Wyspa miłościTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Wyspa miłości - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Najpiękniejsze miłości

Przełożyła

Sylwia

Chrostowska

Saga

Wyspa miłości - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTłumaczenie Sylwia Chrostowska Tytuł oryginału The Island of LoveZdjęcie na okładce: Shutterstock Projekt okładki: Grafiskstue.dk Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’ Copyright © 1984, 2020 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711770665

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

Od Autorki

Kiedy w 1983 roku odwiedziłam Hawaje, odnalazłam tam wiele, wiele piękna. Widziałam Pałac Iolani, wybudowany przez „Radosnego Monarchę” Króla Kalakaua, oraz sławną plażę Waikiki.W roku 1889 Jego Wysokość wynajął letnią rezydencję Royal Beach House, o której wspominam w swej opowieści, Robertowi Louisowi Stevensonowi.

Tenże pisarz powitany został na Hawajach jako znakomitość i jego przybycie zapoczątkowało serdeczną przyjaźń między nim a królem. Wielokrotnie wydawali wspólne luaus, a także często widywali się nieoficjalnie.

Opisane szczegóły dwutygodniowej koronacji króla Kalakaua, która miała miejsce w 1883, czyli dziewięć lat po tym, jak został wybrany przez Zgromadzenie Ustawodawcze, są całkowicie zgodne z prawdą.

Chociaż obecnie Hawaje są znacznie rozbudowane i przeludnione, nadal posiadają magiczny urok. Poranki i wieczory oglądane z Diamond Point przywoływały mi na myśl fragment sonetu Ruperta Brooke’a:

„A jej gwiazdy płoną na prastarym niebie

Ponad łagodnym szumem hawajskiego morza”.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Rok 1883

Sir Robert Westbury pojawił się w saloniku podczas sprzeczki swych dwóch córek. Nie widział w tym nic nadzwyczajnego, ponieważ cokolwiek powiedziała Lidia, Heloiza zawsze się temu przeciwstawiała.

Po latach prób ułagodzenia siostry Lidia zrozumiała, że najlepszym sposobem na Heloizę jest przyznawanie jej racji i przez to unikanie niepotrzebnej, a często niewybrednej i przykrej wymiany zdań. Heloiza Westbury obdarzona została przez naturę tak wielką urodą, że gdy sobie to uświadomiła, poczuła, iż cały świat leży u jej stóp. Miała zaledwie piętnaście lat, gdy odkryła, że wystarczy jedno jej spojrzenie spod rzęs, aby wywrzeć wrażenie na mężczyźnie, sprawić, że rozmowa zaczynała przebiegać w innym tonie, i wywołać to, co określała siostrze jako „maślane oczy”.

Rok wcześniej Heloiza zadebiutowała w sferze towarzyskiej Londynu, gdzie została przyjęta z entuzjazmem i podziwem przez wszystkich z wyjątkiem rówieśnic, które nie mogły z nią konkurować.

Tak więc niechętnie powróciła do domu na święta Bożego Narodzenia. Pocieszała się jedynie, że będzie królować na Balach Myśliwskich, a większość londyńskich adoratorów podąży za nią do Westbury Park i zatrzyma się w sąsiedztwie, licząc na zaproszenie. Dla Lidii, która po powtórnym owdowieniu ojca musiała prowadzić dom, oznaczało to datkowe obciążenie, gdyż oczekiwano od niej odpowiedzialności za przyrodnią siostrę. Niedługo po tym jak jej matka zmarła po porodzie, Sir Robert ożenił się ponownie mając nadzieję na dziedzica tytułu baroneta. Byłby znacznie bardziej zawiedziony, ale Heloiza już urodziła się śliczna. Świadomość, że przynajmniej ma wyjątkową i niezwykle urodziwą córkę, była swoistym pocieszeniem, gdy dowiedział się, że żona nie może mieć już dzieci. Bardzo niesłusznie, częściej wyładowywał złość i rozczarowanie na starszej córce niż na drugim dziecku.

— Mogłaś urodzić się chłopcem — mówił rozgoryczony — wszystko byłoby wtedy prostsze!

Lidia wówczas odpowiadała jedynie potulne „przepraszam, tato”. Niekiedy myślała, że patrzył na nią z wielką pretensją, gdyż nie mogła iść jego śladami i zostać Piątym Baronetem. Chociaż próbowała sobie rozsądnie wytłumaczyć, iż nie była w stanie tego zmienić, często dręczyła ją ta myśl.

Przed dwoma laty po przewlekłej chorobie zmarła macocha, gdy Lidia właśnie miała zadebiutować w towarzystwie. Spodziewała się, że ojciec ożeni się ponownie. Jednak zeszłego roku po zakończeniu żałoby wydawało się, że Lidia z obsesją chce zaprezentować Heloizę towarzyskiemu światkowi. Uważała bowiem, że gdy siostra wyjdzie szczęśliwie za mąż, zjawi się wtedy następna macocha, co da Lidii jeszcze jedną szansę ucieczki od monotonnego kieratu. Dzień w dzień słyszała tylko: „Powiedz Lidii, żeby to zrobiła!”, „Dlaczego Lidia nie wypełnia swoich obowiązków” albo „Poślij po Lidię!”

To Lidia troszczyła się o to, by jedzenie było wystarczająco smaczne, by ogrodnicy nie zaniedbywali ogrodu i lokaje wypełniali swe obowiązki. Ona też musiała łagodzić niesnaski, a przede wszystkim uważać, aby ojciec nie tracił nad sobą panowania. Nic więc dziwnego, że była bardzo chuda, a w oczach czaiło się wieczne zmartwienie. Nigdy nie miała czasu zająć się sobą, a jeśli już znalazła chwilę, to wzruszała jedynie ramionami i mówiła, że w obecności siostry i tak nikt na nią nie spojrzy. Heloiza była bowiem dla każdego mężczyzny ideałem młodej Angielki. Adoratorzy zwali ją „doskonałą angielską różą” i było to chyba trafnym określeniem. Miała włosy koloru dojrzałej kukurydzy, oczy niebieskie jak letnie niebo, a cerę czystą o idealnym różowo-białym odcieniu. Niestety, dobre wróżki obsypując dziewczynę darami nie wiadomo dlaczego zapomniały obdarzyć ją jeszcze dwiema zaletami. Każdy, kto mieszkałby z Heloizą dłużej, zauważyłby, że nie grzeszyła zbyt inteligencją. Nigdy nie przeczytała książki, a rozmowa z nią ograniczała się tylko do jednego tematu, którym była ona sama. Co więcej, słowo „niesamolubność” zdawało się dla niej nie istnieć i z pewnością nie znała nawet jego znaczenia.

— Jestem już zmęczona — pewnego razu powiedziała Lidia pokonując po raz setny schody, aby Heloiza wreszcie mogła przygotować się do balu.

— Zmęczona? Czym? Bądź co bądź to twój obowiązek dbać o mnie i robić wszystko, co zechcę.

Lidia chciała zapytać dlaczego, lecz wiedziała, że rozdrażniłaby tylko Heloizę, która stałaby się wtedy opryskliwa i wpadłaby w typowy dla niej zły humor, irytujący wszystkich naokoło prócz niej samej.

W momencie, gdy sir Robert wszedł do pokoju, dziewczęta właśnie zamilkły. Twarz Lidii była nieco zarumieniona z powodu sprzeczki, Heloiza wyglądała chmurnie, a jej pąsowe usta przybrały wyraz niezadowolenia, Sir Robert przemierzył pokój, podszedł do okna, przy którym siedziały, i powiedział:

— Przed chwilą służący przyniósł mi wiadomość. Zwyciężyłaś!

— Naprawdę, tato?

Heloiza wydała okrzyk podniecenia i odskoczyła od stołu.

— Mów szybko, co powiedział!

— Hrabia prosi o mą zgodę na staranie się o twe względy — odparł sir Robert. — Ma również nadzieję, że zobaczy się ze mną dziś po południu, żeby omówić bardzo ważną sprawę.

Heloiza wydała jeszcze jeden okrzyk.

— Och... tato, tak się obawiałam, że go nie pozyskam nawet po tym, co powiedział mi na wczorajszym balu.

— Jednak tak się nie stało. Jestem zachwycony, kochanie, i naprawdę bardzo z ciebie dumny! — dodał, po czym objął córkę ramieniem i pocałował w policzek.

Lidia, która przyglądała się temu, zauważyła, że Heloiza zesztywniała w obawie, by nie pogniótł jej sukni lub nie zepsuł fryzury.

Po chwili cicho spytała:

— Czy to znaczy, tato, że hrabia oświadczył się Heloizie?

— Na razie zapytał mnie o pozwolenie — odrzekł sir Robert.

— To wspaniale! Jestem taka szczęśliwa! — zawołała Heloiza. — Będę hrabiną z pozycją na dworze, a także gospodynią w opactwie Royston i we wszystkich pozostałych domach należących do hrabiego.

Mówiła z radością w głosie, niemal w uniesieniu.

— Tak się cieszę, Heloizo, że będziesz szczęśliwa — powiedziała Lidia.

— Szczęśliwa? Oczywiście! — zripostowała Heloiza. — Starałam się o to bardzo długo, ale byłam zupełnie pewna, że w końcu zdobędę go.

Lidia drgnęła, jakby słowa Heloizy zdenerwowały ją. Sir Robert spojrzał na kartkę, którą trzymał w ręku.

— Dam na to odpowiedź — rzekł — i przekażę Roystonowi, że oczekujemy go na podwieczorku. Naturalnie musimy uczcić tę okazję butelką mrożonego szampana!

— Oczywiście, tato — przytaknęła Heloiza — ale pamiętaj, że masz zostawić nas samych na początku. On mnie jeszcze oficjalnie nie pytał, a na to właśnie czekam.

— Uważam formalności za wystarczające, żeby ogłosić wasze zaręczyny w gazecie — odpowiedział sir Robert usatysfakcjonowany.

Mówiąc to opuścił pokój, a gdy drzwi zamknęły się za nim, Heloiza stwierdziła:

— No! A nie mówiłam ci, że mogę poślubić najważniejszego mężczyznę w Anglii, i teraz właśnie to zrobię.

— Czy ty go kochasz, Heloizo?

Po krótkiej przerwie odrzekła:

— W małżeństwie najistotniejsze jest wyjść za mężczyznę z odpowiednią pozycją.

Lidia przyjrzała się badawczo przyrodniej siostrze i powiedziała:

 

— Sama tego nie wymyśliłaś, Lady Burton cię nauczyła.

— Ja zawsze tak uważałam — odparła wyzywająco Heloiza.

Lidia wiedziała jednak, że siostra kłamie. Heloiza chciała być ważna, ale sama nie ujęłaby tego w taki sposób. Lidii nigdy wcześniej nie przyszło na myśl, że ojciec popełnił błąd prosząc daleką kuzynkę Lady Burton, by zaprezentowała Heloizę na dworze i opiekowała się nią podczas pobytu w Londynie. Od momentu poznania tej kobiety Lidia nie darzyła jej sympatią.

Lady Burton była osobą doświadczoną, wyrachowaną i chciwą, czerpiącą osobiste korzyści z matkowania Heloizie, a jednocześnie, według Lidii, mającą niewłaściwe nastawienie do świata. Dla Lady Burton i ojca naturalne było, że Lidia powinna jako darmowa gospodyni prowadzić londyński dom i stawić się na każde zawołanie, gdy tylko sytuacja tego wymagała. Przyjęto, że tak poważne obowiązki wykluczają jej udział w jakimkolwiek życiu towarzyskim, które z kolei bez reszty wypełniało czas Heloizy. Lidia zasiadała oczywiście podczas śniadań i obiadów w gronie rodzinnym, ale w czasie wizyt gości jadała oddzielnie. Lady Burton rzadko się do niej zwracała, chyba że w formie żądania bądź rozkazu, natomiast często pouczała Heloizę, że w życiu liczy się jedynie pozycja towarzyska. Lidia słyszała także, jak kuzynka mówiła, że Heloiza jest tak piękna, iż może przebierać w wielbicielach jak w ulęgałkach, i powinna oceniać ich wartość wyłącznie ze względu na znaczenie tytułu oraz ilość pokoleń figurujących w drzewie genealogicznym. Oprócz tego panowie ci musieli być oczywiście wyjątkowo bogaci. Nic bowiem, zdaniem Lady Burton, nie było gorsze od ubóstwa. Jeśli więc przed przyjazdem do Londynu Heloiza była zarozumiała i zaabsorbowana wyłącznie sobą, to po powrocie na wieś (powtarzając słowa Lady Burton) zdecydowała, że jej małżeństwo stanie się wielkim wydarzeniem. A jednak, uwzględniając nawet urodę oraz fakt, że w jej towarzystwie mężczyzna niemal w ogóle nie zwracał uwagi na inną kobietę, trudno było Lidii uwierzyć, że Heloiza naprawdę „schwytała” hrabiego Roystona.

Sama wiedziała o nim dość dużo, gdyż bliskie położenie opactwa Royston dawało okazję do widywania hrabiego na polowaniach. Lidię zbliżała do ojca jedynie umiejętność jazdy konnej i dzięki temu wspólnie brali udział we wszystkich polowaniach w czasie sezonu. Dobrze wiedziała, że utraciłaby i ten przywilej, gdyby Heloiza wyraziła chęć polowania. Ale ta, choć z gracją jeździła po Rotten Row, panicznie bała się upadku, który mógłby zostawić ślady na jej pięknej twarzy. W wieku siedemnastu lat zrezygnowała więc z dosiadania co szybszych koni i wyjeżdżania poza park.

— Gdybym miał syna, z pewnością doceniłby odbudowane stajnie i stałby się jednym z najlepszych myśliwych w hrabstwie! — mawiał często sir Robert. — Ale wszystko poszło na marne!

Lidia wcale tak nie uważała, ale przecież się nie liczyła. Wiedziała też, że ojciec nie zdaje sobie sprawy z tego, że ona naprawdę jest dobrym jeźdźcem. Równie zręcznie jak on panowała nad najbardziej narowistym koniem.

Kiedy więc po raz pierwszy ujrzała hrabiego, uświadomiła sobie, że jest dokładnie taki, jakim według niej powinien być mężczyzna. Sądziła tak nie tylko dlatego, że był niezwykle przystojnym i wspaniałym jeźdźcem, lecz i dlatego, iż miał lekko zawadiacki wygląd, który dopełniał obrazu. Raczej przypominał Lidii pirata lub podróżnika, który pod panowaniem królowej Elżbiety wyruszał odkrywać nowe lądy, walczyć z Hiszpanami, zdobywać skrzynie pełne skarbów wspanialszych niż kiedykolwiek widziano. W trakcie polowania obserwowała hrabiego na rozległych przestrzeniach, nie zaś na małych angielskich polach czy też w zamkniętym świecie hrabstwa, a nawet Londynu.

Tylko raz miała sposobność jeść obiad w jego obecności, gdy przybył do domu sir Roberta w Londynie, przed balem wydanym na cześć Heloizy. Jako najważniejszy z obecnych zasiadł przy Heloizie, a Lidia spoglądając na nich siedzących obok siebie pomyślała, że nie sposób znaleźć gdziekolwiek indziej na świecie dwoje równie pięknych ludzi. Wiedziała, że w odniesieniu do mężczyzny słowo „piękny” to dziwne określenie, ale wydawało się jej właściwe, ponieważ hrabia miał pozytywną osobowość i sposób bycia daleko bardziej interesujący niż jakiegokolwiek innego mężczyzny. Wiedziała o nim znacznie więcej, a i to, co słyszała, zupełnie jej nie dziwiło.

Mając dwadzieścia dziewięć lat zawrócił już w głowie wielu pięknościom i zdobył ich serca. Wsławił się jednak tym, że do kobiet odnosił się bez specjalnego zaangażowania i każda matka z ambicjami z góry wiedziała, że próby zdobycia go zakończą się niepowodzeniem. Ponieważ był znaczącym właścicielem ziemskim oraz posiadał najlepsze konie wyścigowe w Anglii, a poza tym należał do wybitnych sportowców mających w dorobku wiele trofeów, budził podziw i zazdrość innych mężczyzn. Lecz Lidii nigdy nawet przez chwilę nie przyszło na myśl, że mógłby poślubić Heloizę.

Sama nie mówiła zbyt wiele, gdyż wydawało się, że nikt nie życzy sobie jej słuchać, ale była wdzięcznym słuchaczem. Ponieważ hrabia mieszkał w pobliżu, stale rozmawiano o nim w okolicy, a w Londynie jego rozliczne romanse stanowiły wyśmienity temat plotek. Lidia dowiadywała się o nim coraz więcej, aż mogłaby napisać o hrabim Roystonie książkę i nadal mieć materiał na dwa następne tomy. Wszystko w nim intrygowało i może nawet nadane mu przezwisko wzmagało otaczającą go aurę.

A było to tak: hrabia przyszedł na świat, kiedy jego ojciec polował. Wysłano więc z opactwa posłańca, by poinformował Jego Lordowską Mość, że urodził mu się następca. Zdyszany po szybkiej jeździe chłopak widocznie przekazał wiadomość niewyraźnie, gdyż pan przyjął ją bez większego zainteresowania i odwrócił się. Wtedy posłaniec spytał, czy ma coś przekazać pani w odpowiedzi. Zaskoczony hrabia powiedział:

— Dobry Boże, mówisz, że to jaśnie pani urodziła? Myślałem, że żona jednego z moich myśliwych!

Kilku jego przyjaciół usłyszawszy to zaniosło się śmiechem. Któryś z nich stwierdził:

— Jeśli to twój syn, niewątpliwie wyrośnie na wybornego myśliwego. Czyż więc nie byłoby to najlepsze imię dla niego?

Stąd obecny hrabia Royston znany jest jako „Myśliwy”.

Im więcej Lidia o nim słyszała, utwierdzała się w przekonaniu, iż to odpowiednie przezwisko. Polował bowiem nie tylko na lisy, ale również na piękne kobiety. Odnosiła wrażenie, że gdy osiągał cel, tracił nim zainteresowanie. Jednak tym razem, chociaż wydawało się to wprost niewiarygodne, bez większych starań udało mu się „upolować” Heloizę.

— Masz wielkie szczęście — powiedziała na głos Lidia.

W duchu zastanawiała się, czy faktycznie siostra była tak szczęśliwa, jak wszyscy sądzili. Heloiza, podekscytowana, przez moment zapomniała o pozorach.

— Przecież wychodzę za mąż, Lidio!

Pląsała po pokoju wirując strojną spódnicą, co dodawało jej wdzięku i sprawiało, że wyglądała niczym zstępująca z Olimpu piękność, by oszołomić zwykłych śmiertelników. Opadła na krzesło mówiąc:

— Muszę przygotować wyprawę. Będę miała najwspanialsze stroje, jakie kiedykolwiek posiadała panna młoda. Moje przyjaciółki zzielenieją z zazdrości!

— Jak myślisz, kiedy odbędzie się ślub? — zapytała Lidia.

— Jak tylko będzie to możliwe! — odpowiedziała Heloiza, i zawahała się.

— Co się stało? — zaciekawiła się Lidia.

— Właśnie przypomniało mi się, że hrabia jeszcze przez trzy miesiące ma żałobę.

— Rzeczywiście! — zauważyła Lidia. — Ja też o tym zapomniałam.

Matka hrabiego, która nigdy nie była zbyt silna fizycznie i dlatego rzadko udzielała się towarzysko, zmarła przed dziewięcioma miesiącami. Chorowała od dawna, więc jej śmierć została prawie nie zauważona. Odnotowano ten fakt jedynie w towarzyskich rubrykach gazet. Lidia przypomniała sobie, że był to nieoficjalny pogrzeb i odbył się w małym kościółku na terenie Royston Park. Ojciec w nim nie uczestniczył, polecił jednakże przesłać powozem rano w dniu pogrzebu wieniec wykonany przez ogrodników. Lidia poczyniła odpowiednie przygotowania i więcej do sprawy nie powróciła.

Teraz zdała sobie sprawę, że uznano by za niestosowne, gdyby hrabia ożenił się przed upływem roku. Oznaczało to, że może wziąć ślub dopiero w kwietniu, co powiedziała siostrze.

— Wiosenna panna młoda! Pierwszorzędnie! — wykrzyknęła Heloiza. — Muszę mieć suknię w duchu wiosny, a jeśli nasza rodzinna tiara nie jest odpowiednia, mogę pożyczyć jedną od hrabiego. Diamenty Roystonów są sławne.

Wzięła głęboki oddech i powiedziała:

— Mają całą kolekcję szafirów, rubinów i szmaragdów! Lady Burton zawsze o nich opowiadała i zapewniała, że każda kobieta gotowa byłaby stracić rękę, żeby tylko posiąść takie klejnoty!

— Jesteś tak śliczna, że nie potrzebujesz zdobić się tyloma diamentami — zaznaczyła Lidia.

— Chyba zwariowałaś! — prychnęła Heloiza. — Jednym z powodów, dla którego chcę poślubić hrabiego, są jego wspaniałe klejnoty.

Lidii przemknęło przez myśl, że osobiście wołałaby raczej jego konie. Potem nie mogąc powstrzymać się, zadała ponownie to samo pytanie.

— Jesteś pewna, że naprawdę kochasz hrabiego? Uważam, że nie można wyjść za mąż bez miłości.

— Co za nonsens — żachnęła się Heloiza. — Szczerze mówiąc, uważam miłość, pocałunki i całą tę resztę za dobrą dla służby!

— Ależ... Heloizo! — krzyknęła z przestrachem Lidia.

Pamiętała błysk namiętności w oczach kobiet opowiadających o romansach hrabiego. Słyszała kiedyś nawet, jak jedna do drugiej mówiła, myśląc, że nikt więcej nie słucha:

— „Myśliwy” to wymarzony kochanek! Nie masz pojęcia, jak jestem szczęśliwa!

Słowa te wypowiedziano w domu ojca. Ponieważ było za mało służby, Lidia musiała podać do stolika filiżankę kawy przeoczoną przez lokaja. Właśnie obchodziła naokoło kanapę, na której siedziały owe damy, gdy jedna z nich wspomniała o hrabim. Zawsze zwracała uwagę na jego imię, zatrzymała się więc instynktownie. Nie wiedząc, że stoi za nimi, kobiety kontynuowały rozmowę.

— Masz szczęście, Daisy. Zawsze uważałam hrabiego za najbardziej atrakcyjnego mężczyznę, ale niestety nigdy nie spojrzał w moją stronę.

— Wydrapałabym ci oczy, gdyby to zrobił — odpowiedziała Daisy. — Jestem nim szalenie i bezgranicznie oczarowana. Z wielkim trudem powstrzymuję się, żeby nie paść mu do stóp i błagać, by ze mną uciekł...

— Daisy! — krzyknęła przerażona powierniczka. — Jak możesz mówić podobne rzeczy. Pomyśl o skandalu, jaki by to wywołało! Niewątpliwie zostałby pozbawiony tytułu przez księcia!

— Wątpię — odpowiedziała Daisy. — Artur na pewno zdaje sobie sprawę z tego, że „Myśliwy” stoczył już wiele pojedynków i zawsze był zwycięzcą.

Zaśmiała się z odrobiną goryczy.

— W każdym razie nie ma się czego obawiać! Nie jestem tak głupia, by nie wiedzieć, że jego romanse nie trwają zbyt długo, i wątpię, iż jakaś kobieta go zatrzyma, gdy już mu się znudzi.

— Nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby się nudzić przy tobie.

Daisy głęboko westchnęła.

— Dziękuję, najdroższa. Ale nawet będąc najbardziej szczęśliwą pod słońcem dobrze wiem, jak szybko potrafi zmieniać się pogoda.

— Zatem jedynie mogę powiedzieć, że nad wyraz ci zazdroszczę i mam nadzieję, iż słońce będzie ci świeciło przez długi, długi czas — odpowiedziała przyjaciółka.

— I ja także — dodała Daisy — gdyż wiem, że już nigdy nie poczuję się podobnie.

W tym momencie drzwi pokoju otworzyły się i panowie dołączyli do dam. Lidia pospiesznie odeszła od kanapy. Jednocześnie musiała spojrzeć na Daisy. Wtedy rozpoznała w niej głównego gościa ojca — księżnę Dorchester.

To piękna kobieta, co do tego nie było wątpliwości. Lidia przypomniała sobie, że Heloiza i ta dama były do siebie podobne — obydwie o jasnych włosach, błękitnych oczach i cerze bez skazy. Teraz upewniła się, że ten typ kobiety najbardziej podobał się hrabiemu. Jednakże wydawało się Lidii nieprawdopodobne, że pragnie on poślubić Heloizę, choć była za taktowna, by to powiedzieć. „Chyba musi być w niej zakochany” — pomyślała.

Zastanawiała się jednak, co nie pochlebiało na pewno Heloizie, dlaczego hrabia spośród tylu interesujących kobiet wybrał właśnie ją.

— Przyjmę hrabiego w salonie — powiedziała Heloiza — i lepiej ułóż mi włosy staranniej niż wczoraj.

— Przecież wyglądałaś ślicznie!

— Tak, na początku — zgodziła się — ale w połowie balu wszystko się rozluzowało i wyglądałam nieładnie. To twoja wina, że nie upięłaś mi dobrze fryzury.

 

— Żadne spinki nie są w stanie utrzymać długo włosów podczas takiego tańca jak lansjer — stwierdziła Lidia.

— Nie kłóć się ze mną! — odparła opryskliwie Heloiza. — Dopilnuję, żebyś na popołudnie należycie mnie uczesała. Włożę dziś nową suknię.

Zawahała się przez chwilę.

— Wczoraj wieczorem w tańcu powiedział mi, że moje oczy są koloru nieba i że myślał o mnie podczas przejażdżki.

— Co na to odpowiedziałaś? — zapytała zaciekawiona Lidia.

— „Dziwi mnie, że myślisz o mnie, milordzie, lecz oczywiście muszę przyznać, iż jestem oczarowana”. Powiedziałam to w taki sposób, który podnieca mężczyzn, zmysłowym, delikatnym głosem.

Naśladowała przy tym swój własny głos i po raz kolejny wydała się Lidii świetną aktorką.

— Co potem się stało? — spytała Lidia.

— Objął mnie mocniej i szepnął: „Czy wiesz, co do ciebie czuję?”, a ja na to: „Nie mam pojęcia, panie. Nigdy mi nie mówiłeś”. „Więc powiem ci” — odpowiedział — „lecz nie tutaj. Czy mogę cię jutro zobaczyć?” „Myślę, że byłoby to możliwe” — rzekłam odrobinę niepewnie. „Chcę wiedzieć!” — zaznaczył. — „Mam ci coś ważnego do powiedzenia!”

Heloiza lekko się uśmiechnęła.

— Wiedziałam, o co chodzi, ale nie dałam mu tego po sobie poznać. Wyglądałam na zaintrygowaną i spojrzałam na niego szeroko otwartymi oczyma, rozchylając lekko usta. Wtedy nagle powiedział: „Jeśli nadal będziesz tak na mnie patrzeć, pocałuję cię teraz pośrodku sali!” „Och, nie!” — krzyknęłam — „wywołałoby to skandal i rozgniewało tatę!” Na co powiedział, że poczeka w takim razie do jutra.

Lidia słuchała z przejęciem, po czym zauważyła:

— Myślę, że to bardzo rozsądnie z twojej strony, Heloizo. Jestem pewna, że każda inna kobieta zgodziłaby się od razu. A błędem byłoby zapominać, że hrabiego nazywa się „Myśliwym”.

— Uważam, że to głupie przezwisko — stwierdziła Heloiza — ale chyba oznacza, że lubi polować.

— Oczywiście — zgodziła się Lidia — a gdybyś polowała, wiedziałabyś, jak można się rozczarować, gdy złapie się lisa zbyt szybko.

Heloiza zastanowiła się nad tym przez chwilę, i powiedziała:

— Kiedy już poprosi mnie o rękę, będę go trochę zwodzić i poproszę, żeby dał mi czas do namysłu.

— To dobry pomysł — stwierdziła Lidia.

— A jeśli wtedy zrezygnuje?

— Jestem najzupełniej pewna, że pierwszy raz hrabia prosi kogoś o rękę — odpowiedziała Lidia. — Musi cię kochać, Heloizo! Masz naprawdę dużo szczęścia!

— Oczywiście — przyznała — zawsze miałam. Ale przyjmę oświadczyny hrabiego nawet, gdyby później zmienił zdanie, choć żaden przyzwoity mężczyzna nie zrywa przecież zaręczyn.

— Możesz być absolutnie pewna, że hrabia nie zmienia podjętych decyzji — powiedziała Lidia.

— Jednak nie mam zamiaru ryzykować — zastrzegła Heloiza. — A właśnie... nie chcę, by ktokolwiek się koło nas kręcił i przeszkadzał. Powiem tacie, żeby pozostał w gabinecie i nie przerywał nam rozmową o koniach.

— Wszystko przygotuję, lecz musisz spodziewać się, że ojciec przyjdzie do was na herbatę.

— Niestety — zgodziła się Heloiza. — Ale nie chcę tam ciebie!

— Oczywiście — zapewniła Lidia. — Będę się trzymać z daleka.

Poczuła się odrobinę zawiedziona. Tak bardzo pragnęła przecież poznać hrabiego. Potem powiedziała sobie, że jeśli nie pozwolą jej dołączyć do rozmowy, co zdarzało się często w czasie wizyt gości, będzie przynajmniej mogła na niego popatrzeć.

Toteż po skończeniu przygotowań czekała na schodach. Przez długie okna w drzwiach wejściowych widziała zbliżający się powozik hrabiego długo przed tym, nim podjechał pod dom. Gdy doskonale dobrane do zaprzęgu konie manewrowały na dziedzińcu, by zatrzymać się przed samymi drzwiami, dostrzegła hrabiego.

Miał na głowie lekko przechylony cylinder, a płaszcz uwydatniał szerokie ramiona. Gdy wchodził, zobaczyła jego twarz. Klęknąwszy zerknęła przez poręcz i ujrzała tego niezwykłego, fascynującego mężczyznę jak gdyby pierwszy raz. Miał niewątpliwie zawadiackie spojrzenie i lekki grymas na ustach, zupełnie jakby kpił z otaczającego świata i siebie.

Lokaj wziął od niego kapelusz, rękawiczki i poprowadził przez hall do salonu. Lidia pomyślała, że nie ma bardziej dystyngowanego, męskiego i nieodparcie pociągającego mężczyzny. Dopiero gdy już zniknął jej z oczu, wstała z kolan i z dziwnym uczuciem w piersiach uświadomiła sobie, że hrabia pociągał ją w tajemniczy sposób. Nagle odniosła nieprzyjemne wrażenie, że to, co teraz czuła, mogło być miłością. Lecz wchodząc po schodach do sypialni, uznała to za nonsens. Jak mogła darzyć miłością mężczyznę, z którym nie zamieniła ani słowa i zainteresowała się nim tylko dlatego, że był sąsiadem? Lecz wiedziała, że czuje coś więcej i choć nigdy się do tego nie przyznawała, każdego dnia tej zimy wyjeżdżała na polowanie z nadzieją, że go zobaczy. I zawsze, gdy słyszała jego imię, serce zdawało się trzepotać jej w piersi niczym ptak.

Pobiegła do pokoju i podeszła do lustra, by przyjrzeć się swojemu odbiciu. Ujrzała dwoje ogromnych, zmartwionych oczu, które dominowały w rzeczywiście nieco za chudej i drobnej twarzy o ostrych rysach. Włosy, o bliżej nieokreślonym kolorze, układały się naturalnie do góry odsłaniając owalne czoło. Lidia nigdy nie starała się modnie czesać i długie, grube włosy wiązała jedynie w kok z tyłu głowy. Zakładała, że posiada pewną urodę, gdyż przypominała matkę, choć nie była tak olśniewająca jak Heloiza.

„W porównaniu z nią jestem tylko szkicem przy wspaniałych kolorach Rembrandta czy Van Dycka” — pomyślała.

Potem zaśmiała się z tego porównania. W pewnym sensie, było w niej coś z ducha. Często wydawało się, że jest jak cień przemykający między ludźmi, którzy nawet jej nie zauważali.

Po chwili, jakby szukając pocieszenia, spojrzała na stertę książek ustawionych obok łóżka i na półkach, które kazała zbudować stolarzowi po obydwu stronach kominka. Jedną stronę zapełniały już książki, na drugiej było jeszcze trochę wolnego miejsca. Kupowała je, wyrzekając się nowej sukienki, lub wykradała z domowej biblioteki pewna, że ojciec nie zauważy ich zniknięcia, tym bardziej iż Heloiza nie interesowała się literaturą. Powieści były Lidii towarzyszkami i natchnieniem, lecz przede wszystkim stanowiły pociechę w życiu. Potrzebowała otuchy, gdyż nie było przy niej matki, ojciec nie lubił jej, a Heloiza tylko wtedy zwracała na nią uwagę, gdy czegoś potrzebowała. Nadmiar domowych obowiązków nie pozwalał mieć przyjaciół poza domem, więc właśnie książki wypełniały jej życie i sprawiały, że nie czuła się nieszczęśliwa. Wprowadzały ją w świat odległych krain, zbliżały do ludzi, których w rzeczywistości nie mogła poznać, i umożliwiały poszukiwanie tego, za czym naprawdę tęskniła.

— Tak, mam swoje książki — powiedziała półgłosem.

Skrzywiła się, gdy uświadomiła sobie, że było to niczym w porównaniu z pozyskaniem uczuć hrabiego. Wydało jej się to jednak tak nierealne, aż musiała się zaśmiać. Zrozumiałe, że hrabia oświadcza się właśnie Heloizie, najpiękniejszej dziewczynie, jaką świat londyński ujrzał w tym sezonie. Najwidoczniej uznał, iż czas się ożenić i nareszcie mieć dziedzica. Lidia pomyślała też, zważywszy na sposób jego życia, iż mało prawdopodobne, by kiedykolwiek przedtem miał bliższe znajomości z niezamężnymi dziewczętami. Dobrze wiedziała, że należał do wytwornego towarzystwa Marlborough House skupionego wokół księcia Walii, który zgorszył już wiele osób interesując się innymi kobietami. Jego piękna żona, księżniczka Aleksandra z Danii, była obiektem ogólnego współczucia. Jednocześnie nie dziwiono się, że elegancki, pełen werwy mężczyzna, a w dodatku książę, używa życia.

„Przypuszczam, że Heloizie chyba nie będzie przeszkadzało, jeśli również hrabia często zwróci swe zainteresowania w innym kierunku” — pomyślała Lidia.

Potem stwierdziła, że kochając go, przechodziłaby męczarnie wiedząc, że już nie zainteresuje się nią i inne kobiety zajęły jej miejsce, nawet tymczasowo. Wiedziała, że Heloiza by się do tego nie przyznawała, ale ona przecież kochała tylko siebie. Nawet jeśli w przyszłości duma jej zostałaby urażona poczynaniami męża, serce pozostałoby niewzruszone, o ile w ogóle je miała. Teraz Lidia przypomniała sobie, jak niewiele uczuć okazywała Heloiza. Na pewno nie przepadała za matką i niezmiernie nudziło ją odwiedzanie chorej. Pod koniec choroby trzeba ją było do tego namawiać.