaaresztowanych. Niektórzy, tak jak syn sir Ralpha Abercromby’ego, wtedy gdy wsiedli na statek w Calais, inni, gdy tylko przybyli na ziemię francuską.

Pewien baronet, opóźniając o kilka godzin swój wyjazd z powodu uroków atrakcyjnej paryżanki, trafił do więzienia na jedenaście lat. Takie internowanie cywilów było naruszeniem praw obywatelskich. Anglicy przekonali się, że mają do czynienia z nieokiełzanym barbarzyństwem.

Barbara Cartland

ROZDZIAŁ 1

Rok 1804

Zostań jeszcze trochę... dłużej — głos był cichy i błagalny, lecz markiz jakoś zdołał się uwolnić od pary oplatających go rąk i wstał z łóżka.

Przeszedł po przezroczystym jak mgiełka szlafroku, który leżał na podłodze. Podniósł swój krawat i podszedł do toaletki. Okręcił krawat wokół szyi, zawiązując go tak zręcznie, że zadziwiłby wielu sobie współczesnych.

Kobieta, która go obserwowała, nie zrobiła nic, aby zakryć swą nagość. Lady Hester Standish była świadoma tego — o czym mówiono wielokrotnie — że jej ciało jest szczytem doskonałości. Leżąc na plecach, na jedwabnych, pełnych koronek poduszkach, mając na sobie jedynie dwa sznury dużych czarnych pereł, wyglądała naprawdę pięknie. Blond włosy, niebieskie oczy i jasna cera były atrybutami piękna dla „Niezwyciężonych”, wznoszących toast w Klubie św. Jakuba, gdzie Hester Standish usunęła w cień wszystkie rywalki.

W tym momencie nie myślała o sobie, co było dziwne, lecz o markizie Merlyn, który stał przy toaletce przodem do lustra. Ze swego miejsca mogła podziwiać szerokość jego ramion, muskularną klatkę piersiową, przechodzącą w wąską talię nad szczupłymi biodrami. Miał atletyczne ciało bez krzty tłuszczu, co budziło zdumienie u znajomych, którzy znali jego leniwy tryb życia. Miał w sobie coś, stwierdziła Hester, czemu kobiety nie mogą się oprzeć. Może było to leniwe spojrzenie, jakim je obdarzał. Jego na wpół opadające powieki, nawyk cedzenia słów, a przede wszystkim odrobina drwiny w głosie — nigdy nie było wiadomo, czy żartuje, czy też nie — całkowicie zniewalały kobiety. Te cechy czyniły go atrakcyjnym mężczyzną, ale dla lady Hester zagadkowość była tym, co zachęcało kobiety do chodzenia jego śladem.

Popatrzyła na markiza, który starannie zaczesywał włosy, nadając im kształt fantazyjnej fryzury Księcia Walii, a potem zapytała:

— Kiedy znowu cię zobaczę?

— Bez wątpienia spotkamy się dziś wieczorem w Carlton House — odpowiedział markiz. — Będzie niemożliwie gorąco oraz tłoczno. Nie mogę zrozumieć, dlaczego Książę chce ściągnąć gniew obywateli tą ostentacyjną gościnnością w czasie działań wojennych.

— Jego Królewska Wysokość jest znudzony wojną — zauważyła lady Hester. — I ja także.

— W to mogę uwierzyć — odpowiedział markiz. — Kraj nasz jest uwikłany w groźną, desperacką walkę o przetrwanie i minie pewnie wiele lat, zanim znowu zaznamy dobrodziejstwa pokoju.

Wypowiadał te słowa z powagą, lecz lady Hester tylko wzruszyła ramionami z rozdrażnieniem. Rok wcześniej, w 1803, kiedy przerwane zostało zawieszenie broni między Anglią a Napoleonem i Anglia wypowiedziała wojnę tyranowi, lady Hester nie mogła pojąć, dlaczego mężczyźni, którzy adorowali ją klęcząc u jej stóp, zaczęli nagle bardziej interesować się służbą ojczyźnie.

Zawieszenie broni w 1801 roku dało Napoleonowi czas na gromadzenie i tworzenie armii oraz zaplanowanie inwazji na Anglię, gdzie rozpuszczono połowę wojska i zmniejszono liczbę okrętów floty wojennej. Jednak wznowienie działań wojennych ożywiło i pobudziło całe społeczeństwo, zanim Francuzi zdążyli się odpowiednio przygotować. Ponad trzysta tysięcy mężczyzn zgłosiło się na ochotnika. Ci wolontariusze reprezentowali cały naród. Wszyscy, zacząwszy od księcia Clarence, który dowodził Korpusem w Bushey, a skończywszy na najniżej opłacanym pracowniku farmy, byli gotowi do walki, zdecydowani odeprzeć Francuzów, jeżeli ci pojawią się na południowym wybrzeżu.

— Mówiłam, że ta zeszłoroczna histeria była niepotrzebna — stwierdziła lady Hester.

Przypomniała sobie, z jaką furią przyjęła wiadomość o swoim kochanku, który jako osoba prywatna dołączył do miejscowego korpusu księcia Bedford, gdzie Lord Kanclerz był kapralem.

— Niemniej jednak pokazaliśmy Napoleonowi, co to znaczy obowiązek. Możemy, na przekór głupcom, ponownie się zmobilizować do ukazania siły naszego charakteru — powiedział markiz władczym głosem.

Lady Hester wiedziała, że mimo próśb markiza o ponowne przyjęcie do pułku, z którego odszedł po śmierci swego ojca wkrótce po podpisaniu zawieszenia broni, Książę Walii pozostał nieugięty. Istniały jeszcze inne drogi i sposoby na to, by uczestniczyć w działaniach wojennych. Zastanawiało ją, dlaczego on, posiadający rozległe dobra, zajęty różnymi interesami, tak bardzo tęsknił za armią.

— Czy ty, Alexisie, nigdy nie jesteś zadowolony? — spytała nagle.

— Zadowolony z czego? — dociekał markiz.

— Ze mnie, z jednego powodu — odparła czule.

Markiz stał przy łóżku i patrzył na nią z góry. Trudno byłoby wyobrazić sobie kobietę bardziej rozkoszną i ponętną od tej.

— Chodź, pocałuj mnie — wyszeptała.

Potrząsnął głową, wziął płaszcz z pokrytego brokatem krzesła i zaczął się ubierać. Doskonale skrojony płaszcz leżał na nim jak ulał, nie było żadnej zbędnej fałdy. Markiz wyglądał tak przystojnie, że lady Hester nie mogła ukryć swego pożądania.

— Chcę, żebyś mnie pocałował, Alexisie.

— Już wielokrotnie dawałem się złapać w te sidła — odpowiedział uśmiechając się.

Wiedział od dawna, że gdy mężczyzna pochyli się nad kobietą w łóżku, a jej ręce oplotą jego szyję, wtenczas może ona z łatwością żatrzymać go i zmienić jego plany. Jakże często ucieczka z takiego miejsca była niemożliwa.

— Do zobaczenia, Hester — powiedział, a ona załkała.

— Dlaczego musisz mnie opuścić? George będzie u Watiersa cały wieczór. Już gdy wychodził w czasie lunchu, ręka aż swędziła go do gry w karty. — Na chwilę umilkła i dodała błagalnie: — Chcę... żebyś został.

— Jesteś bardzo przekonywająca, ale umówiłem się na spotkanie — odpowiedział markiz.

— Spotkanie? — Lady Hester podniosła się z łóżka. — Kto to jest? Jeżeli istnieje inna, to przysięgam, że wydrapię jej oczy!

— Nie masz powodu do takiej zazdrości, chyba że jest to sposób wyrażania uczuć do mnie — markiz cedził słowa. — Mam spotkanie z moją siostrą.

— Czegóż chce Caroline, że nie może czekać? — złośliwie dopytywała się Hester.

— Też chciałbym to wiedzieć. Dziękuję ci za wszystko, lecz muszę uciekać.

Szedł już w kierunku drzwi, gdy lady Hester podniosła się z łóżka i podbiegła w jego stronę. Promienie słońca, wpadające przez okno od strony placu Berkeley, rysowały złote plamki na jej białym ciele, nadając odcień bladego złota skórze, aż po włosy. Była bardzo pociągająca, gdy szła po dywanie z wyciągniętymi w jego kierunku rękoma.

— Kocham cię, Alexisie, kocham cię, a ty zawsze zdajesz się umykać. Czy nie masz dla mnie litości?

— Przecież już ci powiedziałem. Jesteś najwspanialszą kobietą, jaką znam.

Nie była to odpowiedź, jaką chciałaby usłyszeć, lecz wiedziała, że nie zmusi go do takich miłosnych wyznań, jakich pragnęła. Musiała zadowolić się tym, co już jej powiedział. Jej rozchylone i żądne pocałunku usta były blisko, oczy miała lekko przymknięte, długie czarne rzęsy kontrastowały z bielą cery delikatnych policzków.

— Pocałuj mnie — błagała — pocałuj!

W niebieskich oczach pojawił się błysk. Zbliżyła się do niego. Markiz pocałował ją namiętnie. Kiedy przysunęła się do niego bliżej, wziął ją na ręce i zaniósł z powrotem do łóżka. Rzucił ją na poduszki i powiedział z uśmiechem:

— Staraj się zachowywać trochę powściągliwiej, Hester. Jeżeli nie będę mógł wpaść do ciebie jutro po południu, to spróbuję pokazać się w czwartek, oczywiście, jeśli George’a nie będzie w domu.

— Nie wytrzymam tak długo — odpowiedziała dramatycznie Hester.

Lecz markiz tylko się roześmiał, przeszedł przez pokój i zdecydowanie zamknął za sobą drzwi.

Lady Hester wykrzywiła usta i zirytowana rzuciła się na poduszki. Zawsze tak samo — pomyślała. Gdy markiz wychodził, przenikało ją uczucie, że już nigdy go nie zobaczy. Nigdy nie mogła być go pewna. Marzyła o chwili, kiedy nie będzie mógł się jej oprzeć i będzie musiał do niej wrócić. Na pewno czułaby się lepiej, gdyby wiedziała, że markiz, prowadząc swój powozik z placu Berkeley do Merlyn House, myślał o niej. Wydawała mu się bardzo zabawna. Cieszył go fakt, że był mężczyzną, dla którego porzuciła innych kochanków. Hester Standish zdradzała swojego męża od trzeciego roku małżeństwa. Wydano ją za mąż, gdy tylko opuściła mury szkolne, za dobrotliwego, bogatego pana, który szybko odkrył, że wzloty i upadki w hazardzie są łatwiejsze do przewidzenia aniżeli kaprysy żony.

 

Hester Standish w wieku dwudziestu pięciu łat z pączka przemieniła się w piękny, dojrzały kwiat. Teraz, mając dwadzieścia osiem lat, była zmysłowa i nienasycona w miłości. Była powodem licznych skandali do czasu, gdy odkryła, że mądrzej jest nie afiszować się z kochankami. W tym środowisku, w którym błyszczała, źle widziane były skandale towarzyskie. Ten nowy sposób pojmowania dobrych obyczajów pomógł jej zdobyć względy markiza, na którego zastawiała pułapki przez ponad trzy lata. Gdy nastał pokój, markiz odszedł z armii i rzucił się w wir życia towarzyskiego, które ochoczo przyjęło jego osobę. Markiz był rozrywany. Był nie tylko jednym z najlepiej prezentujących się mężczyzn elity, lecz miał również zaszczytny tytuł, ogromne dobra i realną szansę na zrobienie fortuny od chwili, gdy długi ojca zostały spłacone.

Ojciec markiza był hazardzistą. Często odwiedzał Klub św. Jakuba, gdzie grywał w karty w towarzystwie Charlesa Jamesa Foxa oraz innych nałogowych graczy. Trwało to tak długo, aż rodzina przestraszyła się, że z wielkiej fortuny nagromadzonej przez przodków nic nie zostanie. Szczęśliwie jednak wczesna śmierć przyniosła jego synowi tytuł oraz uchroniła Większość rodzinnych skarbów.

Lecz gdyby markiz nie miał nawet złamanego grosza, to piękne kobiety i tak szalałyby za nim. I musiałby być głupcem (a z pewnością nim nie był), gdyby nie zdawał sobie sprawy ze swojej atrakcyjności. Choć wiedział, że Hester Standish szalała za nim, to — zręcznie i bez manifestacji — umiejętnie jej sie wymykał, co z kolei ją doprowadzało do obłędu. W końcu uległ jej sztuczkom, gdyż umiała całkiem naturalnie wzniecić jego pożądanie. I jeszcze dlatego, że sam chciał sprawdzić, czy opinia o jej czarze i uroku nie była przesadzona. Prowadząc powóz, myślał o tym, że Hester była najbardziej namiętną kobietą, jaką kiedykolwiek spotkał. Była nienasycona i chociaż sam cieszył się sławą kochanka o wielkim doświadczeniu, który rozpala kobiety do szczytu namiętności, to czasami myślał, że lady Hester wyprzedza go swoimi umiejętnościami.

— Jest bardzo piękna — mówił sam do siebie i wiedział, że nic a nic nie jest w niej zakochany. Była pociągająca, pożądał jej, lecz również był świadom, że ich fizyczna miłość nie rozbudziła jego serca.

— Czego, szukam? — sam zadawał sobie pytanie.

Wspomniał inną kobietę, prawie tak piękną jak lady Hester, czołową postać towarzystwa, która zadała mu podobne pytanie. Leżała w jego ramionach w pokoju pełnym tajemniczych cieni od kominka. Zapach tuberozy rozchodził się wokół nich, a markiza przepełniało uczucie zadowolenia i pojednania ze światem. Kobieta, oparłszy głowę na jego ramieniu, spytała:

— Czego my szukamy, Alexisie?

— Co masz na myśli? — zdziwił się.

— Wiem, że mimo iż cię bardzo kocham, zawsze będzie jakąś część ciebie, do której nie potrafię dotrzeć. Czuję, że to leży gdzieś na dnie twojego serca.

— Ależ to absurd! — czule odparł markiz. — Jesteś wszystkim, czego pragnę, wszystkim, czego się spodziewam po kobiecie.

I mówiąc to wiedział, że kłamie. Była miła, rozkoszna, pociągająca. Miłość z nią wydawała się wspaniała. Jednak miała rację, gdy mówiła, że istnieje coś jeszcze, że to nie wszystko. To samo dotyczyło Hester Standish. Żadna kobieta nie dałaby więcej z siebie. Wiedział, że podniecał ją tak, jak żaden inny mężczyzna dotąd. Gdy ich oczy odnalazły się w tłumie, to jakaś magnetyczna siła przyciągnęła ich do siebie. Płomień pożądania zamigotał, a oni dotykając się rozpalali go do czerwoności. Rozżarzony płomień unosił się dalej i niszczył ich oboje. Jakże ona była piękna!

Markiz uśmiechnął się, przypominając sobie różne drobne sztuczki, dzięki którym zwracała uwagę na swoje ciało. Czarne perły kontrastujące z bielą jej skóry oraz niebieskie podwiązki z inicjałami wyszytymi diamentami. Sposób, w jaki witała go, mając na sobie tylko parę kolorowych pantofelków łub, przy innej okazji, dwa duże diamentowe kolczyki sięgające prawie do ramion. Umiała tak wykorzystać swój tajemniczy i nieopisany urok, że wszyscy mężczyźni poddawali się jej czarowi.

Jednocześnie markiz przyznał, że obsesja, jaka ją ogarnęła na jego punkcie, była bardzo przyjemna. Dojechawszy do domu w Park Lane, zatrzymał konie przy portyku z filarami. Właśnie zdecydował, że jutro nie wpadnie do lady Hester. Wszedł do Sali Marmurowej i z satysfakcją spojrzał na obraz van Dycka, który udało mu się odkupić wkrótce po tym, jak ojciec go sprzedał. Prezentował się wspaniale w świetle popołudniowych promieni słonecznych.

— Czy Jej Lordowska Mość jest w domu — spytał głównego lokaja.

— Tak. Oczekuje Jaśnie Pana w Sali Błękitnej.

Markiz wszedł na pierwsze piętro. Sala Błękitna była imponująca. Ściany w kolorze biało-złotawym stanowiły dobre tło dla kolekcji obrazów malarzy francuskich. Można było zauważyć kilka pustych miejsc na ścianie, co zawsze psuło nastrój markizowi, lecz teraz o tym nie myślał. Skupił uwagę na siostrze, która czekała przy oknie, patrząc na ogród.

— Alexisie! — wykrzyknęła. — Już myślałam, żeś o mnie zapomniał.

— Wybacz moje spóźnienie, Caroline, lecz zostałem zatrzymany.

— Mogę się domyślić, kto cię zatrzymał. — Hrabina Brora uśmiechnęła się mówiąc te słowa.

Była o pięć lat starsza od markiza i mimo że była atrakcyjną kobietą, nie dorównywała urodą bratu. Ubrana elegancko, w czymś, co tej wiosny było chyba najmodniejszym nakryciem głowy, z dużą mufką w ręku, Caroline Brora mogła nadal szczycić się palmą pierwszeństwa wśród kobiet z towarzystwa.

— Zastanawiałam się właśnie — mówiła podchodząc do sofy — kiedy też w tym roku zakwitną żonkile wokół pałacu Merlyn. Dobrze wiesz, jak fantastycznie wyglądają na wiosnę. Jest ciepło, jak na tę porę roku. Myślę, że już niedługo złocisty dywan pojawi się wśród drzew.

Brat spojrzał na nią ze zdziwieniem.

— Czy się mylę, sądząc, że chcesz porozmawiać o pałacu?

— Nie, nie mylisz się. Jak na to wpadłeś?

— Wyczytałem to z twojej twarzy, choć przedtem myślałem, że chcesz mnie widzieć ot tak po prostu.

— Ty też jesteś zamieszany w to, o czym chcę mówić — odparła baronowa. Następnie, odkładając mufkę, powiedziała: — Czy ty, Alexisie, masz pojęcie, co się dzieje?

— Gdzie i z kim? — spytał.

— Z Jeremym — odpowiedziała.

— Jeremy! — Ostra nuta pojawiła się w jego głosie. — Przecież dopiero miesiąc temu spłaciłem jego długi. Nie stracił chyba w tak krótkim czasie wszystkiego, co dostał ode mnie. Jeżeli jednak to prawda, to pójdzie za swoje długi do więzienia.

— Nie o pieniądze chodzi tym razem; przynajmniej nie bezpośrednio — odpowiedziała hrabina.

— Proszę, przestań mówić tak zagadkowo — rozkazał brat. — Przejdźmy do meritum. Cóż takiego uczynił Jeremy? Co cię martwi?

Baronowa wzięła głębszy oddech:

— On zaczyna się wszędzie przechwalać, że ożeni się z Lukrecją Hedley.

Markiz przez chwilę stał z obojętną miną, a potem powiedział:

— Hedley? Czy masz na myśli....

— Mam na myśli — przerwała mu siostra — tę dziewczynę, która mieszka ze swoim ojcem w Dower House. On jest właścicielem nie tylko domu, który należął do nas przez wiele pokoleń, ale również pięciuset akrów ziemi w samym centrum naszej posiadłości. — Zatrzymała się na chwilę, po czym powiedziała: — Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co to oznacza, Alexisie? Będziesz oglądał Jeremy’ego na schodach swojego domu. Usłyszysz jego przechwałki, że jest właścicielem części Merlyn. On już teraz uważa, że nim jest. Lecz wtedy, gdy poślubi tę dziewczynę, stanie się cierniem w twoim boku, temu nie możesz zaprzeczyć.

— Nie próbowałbym nawet — odparł markiz. — Ale dlaczego nikt nie powiedział mi o tym wcześniej?

— Ponieważ ty nigdy nie jesteś zainteresowany tym, co się dzieje w hrabstwie. A ja przebywałam na Północy z Williamem. — Spojrzała na brata błagalnym wzrokiem i powiedziała: — Alexisie, ty nie możesz do tego dopuścić! Nie dość, że ojciec zgodził się na sprzedaż Dower House i teraz mieszka tam Hedley, to jeszcze ten kłopot z Jeremym!

Strach i oburzenie pojawiły się w jej głosie. Nie zdziwiło to markiza, ponieważ obydwoje nie lubili swojego kuzyna Jeremy’ego Rooke’a, który pretendował do dziedziczenia rodzinnej posiadłości, był hulaką notorycznie pogrążonym w długach. Ileż to razy markiz ratował go z opresji! Nie było końca złu i matactwom finansowym, do których Jeremy przykładał rękę. Markiz zdawał sobie sprawę, że jego siostra nie przesadza. Wiedział również, że sytuacja okaże się nieznośna, gdy Jeremy zamieszka w ich posiadłości.

— Opowiedz mi dokładnie, co się wydarzyło — powiedział głosem, który na tle histerycznego krzyku siostry wydał się bardzo cichy.

— Jak tylko przyjechałam do Londynu, księżna Devonshire powiedziała mi o tym. Rozmawiałam również z innymi przyjaciółmi. Mówili to samo. Jeremy chełpi się wszędzie, że będzie bogatym człowiekiem i właścicielem pięciuset akrów ziemi Merlyn.

— Oczywiście wiem, że sir Joshua Hedley jest bogaty — ze spokojem odezwał się markiz.

— On jest wyjątkowo bogaty! — wykrzyknęła hrabina. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. I dziewczyna jest młoda. Sądzę, że nie zdaje sobie sprawy, jaki jest Jeremy, lub też może jej rodzina pragnie bliższego połączenia z pałacem Merlyn.

Markiz nie mówił nic, a jego siostra płakała:

— Nigdy się nie dowiem, jak ojciec mógł zrobić coś tak głupiego i sprzedać Dower House!

— Wydaje mi się, że kwota uzyskana za ten dom mówi sama za siebie.

— Pamiętam, jaka byłam wtedy zdenerwowana. Napisałam do ciebie list i chociaż twoja odpowiedź nie była zbyt jasna, jestem pewna, że czułeś to samo co ja.

Markiz nic nie odpowiedział. Przeszedł przez salę i spojrzał w okno. Caroline miała rację. Wiosenne słońce obudzi żonkile, a dom będzie bajecznie odbijał się w srebrnej tafli jeziora.

— Tam do licha! — powiedział głośno. — Nie zgodzę się, by Jeremy łypał na mnie okiem zza krzaka lub drzewa oraz by spacerował po tych miejscach, jakby był ich właścicielem.

— Będzie właścicielem części tej posiadłości — gorzko zauważyła siostra.

— Jak może dziewczyna, kimkolwiek by była, dać się tak omamić, aby poślubić mężczyznę takiego jak Jeremy — dociekał markiz.

— Sądzę, że nie jest to jej pragnienie — odpowiedziała siostra. — To jej ojciec zaaranżował ten ślub. Również on przekonał naszego ojca, że sprzedaż domu będzie dla niego korzystna. A ponadto, jeżeli on nie zna Jeremy’ego, może uważa go za dobrą partię dla swojej córki. Jeżeli ty się nie ożenisz, to Jeremy zostanie Piątym Markizem Merlyn.

Na chwilę zaległa cisza, a potem markiz powiedział:

— Mogę cię zapewnić, Caroline, że nie mam zamiaru ułatwić mojemu kuzynowi otrzymania tytułu oraz spadku.

Hrabina wydała okrzyk i szybko wstała z sofy:

— Och, Alexisie, miałam cichą nadzieję, że tak powiesz! Tak się martwiłam, że nie przystaniesz na moje rozwiązanie.

— Na co? — zdziwił się markiz.

— Na to, byś poślubił tę dziewczynę. Czy nie widzisz, że to może być cudowne rozwiązanie?

— Poślubić kogo? — spytał markiz, mimo że znał już odpowiedź.

— Lukrecję Hedley! Zasięgnęłam informacji i wiem, że jest bardzo atrakcyjna. Cokolwiek mielibyśmy do zarzucenia jej ojcu, ona sama jest dobrze wychowana. Jej matka była z rodu Rathlin.

— Był to chyba mezalians ze strony córki księcia — zauważył markiz.

— Nonsens! — zaprzeczyła siostra. — Sądzę, że książę był zachwycony perspektywą posiadania bogatego zięcia. Rodzina Rathlin, jak większość bogatych rodzin, znajdowała się na skraju bankructwa. Słyszałam, że łady Mary Hedley szanowała swojego męża. Teraz już nie żyje, ale — co najważniejsze — w żyłach dziewczyny płynie błękitna krew. Rodzina Hedleyów to mieszkańcy wsi z Północy pochodzenia szlacheckiego. Kiedy sir Joshua odziedziczył rozległe plantacje na Jamajce, można było się spodziewać, że jego wybranka będzie pochodziła z wyższych sfer.

Markiz odszedł od okna i stanął obok siostry.

— Czy ty sugerujesz, że jedynym sposobem na powstrzymanie Jeremy’ego od wprowadzenia się do Dower House jest poślubienie przeze mnie tej dziewczyny? Przecież to strasznie zwariowany pomysł!

 

— Czy rzeczywiście? Pewnego dnia musisz się ożenić. Ty musisz spłodzić następcę, chyba że chcesz widzieć Jeremy’ego na miejscu tobie przeznaczonym. Twój ślub jest jedynym sposobem na odzyskanie Dower House i pięciuset akrów ziemi.

— W zamian za utratę wolności — zauważył markiz z grymasem na twarzy.

— W zamian za wyrzucenie Jeremy’ego z naszej posiadłości. Gdy słyszę o jego zachowaniu, o tym, co robi i mówi, to nie mogę znieść myśli, że zobaczę jego okropną twarz przyglądającą mi się zza krzaków w parku Merlyn.

— Ty go nienawidzisz, Caroline!

— Czuję do niego wstręt i nie znoszę go, lecz muszę przyznać, że w tym przypadku postępuje bardzo inteligentnie.

— Dlaczego?

— Z jednej strony znajduje dziedziczkę. Nie zapominaj, że Lukrecja Hedley jest jedynaczką. Z dobrego źródła wiem także, że sir Hedley z roku na rok staje się coraz bogatszy. Zapis małżeński podobno wart jest około pięciuset tysięcy funtów.

— Mój Boże!!! — Nawet markiza zaszokowała ta suma.

— To jest fortuna, nieprawdaż, Alexisie? Fortuna, którą ty mógłbyś dobrze wykorzystać. Nadal brak kilku obrazów w tym pokoju. I nadal zastawa srebrna wystawiona jest na sprzedaż przy Bond Street. Wydaje mi się, że jubiler umieszcza ją na wystawie tylko po to, aby mnie złościć. Zawsze przechodzę na drugą stronę ulicy w tym miejscu. Jeżeli chodzi o ciebie, to stajnie w połowie są puste, twój domek myśliwski w Leicestershire jest opuszczony od trzech łat. Mogę wymienić jeszcze wiele innych rzeczy, na które potrzebujesz pieniędzy. Z pewnością pięćset tysięcy funtów podratowąłoby twoją kieszeń.

— To brzmi, jak wszystkie pokusy świętego Antoniego zebrane razem.

— Jakże inaczej mam ciebie przekonać, że to jest twój obowiązek, nie tylko w stosunku do siebie, ale i wobec całej rodziny, która kocha Merlyn i nie może znieść Jeremy’ego za jego próbę zbezczeszczenia naszej posiądłości.

— Muszę się zastanowić — odparł z powagą markiz.

— Nie ma na to czasu. On rozgłasza po całym Londynie, że jego zaręczyny mogą odbyć się w każdej chwili.

— Może jednak się zdarzyć, że mój urok nie przyćmi czaru Jeremy’ego. Dziewczyna może być naprawdę w nim zakochana.

Siostra wydała dziwny dźwięk, który w gorzej wychowanej rodzinie zostałby określony jako parsknięcie.

— Doprawdy, Alexisie, jak możesz przemawić w taki sposób! Wiesz dobrze, tak jak i ja, że każda dziewczyna wolałaby markiza bez względu na to, jaki jest, aniżeli Jeremy’ego Rooke’a. I jeżeli ty, ze swoim osobistym urokiem, nie będziesz w stanie rozkochać ignorantki, naiwnej, małej uczennicy, to wpadnę w rozpacz. Poza tym miałeś już do czynienia z osóbkami o wiele bardziej doświadczonymi.

— O wiele bardziej — zgodził się markiz. — W porządku, Caroline, czy wyobrażasz sobie mnie z uczennicą? Cóż, na Boga, miałbym jej powiedzieć?

— Ona może być uczennicą w tej chwili. Myślę, że jest trochę starsza. Ostatnią zimę spędziła w Bath, potem krótko była w Londynie.

— Widzę, że masz przygotowaną odpowiedź na każde moje pytanie. Powiedz mi, co wiesz na temat tej dzieweczki?

— Postanowiłam dowiedzieć się czegoś o niej. Jest bardzo atrakcyjna, choć niezbyt w twoim guście, bo to brunetka. Twoja skłonność do blondynek jest mi dobrze znana. Ciekawa jestem, czy dobrze pamiętam twoje miłostki ostatnich lat? Była lady Jersey, księżna Devonshire...

— Wystarczy, Caroline! — Głos markiza zabrzmiał tak rozkazująco, że siostra musiała go usłuchać. — Powiedziałaś, że ona jest brunetką. Co dalej?

— Sądzę, że pamiętasz, iż księżna Rathlin, matka lady Mary, była Francuzką. To ma związek z jej ciemnymi włosami. Dziewczyna jest bardzo dobrze wychowana. Sir Joshua zadbał o to. Wiem, Alexisie, możesz go nie lubić tak jak ja...

— Zapominasz, że ją go nigdy nie spotkałem — przerwał jej markiz. — Przecież zdecydowaliśmy, a właściwie ty zdecydowałaś, gdy ojciec zmarł, że nie będziemy znać Hedleyów. Byliśmy bowiem święcie przekonani, że to oni zmusili ojca do takiego postępowania, jakiego nie mogliśmy zaaprobować.

— Tak, oczywiście, pamiętam — Caroline powiedziała pośpiesznie. — Ja go spotkałam, gdy ojciec jeszcze żył. Był przystojnym i zadziwiająco kulturalnym człowiekiem W rzeczywistości, gdybym miała możliwość wyboru, wolałabym, aby to on mieszkał w Dower House, a nie Jeremy.

— To prawda — odpowiedział markiz. — Odkąd pamiętam, nie było z nimi kłopotów. Poza tym Hedley gotów jest podnieść pensje oraz zatrudnić więcej mężczyzn na farmie. Ja sobie nie mogę na to pozwolić.

— To wszystko się zmieni, gdy poślubisz Lukrecję — zauważyła siostra.

— Zdaje mi się, że jesteś przekonana, iż zgodzę się na twój szalony plan.

— Cóż innego nam pozostaje? Chyba, że pozostawi my Jeremy’emu wolną rękę i pozwolimy mu na wkroczenie do pałacu Merlyn?

— Niech go piekło pochłonie!!! Tego nie zniosę!!! — wykrzyknął markiz.

— Wiedziałam, że nie zniesiesz tego, tak samo jak i ja. Chcę ci powiedzieć, że nie ma ani chwili do stracenia. Musisz natychmiast oświadczyć się dziewczynie. W innym przypadku, znając przebiegłość Jeremy’ego, możemy trafić na jego ślub.

Markiz zacisnął usta, a jego siostra z zadowoleniem śledziła oznaki uporu i determinacji, które udaremnić miały zamysły kuzyna. Położyła rękę na jego ramieniu i powiedziała:

— Przykro mi, Alexisie, że musisz poślubić osobę, w której nie jesteś zakochany. Ale sam dobrze wiesz, że za mało przebywasz w towarzystwie, a tylko tam możesz poznać odpowiednie dziewczyny.

— Byłem świadom tego, że pewnego dnia będę musiał się ożenić, ale zapewniam cię, Caroline, że w tej chwili tym pomysłem jestem śmiertelnie znudzony.