Wezwanie z północy - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Wezwanie z północy - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Najpiękniejsze miłości

Przekład

Elżbieta Delis-Modzelewska

Saga

Wezwanie z północy - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTranslacja Elżbieta Delis-Modzelewska tytuł oryginału The Call of the HighlandsZdjęcie na okładce: Shutterstock Projekt okładki: grafiskstue.dk Copyright © 1982, 2020 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711771082

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

ROK 1803

Dochodziło już południe, a lord Alistair McDonon jadł dopiero śniadanie. W jego środowisku nie było to niczym nadzwyczajnym. Poprzedniego wieczoru był najpierw na kolacji, którą w Carlton House wydawał książę Walii, potem z paroma znajomymi na ostatnim Dance Hall, gdzie obejrzeć moża było najpiękniejsze i najbardziej ponętne rozpustnice w Londynie. Jakby tego było mało, zakończył wieczór wraz z przyjaciółmi w bardzo drogim „Domu Rozkoszy” w Haymarket, i teraz żałował, że wypił zbyt dużo francuskiego wina.

W zasadzie był to jego zwykły wieczór, który dopiero następnego ranka zbierał swoje żniwo. Teraz lekceważącym machnięciem ręki zareagował na półmisek doskonale przyrządzonej nerkówki z grzybami, który przyniósł mu służący. Zdecydował się na tosta i łyk brandy.

Nie myślał jednak o suchości w ustach ani o obolałej głowie, lecz o wdziękach lady Beverley. Na stole obok leżał pachnący liścik, w którym pisała, że pragnie go widzieć u siebie o czwartej po południu.

List był raczej rozkazem aniżeli życzeniem, co nie dziwiło u piękności, która zdobywała szturmem każdego najbardziej krytycznego przedstawiciela wyższych sfer. Wdowa po właścicielu wielkich dóbr ziemskich z północnej Anglii, przybyła do Londynu w rok po jego śmierci z towarzyszącą jej starszą ciotką pełniącą rolę przyzwoitki. Nieposzlakowana reputacja i błękitna krew sprawiły, że lady Beverley przyjmowano w domach najbardziej pruderyjnych dam.

Nowa twarz zawsze ekscytowała towarzystwo od czasu, gdy książę Walii uległ urokowi ponętnej aktorki, pani Robinson, a wielki świat zafascynowany był Georgianą, księżną Devonshire.

Jednak wszystkie kobiety przyćmiła piękność z wielką dziedziczną schedą, Olive Beverley. Najpierw wśród członków klubów St. James, a potem w opinii wszystkich dżentelmenów, stała się „niezrównana”.

Z czarnymi, iskrzącymi oczami, połyskliwymi, kruczoczarnymi włosami, aksamitną cerą i rysami, którymi wedle lorda Byrona dorównywała greckim boginiom, była z pewnością rozkoszna. Nawet najbardziej wybredni mężczyźni składali serca u jej stóp i choć lord Alistair nie znosił być jednym z wielu, też uległ wreszcie jej urokowi.

Być może właśnie dlatego, że trudniej go było ujarzmić, lady Beverley uśmiechała się do niego wytrwale. Wkrótce nie tylko drzwi jej domu, lecz i ramiona pięknej pani były dla niego otwarte.

Wytworny, uważany trochę za dandysa, lord Alistair był jednak człowiekiem inteligentnym. Doskonale zdawał sobie sprawę, że swój związek miłosny z Olive Beverley musi utrzymywać w tajemnicy, szczególnie przed niepoprawnymi plotkarzami.

Jako trzeci syn szkockiego naczelnika klanu nie miał szansy na sukcesję książęcą, a wiedział, że Olive mierzy wysoko. Książę Torchester towarzyszył jej w operze, markiz Harrowby, jeden z najbogatszych posiadaczy ziemskich w Anglii, zabierał na przejażdżki do parku. Jednak to lord Alistair był dla niej porywającym kochankiem, a wzajemną namiętność podsycała jeszcze ścisła tajemnica ich spotkań.

Niezwykłe było, że tym razem Olive zapraszała go w dzień. Pociągnął brandy i jeszcze raz przeczytał jej liścik, zastanawiając się, co też ma mu do zakomunikowania. Miał niemiłe wrażenie, że usłyszy, iż Torchester lub Harrowby wypowiedzieli wreszcie owe magiczne słowa, na które bardzo czekała. Bał się, że Olive wychodzi za mąż.

Przykro byłoby ją stracić. Z całą pewnością brakowałoby mu jej, gdyby wyjechała w podróż poślubną. Wiedział jednak, że gdy tylko Olive przywyknie do pozycji księżnej czy markizy, bez wątpienia zatęskni znowu do jego pocałunków. Na tę myśl kąciki ust lorda Alistaira ściągnęły się w cynicznym grymasie.

— Dlaczego tak inaczej czuję się z tobą niż z innym mężczyzną? — zapytała go żałośnie dwa dni temu.

Czekał na nią w jej sypialni po kolacji w Richmond House, podczas gdy markiz Harrowby po odprowadzeniu jej do domu i ucałowaniu dłoni, musiał pokornie odejść od drzwi. Lord Alistair miał klucz od ogrodu i przyszedł do domu przy Park Street wcześniej. Wyjście na taras z salonu było otwarte na oścież i gdy służba udała się na spoczynek, wśliznął się na górę, kładąc się na udrapowanym jedwabiem łożu. Woń francuskich perfum Olive unosiła się w powietrzu. Oczekiwanie sprawiało Alistairowi przyjemność. Wiedział, że jej przybycie rozpali ich namiętność. Olive weszła i natychmiast rzuciła się w jego ramiona. Długo trwało, zanim poczuli chęć do rozmowy. Dopiero gdy świece przy łóżku wypaliły się, a na niebie pokazał się blask przedświtu, zaczęli rozmawiać.

— Jesteś bardzo piękna — rzekł lord Alistair.

Jedną ręką przyciągnął ją do siebie, drugą gładził jedwabiste włosy. Niemal szorstkim ruchem wyciągnął z nich spinki, i opadały teraz kruczoczarną falą na nagie plecy. Pomyślał, że sąrównie miękkie jak jej skóra, i zniewalają go skuteczniej niż jakiekolwiek okowy.

— Jak przyjęcie? — spytał.

— Nudne! — Olive wydęła wargi. — Wszyscy strasznie napuszeni, a książę jeszcze banalniejszy niż zwykle.

— Cieszę się więc, że nie zostałem zaproszony.

— Myślałam tylko o tym — kontynuowała Olive — że zobaczę cię potem, ale nie wyobrażałam sobie, że czas może biec tak wolno. Stale spoglądałam na zegar i wydawało mi się, że chyba stoi!

— Harrowby przywiózł cię do domu? — spytał niedbale Alistair. — Zjawił się punktualnie?

— Zrobiłby to, gdybym zachęciła go nieco bardziej — odparła wyraźnie zadowolona Olive. — Bałam się jednak, że jeśli to uczyni, nasze spotkanie się opóźni.

— Pochlebia mi to!

— Dlaczego nie jesteś bardziej zazdrosny? — zapytała z nagłą nutą gniewu w głosie. — Każdy inny mężczyzna, łącznie z księciem i Arthurem Harrowby, byłby dziko zazdrosny i gotów cię zastrzelić, gdyby wiedział, gdzie teraz jestem.

Lord Alistair uśmiechnął się drwiąco.

— A dlaczegóż to miałbym być o kogoś zazdrosny?

— Kocham cię! Kocham cię, Alistairze! — Uniosła ku niemu twarz. — Czy wiesz, że nigdy mi tego nie powiedziałeś?

— Moim zdaniem powinno to być widoczne bez słów — rzekł wykrętnie.

Wiedział, że Olive jest rozczarowana. Powodowany szczególnym, dla niego samego niewytłumaczalnym kaprysem, z zasady nigdy nie mówił kobiecie o swej miłości. Chciał być pewien, że jego uczucia to coś zdecydowanie odmiennego od spalającej namiętności, dla określenia której istniało inne, bardziej obrazowe słowo.

Wiedział, że nie tylko pod tym względem różni się od swych rówieśników. Modą wśród dżentelmenów stało się pisanie wierszy, sławiących uwielbiane kobiety, ci zaś, których natura nie obdarzyła talentem do mowy wiązanej, pisali elokwentnie i bez końca o swej miłości. Zwyczajne wręcz stało się mówienie o swoim „zakochaniu” lub też „kochaniu się” nawet z rozpustnicami czy prostymi dziewczynami.

Być może to wykształcenie nie pozwalało mu na hańbienie języka angielskiego używaniem słów w kontekście, który dla niego znaczył coś zupełnie innego. Bez względu na powód, nigdy nie powiedział żadnej kobiecie, że ją kocha. Każda też owo pomijanie zauważała i odnotowywała, czując do niego wielką urazę.

— Powiedz, że mnie kochasz — błagała Olive. — Powiedz, że jeśli wyjdę za kogoś innego, będziesz miał złamane serce.

— Nie jestem wcale pewien, czy je mam — odparł lord Alistair. — Wiele pięknych kobiet żyje w przekonaniu, że przy akcie mojego tworzenia zapomniano o dołożeniu tego organu.

— Och Alistair, jak możesz być tak okrutny! — wykrzyknęła Olive. — Każesz mi myśleć, że z twojej strony to tylko gra. Kocham cię do szaleństwa i straszliwie mnie to unieszczęśliwia.

— Wątpię — rzekł lord Alistair. — Dlaczego tak się troszczysz o słowa? Czyny są bardziej skuteczne i z pewnością dają znacznie więcej zadowolenia.

Z tymi słowami objął miękką szyję kobiety, a usta poszukały jej warg. Rozgoryczona brakiem reakcji na jej błaganie, opierała się, szybko jednak gwałtowna władczość pocałunku obudziła przygasły ogień namiętności i jego płomienie zaczęły unosić się w niej coraz wyżej. Nie mogła już myśleć, czuła jedynie palące, nienasycone pragnienie.

Wczoraj lord Alistair nie widział się z Olive, wiedział jednak, że między popołudniem a wieczorem spotkała się zarówno z księciem, jak i z markizem. Był też niemal pewien, że któremuś z nich oddała swą rękę.

Korona w książęcej mitrze była bardzo nęcąca. Markiz z kolei był zamożny i zdecydowanie przystojniejszy. Obu jednak, dumał lord Alistair, rozpiera poczucie własnej ważności. Gdy Olive zostanie żoną któregoś z nich i strojna w rodzinne klejnoty będzie brylować przy stole, stanie się dla niego jedynie kolejnym nabytkiem, którym mężczyzna się chwali i strzeże go zazdrośnie.

Uderzyło go, że życie kobiety zamężnej jest w pewien sposób przygnębiające. Jeśli mąż jest człowiekiem ważnym, żona jest tylko jego uzupełnieniem i nie oczekuje się od niej niezależności sądów ani uczuć. Przypomniał sobie, co powiedziała mu śliczna kobieta, z którą miał krótką acz bardzo satysfakcjonującą sercową przygodę.

 

— Wszyscy mężczyźni z wyższych sfer są tacy sami! Pragną cię w taki sam sposób, jak pragną cennego obrazu, sewrskiej wazy czy też świetnego konia. Gdy już jednak zdobędą ten skarb, rozglądają się wokoło w poszukiwaniu nowej zdobyczy, którą mogliby dodać do swej kolekcji.

— Nie doceniasz siebie! — zaprotestował lord Alistair, tak jak tego oczekiwała, choć wiedział, że w jej słowach jest pewna doza prawdy.

Jednak on nie miał kolekcji, do której mógłby dołączyć piękną kobietę. Starczało mu pieniędzy na dość wygodne życie i pokrywanie wydatków, jakie musi ponosić dżentelmen z najbardziej ekstrawaganckiego i rozpustnego towarzystwa w całej Europie.

Nie posiadał żadnego majątku, aby otrzymywane z niego procenty zapewniały mu duży dochód roczny. Nie obciążały go jednak koszty utrzymywania dużego domu, i poza ubraniem, małym gospodarstwem w Londynie oraz trzymanymi przez niego dwoma końmi, miał tylko niewielkie wydatki. Poza tym korzystał z luksusowego życia w domach swych przyjaciół.

Każda pani domu potrzebowała wolnego mężczyzny, zwłaszcza kogoś tak przystojnego i dystyngowanego jak lord Alistair, toteż do jego wygodnego choć stosunkowo skromnego mieszkania przy Half-Moon Street zaproszenia napływały często. Stało się to powodem zatrudnienia przez niego na dwie godziny dziennie cichego, skromnego sekretarza. Ktoś musiał odpowiadać na coraz obszerniejszą korespondencję.

Z sekretarzem układającym jego spotkania, oczekującym stale sługą i doświadczonym kucharzem, przygotowującym posiłki, gdy był w domu, życie lorda Alistaira było godne pozazdroszczenia.

Nie było w Anglii domu, do którego nie byłby zapraszany, a gdy potrzebował, miał do dyspozycji najlepsze psy gończe i konie do polowania. Zapewne najważniejsza podczas tych wizyt była obecność jakiejś pięknej kobiety, pragnącej dowiedzieć się, czy nie czuje się samotny w nocy.

— Wiem, że nie jest pan bogaty — powiedział mu kilka tygodni temu książę Walii — ale do diabła, Alistair, pewien jestem, że żyje pan lepiej niż ja!

Lord Alistair wybuchnął śmiechem.

— Sire, myślę, że znalazłby pan wielu mężczyzn, którzy chętnie zamieniliby się z panem.

— A pan? — rzucił książę sarkastycznie.

— Ja nie — potrząsnął głową lord Alistair — tylko że ja lepiej od innych wiem, jak wiele trosk pan dźwiga i ile zgryzot ma pan w życiu osobistym.

— To prawda, i uważam, że to strasznie niesprawiedliwe — rzekł książę rozdrażnionym tonem. — Zazdroszczę panu, Alistair. Czy pan to sobie wyobraża?

Później lord Alistair śmiał się na wspomnienie tej rozmowy, ale doskonale wiedział, co książę miał na myśli. Uważał, że wyjątkowym szczęściem jest jego swoboda i niezaangażowanie oraz pewna stabilność uczuć. Książę w każdym romansie, zwłaszcza w związku z panią Fitzherbert, przechodził wszelkie emocjonalne kryzysy, jakie mógłby wymyślić dramaturg. Płakał, ranił się nożem i jeśli kobieta, którą darzył miłością, nie odpowiadała na jego uczucia, groził, że się zabije.

Lord Alistair wiedział o potajemnym małżeństwie księcia z panią Fitzherbert. Gdyby wiadomość o poślubieniu katoliczki przedostała się do opinii publicznej, jego pozycja pretendenta do tronu byłaby zagrożona.

Żadna kobieta nie miałaby dla mnie takiego znaczenia — myślał pogardliwie — żebym zrezygnował z szansy rządzenia Brytanią!

Nieopanowana uczuciowość księcia jeszcze bardziej umocniła przekonania lorda Alistaira, aby nie okazywać swych uczuć, dopóki całym sercem nie będzie przekonany o ich prawdziwości. Nawet w przypływie największej namiętności krytyczna część jego umysłu mówiła mu, że to tylko emocje, które mogą zblaknąć lub zniknąć, nie zaś idealna miłość. Choć doskonale wiedział, że miłość inspiruje ludzi do wielkich czynów, że zawsze opisywali ją artyści i od zarania dziejów stanowiła natchnienie kompozytorów i poetów, sam nie wierzył w jej istnienie.

Miłość! Gdzie jej szukać? Czy jest osiągalna dla zwykłego człowieka jak on? Nie bardzo w to wierzył, a jednocześnie nie chciał godzić się na to, co dla niego było urojeniem. Ofiarowywał więc swe uczucia w świątyni, która wciąż pozostawała pusta.

Pielęgnowane w głębi duszy ideały nie przeszkadzały mu w korzystaniu z uciech życia i spojrzał znowu z zainteresowaniem na leżący przed nim pachnący liścik Olive. Jeśli, jak podejrzewał, wybrała sobie męża, będzie jej brakowało kochanka. Nim nadejdzie dzień ślubu, Olive zrobi wszystko, by wykorzystać wolny czas, który pozostanie jej między kupowaniem ślubnej wyprawy i spotkaniami z przyszłymi krewnymi. Lord Alistair był pewien, że dopóki nie będzie miała na palcu obrączki, nie wpuści do swojej sypialni ani księcia, ani markiza; dla niego ogrodowa furtka i okno salonu były zawsze otwarte.

Zadumę przerwało mu wejście do jadalni służącego. Pokój był mały, bowiem lord Alistair rzadko przyjmował więcej niż sześcioro przyjaciół. Podobnie jednak do przyległego saloniku urządzony był rozkosznie, a jego wyposażenie otrzymał w prezencie od pewnej pięknej damy, z którą romansował jakieś dwa lata temu.

Zmieniał mieszkanie właśnie w chwili, gdy zostali kochankami, i podczas gdy jego stać było tylko na kwiaty i drobiazgi w rodzaju małej broszki z kameą, mająca niezmiernie bogatego męża kobieta szczodrze i na najrozmaitsze sposoby okazywała mu swe uczucia.

W stajni, którą lord Alistair wynajmował przy bocznej uliczce Half-Moon Street, znalazły się nowe konie, i to znakomite egzemplarze. Otrzymywał też nabijane klejnotami laseczki ze złotymi rączkami, wykładane emalią tabakierki, a także obrazy będące przedmiotem wielkiej zazdrości niektórych jego przyjaciół.

Jeśli nawet domyślali się, kto był ofiarodawcą, byli zbyt taktowni, aby o tym mówić. Zachwycali się tylko jego dobrym gustem oraz wiszącym nad kominkiem w salonie Rubensem i zdobiącym sypialnię Fragonardem.

W jadalni uwagę gości przyciągał portret samego lorda. Malowany w czasach jego dzieciństwa, przedstawiał ubranego w kilt Alistaira upozowanego na tle zamku, w którym się urodził, a którego nie widział od dnia, gdy skończył dwanaście lat. Zamek należał do najbardziej imponujących budowli w Szkocji, toteż obcy wpatrywali się zafascynowani w obraz, i mówili zawsze raczej o zamku, niż o stojącym przed nim chłopcu.

— Często słyszałem o zamku Kildonon — mawiali. — Jest wspanialszy od wszystkich innych budowli.

Mieli zazwyczaj chęć dodać coś jeszcze, ale lord Alistair zmieniał temat rozmowy. Zawsze czuł rozdrażnienie, gdy rozmawiano o tym, że od prawie piętnastu lat nie był w rodzinnych stronach.

Służący Champkins przyniósł poranną gazetę i zabrał półmisek nie ruszonej nerkówki.

— Jakiś dżentelmen chce się z panem widzieć, milordzie — oznajmił. — Powiedziałem mu, że tak wcześnie nikogo pan nie przyjmuje.

— Bardzo dobrze, Champkins — odparł lord Alistair. — Nie życzę sobie nikogo widzieć w tej chwili. Powiedz mu, żeby przyszedł jutro.

— Już to powiedziałem, milordzie, ale on powiada, że przybył tu aż ze Szkocji.

— Ze Szkocji, mówisz? — lord Alistair spojrzał na sługę zdumiony.

— Tak, milordzie, ale dla mnie to on na Szkota nie wygląda, a po angielsku mówi jak tutejszy.

— Ze Szkocji — powtórzył lord Alistair. — Nie, to niemożliwe!

— Mam mu powiedzieć, żeby poszedł?

— Nie, Champkins — odparł lord Alistair po chwili milczenia. — Przyjmę go tutaj. Proszę podać coś do picia.

— Nie wygląda mi na takiego, co pije — zauważył Champkins z poufałością zadomowionego służącego.

— Lepiej dowiedzmy się, czego sobie życzy — rzekł lord Alistair. — Wprowadź go.

Champkins popatrzył na pana niepewnie. Lord Alistair wiedział, że służący zastanawia się, czy zaproponować mu bonżurkę zamiast j edwabnego szlafroka, w którym siedział przy śniadaniu. W istocie lord Alistair ubrany był elegancko i pod długim szlafrokiem miał nawet zawiązany biały krawat. Nie do zaakceptowania był dla niego dżentelmen, który je śniadanie, zanim się ubierze, i przyjmuje odwiedziny w przykrytej szlafrokiem długiej koszuli.

Wśród światowych piękności i Znanych dandysów, a dotyczyło to również księcia Walii, nie było niczym niezwykłym wpadać do przyjaciół w porze śniadania. Lord Alistair był więc zawsze wykąpany, ogolony i ubrany, zanim z kimkolwiek się spotkał. Jedyną swobodą na jaką pozwalał sobie o tej godzinie, było niewkładanie żakietu.

Champkins wyszedł, a chwilę później otwierając szeroko drzwi jadalni, zaanonsował ceremonialnym tonem:

— Pan Faulkner, milordzie.

Lord Alistair wpatrywał się przez chwilę w mężczyznę w średnim wieku, którego skronie przyprószyła już siwizną, po czym podniósł się wolno i wyciągnął rękę.

— Trudno mi wprost uwierzyć, że to naprawdę Andrew Faulkner!

— Zastanawiałem się, czy pan mnie pozna, milordzie!

— Wydaje mi się, że to ja powinienem powiedzieć — odparł lord Alistair.

— Jest pan teraz dorosłym człowiekiem — zauważył Faulkner — ale poznałbym pana wszędzie.

Mężczyzna przez moment popatrzył na obraz nad kominkiem, potem przeniósł wzrok na gospodarza.

— Milordzie, mógłbym powiedzieć, że wygląda pan dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem, tylko jest pan przystojniejszy. — Skorzystał z zaproszenia i z godnością zajął miejsce przy stole.

— Spodziewam się, że przybył pan tutaj z wiadomościami od mojego ojca — rzekł lord Alistair. — Nie wyobrażam sobie, by odbył pan tę podróż jedynie dla przyjacielskiej pogawędki.

— Tak jest, milordzie. Przynoszę panu pewne wieści i obawiam się, że zmartwią pana i zakłócą jego spokój.

Lord Alistair nie odpowiedział, uniósł tylko brwi, a potem jakby spodziewając się, że będzie mu to potrzebne, wypił łyk brandy.

— A więc, milordzie — zaczął z wyraźnym trudem Faulkner, ważąc każde słowo — z wielkim żalem muszę powiadomić pana, że pana starszy brat, markiz Kildonon, a także pana drugi brat, lord Colin, utonęli kilka dni temu w czasie sztormu na morzu!

Lord Alistair siedział jak skamieniały. Dłuższą chwilę wpatrywał się w Faulknera, jakby niepewny, czy się nie przesłyszał.

— Ian i Colin nie żyją? — spytał wreszcie nieswoim głosem.

— Tak, milordzie.

— Jak to się stało?

— Wypłynęli na ryby, milordzie, i niespodziewanie rozpętała się burza. Można tylko powiedzieć, że łódź okazała się na morze nieodpowiednia.

— Popłynęli sami?

— Nie, był z nimi rybak. Też zginął.

Lord Alistair odstawił szklaneczkę i uniósł dłoń do czoła.

— Nie mogę wprost uwierzyć w pańskie słowa.

— Ciała zostały wyrzucone na brzeg. Dziś odbywa się pogrzeb na cmentarzu rodzinnym i wiele osób z klanu będzie w nim uczestniczyć.

Lord Alistair dobrze wiedział, o czym Faulkner mówi. Gdy tylko wieść wraz z nakazem stawienia się dobiegnie do nich z zamku, członkowie klanu pokonająmile wrzosowisk, aby zdążyć na pogrzeb. Przybędą z nimi kobziarze, którzy wraz z kobziarzami ojca całymi godzinami na blankach murów grać będą żałobną muzykę. Ciała wystawione zostaną najpierw na widok publiczny w komnacie naczelnika, potem poniesione w procesji na cmentarz, gdzie duchowny dopełni ostatniej posługi.

— Milordzie — podjął Faulkner po dłuższej chwili, jakby dając lordowi Alistairowi czas na oswojenie się z obrazem szkockich wydarzeń — pański ojciec prosi o natychmiastowy powrót pana do domu.

— Mam wrócić?— lord Alistair wyprostował się w krześle. — Dlaczego?

— Ponieważ, jak zapewne zdaje pan sobie z tego sprawę, jest pan teraz nowym markizem Kildonon i dziedzicznym pretendentem do tytułu naczelnika klanu.

Lord Alistair roześmiał się, lecz w jego śmiechu nie było radości.

— Niezbyt odpowiednia pozycja dla kogoś, kogo nie było w Szkocji przez piętnaście lat.

— Pan nadal jest Szkotem, milordzie.

— Wiem o tym, ale to tylko sprawa krwi. Wszystkie moje zainteresowania oraz całe moje życie są teraz zdecydowanie angielskie.

— Mogę to zrozumieć — powiedział Faulkner — ale ojciec potrzebuje pana. Potrzebują pana także McDononowie.

— Jak do tej pory, doskonale radzili sobie beze mnie.

— Ponieważ pańscy bracia zapewniali ciągłość klanu.

Słowa Faulknera brzmiały teraz ostro, jakby mężczyzna dziwił się, że lord Alistair nie widzi dość jasno sensu tych wydarzeń i zmusza go do wyjaśnień.

 

— Czy mam przez to rozumieć — spytał lord Alistair po chwili milczenia — że ojciec chce, abym wrócił i podjął życie z nim, jakby nic się nie stało?

— To pańska powinność, milordzie.

— Powinność, powinność! — prychnął lord Alistair. — W tym słowie kryje się mnóstwo grzechów i konfliktów. Jeśli rozpatrzyć całą sprawę uczciwie, nic nie jest możliwe!

— Dlaczego, milordzie? Wybaczy pan, ale nie rozumiem.

— Ależ doskonale pan rozumie, Faulkner! — żachnął się lord Alistair. — Gdy moja matka wyjeżdżała zabierając mnie ze sobą, dała jasno do zrozumienia, że zostawia ojca ze starszymi synami, a ja należę do niej. Byłem wychowywany wedle jej życzenia i myślałem jej kategoriami. Ponieważ jest pan nie tylko człowiekiem zarządzającym finansami ojca — kontynuował ostrzejszym tonem — ale także przyjacielem rodziny, wie pan równie dobrze jak ja, że życie mojej matki było piekłem. Odeszła, gdyż dłużej nie mogła tego znieść.

— Nie będę twierdził, milordzie, że pańscy rodzice, choć ludzie interesujący i inteligentni, byli dobrze dobranym małżeństwem. Proszę wybaczyć mi to, co teraz powiem, ale nawet w tamtych latach przekonany byłem, że pańskie miejsce jest w Szkocji, w domu przodków. Bez względu na to, jak bardzo stał się pan Anglikiem, szkocka krew nadal płynie w pańskich żyłach.

— Piękne słowa, wymyślone przez dziejopisów! — prychnął lord Alistair. — Ale ważniejsze tu są moje przekonania, mój instynkt oraz życie, którym się raduję od chwili opuszczenia Szkocji.

— Pana bracia byli szczęśliwi.

— Ponieważ nigdy nie poznali innej egzystencji. Bez wątpienia też, za życia ojca, nie mieliby możliwości myślenia o sobie.

Faulkner milczał przez chwilę i lord Alistair wiedział, że tego argumentu starszy pan nie może odrzucić.

— Istnieje jeszcze klan — powiedział cicho.

— Klan? — powtórzył lord Alistair.

— To im tylko pozostało. Od momentu gdy książę Cumberland wygrał bitwę pod Culloden, Anglia lekceważy, ciemięży i poniża Szkocję.

— Kogo dziś obchodzą poglądy czy uczucia Szkotów?

— Być może samych tylko Szkotów — odparł Faulkner. — Jednak to pański naród, milordzie. Szkoci patrzą na pana, jak na swego przyszłego przywódcę.

— Nie, dopóki mają mojego ojca, który rządzi nimi z wszechwładzą, jaką nie dysponuje żaden z żyjących monarchów!

— To prawda — przytaknął Faulkner. — W Szkocji, zwłaszcza na północy, naczelnik nadal jest przywódcą, ojcem i pasterzem swego klanu. Pana ojciec jest już starym człowiekiem — podjął miękko po chwili milczenia. — Po jego śmierci klan musi mieć zapewnionego następcę.

— Jestem pewien, że wśród moich krewniaków znajdzie się aż nazbyt wielu chętnych do odgrywania tej roli.

— Ma pan rację — przytaknął Faulkner. — Pana kuzyn Euan, którego z pewnością pan pamięta, po śmierci pańskich braci zaproponował, że zajmie miejsce spadkobiercy pana ojca. Złożył mu przysięgę na wierność i błagał, by mianował go swoim następcą.

W oczach lorda Alistaira pojawił się błysk nagłego gniewu.

— Doskonale pamiętam Euana! — powiedział. — Zawsze był ambitny i lubił wysuwać się na pierwszy plan. Co mu ojciec odpowiedział?

— Jego miłość wysłuchał go — odparł Faulkner — po czym odpowiedział z wielką godnością: „Straciłem dwóch synów, Euanie, co było z pewnością wolą Boga, ale nadal mam trzeciego i on jest moim prawnym sukcesorem”.

Lord Alistair nadal miał ściągnięte czoło, ale wzruszenie, z jakim mówił Faulkner, wywołało na jego ustach lekki uśmiech.

— Chciałbym widzieć twarz mojego kuzyna — powiedział — gdy otrzymał odprawę, na którą bez wątpienia zasłużył.

— Powstał — relacjonował dalej Faulkner — i powiedział: „Wasza miłość, Alistair jest teraz Anglikiem i uważam, że jego powrót jest mało prawdopodobny. A jeśli tak się stanie, przekonasz się panie, iż to dandys i głupiec, mężczyzna zainteresowany tylko winem i kobietami”.

Zmarszczka na czole lorda Alistaira pogłębiła się.

— I co mój ojciec na to odpowiedział? — spytał twardo.

— Jego miłość nie powiedział nic — odparł Faulkner — tylko przeszedł do komnaty naczelnika, a gdy pospieszyłem za nim, kazał mi natychmiast wyjeżdżać do Londynu. Przybyłem statkiem, bo tak było szybciej, i myślę, że pan również uzna taką podróż za wygodniejszą.

— Pan przyjmuje, że podporządkuję się woli ojca — rzekł lord Alistair wstając. — Jednak i pan, i on musicie mieć świadomość, że istnieje coś, czego nie mam zamiaru robić. Kiedy wyjeżdżałem z matką miałem wprawdzie tylko dwanaście lat, ale ona mnie do tego nie zmuszała.

— Wiem o tym — rzekł Faulkner. — Jego miłość powiedział mi, że zostawiła panu wybór.

— Nie było mi trudno podjąć decyzji — zauważył lord Alistair. — Ja również cierpiałem pod ręką ojca. Nie lubiłem go i nadal nie lubię.

Zapadła cisza.

— Mam nadzieję, że nie zabrzmi to arogancko, milordzie — podjął Faulkner — jeśli powiem, że niezależnie od uczuć, jakie do siebie żywicie, pański ojciec był zawsze szczodry.

Lord Alistair zesztywniał. Faulkner mówił prawdę. Kiedy jego matka opuściła zamek Kildonon, co, jak mówiła, było dla niej kwestią życia i śmierci, książę wyznaczył sporą pensję na utrzymanie jej i ich najmłodszego syna.

Córka hrabiego Harlow zabrała Alistaira ze sobą do domu rodziców i najpierw posłała go do renomowanej szkoły publicznej, potem do Oksfordu. Wychowywał się w posiadłościach Harlowów w Suffolk, a gdy przyjeżdżał do Londynu, zawsze mógł zatrzymać się w domu dziadka przy Grosvenor Square. Zyskał przyjaciół i wraz z matką przyjmowany był przez ludzi z najlepszych sfer.

Wszystko było dla Alistaira tak nowe i fascynujące, że przez chwilę nawet nie tęsknił za wielkim zamkiem wznoszącym się nad akrami dzikich wrzosowisk. Nie tęsknił nawet za braćmi, którzy zawsze mu dokuczali.

Gdy trzy lata temu matka zmarła, zaczął się obawiać, że będzie zmuszony zmienić styl życia. Ojciec, który nie kontaktował się z nim w ogóle, mógł przecież przestać dawać mu pieniądze, jakie do tej pory wypłacał żonie. Odczuł wielką ulgę, gdy od prawników księcia otrzymał list z zapewnieniem, że pieniądze, które przychodziły za życia jego matki, przeniesione zostaną na niego. Nie napisał do ojca z podziękowaniem, prosił jednak prawników, by przekazali mu wyrazy wdzięczności.

— Czy mam przez to rozumieć, Faulkner — spytał ostro — że jeśli nie wypełnię rozkazu ojca i nie wrócę, pozbawi mnie tych paru groszy?

Czekał na odpowiedź. Widział jak Faulkner waży słowa.

— Milordzie, znając jego miłość, sądzę, że jeśli odrzuci pan powinność, którą ojciec uważa za wypełnienie woli Boga, przestanie być pan jego synem! On się pana wyrzeknie!

— I postawi Euana na moim miejscu?

— Są inni kuzyni, ale bez wątpienia pan Euan jest najpoważniejszym pretendentem.

Lord Alistair odwrócił się do kominka i spojrzał na obraz z górującym nad morzem zamkiem i widocznymi w oddali wrzosowiskami. Zamek ze swymi wieżami i wieżyczkami strzelniczymi robił ogromne wrażenie, a przedstawiony został wyjątkowo pięknie.

Nie miał żadnych złudzeń. Pamiętał przerażającą dominację ojca. Wyobrażał sobie samotne życie z dala od tego, co było jego realnym światem i rezygnację ze wszystkiego, co do tej pory dawało radość. Wyczuwał każdym zmysłem, że tego nie zniesie, ale rozum mówił, że nie ma wyboru. Nie uda mu się żyć bez pieniędzy i bez przyjaciół, nie zwróci się też o wsparcie do krewnych z linii Harlowów. Ojciec matki nie żyję, jego wuj, teraz hrabia, ma dużą rodzinę i nigdy nie interesował się siostrzeńcem. Poza tym jest zbyt dumny, co Faulkner nazywa jego „szkockąkrwią”, by być pieczeniarzem.

Odwrócił się do Faulknera.

— W porządku — powiedział — wygrał pan! Kiedy musimy wyjechać?

Na twarzy Faulknera nie było widać, tak jak się spodziewał, triumfu. Starszy pan zawahał się, a w jego oczach pojawiła się niepewność.

— O co chodzi? — żachnął się Alistair.

— Milordzie — zaczął Faulkner — podane zostało oficjalnie, że pański brat, markiz Kildonon, poślubi lady Moraig McNain.

— Więc?

— Pański ojciec dał słowo, że lady Moraig poślubi jego najstarszego syna dla zjednoczenia klanów, które jak pan wie, od pokoleń żyją w niezgodzie.