Zapalczywa księżniczka - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Thea leżała w ciemnościach, obmyślając szczegóły swojego planu. Weźmie Merkurego i zniknie. Nie wróci przed odjazdem króla Otho. Ojciec będzie szalał z wściekłości, ale upłynie trochę czasu, nim odbędzie się następna wizyta państwowej wagi. Wiadomo przecież, że królewski gość z obcego kraju oczekuje specjalnych względów, czołobitności, a zwłaszcza licznych balów i bankietów wydawanych na swoją cześć. Zdaniem Thei, były one beznadziejnie nudne. Ojca wszakże uszczęśliwiały i dawały mu okazję do pokazania, na co stać króla Kostas.

Zaraz po kolacji monarcha udał się do swego gabinetu, by na początek ułożyć plan powitania króla Otho przy granicy państwa. Potem nastąpi seria wydarzeń obliczonych na to, by wywrzeć na gościu odpowiednie wrażenie: parada wojskowa, salwy armatnie. Wszystko to poprzedzi ogłoszenie zaręczyn.

— Nie dopuszczę do tego!... Nie dopuszczę — buntowała się Thea, dodając sobie odwagi.

Zdawała sobie sprawę, że to, co zamierza, wywoła skandal. Ojciec będzie zdruzgotany. Niemniej ów gwałtowny, lecz dobroczynny wstrząs uświadomi mu, że jego córka ma własną wolę. Mimo to jej sytuacja rysowała się dość beznadziejnie. Dokąd się uda po ucieczce z rodzinnego domu? Nie ma przecież pieniędzy, a to jest ważniejsze niż cokolwiek. Myślała o tym przez jakiś czas, potem wstała z łóżka i podeszła do okna, by spojrzeć na gwiazdy.

— Musicie mi pomóc — rzekła. — Musicie mnie poprowadzić.

Przypomniała sobie historię o gwieździe — przewodniczce Trzech Mędrców podążających do Betlejem. Oto czego teraz potrzebowała. Jakby w odpowiedzi na modlitwę olśniła ją pewna myśl, której dotąd nie brała pod uwagę. Nie miewała pieniędzy, bo ich przecież nie potrzebowała. Jeżeli robiła zakupy, rachunki posyłano do pałacu. Gdy pragnęła nabyć coś na targu lub dać kilka groszy żebrakowi, czyniła to za pośrednictwem damy, która zawsze towarzyszyła jej w takich sytuacjach. Nigdy do tej pory nie miał dla niej znaczenia fakt, iż jest bez grosza, a teraz odczuła to dotkliwie.

I oto nagle, niewątpliwie za sprawą gwiazd, uświadomiła sobie, że jednak nie jest nędzarką. Rokrocznie przecież z okazji Bożego Narodzenia otrzymywała od ojca chrzestnego, arcyksięcia, prezent w postaci złotej monety o najwyższej w kraju wartości. Na każdej była wygrawerowana data świąt. Tak więc miała teraz osiemnaście złotych monet. Stanowiły kwotę, za którą mogłaby kupić po kilkakroć wszystko, czego potrzebowała. Zadecydowała, że weźmie dziesięć takich monet. Przechowywała je w specjalnej kasecie swego sekretarzyka, który stał w saloniku. Prócz monet przechowywała tam śliczną tabakierkę, którą Georgi kupił jej podczas ostatniego pobytu w Paryżu oraz naszyjnik z morskich muszli. Zrobiła go sobie przed kilku laty, gdy zabrano ją nad morze na wakacje. W kasecie był też naszyjnik z kolorowych kamyków, podarowany jej przez Cygankę.

Cyganie mieli zwyczaj przejeżdżać przez Kostas każdego lata. Ponieważ ojciec Thei, w odróżnieniu od innych panujących monarchów, był człowiekiem dobrodusznym, przyjmował ich bardzo gościnnie. Wędrowcy ci zawsze fascynowali księżniczkę. Często odwiedzała ich obóz, gawędziła z nimi, oni zaś uczyli ją swojej mowy. Jedna z młodych Cyganek pokazała jej kiedyś naszyjnik z kolorowych kamyków.

— On ma, wasza wysokość, magiczną moc — rzekła.

— Jak się ta moc objawia? — spytała Thea.

— Kiedy cygańska dziewczyna pragnie pozyskać miłość wybranego mężczyzny, zbiera kolorowe kamyki — tyle, ile ma lat. Następnie, poczynając od nowiu księżyca, przewierca je na wylot, każdej nocy jeden.

— A co potem? — ponaglała Thea.

— Robi to jeszcze przez trzy pełnie księżycowe. Dopiero wtedy zakłada naszyjnik na lewe kolano i śpi w nim przez trzynaście nocy.

Księżniczka słuchała z przejęciem, a Cyganka objaśniała dalej:

— Jeżeli naszyjnik spowoduje oświadczyny ukochanego, zachowuje go na resztę życia. — Spojrzała na Theę i dodała: — Ja zdobyłam mężczyznę, którego pokochałam, i mam teraz jego miłość. Weź ten naszyjnik, wasza wysokość, może kiedyś będzie ci pomocny.

Księżniczka podziękowała, wzięła naszyjnik, po czym schowała go w szklanej kasecie swojego sekretarzyka.

Teraz wydobyła go ze skarbczyka i trzymała w dłoniach.

— Pomóż mi znaleźć mężczyznę, którego pokocham i który pokocha mnie — poprosiła modlitewnym tonem, potem schowała amulet do sekretarzyka. Zaraz też wydobyła stamtąd dziesięć złotych monet i włożyła je do kieszeni. Była pewna, że te nowsze, z dziesięciu ostatnich lat, zdoła bez trudu wymienić, natomiast poprzednie, z wizerunkiem dziadka, mogą jej przysporzyć trudności. Tak czy inaczej, miała już pieniądze, i to było najważniejsze. Wróciła do sypialni i spakowała rzeczy, które zamierzała zabrać ze sobą. Przymocuje je do końskiego siodła. Dlatego muszą być lekkie.

Wybrała jedną z muślinowych sukien, by mieć w co się przebrać wieczorem. Dołożyła białą bluzkę, koszulę nocną i kilka niezbędnych drobiazgów. Zawinęła wszystko w wełniany szal, dość ciepły, by ogrzać jej ramiona w razie chłodu, a zarazem służyć jako szlafrok. Para satynowych pantofelków zmieściła się wraz z grzebieniem i szczotką do włosów w kieszeni siodła. Spakowała jeszcze mydło, szczoteczkę do zębów, flanelowy ręcznik i gąbkę. Owinęła to szyfonową szarfą. Przez chwilę zastanawiała się, czy ma wszystko, co konieczne. Wreszcie, złożywszy pakunek na krześle, poszła do łóżka. Nie sądziła, że zaśnie. Była jednak tak zmęczona, że natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki zapadła w kamienny sen bez marzeń.

Obudziwszy się, skoczyła na równe nogi w przekonaniu, że zaspała i cały plan ucieczki spalił na panewce. Zaraz jednak przypomniała sobie, że przecież idąc do łóżka patrzyła na gwiazdy, zasłony były więc rozsunięte. To brzask ją obudził. Pierwsze blade smugi światła pełzające po niebie. Przez chwilę jeszcze świeciły jasno gwiazdy. Zaraz jednak zaczną blednąć. Nim to nastąpi, ona musi być w drodze. Rzuciła okiem na zegar i stwierdziła, że jest czwarta rano.

W ciągu kilku minut była ubrana. Miała na sobie prześliczny kostium do jazdy konnej, harmonizujący z zielenią jej oczu. Matka Thei nie akceptowała nowych, obcisłych amazonek, które właśnie wchodziły w modę, lansowane przez cesarzową Austrii Elżbietę, a zarazem królową Węgier. Kostium księżniczki był bardzo gustowny. Składał się z szerokiej spódnicy, nałożonej na dwie białe halki obszyte koronkami, z cienkiej muślinowej bluzki oraz dopasowanego żakietu. Buty sięgały kostek. Uzupełnieniem stroju był kapelusz w kształcie wysokiej korony, owiązany tiulowym welonem, który powiewał podczas galopu konia.

Tego ranka jednakże Thea nie zwracała uwagi na swój wygląd. Ubierała się w wielkim pośpiechu. Włosy zebrała w węzeł i umocowała go na głowie szpilkami. Spojrzawszy na kapelusz postanowiła nie brać go ze sobą w drogę. Wszystkie zresztą samotne przejażdżki w parku odbywała bez nakrycia głowy. Któregoś razu matka zwróciła jej uwagę:

— Strzeż się słońca, kochanie. Ogorzała cera nie pasuje do koloru twoich włosów.

Księżniczka wszakże miała szczęście. Dobra wróżka obdarzyła ją przy chrzcie białą karnacją odporną na słońce. Ktoś kiedyś porównał jej skórę do płatka magnolii i miał rację. Delikatna i prawie przezroczysta, jarzyła się perłowym blaskiem. W pałacu jednak nie było nikogo, kto ośmieliłby się jej o tym powiedzieć. W rezultacie dziewczyna nie miała pojęcia, że jest urocza. Ze swymi błyszczącymi ekstatycznie oczyma uosabiała zaiste Radość Wiosny.

Włożyła do kieszeni czyściutką chusteczkę do nosa, a dwie inne wetknęła do zawiniątka z rzeczami. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie napisać listu do ojca. Stwierdziła jednak, że byłby to błąd. Lepiej zniknąć niezauważalnie. Przemknąć przez pałac jak cień. Gdy Martha spostrzeże, że nie ma jej w sypialni, pomyśli, że jest na przejażdżce. Przy śniadaniu też nikt nie przejmie się jej nieobecnością. Ojciec przywykł już do jej spóźnień na poranny posiłek, a służący też nie będą czekać. Dopiero późnym rankiem ktoś, być może, powiadomi królową matkę o zniknięciu księżniczki. Ale i ona nie zmartwi się tym, myśląc, że córka — jak zwykle — jeździ konno. Wreszcie w porze lunchu ktoś zaniepokoi się nieobecnością Thei. „A wówczas — radowała się w myślach uciekinierka — ja będę już daleko, daleko stąd.”

Dzierżąc w dłoniach dwa tobołki, wyjrzała na korytarz. Nie było tam nikogo. Na paluszkach pośpieszyła ku schodom wiodącym do drzwi ogrodowych. Korzystała z nich, podobnie jak Georgi, ilekroć chciała uniknąć spotkania z którymś z rodziców i obarczenia niepożądanymi obowiązkami. Dotarła do drzwi i otworzyła je. Owionęło ją świeże, czyste, rześkie powietrze przesycone wonią kwiatów. Prześliznęła się przez ogród jak duch.

Przed stajnią zastała chłopca stajennego, śpiącego na wiązce słomy. Obudziła go dotknięciem w ramię.

— Proszę mi wybaczyć, wasza wysokość. Chyba się zdrzemnąłem.

— Nic się nie stało — zaśmiała się Thea. — Przyszłam wcześniej niż zwykle, ponieważ nie mogłam zasnąć. Proszę cię, osiodłaj mi Merkurego.

— Już się robi, wasza wysokość — powiedział i pośpieszył do przegrody, którą zajmował koń księżniczki.

Gdy tylko wierzchowiec ujrzał swoją panią, wyciągnął ku niej pysk, ona zaś pieściła go podczas siodłania. Potem stajenny wyprowadził go na dziedziniec, a Thea wspięła się na siodło. Nauczyła Merkurego, by stał spokojnie, gdy ona sadowi się na jego grzbiecie. Chłopiec podał jej lejce, ona poprosiła:

— Przymocuj to do siodła?

Podała mu szal, a on przywiązał go na kokardę do pętli znajdującej się przy siodle. Thea śpiesznie wsunęła mniejszy węzełek do sakwy. Nie obawiała się, iż stajenny dopatrzy się w tym czegoś niezwykłego. Często zabierała ze sobą na przejażdżkę płaszcz na wypadek deszczu lub chłodu. Chłopak nie był zbyt inteligentny, mógł co najwyżej zdziwić się, że bierze tak wiele rzeczy. Odczekała, aż upora się z mocowaniem szala. Koń okazywał zniecierpliwienie, strzygąc uszami i podrzucając łbem. Wreszcie wszystko było gotowe.

 

— Dziękuję ci bardzo — rzekła Thea do stajennego.

— Życzę miłej przejażdżki, wasza wysokość — odparł salutując.

Odjechała bez pośpiechu. Dopiero w parku, poza zasięgiem pałacowych okien, popędziła konia. Był tylko jeden sposób na wydostanie się poza teren pałacu bez przekraczania bramy strzeżonej przez gwardię królewską. Przy wszystkich głównych wejściach stali wartownicy. Zapewne nie przesadzali w czujności, jednakże byli tam. Pozostawała jej niewielka brama, z której korzystały wozy przybywające z folwarku oraz zwierzęta powracające z pastwisk. Jako mało ważna, nie była strzeżona. Wprawdzie można było się spodziewać, iż na noc jest zamykana, Thea jednak miała nadzieję, że stróże czasem o tym zapominają. Nie zamierzała schodzić z konia, by się o tym przekonać.

Brama była dość wysoka, a teren obok suchy i piaszczysty. Merkury przekroczył ją niespiesznie. I oto Thea znalazła się poza terenem królewskiej rezydencji, która zapewniała jej bezpieczeństwo, odkąd mogła sięgnąć pamięcią. Szybko zjechała w dół, do wsi, na co nigdy dotąd sobie nie pozwoliła. Tak czy inaczej było to dla niej nowe doświadczenie.

Jechała szybko, lecz ostrożnie, uważając, by nie natknąć się na nikogo, kto by mógł ją rozpoznać. Zależało jej na tym, by przed świtem być jak najdalej od pałacu.

Czarne niebo zaczynało różowieć. Gwiazdy bladły jedna po drugiej. Wkrótce zrobiło się jasno. Powinna czym prędzej przekroczyć rzekę, nim uczynią to inni. Wiedziała, że liczni wieśniacy wczesnym rankiem wyruszają do stolicy kraju, Gyuli. Niektórzy z nich jadą na targ wozami pełnymi warzyw. Inni niosą na własnych plecach to, co mają na sprzedaż. Są wśród nich kobiety, które każdego dnia przybywają do miasta, by podjąć pracę. Thea nieraz im się przyglądała — tak barwne były w swych narodowych strojach. Jak kobiety we wszystkich krajach bałkańskich, nosiły tradycyjne czerwone spódnice, pięknie haftowane bluzy i czarne aksamitne gorsety, obszyte u dołu koronkami. Mieszkańcy jej kraju byli ludźmi szczęśliwymi. Idąc śmiali się i śpiewali. Ilekroć spotykali księżniczkę albo księcia, machali do nich entuzjastycznie i pozdrawiali swymi śpiewnymi głosami.

Thea dotarła do mostu. Z ulgą stwierdziła, że nie ma tam jeszcze nikogo. Było nazbyt wcześnie na rozpoczęcie pracy w polu czy też na poranną przejażdżkę konną na otwartym terenie rozciągającym się u podnóża gór. Przez chwilę przyglądała mu się. Przypominał węgierski step, porośnięty wątłą trawą przetykaną polnym kwieciem. Idealne miejsce, by Merkury mógł ruszyć w dzikim galopie. Nie trzeba go było do tego zachęcać. Thea nigdy jeszcze nie pędziła na koniu tak szybko.

Gdy przebyła milę lub dwie, słońce pokazało się na horyzoncie, a jego ciepłe, złociste promienie rozjaśniły świat. Białe i barwne motyle fruwały nad kwiatami, ptaki śpiewały w górze, a mgły unosiły się znad rzeki. Dla Thei widok ten był nieskończenie piękny. Takie piękno widywała tylko w snach. Nie wiedziała, dokąd jedzie. Ostatniej nocy gwiazdy nakazały jej uciekać i oto teraz wędrowała za słońcem. „Jestem wolna! Wolna!” — szeptała.

Merkury, jadąc w dół, przeszedł od galopu do kłusa. Obejrzała się za siebie. Odjechali dalej, niż się spodziewała. Nie było widać miasta ani pałacu, który przecież nad nim górował. „Jestem wolna”, szepnęła raz jeszcze i zastanowiła się, w którą ruszyć stronę.

Jechała przed siebie tak długo, aż zdała sobie sprawę, iż znajduje się w nie znanej sobie okolicy. Nie było tu ani rzeki, ani też uprawnych pól. Za to kwitły kwiaty, fruwały motyle, a z przodu po prawej stronie piętrzyły się góry. Wiedziała, że wiedzie przez nie wiele dróg, niektóre regularnie uczęszczane, inne tylko z rzadka. Nigdy nie miała okazji poznania ich. Ilekroć wydostawała się poza teren pałacu, czy to z ojcem, czy z bratem, zawsze nadchodził moment, kiedy mówili:

— Powinniśmy wracać, bo inaczej spóźnimy się na lunch.

Gdy zaś wyjeżdżali na konną przejażdżkę po południu, musieli wrócić punktualnie na kolację, która była bardzo oficjalnym posiłkiem.

Po godzinie jazdy Thea odczuła głód. Uprzytomniła sobie także, że wkrótce będzie musiała rozejrzeć się za miejscem na nocleg. Wiedziała, że istnieją gospody oraz hotele, w których zatrzymują się przybysze z daleka, zwłaszcza miłośnicy górskiej wspinaczki. Kiedyś Georgi spróbował wspinać się, lecz spadł i złamał sobie ramię. Przybywają tu także myśliwi, by polować na kozice, tropić jelenie, dzikie kozły oraz wilki. Ojciec mówił o nich zwykle nieżyczliwie. W pałacu wisiały na ścianach kilimy utkane z sierści zwierząt oraz rogi jelenie, świadczące o jego dzielności w latach młodzieńczych.

— Tu nie opodal powinna być mała gospoda — rzekła sobie uciekinierka.

Bez pośpiechu zbliżyła się do podnóża gór. Wjechała na stromą ścieżkę i zaczęła piąć się w górę pewna, że gdzieś wyżej znajdzie jakieś dobre schronienie. Będąc blisko szczytu, pomiędzy sterczącymi z obu stron skałami, odwróciła się, by spojrzeć za siebie. Z ulgą stwierdziła, że od domu ojca dzieli ją niemały szmat drogi. Jeżeli król wysłał za nią żołnierzy, stracą kilka dni na poszukiwania w górach.

Posuwała się naprzód wąską dróżką, aż w końcu znalazła się w jodłowym lesie. Drzewa były tak grube i gęste, że promienie słoneczne z trudem przebijały się przez gałęzie. Thea kochała wszelkie skupiska drzew, były takie tajemnicze, z elfami i smokami. Ilekroć przebywała w przypałacowym zagajniku, wypatrywała leśnego bożka Sylwana. Zagajnik ów był jednak całkiem inny niż przemierzany teraz przez nią las, pełen potężnych, ciemnozielonych jodeł, pnących się do góry w pogoni za światłem. Stanowił — w jej mniemaniu — cząstkę baśniowego świata.

Nagle drzewa rozstąpiły się i zdumionym oczom księżniczki ukazało się leśne jeziorko, lśniące w słońcu brylantowym blaskiem. Oniemiała z zachwytu. Przed nią jaśniały śnieżne szczyty gór, a w dole, nad samą wodą, żółciły się irysy. Widok był tak czarowny, że nie zdziwiłoby jej pojawienie się nimfy wodnej.

Ponieważ Merkury był spragniony, zjechała w dół, na brzeg jeziora, i zeskoczyła z siodła. Związawszy lejce, pozwoliła koniowi pić do woli, sama zaś przechadzała się nie opodal, popatrując na taflę wody, na kwiaty i drzewa. Czuła się jak w dziwnym, baśniowym świecie.

Przejęta jego odmiennością, nie zdawała sobie sprawy, dokąd idzie, i nagle potknęła się prawie o mężczyznę siedzącego na niskim stołeczku. Miał przed sobą sztalugi, a na nich płótno. Malował jezioro, skupiony do tego stopnia na swej pracy, że nie zauważył obecności nieznajomej. Zerknęła na obraz i stwierdziła, że ma przed sobą niewątpliwie utalentowanego malarza. Poza tym był pierwszą osobą, którą spotkała po opuszczeniu pałacu. Nabrała nadziei, że może dowie się wreszcie, dokąd dotarła.

— Wybacz mi, mein Herr 1 — zaczęła uprzejmie. — Czy możesz mi powiedzieć, gdzie...?

Nie dokończyła, artysta bowiem krzyknął:

— Odejdź stąd! Zostaw mnie! Jestem zajęty!

Było w tym okrzyku tyle złości, że Thea oniemiała. Prócz ojca nikt nigdy nie odzywał się do niej takim tonem. Przez chwilę trwała w bezruchu. Wówczas on, jakby w zamiarze nakazania jej posłuszeństwa, odwrócił głowę i ze zdumienia również oniemiał. Siedział wpatrzony w nią jak w zjawisko. Ona również przypatrywała mu się, zdziwiona, że ktoś tak urodziwy może być równie brutalny. Nie przypominał jej żadnego znanego mężczyzny. Miał ciemne włosy, proste klasyczne rysy twarzy i prawie czarne oczy. Długo trwała cisza, nim wreszcie przemówił:

—— Proszę o wybaczenie. Nie spodziewałem się wizyty bogini tych gór!

Nie zdołała utrzymać powagi — parsknęła śmiechem. Toż i ona wierzyła, że bogowie i boginie mieszkają na ośnieżonych szczytach. Gdy chcą okazać gniew, spuszczają w dół kaskady lodowatej wody, nagradzają zaś swych ulubieńców obfitością poziomek.

Jakby zamierzając przyjrzeć się Thei z bliska, artysta wstał ze stołeczka. Był wysoki i barczysty. Ubiór już na pierwszy rzut oka określał jego profesję. Płaszcz leżał porzucony obok, gdyż słońce dobrze już przygrzewało, jezioro zaś było osłonięte drzewami. Zamiast krawata miał na szyi czerwoną jedwabną szarfę, zawiązaną na wielką kokardę.

Ponieważ Thea milczała, artysta rzekł:

— Daruj mi, pani, i pozwól, bym spróbował odpowiedzieć na pytanie, którego nie dałem ci dokończyć.

Był tak skruszony, że księżniczka roześmiała się.

— A może to ja powinnam — odparła — prosić o wybaczenie, iż przerwałam panu pracę nad tym pięknym obrazem.

— Byłem wściekły, gdyż nie mogłem pochwycić tego piękna — odpowiedział. — No bo jak przedstawić światło tańczące na wodzie i tajemniczy urok drzew?

Thea patrzyła nań w zdumieniu. Tak samo myślała o tych sprawach, lecz nigdy dotąd z nikim o tym nie rozmawiała.

— Mogę popatrzeć na pana dzieło?

— Jestem zaszczycony, że pragnie pani to uczynić — rzekł rozkładając ręce. — Lecz zarazem zdaję sobie sprawę z niedoskonałości mojej pracy.

Podeszła do sztalug. Od razu zauważyła, iż obraz ten jest zupełnie inny niż malowidła wiszące w pałacu. Nie przedstawiał z precyzyjną dokładnością jeziora ani drzew. To była impresja. Artysta w jakiś niepojęty sposób pochwycił magię pejzażu. Tradycyjni malarze tego robić nie potrafili. Przyglądała się dziełu, nieświadoma, że sama jest obiektem obserwacji. W końcu rzekła:

— Sądzę, że maluje pan raczej to, co czuje, aniżeli to, co widzi. Mądrze pan czyni. Prawie że wyczuwam duszki leśne w trawie, a nimfy pod powierzchnią wody.

Mówiła bardziej do siebie niż do niego, a gdy nie odpowiadał, odwróciła się, by spojrzeć na malarza.

— Jesteś boginką górską — rzekł. — Nikt przed tobą nie zrozumiał, o co mi chodzi.

— Bo bardzo trudno to wyrazić.

— Oczywiście — zgodził się. — Ale to, co myślisz, jest bardzo trafne.

— Thea zamierzała zapytać go, dlaczego tak twierdzi, jednakże przeszkodził jej Merkury, który zbliżył się do rozmawiających. Na odgłos jego kopyt artysta odwrócił się i ze zdumieniem ujrzał ogromnego czarnego ogiera z białą gwiazdą na czole.

— A więc to w ten sposób przybyłaś tu, pani — rzekł.

— To Merkury! — przedstawiła swego wierzchowca Thea.

— Posłaniec bogów! — wykrzyknął malarz. — Czyż mógłby przybrać inny kształt?!

Pogłaskał konia po karku. Thea rzekła:

— Niechże jednak dokończę wreszcie moje pytanie: czy jest tu w pobliżu gospoda, w której ja i Merkury moglibyśmy się posilić? Przebyliśmy długą drogę...

— Rozumiem — odparł artysta, patrząc w dal, ku górskim szczytom. — Lecz obawiam się, że nie mógłbym ci, pani, zaoferować ambrozji.

— Będę wdzięczna za cokolwiek do jedzenia — powiedziała rozbawiona.

Była zaiste bardzo głodna — od zeszłego wieczoru nie miała nic w ustach. Posiłek przyniesiony do pokoju przez Marthę pozostał prawie nie tknięty. Każdy kęs stawał jej w gardle. Dławiła się na myśl o ślubie z królem Otho.

Malarz zamknął pudło z farbami, obraz zaś wziął pod pachę. Sztalugi i stołeczek zostawił, tam gdzie były, najwidoczniej zamierzając wrócić. Thea pomyślała, że nie zaryzykował pozostawienia obrazu, chociaż należało wątpić, czy w okolicy znalazłby się ktoś, kto by się na taką rzecz połakomił.

— Czy życzy sobie pani jechać konno, czy też iść pieszo? To niedaleko — spytał po krótkim namyśle.

— Pójdę pieszo — odparła.

Ruszyli drogą przez las, a Merkury podążył za nimi.

— Mam wyrzuty sumienia — odezwała się uprzejmie Thea — że odwiodłam pana od pracy. Czy mógłby mi pan powiedzieć, dokąd zmierzamy?

— Chociaż zabrzmi to niezbyt elegancko — odrzekł — uświadomiłem sobie właśnie, iż jestem głodny.

— To tak jak ja — roześmiała się dziewczyna. — Lecz podczas tej konnej wędrówki zapomniałam o całym świecie.

— Czy rzeczywiście podróżuje pani samotnie? — spytał.

— Tak.

Tym jednym słowem dała mu wyraźnie do zrozumienia, iż nie życzy sobie rozmowy na ten temat. Malarz zerknął na nią u boku, lecz ona patrzyła prosto przed siebie. Oczy zaiskrzyły mu się wesołymi ognikami, nie rzekł jednak nic. Szli w milczeniu aż do chwili, gdy drzewa się rozstąpiły i ujrzeli przed sobą mały domek. Usadowiony na zboczu góry, miał pod sobą urwisko, a kilkaset stóp niżej dolinę.

Thea patrzyła zdumiona. Nigdy dotychczas nie widziała takiej doliny. Gęsto porośnięta drzewami, była dzika i dziewicza, ale jakże piękna. Zdawała się bezkresna. Księżniczka pojęła, że jest już na obcej ziemi, poza granicami własnego kraju. Przez chwilę jednak nie chciała o nic pytać. Ze zgrozą stwierdziła, że zapewne jest w Guhen — państwie króla Otho.

 

Malarz prowadził ją w stronę małego domku, a Thea myślała, że bardzo dziwne miejsce wybrano na tę gospodę. Jak daleko sięgnąć okiem, czy to powyżej, czy poniżej, nigdzie nie było żadnego domostwa. Już zamierzała poprosić towarzysza o wyjaśnienie, gdy podbiegł ku nim chłopiec wołając:

— Właśnie spieszyłem, mistrzu, by ci oznajmić, że pora na lunch.

— Idź i powiedz matce, że mamy gościa — powiedział artysta — a Valou niech się dowie, iż przybył też do nas głodny koń, który potrzebuje stajni.

Chłopiec spojrzał na Merkurego i zaraz ruszył, by wykonać polecenie.

Chociaż mistrz i sługa rozmawiali w obcym języku, księżniczka rozumiała, o czym mówili. Uczyła się kiedyś tego języka, ale nie mogła sobie teraz uprzytomnić jego nazwy.

Byli już bardzo blisko budynku, gdy ukazał się z kolei starszy mężczyzna. Dziewczyna na pierwszy rzut oka zorientowała się, iż ma on do czynienia z końmi. Na widok Merkurego wydał okrzyk podziwu.

— Nakarm go dobrze, Valou — rozkazał malarz. — Nie żałuj mu niczego.

Przechodząc koło Thei stajenny złożył jej dworny ukłon. Nim wziął konia za uzdę, pogłaskał go po pysku. Merkury ruszył za nim bez sprzeciwu — widać było, że Valou wie, jak obchodzić się ze zwierzętami.

— A my pójdziemy tędy — powiedział artysta, ruszając w stronę frontowych drzwi.

Był tam taras, a na tarasie stał stolik nakryty białym obrusem dla jednej osoby. Pomarańczowa parasolka stanowiła osłonę od słońca. Malarz wszedł do środka. Idąca za nim Thea ujrzała hall zupełnie inny, niż spodziewała się zobaczyć. Był mały i pomalowany na biało, a jedyną jego dekorację tworzyły obrazy, które niewątpliwie wyszły spod tego samego pędzla, co poznany już przez nią pejzaż znad jeziora. Wszystkie wyrażały odczucia twórcy.

— Jeżeli pójdzie pani na górę — rzekł — po lewej stronie będzie pokój, w którym, jak sądzę, zechce pani się odświeżyć.

— Dziękuję — odparła.

Wchodząc po schodach myślała, że oto zaczyna się niezwykła przygoda. Znalezienie pokoju nie przysporzyło jej trudności, jako że na górze było tylko dwoje drzwi: po lewej i po prawej stronie. Pomieszczenie, do którego ją skierowano, było nie mniej zadziwiające aniżeli hall. Małe, za to z zapierającym dech widokiem na dolinę. Nieomal całą przestrzeń pokoju wypełniało ogromne łoże, ze wszystkich stron zdobne rzeźbami i malowidłami. Od razu zorientowała się, że było to dzieło miejscowych rzemieślników, przewyższające artyzmem wszystko, co dotychczas widziała. Wezgłowie pokrywały wizerunki kwiatów polnych, w większości znanych jej znad jeziora, oraz ptaków, które umiałaby nazwać po imieniu, z wyjątkiem dwóch lub trzech zupełnie jej obcych. Blask ptasich piór, barwy kwiatów, misterna kompozycja całości — wszystko to było zachwycające.

Thea stała, nie mogąc oderwać oczu od malowidła. Doszła do wniosku, że rzeźby zdobiące łoże są dziełem miejscowego artysty. W jej kraju przecież kobiety nierzadko trudniły się wyrabianiem koronek. A to, na co teraz patrzyła, było prześliczne i zdradzało niepospolity talent twórcy. Na wypolerowanej drewnianej podłodze leżały kozie skóry.

Umyła ręce w porcelanowej misie, wykonanej również — była tego pewna — przez miejscowego garncarza.

Przez chwilę trwała w podziwie, po czym rozejrzała się w poszukiwaniu lustra. Tkwiło w misternie rzeźbionej ramie, zwieńczonej dwoma tłustymi kupidynkami w naturalnych barwach. Poprawiła uczesanie rozwichrzone podczas szalonego galopu i zeszła na dół.

Malarz czekał na nią na tarasie. Miał na sobie płaszcz z lekkiego materiału i błękitną szarfę zawiązaną u szyi na kokardę. Przyszło jej na myśl, że może wzoruje się pod tym względem na malarzach francuskich, ale nie chciała go urazić nietaktownym pytaniem.

Zbliżywszy się do stołu zauważyła, iż dostawiono drugie krzesło. Usiadła w cieniu pomarańczowej parasolki, gdyż słońce stało wysoko na niebie i mocno przypiekało. Jakby czytając w jej myślach, malarz rzekł:

— Dlaczego nie zdjęła pani podróżnego okrycia?

— To dobra myśl! — zgodziła się Thea.

Pomógł jej zsunąć z ramion żakiet, ona zaś, rozglądając się wokół, mówiła:

— Wydaje mi się, że śnię! Nie myślałam, że istnieją na świecie takie cuda!

— Ani ja! — zapewnił, patrząc na nią wymownie.

Potem ujął dzbanek i nachylił nad jej szklanką.

— To jest sok owocowy o specjalnym smaku — wyjaśnił. — Mam nadzieję, że będzie pani smakował.

Podniosła napój do ust i stwierdziła, że istotnie jest wyśmienity. Potem, nie mogąpohamować ciekawości, spytała:

— Czy to pana dom? Czy tu właśnie pan mieszka?

— To mój dom — przytaknął.

— W jaki sposób zdołał pan znaleźć to miejsce tak niezwykłe?

— Musiałem instynktownie wiedzieć, że ono ci się spodoba, pani — rzekł dwornie, a Thea roześmiała się.

— To bardzo miłe, co mówisz, panie, lecz sądzę, iż wybór tak niecodziennego zakątka dowodzi niepospolitego gustu.

— Być może — odparł, wciąż wpatrując się w dziewczynę.

Przez umysł Thei przebiegła myśl, jak wstrząśnięci byliby rodzice, gdyby wiedzieli, że jest teraz sam na sam z przystojnym, młodym mężczyzną, i to w domu, w którym nie ma przyzwoitki.

Chłopiec, który wyszedł im na powitanie, wniósł teraz pierwsze danie. Już miał na sobie nie samą koszulę, ale czystą, białą marynarkę oraz przygładzone włosy.

— Lunch, jak zwykle, będzie niezbyt obfity — rzekł malarz — za to na kolację obiecuję coś bardziej wymyślnego.

Oczy Thei zrobiły się okrągłe ze zdumienia.

— Kolację? — wykrzyknęła. — Ależ ja nie zamierzam tu pozostać do wieczora.

— A dokądże się wybierasz?

Uświadomiła sobie, że nie zna odpowiedzi na to pytanie, po chwili namysłu rzekła więc:

— Nie jestem pewna... ale... przed siebie.

— Dlaczego?

Naprawdę nie wiedziała, co teraz rzec. Pewne było jedno: że musi odjechać jak najdalej od pałacu, ale tego właśnie nie mogła mu zdradzić.

Jedli sałatkę z jajek, ryb, liści sałaty oraz pomidorów. Wygłodniałej Thei każdy kęs sprawiał przyjemność. Następne danie stanowił młodziutki, delikatny kurczak w sosie przyprawionym nie znanymi jej ziołami. Były też ziemniaczki, tak drobne, iż okrucieństwem zdawało się zjadanie ich, do tego groszek i marchewka nie większa niż najmniejszy palec Thei. Na deser podano sery w najróżniejszych odmianach. Mocna czarna kawa dopełniła najwyśmienitszy posiłek, jaki Thei zdarzyło się kiedykolwiek spożywać.

Jedząc niewiele rozmawiali, dopiero po lunchu malarz rozsiadł się wygodnie w swoim krześle i rzekł:

— A teraz proszę opowiedzieć mi o sobie. Zacznijmy od imienia.

— Na imię mi Thea.

Zdradziła mu swoje imię bez żadnych obaw, ponieważ tylko w rodzinie tak ją nazywano. Dla mieszkańców kraju była księżniczką Sydel.

— Ja również nie znam imienia swego gospodarza — rzekła po chwili. — Nie mogę wciąż w myślach nazywać pana Artystą.

— To przecież komplement — roześmiał się. — Obawiam się jednak, iż nie zasługuję na takie miano.

— Ależ zasługuje pan! — sprzeciwiła się. — Moim zdaniem wyprzedza pan po prostu swój czas. Któregoś dnia ludzie zrozumieją takie malarstwo.

— Skąd wiesz, pani?

W odpowiedzi zrobiła ręką gest, który wyjaśnił mu lepiej niż słowa, dlaczego tak właśnie myśli.

— Kim pani jesteś? — dopytywał. — I dokąd podążasz sama na koniu, który wygląda, jakby zstąpił z Olimpu? — Ponieważ nie odpowiadała, dodał: — Chociaż nic mi nie mówisz, i tak wiem, iż uciekasz.

— Dlaczego tak pan mniema? — spytała, patrząc nań w zdumieniu.

— A dlaczego pani w lot pojęła, co chcę wyrazić moim obrazem? — odpowiedział pytaniem na pytanie.

Uznała, że nie ma sensu uchylać się od wyjaśnień.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?