Tajemnica doliny - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Tajemnica doliny

Saga

Tajemnica doliny

Tytuł oryginału: The Secret of the Glen

Przełożyła: Aleksandra Januszewska

Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’

Copyright © 1976, 2019 Barbara Cartland i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711770245

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

1850

Leona czuła podmuchy wiatru poświstującego przez szpary wydawałoby się solidnej i eleganckiej karety.

Wichura szalejąca na wrzosowiskach była tak silna, że konie posuwały się w ślimaczym tempie. Leona czuła się rozczarowana, ponieważ poprzedniego dnia słońce świeciło jasno i przez okno karety mogła upajać się pięknem fioletowych wrzosowisk.

Podziwiała ostre szczyty odcinaj ące się na tle nieba, a srebrzyste kaskady wpadające do górskich strumieni budziły jej dziecinny zachwyt.

„To jest nawet piękniejsze, niż mama opowiadała”, pomyślała.

Nie mogło być dla niej nic bardziej podniecającego niż znaleźć się w Szkocji. Od dziecka karmiono ją historiami o szkockiej odwadze, waśniach klanów i lojalności jakobitów wobec „króla za wodą.” Opowieści te były czymś więcej niż zwykłymi historiami o bohaterskich czynach. Dla jej matki były tak żywe, przejmujące i przepojone nostalgią że jej głos drżał z emocji, zapadając głęboka w pamięć córki.

Dla Elizabeth Macdonald zdrada Campbellów i masakra w Glencoe były tak świeże Jakby wydarzyły się poprzedniego dnia. Mimo że mieszkała z dala od rodzinnego kraju, na zawsze w głębi duszy pozostała Szkotką.

— Dla twojej matki, chociaż kocha mnie, będę zawsze jakimś tam Sassenach 1 — zwykł mawiać ojciec Leony z uśmiechem.

Nie mylił się mówiąc, że żona go kocha. Leona nie była w stanie wyobrazić sobie, by dwoje ludzi mogło żyć w większej harmonii niż jej rodzice. Cierpieli niedostatek, ale to nie miało znaczenia. Kiedy Richard Grenville został zwolniony z wojska ze względu na zły stan zdrowia, miał jedynie swoją rentę oraz rozsypujący się dworek w Essex, aby zapewnić utrzymanie żonie i jedynemu dziecku.

Nie wkładał serca w prowadzenie gospodarstwa, dzięki któremu mieli kurczaki i jajka, kaczki i indyki, niekiedy baraninę. Nigdy nie wydawało się istotne, że nie starczało gotówki na eleganckie stroje, kosztowne pojazdy czy wypra wy do Londynu. Najważniejsze, że byli razem. W oczach Leony dom był zawsze pełen słońca i radości, mimo zniszczonych mebli i zasłon tak wyblakłych, że nie dałoby się określić ich koloru.

„Byliśmy szczęśliwi... tak bardzo szczęśliwi, aż do śmierci ojca”— pomyślała.

Richard Grenville zmarł niespodziewanie na atak serca, a jego żona nie potrafiła żyć bez niego. Usychała powoli i nawet Leona nie była: w stanie pomóc jej otrząśnąć się z rozpaczy.

— Chodźj popatrz na małe kurczaczki, mamo — błagała albo usiłowała namówić ją na przejażdżkę na jednym z dwóch koni, które stanowiły ich jedyny środek lokomocji.

Zatopiona we wspomnieniach, nie mogąc się doczekać chwili, gdy znów połączy się z mężem pani Grenville marniała z każdym dniem. Myśli o przyszłości nie zajmowały jej prawie wcale.

— Nie wolno ci umrzeć, mamo—powiedziała Leona wzburzonym tonem pewnego wieczoru, widząc, jak matka pogrąża się w niewidzialnym świecie, gdzie wedle jej przekonania, czekał na nią mąż. Ponieważ jej słowa nie wywarły żadnego wrażenia na owdowiałej kobiecie dodała rozpaczliwie: — Co się ze mną stanie? Co zrobię, mamo, jeśli mnie opuścisz?

Problem ten stanął po raz pierwszy przed Elizabeth Grenville.

— Nie możesz tu zostać kochanie.

— Nie chcę zostać sama — zgodziła się Leona. — Poza tym, jeśli umrzesz, nie będę miała nawet twojej wdowiej renty na utrzymanie.

Pani Grenville zamknęła oczy, jakby uraziło ją słowo „wdowia.” Milczała chwilę i wreszcie odezwała się:

— Przynieś mi papier i pióro.

— Do kogo masz zamiar napisać, mamo? — zapytała ciekawie Leona.

Wiedziała, że mają niewielu krewnych. Rodzice ojca pochodzili z Devonshire i nie żyli od dawna. Matka urodziła się w pobliżu Loch Leven. Jako sierota wychowywała się u wujostwa, ludzi w podeszłym wieku, którzy zmarli w parę lat po tym, jak przeniosła się na południe — do Anglii. Leona sądziła, że muszą istnieć jeszcze jacyś krewni ze strony matki czy ojca, ale nigdy nie miała okazji ich poznać.

— Piszę do mojej najbliższej przyjaciółki z dziewczęcych lat— powiedziała swoim ujmującym głosem Elizabeth Grenville.

Leona czekała na dalsze wyjaśnienia.

— Jeannie McLeod i ja prawie wychowałyśmy się razem — rzekła— a ponieważ moi rodzice nie żyli, spędzałam parę miesięcy w roku w jej domu, a ona czasem przyjeżdżała do mnie. — Z oczyma ożywionymi wspomnieniami ciągnęła dalej. — To rodzice Jeannie wprowadzili mnie do towarzystwa podczas balów w Edynburgu, kiedy miałyśmy obie po osiemnaście lat. Kiedy opuszczałam Szkocję z twoim ojcem, żałowałam jedynie, że rozstaję się z Jeannie.

— Nie widziałaś jej od tamtej pory, mamo?

— Pisywałyśmy do siebie regularnie — odparła pani Grenville — ale potem, wiesz jak to jest, Leono. Zawsze odkłada się na jutro to, co powinno się zrobić dzisiaj. — Westchnęła po czym mówiła dalej. — Zawsze przysyłała mi miły liścik na Boże Narodzenie; nie dostałam życzeń, jak sobie przypominam, na ostatnie święta. Przerwała, a potem rzekła. — Byłam taka... zagubiona po stracie twojego... ojca, że i ja nie bardzo pamiętałam o Bożym Narodzeniu.

— Nic dziwnego, bardzo to obie przeżyłyśmy, mamo — przyznała Leona.

Ojciec umarł w połowie grudnia, nie było więc choinki ani prezentów. Leona nie wpuściła nawet kolędników do domu, żeby nie sprawiać matce przykrości.

— Piszę do Jeannie— powiedziała pani Grenville— prosząc, aby zajęła się tobą gdy mnie już nie będzie, i kochała cię tak, jak mnie za dziewczęcych lat.

— Nie mów, że odejdziesz, mamo — powiedziała Leona błagalnym tonem. — Chcę, żebyś odzyskała siły i żebyśmy razem zajęły się domem i gospodarstwem.

Ponieważ matka milczała, Leona dodała po chwili.

— Tatuś życzyłby sobie tego, wiesz o tym dobrze. Byłby zmartwiony, gdyby zobaczył cię w tym stanie.

— Życie straciło dla mnie sens — odpowiedziała matka. — Twój ojciec opuszczając nas zabrał ze sobą moje serce i duszę. Jedyne, czego pragnę aż do bólu, niecierpliwie, to znów się z nim połączyć.

Słysząc rozpacz w głosie matki, Leona zdała sobie sprawę, że słowa nic tu nie pomogą. Przyglądała się, jak matka pisze list i krzyknęła zdumiona widząc, do kogo jest adresowany.

— Do księżnej Ardness, mamo? Twoja przyjaciółka została księżną?

—Tak, Jeannie świetnie wyszła za mąż — odrzekła pani Grenville. —Książę był od niej znacznie starszy i odznaczał się powierzchownością wzbudzającą postrach i szacunek.

— To właśnie wtedy zakochałaś się w tatusiu. Oczy pani Grenville zabłysły.

— Pokochałam go od pierwszej chwili— odparła. — W mundurze był niezwykle przystojny, ale to nie tylko to. Było coś jeszcze; coś z magii. Trudno ująć to w słowa.

— Miłość od pierwszego wejrzenia! — powiedziała Leona z uśmiechem. — Tatuś często opowiadał mi, jak się w tobie zakochał.

— Powiedz mi, co mówił — ożywiła się pani Grenville.

— Wchodząc do sali balowej, czuł się raczej znudzony — opowiadała Leona, — Często bywał na tańcach i Szkotki wydawały mu się nijakie. Nie miał z nimi o czym rozmawiać. Pragnął znaleźć się już z powrotem na południu.

—Mów dalej! — nalegała pani Grenville, a jej twarz rozpromieniła się szczęściem jak twarz młodej dziewczyny.

— Wtedy tatuś zobaczył ciebie. Tańczyłaś w najlepsze z oficerem gwardii, którego dobrze znał. Spojrzał i pomyślał: „Oto dziewczyna, którą poślubię! ”

— Jak tylkó zaczęliśmy rozmawiać, pomyślałam, że mogłabym zostać jego żoną! — zawołała pani Grenville. — Tak jakbyśmy się poznali przed laty i teraz odnaleźli po długiej rozłące.

— Jestem pewna, że tak jest; kiedy ktoś się naprawdę zakocha — powiedziała Leona jakby do siebie.

— Sama się o tym przekonasz pewnego dnia, kochanie — stwierdziła pani Grenville. — Zrozumiesz wówczas, że wobec takiego uczucia wszystko inne traci znaczenie. Poszłabym z twoim ojcem, dokądkolwiek zechciałby mnie zabrać — ciągnęła drżącym głosem. — Pobiegłabym za nim boso do Anglii, gdyby próbował mnie zostawić.

— Nie zazdrościłaś więc przyjaciółce, że poślubia księcia? — zażartowała Leona.

— Nikomu nie zazdrościłam — odparła pani Grenville— Byłam niewypowiedzianie szczęśliwa, cudownie szczęśliwa wychodząc za twego ojca.

— Tatuś czuł to samo.

— Wiem, że jest blisko — powiedziała pani Grenville niemal gniewnie. — Nie opuścił mnie. Nie mogę go żobacżyć, ale wiem, że jest tutaj!

— Na pewno się nie mylisz, mamo.

— Dlatego tak mi do niego spieszno. Rozumiesz mnie, kochanie, prawda?

— Staram się, mamo.

— Wyślij list! Wyślij go szybko! — nalegała pani Grenville. —Wówczas ani ja, ani twój ojciec nie będziemy musieli martwić cię o ciebie.

 

List został wysłany, jednak pani Grenville odeszła, aby połączyć się ze swym ukochanym mężem, nie doczekawszy się odpowiedzi.

Pewnego ranka Leona znalazła ją martwą w łóżku. Na jej nagle odmłodniałej twarzy widniał uśmiech. Pochowano ją obok męża na cmentarzu obok małego szarego kościółka. Wróciwszy z pogrzebu do domu, Leona zaczęła się zastanawiać, co dalej począć.

Odpowiedź nadeszła tydzień później — nie od księżnej, ale od księcia Ardness — w liście zaadresowanym do jej matki.

Zawierał wiadomość o śmierci dawnej przyjaciółki pani Grenville. Ponadto Leona przeczytała te oto słowa:

„Skoro twierdzisz Pani, że niewiele Ci życia zostało, szczęśliwy będę mogąc gościć jej córkę u siebie, w Szkocji. Proszę przekazać Leonie, że kiedy nieszczęśliwa chwila nadejdzie i zostanie sama, może napisać do mnie po dalsze wskazówki. Żywię wszakże nadzieję, że obawy Pani są przesadne i odzyska Pani zdrowie.”

List był miły i, jako że Leonie nic lepszego nie przyszło do głowy, zasiadła natychmiast do pisania odpowiedzi.

Poinformowała księcia, że matka zmarła. Zapewniła, że nie chce być dla niego ciężarem, pragnie tylko przyjechać do Szkocji, by wspólnie z nim zastanowić się, jak ma pokierować swoim życiem.

Nie wątpiąc w przychylność księcia pomyślała o sprzedaży domu wraz z inwentarzem oraz swymi ulubionymi końmi. Z największą starannością znalazła im gospodarzy, co do których miała pewność, że odpowiednio się nimi zaopiekują. Na szczęście, właściciel sąsiedniego gospodarstwa był dobrym człowiekiem. Zapłacił za konie więcej, niż dano by jej na targu. Obiecał także znaleźć kupca na dom i ziemię. Leona zdawała sobie sprawę, że nie będzie to łatwe, ale nawet niewielka suma urządzałaby ją w tej sytuacji.

Po uregulowaniu rachunków oraz opłaceniu człowieka, który miał się opiekować zwierzętami, z pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży koni zostało niewiele. Kiedy wszelkie przygotowania zostały zakończone, Leona zaczęła myśleć z niepokojem, co się stanie, jeśli książę, odmówi jej pomocy.

Obawy okazały się płonne. Otrzymała list, w którym książę wznowił zaproszenie do zamku Ardness i zachęcał ją do natychmiastowego przyjazdu.

Zabierz swoją ulubioną pokojówkę, by Ci usługiwała — pisał. — Załączam czek na zakup dwóch biletów pierwszej klasy.

Te zalecenia wzbudziły w Leonie lekki niepokój. Od śmierci ojca nie zatrudniali służących. Od czasu do czasu przychodziła ze wsi kobieta, aby za niewielką opłatą zrobić w domu porządki. Leona nie wątpiła, że propozycja towarzyszenia jej w podróży do Szkocji przeraziłaby każdą z miejscowych wieśniaczek. Zwłaszcza, że miałaby jechać hałaśliwym, wypuszczającym kłęby dymu pociągiem, którego mieszkańcy Essex bali się, niczym prehistorycznego straszydła!

„Pojadę sama — postanowiła Leona — i wyjaśnię księciu na miejscu, że nie miałam służby i znalezienie towarzyszki podróży okazało się nie lada problemem.”

Nie sądziła, aby był w stanie zrozumieć ich biedę i pójąć, w jakich warunkach mieszkały. Przyszło jej też do głowy, że książę uzna jąza biedaczkę, gdy ujrzy proste suknie które uszyła sobie sama z pomocą matki.

Nie miała pojęcia, jak żyli książęta, ale pamiętała opowiadania matki o wielkich zamkach należących do przywódców klanów i świetnych dworach w Edynburgu w których matka za młodu bywała na balach. Rozejrzała się po swoim ubożuchnym, chylącym się ku ruinie domu. Nigdy nie było pieniędzy na naprawy czy przeróbki i dopiero teraz, gdy ten dom opuszczała, zdała sobie sprawę, że to, co było w nim uroczego, to ich rodzinne życie, jakie toczyło się w jego wnętrzu, a nie samo wnętrze.

„Książę musi mnie przyjąć taką, jaka jestem”, pomyślałarozsądnie.

Przed wejściem do pociągu porównała ze smutkiem swoją skromną sukienkę ze wspaniałymi, szeleszczącymi krynolinami innych podróżujących dam, a swój czepek obrębiony tanimi wstążeczkami — z ich imponującymi nakryciami głowy. Tacy jak ona podróżowali w trzeciej, a nie w pierwszej klasie.

Ale nie zauważyła, że niejeden dżentelmen na peronie rzucał jej raz po raz ukradkowe spojrzenia. Uwagę przyciągały nie jej suknie podróżne, ale owalna twarzyczka o wielkich, zadumanych oczach, miękkie, jasne, jakby dziecięce włosy harmonizujące z delikatną bladą cerą. Leona miała mały, prosty nosek i słodko zarysowane usta, które uśmiechały się z ufnością nie doznała bowiem w życiu żadnego nieszczęścia z wyjątkiem straty rodziców.

Bagażowy znalazł jej miejsce w przedziale tylko dla dam. Podróżowała w stronę Edynburga w warunkach, które uznała za niebywale komfortowe. Jako że podróż trwała długo, zabrakło jej pożywienia. Na szczęście, zapasy trzymane w małym wiklinowym koszyczku mogła uzupełniać, gdy pociąg zatrzymywał się na większych stacjąeh.

Kiedy wreszcie dotarli do Edynburga, nie czuła się zmęczona ani wyczerpana. Podniecała ją perspektywa dalszej podróży. Książęca kareta wyglądała wspanialej niż jakikolwiek pojazd, jaki do tej pory widziała. Wewnątrz wysłana była miękkimi poduszkami. Były tam i futrzane okrycia, które wydały się Leonie niepotrzebne przy ciepłej sierpniowej pogodzie. Srebrne ozdoby zapierały po prostu dech w piersiach! Tak samo cztery konie w zaprzęgu oraz ludzie księcia w ciemnozielonych liberiach z błyszczącymi herbowymi guzikami ze srebra.

Leona odniosła wrażenie, że służący byli zaskoczeni, iż podróżuje bez pokojówki lub damy do towarzystwa, ale zajęli się nią z najwyższą troską i szacunkiem. Podczas noclegu w gospodzie pocztowej zadbano, aby miała wszystko cotrzeba.

Małe hrabstwo Ardness leżało na wschodnim wybrzeżu Szkocji między Inverness a Ross. Leona sprawdziła to na mapie i stwierdziła, że podróżując z Edynburga będą musieli przez jakiś czas posuwać się na północ, zanim znajdą się na miejscu. Następnego dnia wyruszyli wczesnym rankiem. Drogi wydawały się bardziej wyboiste niż poprzednio, a kraina bardziej dzika. Wioski trafiały się rzadko i zdarzało im się jechać godzinę i dłużej nie napotykając żywej duszy na fioletowych wrzosowiskach, czy gościńcu.

Piękno otaczającego Leonę świata sprawiało, że czuła się tak, jakby śniła na jawie.

„Nic dziwnego, że mama tęskniła za Szkocją!”, myślała; uroda krajobrazu przewyższała jej wyobrażenia o tym kraju.

Zatrzymali się, aby spożyć pyszny i — zdaniem Leony — nazbyt obfity obiad.

Rankiem czuło się lekką bryzę. Teraz wiał silny i przenikliwy wiatr od morza. Leonie żal było koni biegnących w strugach ulewnego deszczu. Od prawie godziny kareta posuwała się pod górę; wąska droga wiodła ich ponad pozbawionym osłony drzew wrzosowiskiem. Wiatr był tak chłodny, że Leona była wdzięczna za futrzane okrycie i żałowała, że nie wyjęła z kufra ciepłego szala, aby okryć ramiona. Opatuliła się szczelniej futrem. Miała nadzieję, że wiatr i deszcz nie opóźnią ich podróży i nie będą musieli jechać dalej po zapadnięciu zmroku. Bała się, że noc zastanie ich na wrzosowiskach. Światła latarni z pewnością nie starczyłyby, aby oświetlić drogę.

Wiatr zdawał się wzmagać. Pomyślała, że woźnice na koźle przemokli pewnie do suchej nitki i pogubili kapelusze w gwałtownych podmuchach. Kareta trzęsła się niczym szczur w pysku teriera. Po ciepłym słonecznym dniu wydawało się Leonie niezwykłe, że pogoda zmieniła się tak raptownie. Gdy już dotarli na sam szczyt stromego wzniesienia, kareta zgrzytnęła, szarpnęła i stanęła raptownie. Leona krzyknęła ze strachu.

Powoli wracała do świadomości. Słyszała, jak ktoś wydaje rozkazy, podczas gdy konie szarpały się trwożnie, a woźnice usiłowali je uspokoić. Zdała sobie sprawę, że nie znajduje się w karecie, ale leży na ziemi. Otworzyła oczy i ujrzała pochyloną twarz mężczyzny. Choć widziała go niezbyt wyraźnie, jak przez mgłę, przemknęło jej przez myśl, że ma przed sobą bardzo przystojnego mężczyznę.

— Nic się pani nie stało. Proszę się nie obawiać — uspokajał ją.

— Nie... nie boję... się. — Z trudem poruszała wargami, a w głowie czuła zamęt.

— Sądzę, że lepiej będzie zabrać damę do zamku — rzekł mężczyzna, który jak zauważyła teraz, klęczał obok niej. — Przyślę ludzi, żeby pomogli ustawić karetę i zaprowadzili konie do stajni.

— Ta... jest, jaśnie panie!

Klęczący mężczyzna odpinał broszę spinającą na lewym ramieniu przerzucony przez plecy pled.

— Czy jest pani w stanie usiąść? — zapytał. — Jeśli tak, okryję panią i pojedziemy konno, żeby jak najszybciej uciec przed wiatrem i deszczem.

Objąwszy Leonę ramieniem pomógł jej wstać. Następnie narzucił na jej głowę i ramiona pled, podniósł ostrożnie i ruszył w stronę konia, którego przytrzymywał stajenny.

Nieznajomy usadowił Leonę w siodle, a potem sam wskoczył zwinnie na swego wierzchowca. Wolną ręką podtrzymywał na wpół zemdloną, aby nie spadła. Oszołomiona wskutek uderzenia w głowę, nie bardzo wiedziała, co się z nią dzieje. Dopiero kiedy ruszyli, zerknęła za siebie. Książęca kareta, przewrócona na bok, leżała smętnie na skraju drogi. Konie, uwolnione z uprzęży, biegały nie opodal. Porywisty wiatr sprawił, że wtuliła twarz w ramiona przytrzymującego ją mężczyzny. Objął ją mocniej

— Do zamku już niedaleko. Za długo by to trwało, gdybym przysłał po panią karetę.

— Jestem... bardzo... panu wdzięczna — powiedziała z wysiłkiem Leona.

— To doprawdy szczęście, że znalazłem się w pobliżu.

Jechali wciąż naprzód w zimnych podmuchach wiatru.

Leona drżała mimo grubego pledu, wdzięczna, że może choć trochę ogrzać się tuląc się do ciała swego wybawcy. Przywarła doń instynktownie. Spojrzawszy w górę dostrzegła uśmiech ponad ostro zarysowanym podbródkiem.

— Czy wszystko w porządku? — zapytał.

— Chyba zraniłam się w głowę uderzając o ramę okna — odparła. — Ale poza tym nic mi się nie stało.

— Przekonamy się wkrótce, jak tylko znajdziemy się w zamku.

Wiatr tłumił słowa i Leona pomyślała, że lepiej teraz nie rozmawiać.

Zstępowali po zboczu wzgórza i mężczyzna trzymał Leonę mocno, aby się nie ześlizgnęła. Czuła się pokrzepiona na duchu i bezpieczna — tak jak wtedy, gdy żył jeszcze jej ojciec.

„Go za przygoda!”, pomyślała żałując, że nie będzie mogła opowiedzieć matce o tym, co się jej przydarzyło. Ciekawa była, kto ją wybawił z opresji. Do nieznajomego zwracano się, jaśnie panie”, musiał więc być kimś znacznym. Zresztą czuła to instynktownie. Po sposobie w jaki się wyrażał i w jaki przejął panowanie nad sytuacją, można było poznać że jest to człowiek nawykły do wydawania rozkazów.

„Jakie szczęście, że się zjawił”, pomyślała. Przymusowy nocleg na wrzosowiskach, w lodowatej wichurze nie należałby do przyjemności.

Potarli widocznie do stóp wzniesienia, bo koń biegł teraz szybciej i wydawało się, że znaleźli się poza zasięgiem wiatru. Leona uniosła głowę, żeby się rozejrzeć. Minęli bramę z kutego żelaza. Po obu jej stronach znajdowały się pomieszczenia dla straży.

— Jesteśmy w domu — powiedział mężczyzna. — Będzie pani mogła odpocząć, a poza tym sprawdzimy, czy wszy stkie kości są całe.

— Proszę pana... nie jest aż tak źle! — odrzekła Leona.

— Mam nadzieję — przytaknął.

Koń zatrzymał się. Leona, uniósłszy głowę znad ramienia mężczyzny, zobaczyła ciężkie dębowe drzwi. Spojrzała w górę, na wznoszące się ku niebu ściany zamku. Trwało to chwilę, bo nagle otworzyły się drzwi, przez które wypadła chmara służby. Jeden z lokajów uniósł ją ostrożnie z siodła. Doznała absurdalnego poczucia przykrości, że oto wyrwano ją z bezpiecznego i wygodnego uścisku ramion jej rycerza. Zanim jednak zdążyła zastanowić się nad tym, ów rycerz odebrał ją służącemu i sam wniósł do zamku.

— Jestem pewna, żę dam sobie radę sama — zaprotestowała Leona.

— Nie ma potrzeby — odparł. — Nie sądzę, abyśmy mieli się posprzeczać z tak błahego powodu. Zaczął wchodzić na górę. Leona zauważyła, że ściany obwieszone były obrazami, tarczami, włóczniami, mieczami i proporcami.

„Jest dokładnie tak — pomyślała z zachwytem — jak mama mówiła.” Jej wybawca wniósł ją bez wysiłku na szczyt schodów, a gdy nadbiegł służący oznajmił:

— Zabiorę panią do „komnaty ostów”.

— Tak, jaśnie panie.

Służący ruszył przodem. Leona ledwie zdążyła rzucić okiem na salon i ściany korytarza, także przyozdobione tarczami i włóczniami. Potem wniesiono ją do obszernej sypialni i złożono na łóżku.

— Sprowadź panią McCray!

— Tak, jaśnie panie.

Służący zniknął. Leona zsunęła pled z ramion.

— Bardzo dziękuję — powiedziała odruchowo.

Teraz wreszcie mogła się przyjrzeć swojemu wybawcy. Uznała, że jest niebywale przystojny. Miał na sobie spódniczkę, zwanąpo szkockukiltem, jej kraciasty wzór, tartan, utworzony z niebieskich i czerwonych linii, nie był jej znany. Służący jej za okrycie pled, był również w takąsamąkratę. U pasa wisiała zdobiona srebrem skórzana torba, którą w Szkocji nazywają sporranem.

 

Zsunął czapkę z głowy i przyglądał się Leonie z uśmiechem.

— Nie wygląda pani na ofiarę wypadku, ale nie możemy ryzykować.

— Zapewniam pana, że nic mi nie jest — odparła Leona. — Jestem ogromnie wdzięczna, że był pan tak łaskaw i zechciał przewieźć mnie tutaj.

— Cała przyjemność po mojej stronie. Czy mogę się przedstawić? Jestem Strathcairn.

Leona cicho krzyknęła.

— Słyszałam o panu — powiedziała — a przynajmniej o pańskim klanie, McCairnach.

— Bardzo mi miło. Czy zechce pani zdradzić swoje imię?

— Leona Grenville.

— Witam zatem w zamku Cairn, panno Grenville. O ile wiem, jest pani gościem księcia Ardness.

— Tak jest — powiedziała Leona — mam nadzieję, że jego wysokość nie weźmie mi za złe spóźnienia.

— Nie zdołałaby pani dotrzeć do zamku dziś wieczorem — stwierdził lord Strathcairn — nawet gdybym dał jej do dyspozycji jedną z moich własnych karet.

Leona wydawała się zaniepokojona. Strathcairn ciągnął dalej.

— Wyślę jednak służącego, aby powiadomił jego wysokość o wypadku. Na pewno bez względu na to, jakich uszkodzeń doznał pani pojazd, do rana go naprawią i będzie gotów do drogi.

— Dziękuję — powiedziała. — To bardzo miło z pana strony. Mam nadzieję, że nie sprawiłam panu zbyt wiele kłopotu.

— Sądzę, że zna pani odpowiedź — uśmiechnął się Strathcairn. Proszę teraz odpocząć. Później zechce pani, być może, zaszczycić mnie swym towarzystwem podczas kolacji.

R&żległo się pukanie do drzwi. Ukazała się w nich starsza kobieta. Ubrana była na czarno, a u jej pasa wisiał pęk kluczy. Dygnęła w ukłonie.

— Jaśnie pan mnie wzywał?

— Tak, pani McCray. Nasz gość doznał nieszczęśliwego wypadku. Powierzam pannę Grenville pani sprawnym rękom.

— Wasza lordowska mość może być spokojny. Lord Strathcairn poszedł w stronę drzwi.

— Byłbym srodze rozczarowany, panno Grenville — powiedział z ręką na klamce — gdyby nie czuła się pani na siłach, aby zjeść ze mną dziś wieczór kolację.

Pani McCray pośpieszyła ku łóżku.

— Co też się panience przydarzyło? Czy panienka jest ranna?

— Ależ nie. Kareta przewróciła się — odparła Leona — i chyba uderzyłam głową w okno. Straciłam na parę minut przytomność i to wszystko.

— To w zupełności wystarczy! — zawołała pani McCray. —Ta droga jest okropna, zdradliwa o każdej porze roku, a zimą — zawsze to powtarzam — to śmiertelna pułapka.

Rozwodząc się nad niebezpieczeństwami czyhającymi na drodze i trudami podróży, pani McCray zaaplikowała na obolałe czoło Leony środki z domowej apteczki. Podała jej także ciepły napój z miodem i — jak podejrzewała Leona — sporą miarką whisky. Dziewczyna rozebrała się i ułożyła wygodnie na łóżku. To napój z pewnością sprawił, że zasnęła natychmiast. Kiedy się ocknęła, służące krzątały się przygotowując kąpiel i rozładowując kufer Leony przeniesiony do zamku z rozbitej karety.

Wiatr wciąż gwizdał za oknami, a w komnacie ogień trzaskał na kominku. Kąpiel w takich warunkach była niezwykle przyjemna. Matka nieraz mówiła jej, że miękką, zabarwiona torfem na brunatny kolor woda wspaniale działa na skórę. Obmywając się w kąpieli Leonie przypomniały się jej słowa.

Niewiele miała sukien do wyboru, by wystroić się na kolację z lordem Strathcairnem. Zdecydowała się na jedną własnej roboty. Bladoróżowej sukni uroku dodawały stare koronki, które przedtem zdobiły stroje jej matki. Suknia nie była tak szeroka dołem, jakby Leona sobie życzyła, ale obcisły stanik podkreślał jej kobiece kształty i szczupłość talii.

Starając się uporać z włosami myślała z niepokojem, czy okaże się gościem godnym zasiadać w towarzystwie jego lordowskiej mości.

— Ładnie panienka wygląda — powiedziała pani McCray z uznaniem, prowadząc Leonę szerokim korytarzem.

Dziewczyna oglądała z zachwytem tarcze i broń na ścianach. Komnata-saloń, do której wreszcie dotarły, spodobała jej się bardzo.

Na pierwszym piętrze, jak w każdym szkockim zamku, mieściły się najważniejsze komnaty. Salon, mimo pokaźnych rozmiarów, sprawiał wrażenie przytulnego i gościnnego. Jedną ścianę przykrywały półki z książkami, było tam też trochę Obrazów i kamienny kominek. Przy wysokich prawie aż do sufitu oknach znajdowały się wygodne siedziska z aksamitnymi poduszkami.

Lord Strathcairn czekał przy kominku. Kiedy ruszył, aby ją powitać, Leona pomyślała, że jak dotąd żaden mężczyzna nie wywarł na niej podobnego wrażenia. Świetnie się prezentował w kraciastej spódniczce, a sporran u jego pasa stanowił istny cud rękodzieła. Kaftan zdobiły srebrne guziki, a pod szyją pieniły się białe koronki. Nosił getry po kolana o tym samym wzorze co spódniczka, a kiedy chodził, Leona dostrzegła skean-dhu, obszytą topazami ozdobę na jego lewej nodze.

— Czuje się pani lepiej, panno Grenville? — zapytał lord Strathcairn.

— Cżuję się zupełnie dobrze, dzięki uprzejmości waszej lordowskiej mości — odparła Leona.

— Bardzo się z tego cieszę.

— Pański zamek jest tak cudowny! Czy mogę wyjrzeć przez okno?

Nie czekając na pozwolenie Leona podbiegła do okna i krzyknęła z zachwytu. Sypialnia wychodziła na ogród, natomiast z okien salonu rozpościerał się widok na wielkie jezioro. Otaczały je wzgórza z wyjątkiem jednego miejsca w oddali, skąd, jak się domyśliła, zanim jeszcze usłyszała to od lorda, wypływała rzeka kierując się ku morzu.

Słońce zanurzyło się już w wodach jeziora barwiąc je złotem. Niebo jaśniało bladą poświatą. Wzgórza, na których igrały ostatnie promienie światła, błękitniały w mroku. Widok był urzekający.

— Jakie to wspaniałe! To najpiękniejsze miejsce na świecie! — zawołała Leona z głębokim podziwem.

— Jestem szczęśliwy, że podoba się tu pani — odparł lord Strathcairn.

— Zamek jest zapewne bardzo stary?

— Niektóre fragmenty pochodzą sprzed siedmiuset lat.

— Kryje zatem kawał historii w swych murach.

— Z największą przyjemnością opowiem pani coś niecoś o dawnych czasach — rzekł lord Strathcairn. — Nie chciałbym jednak pani zanudzić, a poza tym, ciekaw jestem, co panią sprowadza do Szkocji.

Wręczył jej szklaneczkę sherry.

— Moi rodzice nie żyją — odparła Leona — ale matka tuż przed śmiercią napisała do księżnej Ardness z prośbą, aby zechciała się mną zaopiekować.

— Księżna? — zapytał lord Strathcairn, — Ależ ona także nie żyje.

— Tak, wiem o tym — powiedziała Leona. — Książę powiadomił o tym w liście, ale zaprosił mnie mimo wszystko. Mam mieszkać w jego zamku. Zauważyła, że lord Strathcairn znieruchomiał.

— Mieszkać z nim w zamku? — powiedział dziwnym tonem, jakiego dotąd nie słyszała w jego głosie. — Sądziłem, że udaje się pani na północ z krótką wizytą.

— Ależ nie — stwierdziła Leona. — Nie mam dokąd pójść, nie chciałabym jednak być ciężarem dla jego wysokości i jeśli znuży go mój pobyt w zamku, znajdę może jakieś zajęcie w Edynburgu.

— Nie wydaje mi się to prawdopodobne — powiedział lord Strathcairn zdecydowanie. — Jednakże nie podoba mi się...

Przerwał z pewnym wysiłkiem, jak wydało się Leonie. Spojrzała na niego pytająco, lecz w tym momencie lokaj oznajmił:

— Kolację podano, jaśnie panie!

Jadalnia, znajdująca się na tym samym piętrze, była równie wspaniała jak salon. Stół uginał się pod srebrną zastawą. Wielkie kielichy musiały pochodzić z bardzo odległych czasów. Wystrój komnaty, z topornie rzeźbionym kominkiem i wąskimi oknami sięgającymi aż do belkowanego sufitu, wskazywał na wieki średnie, W oknach wisiały kotary z czerwonego aksamitu. Na stole płonęły dwa świeczniki. Ich światło sprawiało, że pokój, mimo swych rozmiarów, wydawał się ciepły i przytulny. Leona popatrzyła na świece z lekkim uśmiechem.

— Cóż tak panią rozbawiło, panno Grenville? — zapytał lord Strathcairn.

— Kiedy zobaczyłam świeczniki — odparła Leona nieco zaskoczona, że tak uważnie ją obserwował — przypomniałam sobie anegdotę, jaką matka opowiadała mi o jednym ze swoich przodków.

— Wydaje mi się, że ją znam — powiedział lord Strathcairn — ale chętnie usłyszę ją z pani ust.

— To był Macdonald z Keppoch. Jeden z gości usiłował zrobić na nim wrażenie opowiadając o ogromnych świecznikach, jakie spotyka się w angielskich domach.