Ucieczka do rajuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Ucieczka do raju - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Przekład

Anna Abramowska

Saga

Ucieczka do raju - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tłumaczenie

Cover image: Shutterstock

Cover layout: Grafiskstue.dk

Copyright © 1990, 2021 Barbara Cartland i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711770115

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

ROK 1887

Wysiadłszy z powozu, którym przyjechała na wieś z Londynu, Zarina Bryden wbiegła, podekscytowana, na schody wiodące do drzwi frontowych. Stary lokaj, którego znała od dzieciństwa, czekał na nią w hallu.

— Dzień dobry, panno Zarino — powiedział — serce się raduje na widok panienki.

— Tak się cieszę z powrotu do domu Duncan! — odparła.

Po krótkiej pogawędce Zarina przeszła do salonu. Rozejrzała się, witając wszystkie znajome rzeczy, których nie widziała od ponad roku.

Po katastrofie kolejowej, w której straciła oboje rodziców, zmuszona była opuścić dom rodzinny i przenieść się do Londynu. Zamieszkała u stryjostwa; była to rozsądna decyzja, ponieważ uczęszczała wówczas do Seminarium dla Panienek w Kinghtsbridge, szkoły dla córek arystokracji. Zawarła tam wiele nowych przyjaźni.

Po ukończeniu szkoły, jako debiutantka, była zapraszana na najelegantsze przyjęcia i najwytworniejsze bale. Powodzenie, którym się cieszyła, wydawało się czymś oczywistym: Zarina była nie tylko piękna, ale również bardzo bogata, odziedziczyła bowiem cały pokaźny majątek pułkownika Harolda Brydena, którego była jedyną córką.

Dostała także olbrzymi spadek po swojej amerykańskiej matce chrzestnej, przyjaciółce matki, ktora z okazji chrzcin przyjechała do Anglii. Pani Vanderstein, szczycąca się domieszką krwi rosyjskiej, przekazanej jej przez któregoś z przodków, nalegała, by córka chrzestna nosiła jej imię. Wyszedłszy dwukrotnie za mąż, nie miała własnych dzieci, toteż umierając zapisała cały swój majątek Zarinie.

Wyższe sfery towarzyskie Londynu były żywo zainteresowane amerykańskimi dziedziczkami. Nic więc dziwnego, że Zarina, posiadająca ogromne konto w banku, przyciągała powszechną uwagę. Jednakże młodzi ludzie, którzy proponowali jej małżeństwo, nie kierowali się wyłącznie myślą o stosach dolarów; ich właścicielka była niewątpliwie pięknością.

Obecnie sezon towarzyski dobiegł końca i Zarina postanowiła wrócić do siebie na wieś. Był tam jej dom rodzinny — jedyny prawdziwy dom. Chciała do niego powrócić już wcześniej, ale stryjostwo obawiali się, by nie odżyła w niej rozpacz, w której pogrążona była po stracie rodziców.

Rozglądając się po salonie, Zarina myślała, jak wiele znaczy dla niej Bryden Hall. Tak dobrze pamiętała matkę, siedzącą w fotelu przy oknie. Tam właśnie siadywała, czytając córce baśnie, które Zarina uwielbiała w dzieciństwie. Ojciec z kolei przekazał jej miłość do książek, które wypełniały bibliotekę. Opowiadał też córce o fascynujących podróżach do różnych krajów, które zwiedził.

— Kiedy tylko dorośniesz, dziecinko — obiecywał — zabiorę cię do Egiptu, by pokazać ci piramidy, a następnie popłyniemy otwartym zaledwie przed osiemnastu laty Kanałem Sueskim na Morze Czerwone.

— Pojedźmy teraz, papo — prosiła Zarina.

Ale ojciec potrząsnął głową.

— Musisz jeszcze nauczyć się wiele tu, na miejscu, nim zaczniesz zwiedzać świat. Mówiłem ci wielokrotnie, że lubię mieć do czynienia z kobietami światłymi, jak twoja matka, a nie z pustymi i próżnymi paniami, których pełno w salonach.

Zarina pamiętała świetnie pogardę, z jaką ojciec wyrażał się o wielu pięknościach święcących triumfy w salonach Londynu. Znalazłszy się w eleganckim towarzystwie, Zarina zorientowała się, że panie te cieszą się szczególnym zainteresowaniem księcia Walii. Oczywiście ona sama również widziała jego książęcą mość, eleganckiego, pełnego werwy i fantazji kawalera. Rówieśniczki poinformowały ją dość prędko, że książę nie zwraca uwagi na młode dziewczęta i że Zarina nie zostanie z pewnością zaproszona do Marlborough House, na czym jej, prawdę powiedziawszy, zupełnie nie zależało.

Zdawała sobie jednak sprawę, że jej stryjenka Edith radowałaby się każdą chwilą spędzoną w obecności następcy tronu. Lady Bryden znała zresztą wiele spośród grona najbardziej dystyngowanych pań. Stryj Zariny, generał sir Aleksander Bryden, był komendantem kawalerii królewskiej i, z tej racji, persona grata w wyższych kręgach towarzyskich.

Dla bratanicy był on postacią budzącą onieśmielenie, nawet lęk. Zarina zrozumiała prędko, że chcąc zrealizować swoje zamierzenia, musi zdobyć wcześniej aprobatę swego opiekuna. Niełatwo przyszło jej przekonać stryja, że z końcem sezonu towarzyskiego powinna wrócić do domu.

— Twoja stryjenka ma bardzo wiele różnych zajęć i obowiązków w Londynie — stwierdził.

— Wobec tego, stryju Aleksandrze, mam taki pomysł — oznajmiła Zarina — pojedźmy na kilka dni do Bryden Hall we dwoje. Muszę przekonać się osobiście, jak się sprawy mają na miejscu. Poza tym teraz, kiedy papa nie żyje, ludzie w miasteczku i ci, którzy pracują w majątku, są moimi ludźmi.

Przedstawiła to w taki sposób, jakby dopatrzenie zarządzania majątkiem było jej obowiązkiem, wiedząc, że tego rodzaju argument trafi do przekonania stryjowi. Skapitulował istotnie, mówiąc:

— Dobrze, Zarino, pojedziemy na wieś w czwartek i zostaniemy tam około tygodnia. Postaram się namówić twoją stryjenkę, żeby do nas przyjechała, choć wiem, że musi być na zebraniach kilku różnych komitetów.

Lady Bryden z wielkim zapałem zajmowała się działałnośdą charytatywną, zwłaszcza że ułatwiało jej to bliższe kontakty ze znakomitym towarzystwem dystyngowanych arystokratek, a nawet osób z rodziny królewskiej.

Rozglądając się po salonie, Zarina czuła obecność matki tak wyraźnie, jakby za chwilę miała z nią porozmawiać. Spodziewała się, że widok domu rodzinnego wzbudzi w niej takie uczuda, jednakże nie pragnęła od nich uciec.

Drgnęła gwałtownie, usłyszawszy nagle głos Duncana.

— Panno Zarino, pewnie będzie panienka chciała, żeby podać herbatę w bibliotece, jak bywało dawniej.

— Oczywiście, Duncanie — odparła Zarina. — Miło, że o tym pomyślałeś.

Zdjęła kapelusz i płaszcz, w którym podróżowała, podając je lokajowi.

— Moja pokojówka przyjedzie brekiem, razem z lokajem pana generała. Mam nadzieję, że pani Merryweather zaznajomi ją z domem.

— Na pewno zrobi to z przyjemnością, panno Zarino — zapewnił Duncan — a tymczasem pragnęłaby zobaczyć się z panienką sama; i ona, i kucharka, oraz oczywiście Jenkins, który jest w stajni.

Zarina uśmiechnęła się.

— Chcę zobaczyć wszystkich i wszystko. Ach, Duncanie, cudownie jest znaleźć się znów w domu! Tęskniłam za każdym z was, tak jak tęsknię za papą... i mamą...

Na myśl o rodzicach łzy zakręciły jej się w oczach. Duncan poklepał ją po ramieniu, jak zwykł to robić w czasach, kiedy była dzieckiem, mówiąc:

— Proszę się nie smucić, panno Zarino. Pan z pewnością życzyłby sobie, żeby panienka była dzielna, a przy tym teraz, po powrocie, czeka na panienkę tyle rzeczy do zrobienia.

Zarina otarła łzy, idąc wraz z lokajem korytarzem prowadzącym do biblioteki. Był to piękny pokój z biegnącą wzdłuż jednej ze ścian mosiężną galeryjką, na którą wchodziło się po kręconych drewnianych schodkach. Zarina uwielbiała się na nie wspinać w dzieciństwie. Pomyślała, że kiedy znajdzie się sama, wejdzie na nie, jak niegdyś.

Herbata czekała przed kominkiem. Teraz, w lecie, nie palił się w nim ogień, natomiast wypełniały go kwiaty.

— Jak panienka myśli, kiedy powinien zjawić się pan generał? — spytał Duncan. — Jeśli spodziewany jest lada chwila, to przyniosę drugą filiżankę.

— Stryj podróżuje pociągiem, więc powinien przybyć wpół do siódmej, akurat na kolację — odparła Zarina. — Powiedz Jenkinsowi, żeby wyjechał po niego na stację.

— Dobrze, panno Zarino. Czy jej lordowska mość będzie mu towarzyszyła?

— Nie, moja stryjenka musiała zostać w Londynie — wyjaśniła Zarina i, uśmiechając się do starego lokaja, dodała: — Właśdwie najlepiej byłoby mi tutaj samej. Pewna jestem, że w oczekiwaniu na mój przyjazd Jenkins trzyma konie w gotowości.

— To się rozumie, panno Zarino! Pucował je tak, że sierść im lśni jak atłas.

Zarina roześmiała się. Wiedziała, że wszyscy starali się, by jej powrót do domu był radosny. Mieszkając w Londynie, utrzymywała cały czas kontakt z panem Bennettem, któremu została powierzona piecza nad domem i majątkiem. Ojciec darzył go zaufaniem, więc Zarina wiedziała, że ona również może mu zaufać.

Pan Bennett pisał do niej co tydzień, donosząc o wydarzeniach w miasteczku i o tym, co dotyczyło ludzi zatrudnionych w posiadłości. Zarina wysyłała listy z powinszowaniami do par obchodzących złote wesele oraz prezenty dla młodych ludzi wstępujących w związki małżeńskie, a także życzenia z okazji narodzin dzieci. Poinstruowała też pana Bennetta, by podwyższył zarobki tym, którzy dla niej pracowali. Mogła sobie na to pozwolić, a pragnęła, by jej majątek był co najmniej w równie kwitnącym stanie, jak za czasów ojca.

 

Zasiadłszy do herbaty, Zarina zaczęła wypytywać Duncana o wszystkie znajome osoby. Pastor, który przygotowywał ją do konfirmacji, należał do najmilszych przyjaciół.

— Wielebny nic się nie zmienił — powiedział Duncan. — Trochę się tylko postarzał i włosy mu siwieją, ale jest zawsze tak samo dobry.

Zamilkł na chwilę, po czym dorzucił:

— No i ma trochę kłopotów z synem, pan Bennett pewnie panience o tym wspominał.

— Wiem, że pan Walter zmieniał trzykrotnie pracę w ubiegłym roku — odparła Zarina. — Ale w końcu chyba się już ustatkował?

Duncan potrząsnął głową przecząco.

— Z panem Walterem to nigdy nic nie wiadomo.

Przez chwilę rozmawiali jeszcze o rodzinie pastora, potem Zarina spytała o doktora i jego dzieci, a następnie o właścicieli sklepu. Dowiedziała się z przyjemnością, że wszyscy nadal zajmują się tym, czym się zawsze zajmowali i że zmian jest niewiele.

Skończywszy pić herbatę, zostawiła Duncana zajętego sprzątaniem nakrycia i poszła na górę. Dobiegły do niej głosy pokojówki i pani Merryweather, rozmawiających w sypialni. Minąwszy uchylone drzwi szła dalej, w kierunku głównej sypialni, którą zajmowali w przeszłości jej rodzice.

Po wejściu do środka owionął ją natychmiast zapach suszonych kwiatów potpourri i lawendy; znów ogarnęło ją uczucie, że rodzice są w pobliżu i czekają na nią. Podeszła do okien, odsłaniając zasłony i wpuszczając do pokoju słońce. Popatrzyła na ogromne łoże z baldachimem. Jakże często w dzieciństwie wspinała się na nie, kładąc się koło matki i prosząc o opowiedzenie bajki. I jak tragiczny był powrót do domu, w którym zabrakło rodziców.

Wiedziała jednak, że musi do niego wrócić. Miała uczucie, że stanowczo zbyt długo zaniedbuje ludzi, którzy dla niej pracują i którzy ją kochają, ponieważ jest córką swego ojca.

„Cokolwiek powiedzą stryj Aleksander i stryjenka Edith”, pomyślała sobie, „zamierzam zostać tu przynajmniej przez jesień”.

Przyznawała, że pobyt w Londynie był ekscytujący. Powodzenie, którym się cieszyła, również sprawiało jej radość. Była jednak w pełni świadoma, że na jej widok obecne w sali balowej starsze damy szeptały do siebie:

— To jest ta dziedziczka.

Podobnie bywało, gdy pojawiała się na przyjęciach, obiadach, zabawach. Zrazu czuła się z tego powodu nieswojo; usiłowała ignorować sytuację, choć zdawała sobie sprawę, że jej fortuna jest rodzajem etykietki. Nie sposób było przed tym uciec. Będąc jednak osobą inteligentną, powiedziała sobie, że nie powinno to stanowić bariery pomiędzy nią a innymi ludźmi.

Niemniej miała się zawsze na baczności, gdy któryś z młodych kawalerów prowadził ją do ogrodu, gdzie oświadczał bez wstępów:

— Zarino, kocham panią i pragnę nade wszystko, by została pani moją żoną.

Wszyscy ci młodzi ludzie wydawali się zupełnie szczerzy. I wszyscy wyglądali na bardzo zakochanych. Jednakże Zarina została uprzedzona, że każdy jest potężnie zadłużony. Część z nich stanowili młodsi synowie dystyngowanych arystokratów, bez nadziei na majątek, który miał przypaść najstarszemu bratu.

Ponadto, choć usiłowała z tym walczyć, budziły w niej odruchową nieufność każde oświadczyny, które następowały po zbyt krótkiej, w jej pojędu, znajomości. Bo jakiż mógł być powód podobnego pośpiechu poza tym, że młody człowiek gwałtownie potrzebował pieniędzy? Dlaczego nie mógł poczekać, nie próbował jej lepiej poznać? Miałby wówczas szansę przekonać się, czy rzeczywiście są w sobie zakochani.

Na wszystkie te pytania nasuwała jej się jednakowa odpowiedź: nadgorliwy adorator obawiał się, by go ktoś nie ubiegł. Ubiegnięcie konkurentów oznaczało zapanowanie nad jej fortuną.

„A gdybym nie miała ani pensa?”, pomyślała któregoś wieczora. „Zastanawiam się, co by się wówczas działo”.

Wróciła właśnie z balu, podczas którego oświadczyło jej się trzech kawalerów. Wiedząc, jak wygląda prawda, czuła się bardzo upokorzona.

Teraz, otwierając okno w sypialni rodziców, powiedziała sobie, że jest w domu, gdzie kochano ją, nim stała się bogata. Ludzie obdarzający ją miłością nie będą kochali jej bardziej dlatego, że ma obecnie takie mnóstwo amerykańskich dolarów w banku. Wyjrzała na ogród, patrząc na gładkie, zielone trawniki i mieniące się kolorami klomby kwiatowe. Poza nimi widniały drzewa, na które wspinała się, kiedy tylko dostatecznie podrosła.

„Kocham to wszystko! Kocham każde źdźbło trawy, każdego ptaka na gałązce drzewa i każdą pszczołę brzęczącą wśród kwiatów”, myślała. „Jestem w domu. W domu! Tej radości nikt mi nie zabierze!”

Zarina pozostała przez długi czas w sypialni rodziców. Potem przeszła do przyległego buduaru, gdzie było tak wiele ukochanych przedmiotów matki. Stały tam porcelanowe cacka, o których opowiadała córce przeróżne historie; na ścianach wisiały obrazy, które ofiarował jej mąż, ponieważ kochała malarstwo francuskie. Znajdowały się tam również wybrane książki, do których matka powracała wielokrotnie, twierdząc, że są dla niej pociechą i inspiracją. ,,Ja także będę je czytała od nowa”, obiecała sobie Zarina, „tak, jak to robiłam niegdyś”.

W jakiś czas później przed domem zatrzymał się powóz i Zarina zorientowała się, że przywiózł on stryja. Nie pragnęła jego przybycia, znacznie lepiej czułaby się sama. Kiedy jednak napomknęła, że nie ma powodu, by wyrywać generała z Londynu, stryjenka przeraziła się nie na żarty.

— W żadnym razie nie możesz być bez opieki!

— Przecież jadę do mojego własnego domu — zauważyła Zarina.

— Nie jesteś dzieckiem, które można powierzyć niani — odparła ostro stryjenka Edith. — Jesteś młodą kobietą. W przypadku wizyty jakiegokolwiek dżentelmena nawet zwykła rozmowa bez opiekuna czy przyzwoitki byłaby czymś wysoce niestosownym.

Zarina zrozumiała, że nie ma sensu oponować i zaakceptowała nieuchronny dozór. A teraz stryj był na miejscu. Przyszło jej na myśl, że jego obecność zepsuje atmosferę panującą w domu i jej radość z powrotu.

Idąc korytarzem w stronę swojej sypialni, Zarina słyszała gromki i władczy głos stryja, dochodzący z hallu. Wszedłszy do pokoju, zastała w nim panią Merryweather i ucałowała ją ciepło.

— Panno Zarino, z wielką radością widzimy panienkę w domu! — wykrzyknęła gospodyni.

— Cudownie być znów u siebie — odrzekła Zarina. — A dom wygląda równie wspaniale, jak zawsze. Jestem wam za to ogromnie wdzięczna.

— Staraliśmy się, żeby wszystko było jak najlepiej — powiedziała pani Merryweather z usprawiedliwioną satysfakcją. — A teraz panienka jest znowu z nami, zupełnie jak za dawnych czasów.

Zarina wzięła kąpiel w wannie, którą pokojówki ustawiły przed kominkiem. Dwaj lokaje przynieśli w lśniących mosiężnych konwiach gorącą wodę do jej napełnienia. Zarina przeniosła się na chwilę w odległe czasy dzieciństwa, udając, że jest znów małą dziewczynką. Spodziewała się niemal usłyszeć ponaglający głos niani:

— Dalejże, panno opieszalska, pora spać!

Teraz jednak musiała włożyć na siebie jedną z wytwornych, kosztownych sukien, wybranych dla niej przez stryjenkę Edith, a następnie zejść na dół.

Po kilku minutach do salonu wszedł stryj. Prezentował się w stroju wieczorowym bardzo elegancko. Jego siwe, nieco przerzedzone włosy zaczesane były starannie do tyłu. Cała postać generała, wedle określenia jego własnego lokaja, wyglądała „jak z żurnala”. Zarina świadoma była, że podobnej schludności wymagał stryj od żołnierzy, którymi dowodził.

— Jestem, Zarino — powiedział, podchodząc do niej. — Pociąg miał opóźnienie, jak można się było spodziewać.

— Miło mi stryja powitać — odparła Zarina, całując go w policzek. — Duncan otworzył butelkę szampana, żeby uczcić mój powrót do domu.

— Szampana, powiadasz! — zakrzyknął generał. — Nie odmówię go z pewnością po całej tej męczącej podróży. Ludzie zachwycają się wygodą kolei żelaznej, ale ja nadal wolę moje konie.

— Podzielam opinię stryja — odpowiedziała Zarina z uśmiechem.

— Nasza podróż trwała niewiele ponad trzy godziny i rozkosznie jechało się wśród pól i łąk.

Podczas obiadu rozmowa zeszła na temat majątku i generał oznajmił:

— Jutro odwiedzimy farmy, zobaczymy też, jak postępuje wyrąb tych drzew, które zostały powalone w lasach przez wichury zimowe.

— Jestem pewna, że zastaniemy wszystko w najlepszym porządku — zapewniła Zarina. — Pan Bennett jest bardzo kompetentnym zarządcą.

— Nie należy jednak zaniedbywać osobistego doglądania najmniejszego źdźbła we własnej posiadłości — oświadczył generał.— Zamierzam tego dopatrzyć nim wrócimy do Londynu, moja droga.

Po krótkiej chwili milczenia Zarina powiedziała:

— Myślałam właśnie, stryju Aleksandrze, że chciałabym zostać tutaj przynajmniej do zimy. Jest to w końcu mój własny dom; a jeżeli stryj i stryjenka Edith będą nalegali na towarzystwo opiekunki, mogę zawsze poprosić jedną z moich byłych guwernantek, żeby ze mną zamieszkała.

Generał wypił w milczeniu parę łyków czerwonego wina z kieliszka napełnionego przez Duncana, odzywając się dopiero po chwili.

— O tym, moja droga, pragnę z tobą pomówić po obiedzie.

Ze sposobu, w jaki wypowiedział to zdanie, Zarina odgadła, że cokolwiek stryj ma na myśli, nie chce tego poruszać przy służbie.

Zastanawiała się, o co też może mu chodzić.

Rozmawiając ze stryjem na różne tematy, myślała jednak uparcie, że nie da się odwieść od swoich planów: zamierzała pozostać w domu rodzinnym. Dzieliły ją przynajmniej dwa miesiące od pory, którą nazywano sezonem zimowym, czyli od czasu, kiedy królowa powróci z Balmoral. W tym samym okresie zjedzie do Londynu większość towarzystwa, które wyprawiło się na polowania do Szkocji.

„Znacznie bardziej wolę jeździć konno po moim własnym majątku, niż przemierzać truchtem Rotten Row!”, powiedziała sobie Zarina.

Przeczuwała, że stryj będzie przeciwny wszelkim wysuniętym przez nią propozycjom. I naturalnie będzie się spodziewał po niej posłuszeństwa. „Nie mam zamiaru mu ulegać”, myślała z oburzeniem. „Prawda, że jest moim prawnym opiekunem, ale wydaję własne pieniądze i mogę podejmować własne decyzje”. Mimo wszystko była jednak pełna obaw.

Wypili kawę. Skończywszy niewielki kieliszek portwajna, generał opuścił jadalnię w towarzystwie bratanicy. Uprzedził ją wcześniej, że nie pragnie, by, utartym zwyczajem, zostawiała go samego przy winie. Zarina zastanawiała się, czy stryj nie podejrzewa jej o próbę uniknięcia rozmowy pod pretekstem wcześniejszego pójścia do łóżka. „Właściwie jestem dość zmęczona”, myślała przechodząc do salonu. „Ponadto nie chciałabym żadnych nieporozumień ze stryjem Aleksandrem pierwszego wieczoru w moim domu”.

Duncan zapalił kryształowy żyrandol, którego światło wydobyło cały urok pokoju. Przez głowę Zariny przemknęła myśl, że gdyby tylko czekali tu na nią rodzice, wszyscy troje byliby szczęśliwi. Przypomniała sobie śmiech, którym ojciec kwitował różne jej dowcipne wypowiedzi i czułość w obróconych na nią oczach matki; wiedziała dobrze, jak bardzo była im droga.

Generał podszedł do kominka. Z wyrazu, malującego się na jego twarzy, Zarina wywnioskowała, że czeka ją kazanie. Zastanawiała się, cży nie popełniła czegoś niewłaściwego, ale nic nie przyszło jej do głowy. Usiadła więc na kanapce nie opodal, czego stryj zdawał się oczekiwać i złożyła skromnie ręce na kolanach.

— Jednym z powodów, dla których nie towarzyszyłem ci w drodze do domu, Zarino — zaczął generał — była ważna rozmowa dotycząca twojej osoby i twojej przyszłości.

— Mojej osoby, stryju Aleksandrze? — zdumiała się Zarina.

Mignęła jej myśl, że stryj musiał się widzieć z jednym z młodych ludzi, którzy poprosili ją o rękę poprzedniego wieczoru, podczas balu wydanego przez księżnę Devonshire. Bal ten należał do największych i najbardziej prestiżowych okazji towarzyskich. Stryjenka Edith była zachwycona, dostawszy na niego zaproszenie.

Devonshire House, znajdujący się przy Picadilly, zaliczany był do najwykwintniejszych rezydencji w Londynie. Okalający go ogród, schodzący ku Berkeley Square, otoczony był ogrodzeniem o pozłacanych szpicach. Właściciele domu należeli do jednego z najświetniejszych rodów. Księżna, uprzednio żona księcia Manchester, była wielką pięknością. Obecnie podejmowała gości jako księżna Devonshire i nikt nie ośmieliłby się nie przyjąć jej zaproszenia.

— Będziesz się radowała każdą minutą tego balu — oznajmiła Zarinie podnieconym tonem lady Bryden, przeczytawszy zaproszenie. — Oczywiście trzeba ci będzie sprawić nową suknię, mimo że masz w szafie dwie, których jeszcze nigdy nie włożyłaś.

 

Zarina uważała, że jest to zupełnie zbędny wydatek.

Choć pieniądze nie stanowiły problemu, żal jej było czasu traconego na kolejne przymiarki, gdy w tej samej porze mogła jeździć konno lub wybrać się na spacer powozem po parku. Jednakże, nie chcąc robić przykrości stryjence, udała się do nadzwyczaj ekskluzywnego sklepu przy Bond Street. Suknia okazała się zresztą jej najpiękniejszą kreacją, białą, rzecz jasna, ponieważ żadna de’butante nie ośmieliłaby się pokazać w toalecie kolorowej. Suknia wyszywana była perłami i diamante’, podkreślała wyjątkową szczupłość talii jej właścicielki. Stanowiła także idealne tło dla białej karnacji Zariny i jej jasnych, połyskujących złociście włosów.

Nic dziwnego, że przybywszy na bal, całe skrzące się od diamentów, obie panie zrobiły furorę, choć sala pełna była osób zajmujących znacznie wyższe miejsca w hierarchii towarzyskiej.

Zarina była oblegana przez partnerów. Nim nad ranem opuściła bal, oświadczyło jej się dwóch młodych ludzi. Odmówienie im było sprawą kłopotliwą, a jeszcze trudniej przyszło jej uciec przed ich natarczywością. Nauczyła się jednak odsyłać swoich adoratorów „na rozmowę” do stryja. Metoda okazała się wielce skuteczna; generał był postadą onieśmielającą i przytłaczającą. Toteż kolejni konkurend opuszczali dom przy Belgrave Square „z podwiniętym pod siebie ogonem”, wedle określenia stryja.

— Znam dokładnie sytuację tego młodego chłystka, który złożył mi wizytę dziś przed południem — powiadał generał. —Tkwi w długach po uszy, a historia jego rodziny jest taka, że najgorszemu wrogowi nie życzyłbym, aby wszedł z nimi w koligację.

— Stryju Aleksandrze, dziękuję, że zechdał się stryj z nim rozprawić — odpowiadała Zarina. — Mam zawsze trudnośd z przekonaniem tych młodych ludzi, że nie pragnę wychodzić za mąż.

— Postąpiłaś dokładnie, jak należy, odsyłając go do mnie — wyrażał swą aprobatę generał.

Stryj był więc istotnie, w pojęciu bratanicy, znakomitym cerberem, choć wątpliwe, czy usłyszawszy określenie Zariny, poczytałby je za komplement.

W tym wypadku, ponieważ żaden z dwóch młodych adoratorów nie był pożądanym konkurentem, Zarina nie miała najmniejszej ochoty widzieć się z nimi ponownie.

— Być może zdziwisz się — zaczął generał — gdy usłyszysz, że jakieś pół godziny po twoim wyjeździe złożył mi wizytę książę Malnesbury.

Zarina zastanawiła się, w jaki sposób ta wiadomość może jej dotyczyć.

— Znam go od bardzo wielu lat — ciągnął generał. —Trzeba ci wiedzieć, że nim odziedziczył tytuł i majątek, służyliśmy w tym samym pułku. Jednakże, powiadomiony o jego wizycie, nie od razu zorientowałem się w jej celu.

Słuchająca w milczeniu Zarina pomyślała, że stryj zdaje się krążyć wokół tematu.

— Otóż Malnesbury — podjął generał wolno, jakby rozważając każde kolejne słowo — przyszedł poprosić mnie, co jest niewątpliwie stosowne i powinno posłużyć za przykład niejednemu młokosowi, o pozwolenie ubiegania się o twoje względy.

Zarina spojrzała na stryja rozszerzonymi ze zdziwienia oczami.

— O moje... względy? — powtórzyła. — Co to właściwie znaczy?

— To znaczy, moja droga, czego powinnaś się sama domyślić, że spotkał cię niemały zaszczyt: jego książęca mość pragnie pojąć cię za żonę.

W pierwszej chwili Zarina oniemiała. Dopiero po paru minutach zdołała wydobyć z siebie głos:

— Za żonę? Ależ... on jest bardzo stary!

— Malnesbury musi mieć nieco ponad pięćdziesiąt pięć lat —odrzekł generał. — Ale cieszy się dobrym zdrowiem, jako że uprawia różne sporty i spędza większość czasu u siebie na wsi.

— Przypominam sobie, że rozmawiałam z nim na przyjęciu u lady Coventry w ubiegłą środę — powiedziała Zarina. — I zdaje mi się, że tańczyłam z nim na tym bardzo nudnym balu na Grosyenor Square. Ale poza tymi dwiema okazjami nie zamieniłam z nim więcej ani słowa.

Roześmiała się. — Stryj przekonał go, mam nadzieję, że jego zamysły są zupełnie nierealne.

— Nierealne? — wykrzyknął generał. — Czy zdajesz sobie sprawę, co powiedziałaś?

— Oczywiśde — odparła Zarina. — Mówiąc między nami, stryju, dziwi mnie, że człowiek, który mógłby być niemal moim dziadkiem, wysunął równie śmieszną propozycję.

— Chyba doprawdy nie wiesz, co mówisz — oświadczył generał ostro. — Nie twierdzę, że można zaliczyć Malnesbury’ego do młodzików. Jednakże od pięciu lat jest wdowcem i nie ma dziedzica. — Przerwał, patrząc na nią gniewnie spod zmarszczonych brwi. —Tak, o ile sobie dobrze przypominam, ma pięć czy sześć córek, ale żadnego syna.

— Nie interesują mnie zupełnie jego dzieci— oznajmiła Zarina.— I byłoby wielkim błędem, stryju Aleksandrze, robić mu najmniejsze nadzieje. Nie wyszłabym za mąż za księcia nawet wtedy, gdyby był jedynym mężczyzną na Ziemi.

— Na miły Bóg! Moja panno, czyś ty rozum postradała? — spytał generał rozsierdzony. — Większość młodych kobiet czułaby się uszczęśliwiona, gdyby książę Malnesbury rzucił im choć jedno spojrzenie.

Zająknąwszy się niemal z oburzenia generał kontynuował:

— Książę pragnie pojąć cię za żonę! Za żonę, ty nierozumna dziewczyno! Oznacza to, że zostaniesz księżną i będziesz piastowała tradycyjną godność damy przy dworu królowej.

Zarina zacisnęła dłonie.

— Stryju Aleksandrze, mogę tylko powtórzyć, co powiedziałam: popełni stryj wielki błąd, utwierdzając księda w przekonaniu, że mogę przyjąć jego oświadczyny. Wspomniałam już, że nie poślubiłabym go nawet wówczas, gdyby był jedynym mężczyzną na świecie.

— Otóż mylisz się; mylisz się ogromnie — oświadczył generał powoli. — Odpowiedziałem księciu, że traktuję przychylnie jego propozycję i że nie tylko może zalecać się do ciebie, ale że ja sam akceptuję go z całego serca, jako twojego przyszłego męża.

Zarina zaczerpnęła gwałtownie powietrza. Z tonu i słów stryja nietrudno jej było pojąć, że próbuje narzucić jej swoją wolę. Wiedziała, że będzie musiała podjąć walkę, żeby ocalić swoją wolność.

— Może stryj tego nie rozumie — powiedziała — ale ja naprawdę nie pragnę zostać księżną, ani wyjść za kogokolwiek, kogo nie kocham... A jak mogłabym pokochać kogoś takiego, jak książę, który jest dość stary, by być moim dziadkiem?

— Ta uwaga jest niedorzeczna i niezgodna z prawdą... — zaczął generał.

— Może być niedorzeczna —przerwała Zarina —ale nie poślubię księcia i jeśli stryj zaaprobował go jako mojego konkurenta, będzie stryj musiał poinformować go teraz, że zaszła pomyłka.

Przez chwilę panowała napięta cisza, po czym generał przemówił tonem, którego mógłby użyć w stosunku do krnąbrnego rekruta:

— Posłuchasz mnie, ponieważ nie masz żadnego wyboru!

— Co stryj chce przez to powiedzieć? — spytała Zarina.

— To mianowicie, że jestem twoim prawowitym opiekunem i do czasu ukończenia dwudziestu jeden lat jesteś mi winna posłuszeństwo, wedle prawa panującego w tym kraju.

— Nie może mnie stryj zmusić do poślubienia kogoś, za kogo nie chcę wyjść!

— Poślubisz go— oświadczył generał — nawet gdybym był zmuszony zaprowadzić cię siłą do ołtarza! — Zmieniając ton, dorzucił ze złośdą: — Kimże ty jesteś, do pioruna, żeby móc sobie pozwolić na odrzucenie takiej osobistości, jak książę? Owszem, posiadasz fortunę i nie powiem, żeby ta okoliczność nie była dla księcia dogodna. Ale niezależnie od tego, on jest w tobie zakochany po uszy, ty pozbawiona rozsądku dziewczyno!

Obrzudwszy ją rozgniewanym spojrzeniem, generał kontynuował:

— Książę zachwycał się twoją urodą i wdziękiem. Słuchając go myślałem, że w całym kraju nie ma chyba panny, którą spotkałby równie szczęśliwy los.

— Szczęśliwy los! — zawołała Zarina. — Być żoną starca, którego nie kocham, kiedy mam do wyboru tylu młodych, czarujących i przemiłych kawalerów?

— I kimże się oni okazali, przynajmniej do tej pory? — zapytał generał. — Bandą nicponiów, którzy poza bogatą kolekcją długów nie mieli ci nic do zaofiarowania.

— Chyba stryj przesadza — powiedziała Zarina. — Poślubię jedynie człowieka, którego będę kochała i który mnie pokocha wyłącznie dla mnie samej.

Generał roześmiał się szyderczo.

— Przypuszczasz, że z twoją fortuną znajdziesz mężczyznę, który zapragnie cię jedynie dla ciebie samej? Jeśli tak sądzisz, to żyjesz w świecie iluzji. Większość mężczyzn kieruje się względami praktycznymi. Żenią się dla błękitnej krwi, posiadłości albo dla pieniędzy. — Urwał, a następnie podjął: — Ty masz pieniądze; ale choć pochodzisz z dobrej, przyzwoitej rodziny ziemiańskiej, nie możesz się nawet porównywać z księciem Malnesbury. — Nabrawszy tchu, generał mówił dalej: — Powinnaś na kolanach dziękować Bogu, że człowiek tak dystyngowany, posiadający taką rangę społeczną, jak książę, pragnie cię pojąć za żonę.