UdręczonaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Udręczona - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Najpieknięjsze miłości

Tłumaczenie Elżbieta Lipska

Saga

Udręczona - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tłumaczenie Elżbieta Lipska

Tytuł oryginału Winged Victory

Język oryginału angielskiego

Cover image: Shutterstock

Cover layout: Grafiskstue.dk

Copyright © 1982, 2021 Barbara Cartland i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711771730

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od Autorki

Pierwsze zapiski o gonitwach w Newmarket Heath pochodzą z 1622 roku, ale dopiero po restauracji Stua ów Newmarket stał się najsłynniejszym brytyjskim torem wyścigowym.

Karol II spędzał tu wiele czasu, a z jego pałacu do domu Nell Gwynn prowadził tunel zniszczony dopiero za czasów panowania królowej Wiktorii.

Król ustanowił tory wyścigowe w Newmarket w 1664 roku, ale po jego śmierci gonitwy zawieszono i dopiero za panowania Wilhelma III i Marii II królewski koniuszy wprowadził w Newmarket rządy silnej ręki. Za czasów królowej Anny oraz Jerzego I i Jerzego II Newmarket przeżywało dalszy rozkwit.

Powstały w Newmarket w 1752 roku, pod patronatem słynnego Star and Garter z Pall Mall, The Jockey Club krok po kroku zawładnął torem wyścigowym.

Rozdział 1

1803

Hrabia Poynton jadł obiad w otoczeniu, do którego był przyzwyczajony. Zdobienia stołu i zastawa wykonane były ze złota, na kryształowych kielichach widniał wygrawerowany herb rodowy, a owoce podano na porcelanie z Sèvres.

Wśród socjety, nie wyłączając księcia Walii, nie było nikogo, kto jadałby z taką pompą i wśród takiego przepychu jak hrabia.

W każdej jego posiadłości wszystko wydawało się być równie doskonałe jak on sam. Nie tylko utrzymywał, ale pomnażał to, co odziedziczył po ojcu, aż zaczęto stawiać go za przykład pozostałym ziemianom.

Można jeszcze wspomnieć o jego wspaniałych koniach, którym poświęcał szczególnie dużo uwagi i troski.

Mimo że często budził zrozumiałą niechęć i zawiść, większość sportowców przyznawała, że hrabia zasługiwał na uznanie, jakie przynosiły mu coroczne zwycięstwa w gonitwach.

Siedział u szczytu stołu, przystojny, choć z cynicznym spojrzeniem, dystyngowany i pewny siebie, emanujący siłą autorytetu, czyniącego go pełnym majestatu.

Niech to diabli, pomyślał jego przyjaciel, Eddie Lowther, z takim wyglądem, a zwłaszcza z taką klasą, on mógłby być królem!

W swej posiadłości w Newmarket hrabia gościł najbardziej zamożnych i najwybitniejszych miłośników koni z całego kraju.

Powodem spotkania były nie tylko rozgrywane tu dwudniowe zawody, ale także zainteresowanie niezwykłą aukcją, która miała odbyć się następnego dnia.

— Nie rozumiem, dlaczego Melford wyprzedaje konie — powiedział z nutą zdziwienia w głosie jeden z gości hrabiego. — Przecież, na Boga, jest dość bogaty, by utrzymać stadninę, a przez ostatnie dwa lata dobrze mu się wiodło. Dlaczego się poddaje?

— Może powodem jest to — odpowiedział starszy mężczyzna, zanim ktokolwiek zdążył otworzyć usta — że ostatnio podupadł na zdrowiu. Dlatego, słyszałem, postanowił skoncentrować się na hodowli, którą spokojnie może prowadzić w swej posiadłości w Sussex, zamiast zmagać się z wichurami, jakie musimy znosić w Newmarket albo jeszcze gorszą aurą podczas wyjazdów na tory na północy.

Wszyscy zebrani przy stole zgodnie przytaknęli, że to może być powód zapowiedzianej przez sir Waltera Melforda wyprzedaży, a hrabia dodał:

— Mogę tylko powiedzieć, że cieszę się ze sposobności poszerzenia własnej stajni. Melford miał kilka dobrych koni, zwłaszcza Raskala i Mandrake’a.

— Cholera, Poynton — wykrzyknął jeden z biesiadników — potrzebuję właśnie tych dwóch koni, a skoro ty będziesz licytował przeciwko mnie, nie mam szans.

— Nie zamierzam przebijać ich rzeczywistej wartości — powiedział hrabia — i uważam, że jutro powinniśmy zachować trzeźwość umysłu, bo Melford słynie z tego, że gdy mowa o pieniądzach, nie ustąpi na krok.

— To prawda — westchnął Eddie Lowther. — Szczerze mówiąc, nigdy nie lubiłem tego gościa. Kiedyś wyciął jednemu z moich przyjaciół paskudny numer, wręcz śmiem powiedzieć, że go oszukał!

Tym razem po sali przebiegł cichy pomruk. Było oczywiste, że sir Walter Melford nie był lubiany w tym gronie.

— Kimkolwiek jest — odparł hrabia — my skupmy naszą uwagę na koniach, ale zapłaćmy tylko tyle, ile naprawdę są warte. Jeśli ceny minimalne będą za wysokie, nie wchodźmy w to.

Mówił takim tonem, jakby wydawał polecenia, lecz jego goście wiedzieli, że hrabia był twardym, ale sprawiedliwym człowiekiem.

W świecie sportu zdarzyło się wiele sytuacji, gdy okazywał się człowiekiem nadzwyczaj szczodrym dla tych, którym nie sprzyjało szczęście. Nigdy o tym nie mówił, a ponieważ nawet najbliżsi przyjaciele mieli przed nim respekt, więc wystrzegali się pytań, na które nie chciał odpowiadać.

Eddie Lowther, człowiek bliższy hrabiemu niż ktokolwiek inny, również zastanawiał się, co takiego było w sir Walterze Melfordzie, że mimo jego zainteresowania wyścigami, mimo wspaniałych koni, jakie wystawiał niemal we wszystkich klasycznych gonitwach, nie został przyjęty do elity, do sportowej rodziny, na której czele stał hrabia.

Pomyślał, że wcale nie byłby zaskoczony, gdyby to był prawdziwy powód dla którego sir Walter sprzedawał swoją stadninę.

Mimo że próbował wiele razy, nigdy nie został wybrany na członka Jockey Club. Po prostu, w pewien tajemniczy sposób, za każdym razem, gdy próbował dostać się do Białych, jego kandydatura była odrzucana.

Być może sir Walter doszedł do wniosku, że lepiej być wielką rybą w małym stawie (a niewątpliwie takim byłby wśród zwykłych sportowców) niż płotką w dużym i stawać w zawody z hrabią i jego stronnikami.

Reszta przyjęcia upłynęła na ożywionych dyskusjach o innych, godnych uwagi w jutrzejszej licytacji koniach, skoro Raskal i Mandrake, zarezerwowane dla hrabiego, znalazły się poza ich zasięgiem.

— Rzecz w tym, Poynton — powiedział jeden z nich — że jeśli ty nie obstawiasz jakiegoś konia, to wszyscy możemy podejrzewać, iż wiesz o jakiejś wadzie zwierzęcia, o której my nie mamy pojęcia.

— To prawda — zgodził się inny. — Jeśli cokolwiek sprawia, że nie sięgam do portfela, to przekonanie, że twoim zdaniem ten koń nie jest wart swojej ceny.

Hrabia roześmiał się.

— Robicie ze mnie wszechwiedzącego.

— Niech to diabli! Bo tak właśnie jest — padła odpowiedź. — Chyba nie sądzisz, że którykolwiek z nas mógłby rywalizować z tobą w wiedzy o koniach!

— Ale wciąż się uczymy! — krzyknął ktoś inny.

— Oczywiście, że tak — hrabia powoli cedził słowa — i, mówiąc skromnie, naprawdę uważam, że po prostu mam szczęście.

Sposób, w jaki to powiedział, nie pozostawiał słuchaczom cienia wątpliwości, że to nieprawda.

A było tak dlatego, że starał się poznać swe konie, nadzorował porody swoich klaczy, a do wszystkich planów i zamierzeń dopasowywał własny trening i dzięki temu posiadł taką wiedzę o wyścigach, że nie dorównywał mu żaden inny hodowca w kraju.

Eddie parsknął śmiechem i podniósł kielich.

— Za twoje dalsze sukcesy, Lennox! — powiedział. — Panuj nam miłościwie, nawet jeśli od czasu do czasu nachodzą nas rewolucyjne myśli przeciwko twej dyktaturze!

Na te słowa wszyscy wybuchnęli śmiechem, a hrabia właśnie miał odpowiedzieć, gdy podszedł do niego służący.

— Wybacz mi, jaśnie panie — odezwał się przyciszonym głosem — ale jest tu pewna młoda dama, która nalega na spotkanie z jaśnie panem hrabią.

— Młoda dama? — zapytał hrabia. — Sama?

— Na koniu, panie.

— Powiedz jej, że jeśli chce się ze mną zobaczyć, niech przyjdzie jutro rano.

— Już jej to zasugerowałem, panie, ale ona twierdzi, że musi się zobaczyć z jaśnie panem natychmiast, że to sprawa życia lub śmierci!

Hrabia uniósł brwi, jakby sądził, że służący żartuje z niego, lecz po chwili, zdając sobie sprawę, iż to ten sam majordomus, którego znał od lat, odparł:

— Parker, czy to dama?

Zaakcentował ostatnie słowo, a majordomus odpowiedział:

— Niewątpliwie, mój panie.

Wiedząc, że Parkera nigdy nie udało się zwieść w ocenie statusu społecznego mężczyzny czy kobiety, hrabia powiedział:

— Dobrze. Wprowadź ją do małego salonu i każ poczekać.

— Najmocniej przepraszam jaśnie pana hrabiego, ale tej młodej damie bardzo zależy na tym, by wyszedł pan do niej na zewnątrz. Wydaje mi się, mój panie, że chce ci pokazać konia.

Czując, że wywiera się na niego presję, hrabia spojrzał groźnie, lecz nieoczekiwanie, zapewne ze względu na niezwykłość sytuacji, odparł:

— Dobrze, Parker, ale wiesz, że nie lubię, gdy przeszkadza mi się w czasie posiłku.

— Wiem, mój panie, ale ta młoda dama była bardzo uparta.

Hrabia odsunął krzesło i zwrócił się do siedzącego obok mężczyzny:

— Wrócę za kilka chwil. Zajmij się winem.

 

— O to się nie martw! — odparł przyjaciel.

Nieśpiesznie, wciąż marszcząc brwi, hrabia wyszedł z jadalni i ruszył wytwornie umeblowanym korytarzem prowadzącym do holu.

Był właścicielem jednej z bardziej imponujących rezydencji w Newmarket, która, choć on sam traktował ją jak mały domek myśliwski, bez wątpienia mogła zwyciężyć konkurencję z niejedną, podobnej wielkości, rodową posiadłością w kraju.

Krajobrazowe ogrody zapełniały równiny, a drzewa opierały się silnym wiatrom, które nieustannie wiały nad wrzosowiskami.

Mimo że dzień był upalny, wieczorem ochłodziło się i hrabia pomyślał, iż zaraz pewnie ujrzy bladą twarz, z parą ogromnych oczu, wpatrzonych w niego, gdy będzie schodził po schodach prowadzących od frontowych drzwi.

Dziewczyna, która chciała się z nim zobaczyć, była drobna i smukła, a włosy pod nasuniętą na czubek głowy dżokejką miała tak jasne, że w wieczornej mgle hrabiemu wydawało się, iż są całkiem białe.

Wtem zdał sobie sprawę, że to bardzo młoda osoba, niemal, pomyślał, dziecko, lecz bez wątpienia dama. Dziwne, że poprosiła go o spotkanie o tej porze, nie mając do towarzystwa choćby i parobka.

Gdy podszedł bliżej, odezwał się:

— Domyślam się, że wysyłając mi tę nieco dramatyczną wiadomość, chciała pani ze mną rozmawiać.

— To... to bardzo uprzejmie ze strony jaśnie pana hrabiego, bo... musiałam się z panem zobaczyć!

Miała niski, melodyjny głos, ale w ostatnich słowach zabrzmiała nuta desperacji, która nie umknęła uwagi hrabiego.

Stał, chłonąc każdy szczegół jej postaci, a ona milczała chwilę w oczekiwaniu na jego słowa, lecz gdy się nie odzywał, zmuszona była zacząć:

— Czy mógłby... Czy mógłby pan obejrzeć mojego konia i... i kupić go ode mnie?

— Jest twój, pani, i jest na sprzedaż?

— Tak, należy do mnie... Przysięgam, że jest mój, ale... ale ja chcę, żeby to pan go miał.

— Dlaczego? — zapytał niedbale hrabia.

Dziewczyna, zanim odpowiedziała, obejrzała się, jakby w obawie, że ktoś mógłby ich podsłuchiwać.

— Może obejrzałby pan Stara i gdybyś... gdybyś zdecydował się, zgodnie z moją prośbą, kupić go, ja... ja tam, gdzie nikt by nas nie usłyszał, wyjaśniłabym, dlaczego to... konieczne.

Hrabia wiedział, że mówi o parobku czekającym przy schodach, by w razie potrzeby zaprowadzić konia do stajni, i o odźwiernym, który wyszedł za nim przed frontowe drzwi i stał sztywno po drugiej stronie czekając na polecenia.

Hrabia bez słowa przypatrywał się koniowi. Zwierzę było karne, miało kształtny łeb.

Poza widoczną na czole białą łatą w kształcie gwiazdy miał kruczoczarne umaszczenie. Hrabia na pierwszy rzut oka poznał, że nie powstydziłby się tego konia w swojej stadninie i że niewątpliwie zwierzę sprawdziłoby się na polowaniach.

Ponieważ cokolwiek robił, zawsze był dokładny, starannie obejrzał ogiera i klepiąc go po karku, powiedział:

— Na moje oko, twój koń może mieć ze cztery lata.

— I trzy miesiące, panie.

— Masz świadectwo urodzenia?

— Tak, panie, na piśmie.

— Dobrze — odparł hrabia. — Odeślę go do stajni, a my wejdźmy do środka, by mogła mi pani zdradzić ten wielki sekret, który wymaga takiej prywatności.

W jego głosie pobrzmiewał sarkazm, jakby nadal uważał, że nic nie usprawiedliwiało jej wizyty, złożonej o tak niezwykłej porze.

Dziewczyna wyciągnęła rękę, by pogłaskać i uspokoić konia, a on odwrócił się do niej i dotknął jej pyskiem, zanim przywołany gestem dłoni przez hrabiego parobek podszedł do zwierzęcia.

Sługa odprowadził konia w kierunku stajni, a dziewczyna podążyła za hrabią po schodach.

Gdy weszli na korytarz, nie poprowadził jej do małego salonu, ale w kierunku pracowni, gdzie zwykle spotykał się z ludźmi, którzy prosili go o rozmowę.

Odźwierny w pośpiechu otworzył drzwi i hrabia wszedł do pokoju, gdzie wisiały portrety koni, pędzla najlepszych artystów ostatnich dwustu lat.

Przywykł, że każdy, kto pierwszy raz wchodzi do jego pracowni, podziwia najpierw obrazy, a potem wygodnie urządzone wnętrze — sofy i krzesła obite ciemnoczerwoną skórą.

Było tu także biurko i inne meble — wspaniałe przykłady geniuszu Roberta Adama.

Lecz tym razem gość hrabiego po prostu zatrzymał się tuż za drzwiami i spoglądał na niego wzrokiem, w którym nie potrafił odszukać śladu pokory.

— Proponuję, żeby pani usiadła — powiedział — i, ponieważ goszczę u siebie przyjaciół, szybko opowiedziała mi o wszystkim.

— Ja... ja jestem ci bardzo wdzięczna, panie.. wdzięczna, że zgodziłeś się mnie przyjąć.

Mowacto, dziewczyna przysiadła na brzegu wskazanego przez hrabiego fotela. Zdjęła rękawiczki do konnej jazdy, a on po sposobie, w jaki składała dłonie, poznał, że musiała być bardzo zdenerwowana.

— Po pierwsze, zanim zaczniesz — odezwał się hrabia — proponuję, żebyś powiedziała mi, jak się nazywasz.

— Cledra, panie. Cledra Melford.

Hrabia sprawiał wrażenie zaskoczonego.

— Melford? Czy należysz do rodziny sir Waltera Melforda, tego, który organizuje jutro aukcję?

— To mój wuj.

— Twój wuj? I ty na dzień przed rozpoczęciem licytacji próbujesz mi sprzedać konia?

— Star nie będzie wystawiany na jutrzejszej aukcji, panie, więc ani ty, ani żaden z twoich przyjaciół nie mógłby go kupić. On ma być sprzedany osobno... człowiekowi, który... który będzie go źle traktował.

Widząc sceptycyzm w jego oczach, Cledra zarzekała się w pośpiechu:

— To prawda! Przysięgam, że mój wuj chce sprzedać Stara człowiekowi o nazwisku Bowbrank, który... ma opinię okrutnika.

Z rezygnacją spojrzała na hrabiego i mówiła dalej:

— Wolałabym... wolałabym zabić Stara własnymi rękami niż pozwolić, by tak cierpiał.

Gdy to mówiła, przyszło jej do głowy, że sceptycyzm hrabiego może wynikać z jej histerycznego tonu. Mimo to kontynuowała:

— Pan Bowbrank tak intensywnie ćwiczy swoje konie, że w ostatnim roku trzy z nich padły z wyczerpania. Bije je podczas każdej przejażdżki, bo twierdzi, że tylko w ten sposób może z nich wycisnąć odpowiednią szybkość.

— Bowbrank! — zawołał hrabia. — Masz na myśli właściciela zajazdu, który zaopatruje pocztyliony i inne powozy w Newmarket?

— Tak, panie. Myślę, że mogłeś o nim słyszeć.

— I twierdzisz, że on katuje zwierzęta? To z pewnością nie jest najbardziej ekonomiczna metoda w jego fachu.

— Jest okrutny nie tylko z braku wrażliwości, ale dlatego, panie, że pije.

I znowu Cledrze przyszło na myśl, że jej słowa nie zrobiły na hrabi wrażenia, więc zaczęła błagać:

— Proszę... proszę, uwierz mi. Wuj Walter sprzedaje Stara temu człowiekowi tylko dlatego, że chce mnie skrzywdzić. On wie, że gdy pomyślę, że Star... że on cierpi, sama będę chciała... umrzeć.

— Dlaczego twój wuj miałby ci tak źle życzyć? — zapytał hrabia.

— Bo mnie nienawidzi — odparła Cledra — tak jak nienawidził mego ojca.

— Mówisz tak, jakby twój ojciec już nie żył.

— Nie żyje. Zmarł cztery miesiące temu. On i... mama zginęli w wypadku, a ja zostałam pod opieką wuja, bo... nie miałam dokąd pójść.

Hrabia nic nie odrzekł, a ona po chwili powiedziała:

— Tata nie miał pieniędzy... tak naprawdę to miał długi, ale... ale Star należy do mnie. Jest zarejestrowany na moje nazwisko i dlatego wuj Walter nie może mi go zabrać. Lecz teraz stwierdził, że mam go sprzedać, żeby zapłacić za swoje utrzymanie, a ponieważ jest moim... opiekunem, nic... nic nie mogę zrobić, żeby go powstrzymać.

— I prosisz mnie pani, bym kupił twojego konia, zanim on odda go w ręce tego człowieka, Bowbranka?

— Tak, panie.

— I domyślam się, chcesz, żebym zapłacił ci gotówką?

— Och nie, jest coś innego, o co chciałam cię prosić — odparła Cledra. — Kiedy wuj Walter przyjechał i zabrał mnie z domu w Essex, gdzie mieszkałam z tatą i mamą, nie zgodził się płacić starej niani, która opiekowała się mną od dziecka, ani podarować czegokolwiek parobkowi, który zajmował się końmi taty i był traktowany jak członek rodziny.

Szlochając mówiła dalej:

— Zostawił ich, panie, bez grosza, nie licząc skromnych pieniędzy, które im oddałam, gdy bez wiedzy wuja Waltera sprzedałam biżuterię mamy.

Hrabia przyglądał się jej badawczo, jakby nie mógł uwierzyć jej słowom.

Lecz ten sam instynkt, na którym polegał oglądając konia, podpowiadał mu teraz, że dziewczyna mówi prawdę.

Gdy mówiła, wszystkie nerwy miała napięte jak postronki, tak bardzo starała się go przekonać, by spełnił jej prośbę.

— Niewątpliwie, panno Melford, to bardzo osobliwe życzenie — powiedział powoli—i dlaczego, skoro nigdy przedtem mnie nie spotkałaś, zwracasz się z tym do mnie, a nie do przyjaciela twojego ojca?

— Wszyscy przyjaciele ojca są w Essex, tam gdzie mieszkaliśmy — odpowiedziała Cledra — a ja dopiero wczoraj przypadkowo usłyszałam rozmowę i dowiedziałam się o planach wuja Waltera.

Jakby czując ból, głęboko wciągnęła powietrze i mówiła dalej:

— Gdy się sprzeciwiłam, on stwierdził, że Star nie jest dość dobry, by go wystawić na sprzedaż razem z jego końmi. Lecz ja dobrze wiem, że zrobił tak, bo chciał... ukarać mnie za to, że jestem córką mego ojca.

— To dość dziwny powód — rzekł hrabia.

— Tata miał wszystko, czego brak wujowi Walterowi! — odparła Cledra. — Począwszy od tego, że był prawdziwym sportowcem, uprzejmym, wyrozumiałym i zawsze gotowym do pomocy innym, i żołnierzem, póki nie stało się to dla niego zbyt kosztowne, a potem on i mama osiedlili się na spokojnej wsi. Każdy, kto go poznał, od razu bardzo go polubił, więc tata stał się bardzo popularny i to drażniło wuja Waltera.

Cledra umilkła, a hrabia zauważył, że gdy mówi o niedawno zmarłym ojcu, powstrzymuje łzy, które błyszczały w kącikach jej oczu.

— Poza tym — mówiła dalej — tata i mama byli zapraszani przez ludzi, którzy nigdy nie zaprosiliby wuja Waltera, ponieważ go nie lubili. Chodzili na bale, gościli na domowych przyjęciach i wyścigach konnych, a ponieważ tata był dobrym kompanem, a jego przyjaciele bardzo go cenili, jeden z nich umożliwił mu przystąpienie do Białych.

Hrabia pomyślał, że pewnie sam ten fakt, poza wszystkim innym, rozwścieczył sir Waltera, który nie został dopuszczony do członkostwa w najbardziej wytwornym i poważanym Club of St. James.

Po tym, co usłyszał przy obiedzie, był skłonny uwierzyć w historię Cledry. Potem pomyślał, że jak większość kobiet, tak i ona prawdopodobnie przesadza.

Wyglądała na bardzo młodą, egzaltowaną osobę, która najwyraźniej została sama w nieprzyjaznym świecie, a jej jedyny krewny nie tolerował jej.

Po chwili powoli powiedział:

— Więc prosisz mnie, żebym kupił od ciebie Stara, a pieniądze wysłał dwojgu ludziom, którym, według ciebie, twój wuj powinien płacić po śmierci twego ojca.

— Czy... Czy to zrobisz?... Czy naprawdę to zrobisz?

W głosie Cledry pojawiła się radosna nuta, której nie słyszał wcześniej. Oczy jej błyszczały.

— Sądzę, że mógłbym — odparł hrabia — ale podejrzewam, że twój wuj uznałby moje postępowanie za dość dziwaczne.

Cledra krzyknęła, a echo jej głosu rozniosło się po pokoju.

— Wuj Walter nigdy nie może się dowiedzieć ani że to ty kupiłeś Stara, ani gdzie on jest.

— Myślisz, że mógłby się na mnie mścić? — drwiąco zapytał hrabia.

— Och nie, nie na tobie, ale na... na Starze. W zeszłym roku był tu koń, który... który zdechł i...

Cledra nagle przerwała.

— Ja... bardzo przepraszam... Nie powinnam była tego mówić.

— Skoro zaczęłaś, byłbym bardzo niezadowolony, gdybyś nie dokończyła czegoś tak istotnego.

— Byłoby lepiej... byłoby lepiej dla ciebie, panie, gdybyś o tym nie wiedział.

— Jednak nalegam!

Hrabia powiedział to w taki sposób, że nawet mężczyźnie, a cóż dopiero kobiecie, trudno byłoby mu nie ulec i Cledra, żałując że w ogóle poruszyła ten temat, niechętnie powiedziała:

— Czy pamiętasz wiosenną gonitwę? Craven Handicap? — zaczęła niepewnie.

— Tak — odparł hrabia.

— Jeśli pamiętasz... zwycięzcą został lord Ludlow i jego koń o imieniu... Jessop.

Hrabia przytaknął.

— O włos wyprzedził konia wuja Waltera.

— Tak, pamiętam ten bieg.

— Wuj Walter był bardzo zły. I tak nie lubił lorda Ludlowa, najwyraźniej dlatego, że chociaż miał tylko kilka koni, w przeciwieństwie do całej stajni wuja Waltera, był po wyścigu bardziej oblegany przez publiczność niż on.

 

— I co się stało? — zapytał hrabia.

— Wuj Walter był bardzo, bardzo zły tego wieczora, a następnego dnia... Jessopa znaleziono martwego w... w jego boksie.

Hrabia przyglądał się jej, a po chwili, z nutą niedowierzania w głosie, odrzekł:

— Czy ty naprawdę sugerujesz, że twój wuj był odpowiedzialny za śmierć tego konia?

Ostry ton jego pytania wywołał rumieńce na bladej twarzy Cledry. Odwróciła wzrok.

— Może nie powinnam była... ci tego mówić, ale... przez przypadek usłyszałam, jak... jak rozmawiał z jednym z ludzi, którzy dla niego pracowali... i ja też wiem, gdzie trzyma... trzyma truciznę, którą... wlał do wody Jessopa.

To było nieprawdopodobne, a jednak, kolejny raz, hrabia musiał przyznać, że Cledra mówiła ze szczerością, której nie mógł podać w wątpliwość.

Zanim zdążył się odezwać, ona dodała:

— To samo spotkałoby Stara... wiem, że tak i... i dlatego gdybyś kupił go ode mnie... chciałam ci powiedzieć, że powinieneś zabrać go stąd tak szybko... jak to możliwe i... i zarejestrować go pod innym imieniem.

— Trudno mi uwierzyć we wszystko co mówisz — odparł hrabia. — Czy nie sądzisz, że skoro Star tak wiele dla ciebie znaczy, być może wyolbrzymiasz niebezpieczeństwo, w jakim się znajduje?

— Przysięgam, że nie przesadzam ani nie mówię niczego, co nie byłoby prawdą, i wiem, że jeśli wuj Walter dowie się, iż to tobie sprzedałam Stara, mój koń zdechnie albo będzie... cierpiał straszliwe męczarnie, o których ja... ja nawet nie potrafię pomyśleć.

— To niesłychane! — wyszeptał hrabia.

— Od kiedy mieszkam z wujem w Newmarket, miało miejsce jeszcze kilka podobnych zdarzeń, ale wolałabym o nich nie mówić — dodała Cledra. — Zależy mi tylko na ocaleniu Stara i na zwróceniu w jakiś sposób pieniędzy dwojgu ludziom, którym mama i tata ufali, a którzy pracowali dla nas, odkąd sięgam pamięcią.

Hrabia pomyślał, że nawet pomijając opowieść Cledry o śmierci Jessopa, sam fakt, że Walter Melford pozostawił dwoje starych służących bez środków do życia, potwierdzał to wszystko, co o nim słyszał, i usprawiedliwiał instynktowną niechęć, jaką zawsze żywił do tego człowieka.

Gdy się nad tym zastanawiał, dostrzegł w spojrzeniu Cledry tak wymowny niepokój i strach, jakby klęczała przed nim i błagała o spełnienie jej prośby.

— Czy myślisz — zapytał — że sześćset gwinei to rozsądna cena za twojego konia?

Cledra pisnęła cicho.

— Zapłacisz za niego aż tyle? Ach, dziękuję ci, dziękuję! I dziękuję, że obiecałeś go... zatrzymać! Wiem, że przy tobie będzie... bezpieczny!

— Dlaczego jesteś o tym tak przekonana?

— Tata ogromnie cię podziwiał. Śledził twoje zwycięstwa na wyścigach i powtarzał: „Poynton znowu wygrał! Doskonale! To wielki sportowiec i niezrównany znawca koni!”

— Dziękuję — powiedział hrabia, wyraźnie ubawiony. — To ten typ komplementów, który najbardziej cenię.

— Tata nie mówił tego dla ciebie. Po prostu stwierdzał fakt.

Hrabia skwitował to wyróżnienie uśmiechem, a Cledra mówiła dalej:

— Wiedziałam, że jesteś jedyną osobą, której mogę zaufać w sprawie Stara. On jest taki delikatny i inteligentny. Robi wszystko, o cokolwiek go poproszę, a tata i ja ćwiczyliśmy go nie batem, ale... naszą miłością.

Mówiła tak wzruszająco. Głos jej drżał, jakby każde jej przepełnione uczuciem słowo wypływało wprost z serca.

— Będziesz za nim tęsknić — odparł hrabia.

Ujrzał grymas bólu, który przemknął po jej twarzy.

— Powinnam być szczęśliwa, bo zostanie... z tobą — powiedziała cicho.

Hrabia podszedł do biurka.

— Jeżeli podasz mi nazwiska tych dwojga ludzi, którym mam zapłacić po trzysta gwinei — odrzekł — to każę mojemu sekretarzowi wysłać je jutro z samego rana.

Cledra włożyła dłoń do kieszeni żakietu.

— Mam je na kartce, razem z rodowodem Stara — odparła. — Zastanawiam się tylko, w jaki sposób wytłumaczyć Marthcie i Jacksonowi, że ich pieniądze powinny leżeć w banku, by nikt ich nie ukradł.

— Myślę, że o wiele prościej — odpowiedział hrabia — będzie wciągnąć ich do rejestru moich pensjonariuszy, którym co tydzień wysyłam pieniądze.

— Czy... czy naprawdę zrobiłbyś to?

— To żaden problem. Podzielam twoje obawy, że samotna, starsza osoba może trzymać w domu tak znaczną sumę pieniędzy, które mogłyby kusić złodziei.

— Jesteś bardzo... wyrozumiały.

— Polecę także jednemu z moich zaufanych zarządców, by często ich odwiedzał — dodał hrabia — i żeby sprawdził, czy ich domy nie wymagają solidnego remontu.

Cledra miała łzy w oczach, gdy odparła:

— Cóż mogę powiedzieć?... Jak... jak dziękować? Budziłam się każdej nocy dręczona myślami, że Martha, którą moja mama tak kochała, jest chora, albo Jackson, za stary, by znaleźć sobie pracę, przymiera głodem.

— Więc teraz możesz przestać się martwić — odparł hrabia. — Zostaw to wszystko mnie i spróbuj cieszyć się życiem.

Cledra nie odezwała się, a on pomyślał, że to niemożliwe, póki mieszka z wujem.

Nie chciał angażować się w tę sprawę bardziej, niż to uczynił do tej pory, więc wstał zza biurka i powiedział:

— Wszystko zostało ustalone zgodnie z twoim życzeniem, ale jak zamierzasz wrócić do domu swego wuja?

— Pójdę na piechotę — odparła Cledra. — To nie dalej niż dwie mile stąd.

— Dam ci jeden z moich powozów.

Pokręciła głową.

— Ktoś mógłby mnie zobaczyć, a wuj Walter nigdy nie może się dowiedzieć, gdzie... gdzie zniknął Star.

— Będzie u mnie zupełnie bezpieczny — powiedział z przekonaniem hrabia. — Zgodnie z twoim życzeniem zmienię mu imię i jutro pojedzie do mojej posiadłości w Hertfordshire, gdzie, masz na to moje słowo, będziemy dobrze o niego dbać.

— Wiem i dziękuję... dziękuję, że byłeś tak... cudowny!

W słowach Cledry pobrzmiewała tak głęboka wdzięczność, że twarde spojrzenie hrabiowskich oczu wypogodziło się.

Wyciągnął do niej rękę.

— Żegnam, panno Melford. Ponieważ czekają na mnie goście, mam nadzieję, że wybaczysz, iż nie odprowadzę cię do drzwi. Myślę, że zanim odejdziesz, powinnaś wstąpić do stajni i pożegnać się ze swym koniem.

Gdy ujął jej dłoń, poczuł, że była bardzo zimna i drżąca, i dopiero teraz zrozumiał, jak poruszyło ją wszystko, co się wydarzyło.

Po chwili, gdy opuszczając ją, odwrócił się, pochyliła głowę i poczuł na dłoni dotyk jej ust.

Wychodząc ze stajni, gdzie zostawiła Stara w wygodnym boksie, Cledra miała wrażenie, że porzuciła jedyne stworzenie, jakie w życiu kochała.

Gdy pocałowała go, a on z przywiązaniem oparł łeb na jej ramieniu, nie potrafiła się powstrzymać od płaczu.

Wiedziała, że będzie za nią tęsknił, ale i własna przyszłość wydawała jej się pusta, ponura i przepełniona cierpieniem, gdy pozbawiono ją nawet tych chwil szczęścia spędzanych ze Starem, podczas których czuła, że on ją kocha, a ona kochała jego.

Od czasu, gdy jej ojciec i matka zmarli, a ona trafiła pod opiekę wuja do Newmarket, otaczała ją tylko obojętność, a nawet nienawiść.

Oba uczucia tak głęboko drążyły jej duszę, że czuła, iż czasami zatraca się, przestaje być sobą.

Wuj nie zabierał jej do swego ogromnego domu w Londynie, ponieważ nie życzył sobie, by spotykała się z jego przyjaciółmi, nie chciał nawet, żeby ktokolwiek wiedział, że jest z nim spokrewniona.

Gdy przyjechała z Essex do Newmarket, potwierdziły się jej obawy, że wuj ma służalczych, żyjących w strachu przed nim, a jednocześnie aroganckich, napastliwych i wulgarnych, gdy nie było go w pobliżu, służących.

Rozsierdziło ich wtargnięcie Cledry w życie domu, więc świadczyli jej jedynie konieczne usługi, a gdy spostrzegli, że wuj nią pomiata, i oni zaczęli okazywać jej pogardę.

Jedynie przejażdżki na własnym koniu umożliwiały jej ucieczkę z ponurego, pozbawionego słonecznego blasku domu.

Gdy wuj sprzedał wszystko, co należało do jej ojca i matki, nie pozwalając jej zatrzymać niczego, na co nie miała dowodu, że należy do niej, poza ubraniami pozostał jej tylko Star.

Przyjechała z nim do Newmarket, gdzie przynajmniej było mu wygodnie w stajni przeznaczonej dla koni wuja, chociaż Cledra nigdy nie lubiła opiekujących się nimi parobków.

Wkrótce dowiedziała się, dlaczego wuj jest niezadowolony ze swoich koni wyścigowych.

Jak Eddie sprytnie się domyślił, powodem było to, że nie został przyjęty do Jockey Club i dlatego na każdych wyścigach czuł się kimś gorszym.

Wielu innych właścicieli, ze względu na jego zamożność, było mu życzliwych, ale sir Walter miał duże ambicje.

Spodziewał się, że zdobywając wielki majątek, zapewni sobie wszystko co najlepsze, łącznie z członkostwem w prestiżowych klubach.