Szarada - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Lavina i Katherine wsiadły do powozu, który zawiózł je do Wick House.

Macie nowego lokaja — zauważyła Lavina. — Nie rozpoznałam go, kiedy przyjechałaś, więc nie miałam pojęcia, kto mnie odwiedził.

— Papa przyjął wielu nowych służących w Londynie — wyjaśniła Katherine. — To oznacza, że ci, którzy są zatrudnieni od lat, muszą się trochę podciągnąć.

Lavina roześmiała się, gdyż był to rodzaj uwag typowy dla Katherine.

Jednocześnie wiedziała, że zarówno hrabia, jak i cała rodzina byli bardzo hojni dla wieśniaków.

Katherine poinformowała ją, że część dziewcząt, które zamierzały wziąć udział w grze określonej przez nią jako „Dramatyczna szarada”, gościła u niej od jakiegoś czasu.

Nalegała, by Lavina pojechała z nią do Wick House, aby się z nimi spotkać.

— Muszę ci powiedzieć... co mnie niepokoi — powiedziała Lavina, gdy wjechały w aleję lipową.

— Co takiego? — zapytała Katherine.

Lavina zawahała się przez chwilę.

— Obawiam się, że... suknie... które będziemy nosić, są bardzo... drogie, a wiesz, że mój papa nie jest... zbyt zamożny.

— Oczywiście, że wiem — odparła Katherine. — I ani przez chwilę nie zamierzałam prosić twego ojca, którego podziwiam od dziecka, aby zapłacił za coś, czego z pewnością by nie pochwalił.

— A więc kto...? — zaczęła Lavina.

— Nie zdążyłam ci wszystkiego powiedzieć — przerwała jej Katherine. — Jedna z dziewcząt, które mi pomagają, to Suzana Heatherington. Jest bardzo bogata, gdyż jej mama jestAmerykanką. Powiedziała, że zapłaci za wszystko, co będziesz nosić.

— To bardzo hojnie z jej strony — zauważyła Lavina.

W głębi duszy pomyślała jednak, że to wyrzucanie pieniędzy.

Przecież już nigdy więcej nie założą tych sukien.

Jakby odgadując te jej myśli, Katherine powiedziała:

— Suknie będą uszyte przez najlepszego mistrza igły w Londynie, który ubiera sporą liczbę dziewcząt z Gaiety. Jestem pewna, że po całym tym zamieszaniu ujmiemy trochę falbanek i marszczeń, po czym będziemy mogły używać tych sukien.

Lavina pomyślała, że to bardzo podniecające.

Od kiedy skończyła się j ej żałoba po matce, kupiła zaledwie dwie nowe suknie.

Były one tanie, ale eleganckie i choć nie zdawała sobie z tego sprawy, wyglądała w nich uroczo.

Z pewnością jednak nie mogły konkurować ze strojami Katherine.

— Poznasz Suzanę, gdy przyjedziemy — mówiła Katherine. — Ona również jest bardzo ładna, podobnie jak Millicent, która także jest z nami. Nie mogła przyjechać Doris Vincent, której ojciec uczestniczy w pracach gabinetu.

Lavina nie mogła powstrzymać się od myśli, jaką klęską byłoby, gdyby ktoś się dowiedział o ich zamiarach.

Gdyby sprawa znalazła się na łamach gazet, ojciec Doris z pewnością byłby bardzo rozgniewany.

Zdawała sobie jednak sprawę, że nie ma sensu dyskutować o tym z przyjaciółką. Od dziecka Katherine zawsze stawiała na swoim. Kiedy były w szkole, to Katherine zawsze decydowała, co będą robić w czasie wolnym od zajęć. Ona także obmyślała przygody i przyjęcia, tak podniecające dla Laviny.

Konie podjechały pod Wick House.

Była to imponująca siedziba, jednak bez szczególnego stylu architektonicznego. Całe pokolenia kolejno wnosiły swój wkład w jego budowę. To, co dodano przed pięćdziesięciu laty, nie poprawiło specjalnie oryginalnego wyglądu. Podobnie było wewnątrz, jak uważała Lavina; potpourri kilku stuleci zmieszanych w jednym tyglu.

Lavina znała ten pałac od lat i kochała go. Gdy przekraczała próg, poczuła się, jakby wracała do domu. Przez ostatnich kilka miesięcy dom był zamknięty. Katherine wyjechała i wszystko wyglądało ponuro. Nienawidziła widoku zamkniętych okiennic i pozbawionych dymu kominów.

Stary majordomus, który od lat pracował w Wick House, przywitał ją z szacunkiem:

— Miło panią widzieć, panno Lavino! Mam nadzieję, że pani ojciec czuje się dobrze.

— Bardzo dziękuję, Dobsonie — odparła Lavina. — Jestem pewna, że tata będzie pytał o twój reumatyzm.

— Jak zawsze, czasem trochę dokucza!

Uśmiechnął się mówiąc, a Lavina odwzajemniła uśmiech.

Wiedziała, że z powodu reumatyzmu nie chodził do kościoła. Zbyt trudno było mu iść długą drogą do wioski.

Katherine nie słuchała.

Pospieszyła do saloniku, którego zazwyczaj używała, gdy przyjeżdżały jej przyjaciółki.

Był znany jako „błękitny pokój”.

Bardzo ładny, choć nie tak okazały jak salon zachowywany na szczególne okazje.

Gdy otworzyła drzwi, Lavina ujrzała oczekujące na nie dwie dziewczyny.

Tak jak powiedziała Katherine, obie były niezwykle ładne.

Suzana miała ciemne włosy i ogromne, błyszczące oczy, które dominowały nad prostym noskiem i owalnym podbródkiem.

Millicent była szczupłej sza. Miała trójkątną twarzyczkę pod chmurą naturalnie wijących się włosów, które zdawały się czerpać blask od słońca, i nieodparty uśmiech. Było prawie niemożliwe nie odwzajemnić jej uśmiechu.

— To jest Lavina — oznajmiła Katherine. — Jak już wam powiedziałam, jest mądrzejsza od każdej z nas.

— I bardzo ładna! — zawołała Millicent. — To jest ważniejsze niż cokolwiek innego.

— Bzdura — zaprzeczyła Katherine. — Chcemy udowodnić, że liczy się nie wygląd, ale rozum.

Dziewczęta roześmiały się, a Suzana zauważyła:

— Skoro mamy udawać dziewczęta z Gaiety, nasze twarze będą bardzo dobrym biletem wprowadzającym.

— To poniekąd prawda — zgodziła się Katherine. — Jak wam poszło zadanie, które miałyście rozwiązać?

— Bardzo dobrze — pochwaliła się Millicent. — Czy chcesz posłuchać?

W ręku trzymała kawałek papieru.

Już miała przeczytać, co na nim jest napisane, gdy dostrzegła zaciekawione spojrzenie Laviny.

— Katherine powiedziała nam — wyjaśniła — że musimy wymyślić sobie imiona, których będziemy używały jako dziewczęta z Gaiety, tak abyśmy pamiętały je, gdy markiz zwróci się do nas.

— Zgadzam się, że to ważne — przyznała Lavina.

Przyszło jej do głowy, że tak czy inaczej będzie zdenerwowana odgrywając rolę, jaką przeznaczyła jej Katherine.

Gdyby jeszcze miała pamiętać, że nosi jakieś dziwne imię, z pewnością w ostatniej chwili wyleciałoby jej ono z głowy.

— Przeczytaj, co wybrałyście — niecierpliwie poleciła Katherine.

— Ja oczywiście będę „Milly” — zaczęła Millicent. — Wydaje mi się, że „Milly Mills” brzmi dość teatralnie.

— Faktycznie — mruknęła Katherine.

— Elizabeth zostanie „Betty Butt” — ciągnęła Millicent. — A Doris — „Dolly Dalton”.

— Trochę za długie — sprzeciwiła się Katherine.

Doszła do wniosku, żę musi co nieco wyjaśnić Lavinie:

— Rozumiesz, wiemy, że George Edwardes lubi, jak jego dziewczęta noszą imiona łatwe do zapamiętania i brzmiące podniecająco.

— Dobrze — przerwała Suzana — może być „Dolly Dawes”.

— Znacznie lepiej! — przytaknęła Katherine.

— A Constance przechrzcimy na „Connie Corry” — kontynuowała Millicent. — Wendy może zachować swoje imię w pełnym brzmieniu i stać się „Wendy Winn”; Suzana — „Susie Shaw”, a Iris — „Iris Locke”.

Katherine klasnęła w dłonie.

— Wspaniale! A co z Laviną?

Lavina wstrzymała oddech.

Po cichu zastanawiała się, jak jej imię można by przekształcić w coś łatwego, a zarazem pospolitego.

— Sądzę — odezwała się Millicent — że „Vina Verne” będzie świetne dla Laviny.

— O, tak — ucieszyła się Lavina — z łatwością to zapamiętam!

— Pasuje do ciebie — zauważyła Millicent — i brzmi nieco mądrzej niż nasze imiona!

Katherine westchnęła.

— A więc ustalone! — powiedziała. — Ja będę Kathy, a teraz musimy zająć się sukniami. Przy okazji, Rupert powiedział mi ostatniego wieczora, że markiz przygotował swoją prywatną salonkę, która zostanie dołączona do pociągu odjeżdżającego z Paddington o trzeciej po południu w sobotę.

Lavina spojrzała ze zdumieniem.

— Chyba nie zamierzamy wystąpić tego samego wieczora?

— Zapomniałaś, co ci powiedziałam — odparła Katherine. — Byłyśmy na tournée i dopiero co wróciłyśmy do Londynu. Nie mamy więc nic innego do roboty aż do poniedziałku, kiedy to wyruszamy na występy do kolejnego miasta.

Lavina przeprosiła.

— Rzeczywiście zapomniałam!

— To daje nam dwa wieczory w domu markiza, skąd musimy wyruszyć wczesnym rankiem w poniedziałek.

Lavina chciała powiedzieć, że to za długo.

Jednak skoro pozostałe nie zgłaszały sprzeciwu, uznała, że nie należy się uskarżać.

— Pojutrze jadę do Londynu — oznajmiła Katherine — a Lavina pojedzie ze mną.

Lavina wydała lekki okrzyk.

— Naprawdę mnie zabierzesz?

— Oczywiście. Musisz przymierzyć suknie i oczywiście powinnaś obejrzeć spektakl w Gaiety, to znaczy „Dziewczynę ze sklepu”.

Oczy Laviny zalśniły.

— To będzie takie podniecające.

— Będziemy musiały iść tam przed południem, w przeciwnym razie markiz może być w teatrze. Wprawdzie mało prawdopodobne, że nas zauważy, jednak nie warto ryzykować.

— Nie, oczywiście — dorzuciła Millicent — i możecie iść tylko we dwie z Laviną, gdyż reszta już widziała przedstawienie.

— To prawda — stwierdziła Suzana — Lavina zaś będzie mogła ocenić, ile wysiłku musimy włożyć w to, by stać się tak atrakcyjne jak dziewczęta z Gaiety.

— Markiz będzie zmuszony to przyznać! — ponuro obwieściła Katherine.

Zasiadły omawiając, co jeszcze trzeba zrobić.

Gdy rozmawiały, Lavina uświadomiła sobie, jak bardzo Katherine jest rozgniewana tym, co powiedział markiz.

 

— Nie mogę pojąć, dlaczego tak ją to niepokoi — zastanawiała się.

Nagle przyszło jej do głowy, że może chpciaż Katherine nigdy go nie spotkała, zakochała się w markizie.

To wydawało się nieprawdopodobne.

Z tego, co mówiły inne dziewczęta Katherine odniosła ogromny sukces, i była tak podziwiana, że wydawało się wręcz dziecinne obrażać o jeden przeciwny głos wśród ogólnego aplauzu.

Mimo wszystko podniecała ją sama myśl wyjazdu do Londynu.

Późnym wieczorem, kiedy Katherine odesłała ją powozem do domu, poczuła się jakby fruwała w powietrzu.

Ojciec wciąż pracował w gabinecie. Był już czas, aby przebrać się do kolacji, więc przerwała mu.

Spojrzał na nią, gdy weszła do pokoju i zapytał z roztargnieniem:

— Która godzina?

— Siódma, papo i czas skończyć pracę. Poza tym mam ci coś cudownego do opowiedzenia.

— Co takiego? — zapytał wikary.

Przesuwał swoje papiery, tak więc Lavina wiedziała, że wcale nie słucha jej odpowiedzi.

— Katherine była tu dzisiaj — wyjaśniła Lavina — i zaprosiła mnie do Londynu na przyszły tydzień!

— Katherine?! — wykrzyknął wikary.

I jakby nagle przypomniał sobie, kim ona jest, dodał:

— Och, to ona jest w domu? Cóż, to miło z jej strony, moja droga.

— Bardzo miło — zgodziła się Lavina. — Nie masz nic przeciwko temu, abym pojechała na kilka dni do Londynu?

Wikary odłożył papiery i wyszedł zza biurka.

— Prawdę mówiąc — zaczął — byłem zraniony faktem, że Katherine ostatnio poświęcała ci tak niewiele czasu. Byłyście nierozłączne jako dzieci.

— Katherine przepraszała za zaniedbanie — wyjaśniła Lavina — a ja ją rozumiem. Była tak zajęta w Londynie, że trudno, aby pamiętała o wiejskiej dziewczynie mieszkającej w Little Wickington.

— A teraz zaprasza cię do siebie — powiedział wikary.

— Tylko na parę dni — odrzekła Lavina. — Możliwe, że zostanę zaproszona na przyjęcie wydane przez markiza Sherwood.

Mówiąc to zastanawiała się, czy ojciec słyszał o markizie i czy przypadkiem nie sprzeciwi się temu, aby przyjęła jego gościnę.

Ale wikary powiedział tylko:

— To brzmi bardzo przyjemnie i cieszę się z tego, moj a droga.

Wyszedł z gabinetu, ale doszedłszy do schodów przystanął:

— Właśnie pomyślałem sobie, że skoro jedziesz do Londynu, będą ci potrzebne nowe stroje, więc dam ci trochę pieniędzy, tyle, ile mogę.

— To nie będzie konieczne, papo — szybko zaoponowała Lavina. — Katherine już mi powiedziała, że mogę pożyczyć od niej wszystko czego mi będzie trzeba, gdyż strojów ma o wiele więcej niż potrzebuje.

Wikary roześmiał się.

— To stosuje się do całej rodziny! Z drugiej strony bezsprzecznie nie są skąpi. Wszedł na górę.

— To mi coś przypomina. Chciałbym poprosić hrabiego, by zrobił coś z przytułkiem. Staje się coraz bardziej zaniedbany!

— Zapytam Katherine, kiedy jej ojciec wraca do domu, ale wydaje mi się, że bawi się w Londynie równie dobrze jak ona!

Mówiąc to Lavina myślała, że hrabia musi czuć się bardzo osamotniony, od kiedy owdowiał.

Tak jak jej ojciec wciąż jeszcze był przystojny.

Z pewnością bywanie na przyjęciach u starych przyjaciół sprawiało mu radość.

Po obiedzie ojciec odczytał Lavinie napisany po południu fragment książki.

Był bardzo ciekawy.

Kiedy go słuchała, zapominała o całym świecie.

Czytał pięknie, głębokim, starannie modulowanym głosem.

Kiedy wygłaszał kazania w kościele, mówił z hipnotyczną mocą, tak że słuchali go nawet ruchliwi chłopcy z chóru.

Pisał teraz o miejscach, które zwiedził, zwłaszcza na Wschodzie.

Sprawiał, że była w stanie wyobrazić je sobie jasno i to, co opisywał jawiło się przed jej oczami niczym obraz.

Najnowsza książka traktowała o Indiach.

Lavina mogła wprost dostrzec słońce lśniące na rzece Ganges.

Jaskrawokolorowe sari suszące się na brzegu.

Tłumy wiernych schodzące do rzeki, by wykąpać się w jej wodach, uznanych za święte.

Przykryte daszkiem łódki z wolna unoszone przez leniwe fale.

Gdy ojciec skończył, westchnęła cicho.

— To cudowne, papo! Dzięki tobie poczułam się, jakbym sama była w Indiach!

— Chciałbym cię tam zabrać — uśmiechnął się wikary — ale obawiam się, że nas na to nie stać.

Westchnął.

Wiedziała, że tęskni za podróżowaniem po całym świecie jak wówczas, gdy był młodszy i mógł wspinać się na góry i pokonywać nieujarzmione rzeki.

Uwielbiał rozmawiać z tubylcami, którzy wyglądali tak inaczej od mieszkańców Little Wickington.

— Może pewnego dnia będziemy mogli wyjechać na długie wakacje — głośno rozmarzyła się Lavina. — Musimy oszczędzać każdy grosz.

Przez chwilę oczy wikarego zaświeciły. Potem odrzekł:

— To brzmi cudownie. Jednak, najdroższa, nie zamierzam oszczędzać twoim kosztem. Jeśli zobaczysz jakąś ładną sukienkę w Londynie, kup ją sobie. Jestem pewien, że wkrótce dostanę zaliczkę od wydawcy.

— To miło z twojej strony, papo — odparła Lavina — ale raczej wolę zwiedzić Grecję niż kupić nową suknię.

— Zrobimy obie rzeczy — zdecydowanie stwierdził wikary.

Wiedział, że trudno to będzie osiągnąć. Musiałby znaleźć zastępcę na czas wyjazdu.

Kiedy trzymając się za ręce poszli na górę, Lavina zaczęła się martwić, czy nie poczuje się samotny, gdy ona wyjedzie do Londynu.

Potem powiedziała sobie, że niania się nim zajmie.

Ponadto, dopóki nie skończy swojej książki, będzie szczęśliwy mając więcej czasu dla siebie.

Godziny mijały powoli, gdy Lavina oczekiwała na wyjazd do Londynu z Katherine.

Usiłowała zrobić wszystko, by ojciec nie odczuł jej nieobecności.

— Jak tylko wrócę do domu, przeczytasz mi każdy rozdział książki napisany w tym czasie— poprosiła.

— Będą na ciebie czekać — obiecał.

Ucałowali się na do widzenia. Lavina machała ręką, dopóki plebania nie znikła jej z oczu.

Potem, siadając obok Katherine, powiedziała:

— Papa często jest samotny, podobnie, jak wydaje mi się, twój ojciec. Mama mawiała, że wdowy radzą sobie lepiej niż wdowcy.

— Też myślę, że to prawda — zgodziła się Katherine. — Zawsze cieszy mnie, gdy ojciec flirtuje z jakąś atrakcyjną kobietą. Z drugiej strony jestem pewna, że żadna nigdy nie zajmie miejsca mojej mamy.

— To samo mogę powiedzieć o moim ojcu — potwierdziła Lavina — i sądzę, że jest to cena za szczęśliwe małżeństwo.

Mówiąc to pomyślała, że tego samego pragnęłaby dla siebie w małżeństwie.

Chciała pokochać mężczyznę tak, aby nic innego w całym świecie nie miało znaczenia i żeby on czuł to samo do niej.

— Czy oświadczył ci się ktoś, Katherine? — zapytała.

— Dwóch — odparła Katherine — ale żadnego z nich papa nie chciał zaakceptować jako zięcia.

Lavina zastanawiała się przez chwilę.

Potem zapytała:

— Co by zrobił twój ojciec, gdybyś zakochała się w kimś, kto z jego punktu widzenia byłby nieodpowiedni?

— Zabroniłby mi poślubić go, a ja nie mogłabym na to nic poradzić — odrzekła Katherine.

— Ale załóżmy, że bylibyście... zakochani? — nalegała Lavina.

Zapadło milczenie.

Wreszcie Katherine odezwała się:

— Mam nadzieję, że będę na tyle rozsądna, by nie zakochać się w kimś, kto nie będzie w stanie zapewnić mi takiej pozycji, jakiej pragnę, i zaopatrzyć w tyle pieniędzy, abym mogła mieć wszystko, co zechcę.

Lavina wiedziała, że Katherine mówi dokładnie to, co uważa za podstawę szczęścia.

Pomyślała, choć tego nie powiedziała głośno, że to nie jest prawdziwa miłość.

To nie była ta miłość, której pragnęła i która była częścią jej snów.

Mieszkała na wsi i spotykała niewiele osób, szczególnie tego roku, gdy była w żałobie. Niewiele zatem wiedziała o mężczyznach.

Z wyjątkiem tego, rzecz jasna, co przeczytała o nich w książkach.

Wyobrażała sobie, że mężczyzna, którego pokocha, będzie jak bohater z powieści Waltera Scotta albo może dziwaczny, cyniczny i niestały jak bohaterowie Jane Austen. Mógł być również połączeniem błędnego rycerza i poszukiwacza przygód.

Tak jak ci, którzy zapuszczali się w nieznane części świata, gdzie nie stąpała noga białego człowieka.

Powinien być tak odważny, by umieć ryzykować życie dla ocalenia damy albo bezbronnego dziecka.

Była pewna, że mężczyzna, którego pokocha, będzie tym wszystkim naraz.

Pewnego dnia go spotka i odtąd będą żyli długo i szczęśliwie.

Kenwick House w Londynie był obszerny i, jak pomyślała Lavina, raczej ponury.

Jednakże rekompensowała to wygoda i duża liczba służby dogadzająca hrabiemu i jego córce.

— Mam przyzwoitkę, która mieszka z nami — powiedziała Lavinie Katherine — bo ktoś musi być ze mną, gdy papa wyjeżdża na wyścigi albo polowanie.

— Kto to jest? — zapytała Lavina.

— Raczej nudna stara kuzynka, która była zachwycona mogąc przyjechać i zostać tak długo jak zechcemy, ale w nic się nie wtrąca, tylko tyle, że jest nudziarą.

Sposób, w jaki Katherine to powiedziała, wywołał u Laviny współczucie dla biedaczki.

Jednocześnie przypomniała sobie, jak Katherine zawsze niecierpliwiła niezliczona ilość jej kuzynów i innych krewnych, którzy przypochlebiali się jej ojcu.

Gdy tylko dziewczęta przybyły do Kenwick House, pojawiły się Millicent i Suzana.

— Chciałyśmy wam powiedzieć — oświadczyły — że kazałyśmy krawcowej, która szyje nasze suknie, przyjść tu jutro z przymiarką.

— Tutaj? — wykrzyknęła Katherine.

— Cóż, jak wiesz, mama chciałaby zobaczyć, co wybrałam dla siebie — zauważyła Millicent — a Suzana mówi, że jej ojciec już zaczął zadawać pytania na temat weekendu dwudziestego trzeciego.

— Mam nadzieję, że powiedziałaś mu, iż będziesz ze mną — zapytała Katherine.

— Oczywiście — odparła Suzana. — Ale pytał mnie kilkakrotnie, do kogo jedziemy.

— Zawsze możesz powiedzieć, że udajemy się do moich przyjaciół na wsi, albo podać jakieś zmyślone nazwisko — stwierdziła Katherine. — Tak właśnie zamierzam powiedzieć mojemu ojcu, ale dopiero w ostatniej chwili.

— Zrobiłam błąd mówiąc mojemu ojcu tak wcześnie — przyznała Suzana. — Ale planował przyjęcie na niedzielne popołudnie, więc musiałam uprzedzić go, że wyjeżdżam.

— Bądź ostrożna, na litość boską — poprosiła Katherine. — Wiesz, jacy wścibscy są krewni, ktoś mógłby odkryć prawdę. Ani przez chwilę nie uwierzą, że markiz zaprosił do Sherwood Park osiem debiutantek.

— To prawda — przytaknęła Millicent — obiecuję, Katherine, że będę uważać.

Zaplanowały, co zrobią następnego dnia, po czym rozeszły się.

Lavina słyszała, że na obiedzie będzie kilku przyjaciół hrabiego.

Zamierzała ubrać się w swą prostą suknię, ale Katherine zawołała ją do sypialni i kazała wybierać z garderoby wypełnionej po brzegi pięknymi toaletami.

— Na pewno nie chcesz, abym włożyła którąś z nich! — wykrzyknęła Lavina.

— Większość z nich mam już od miesięcy — oświadczyła Katherine — a nienawidzę mieć na sobie jedną suknię więcej niż dwa razy.

Lavina wybrała suknię skromniejszą niż pozostałe, ale kiedy ją przymierzyła, okazało się, że bardzo jej w niej do twarzy.

Była biała z odrobiną różowego przybrania, a Katherine dała jej różowy kwiat do wpięcia we włosy.

Goście na obiedzie byli w wieku hrabiego.

Jednak bez wątpienia uznali, że Lavina jest bardzo atrakcyjna i prawili jej komplementy, aż się zarumieniła.

Rupert Wick po zakończonym posiłku usiadł obok niej w salonie.

— Katherine jest zachwycona tym, że weźmiesz udział w jej szaradzie — zaczął rozmowę.

— Mam... mam nadzieję, że nie... popsuję wszystkiego — niepewnie powiedziała Lavina.

— Jestem pewien, że nie — odparł Rupert. — Mogę ci powiedzieć i to szczera prawda, że jesteś o wiele ładniejsza od jakiejkolwiek dziewczyny z Gaiety, z którą markiz kiedykolwiek flirtował, a była ich spora liczba.

— Katherine mówi, że one są jego obsesją! Czy naprawdę... są tak urocze?

Rupert zawahał się na chwilę, zanim odpowiedział:

— Są weselsze i bardziej olśniewające niż inne dziewczęta tego typu.

Lavina uznała, że ma na myśli chórzystki, i powiedziała:

— Tyle o nich słyszałam od Katherine, że wydają mi się ważniejsze od innych kobiet w Londynie!

 

— Być może masz rację — uśmiechnął się Rupert. — Osobiście uważam ich towarzystwo za zabawne i przyjemne. Nie obchodzi mnie to, czy są rozumne czy nie.

Lavina doszła do wniosku, że brat Katherine uważa za niemądry pomysł przekonania markiza o sprycie debiutantek.

— Przypuśćmy, że markiz będzie... zły na ciebie... za to, że wprowadziłeś go w błąd?

— Szczerze mówiąc, zastanawiałem się nad tym — odparł Rupert — ale nikt nie może zaprzeczyć, że jest dżentelmenem, więc jestem pewny, że uzna to za żart i będzie się śmiał.

Lavina dobrze wiedziała, że nie to było celem Katherine.

Jednak rozumiała, że błędem byłoby krytykować plany Katherine, więc nie odezwała się.

— No, nie denerwuj się — pocieszył ją Rupert. — Wszystko, co musisz zrobić, to uśmiechać się i wyglądać tak ślicznie jak teraz, a markiz będzie zmuszony zmienić swoją opinię.

Przyjrzał się jej z podziwem i dorzucił:

— Nawet jeżeli nie wpadnie w zachwyt od pierwszego spojrzenia, założę się, że inni tak!

To przynajmniej było pocieszające.

Kiedy Lavina położyła się do łóżka, nie czuła się już tak przerażona tym, co ją czekało.

Następny dzień dziewczęta spędziły na przymiarkach sukien, które krawcowa przyniosła do Kenwick House.

Aby służba nie domyśliła się, o co chodzi, Katherine odesłała swoją pokojówkę.

Kiedy przymierzały suknie, zamknęła drzwi.

Lavina pomyślała, że wszystkie są prześliczne.

Jednak różnica pomiędzy zwykłymi sukniami Katherine i tymi, które miały nosić podczas przyjęcia u markiza, była oczywista.

Krawcową po prostu poinformowano, że są one przeznaczone na pewne występy teatralne zaplanowane przez dziewczęta.

— Wszystkie musimy wyglądać bardzo elegancko, jakbyśmy były na scenie teatru w Londynie — wyjaśniła Katherine.

— Wobec tego dokładnie wiem, czego sobie panienka życzy — odrzekła krawcowa. — Naprawdę przekona się panienka, że te suknie są wystarczająco dobre nawet do Gaiety!

— Słyszałam, że szyłaś suknie dla niektórych dziewcząt z Gaiety — rzuciła Katherine.

— O, tak, proszę panienki! — odparła kobieta. — Kilka z nich zostało kompletnie ubrane przez nas, i rzecz jasna nie tylko na koszt George’a Edwardesa.

Ostatnie słowa powiedziała zniżonym głosem, tak jakby nie chciała, aby ktoś podsłuchał, co mówi do Katherine.

Jednak Lavina usłyszała.

Zastanowiła się, co właściwie kobieta chciała przez to powiedzieć.

Potem, zaabsorbowana swoją suknią, zapomniała o wszystkim z wyjątkiem podniecenia nowym wyglądem tak odmiennym od zwykłego.

Kiedy krawcowa wyszła, Katherine wydobyła małe pudełeczka dla każdej z dziewcząt.

Zawierały specjalne kosmetyki, jakich miały użyć do pomalowania twarzy.

Zakupiła je w sklepie, który oferował szeroki wachlarz scenicznych kosmetyków.

Otworzywszy swoje pudełeczko, Lavina ujrzała puder, róż, tusz i maleńką szczoteczkę do rzęs.

Dodatkowo było tam kilka małych puszków.

— Teraz to, co was czeka — oświadczyła Katherine — to poćwiczyć w domu. Ale bądźcie ostrożne, aby nikt nie widział, co robicie, bo z pewnością zaczną zadawać pytania. A jak raz zaczną o tym mówić, ktoś może odgadnąć, o co chodzi.

— Będziemy bardzo ostrożne — obiecały dziewczęta.

— Na początku to nie będzie łatwe — ostrzegła Katherine. — Kiedy z Laviną, raz czy dwa podczas przedstawień noworocznych użyłyśmy zbyt wiele różu i nadmiernie przyczerniłyśmy brwi, wyglądałyśmy wręcz groteskowo.

— To prawda — przytaknęła Lavina — musicie uważać, by nie popaść w przesadę z kosmetykami.

— Z drugiej strony chcemy wyglądać teatralnie — przypomniała Katherine.

— Będziemy ćwiczyć, oczywiście, że będziemy ćwiczyć — obiecała Constance. — Za zamkniętymi drzwiami.

Roześmiane opuściły dom.

Wyglądały tak uroczo, że Lavina pomyślała: jaka szkoda, że markiz nie zobaczy ich takimi, jakie są naprawdę.

Zmieniła zdanie tego dnia, gdy Katherine zabrała ją do Gaiety.

To było przedpołudniowe przedstawienie — matinée, odbywające się w środy i soboty.

Kiedy pojechały do teatru, Lavina uznała, że to jedna z najbardziej ekscytujących rzeczy, jakie się jej przytrafiły.

Ponieważ jeszcze nigdy nie była w teatrze, samo wejście wywarło na niej duże wrażenie.

Gdy zaprowadzono je do loży, rozejrzała się dookoła i zdała sobie sprawę, że teatr jest o wiele większy, niż oczekiwała.

Dziewczętom oczywiście nie wolno było iść tam samym, więc zabrały ze sobą kuzynkę Jane.

Przez całą drogę opowiadała im w raczej nudny sposób o różnych sztukach widzianych w przeszłości.

— Oczywiście — mówiła — komedia muzyczna jest całkiem nowa, ale wątpię, czy zdoła przewyższyć cudowne pzedstawienia, jakie odgrywano tam poprzednio.

Katherine nawet nie udawała, że słucha tego, co mówi kuzynka Jane.

Lavina grzecznie starała się okazać zainteresowanie, kiedy ta przerwała, aby zaczerpnąć tchu.

— Kto napisał scenariusz sztuki? — zapytała, kiedy wreszcie zdołała przemówić.

Katherine była zaskoczona.

— Nigdy mi nie przyszło do głowy, że ma ona jakiegoś autora — odparła.

— Wydaje mi się, że musi być jakiś — zauważyła Lavina, myśląc o swoim ojcu.

Jakże chciałaby, aby jedna z jego książek została przerobiona na scenariusz sztuki.

Kiedy kupiły program, Lavina przeczytała, że książka „Dziewczyna ze sklepu” została napisana przez H.J.W. Donna.

Ponieważ nic to jej nie mówiło, pomyślała że jest to rączej nowe nazwisko w świecie rozrywki.

George Edwardes nie chciał, aby autor był w jakikolwiek sposób związany z tradycją burleski.

W programie napisano także, kto skomponował muzykę.

Kwestie napisał i całą sztukę zaaranżował ktoś nazywający się James Tanner.

Była jednak na tyle bystra, by pojąć, że najważniejszym zdaniem w programie jest:

Sztukę osobiście reżyserował pan George Edwardes.

Kiedy kurtyna poszła w górę, Lavina czuła zachwyt i podniecenie w każdej chwili olśniewającego i oszałamiającego spektaklu.

Zachwycona była gwiazdami, a szczególnie Celią Loftus i Katy Seymour.

Jednak to widok dziewcząt z Gaiety zaparł jej dech w piersiach.

Pomyślała, jak zarozumiałe było ze strony Katherine i jej przyjaciółek uważać, że mogą rywalizować z kimś tak fascynującym.

Kiedy dziewczęta były na scenie, czuła, że z trudnością oddycha.

Dopiero gdy kurtyna opadła pośród rzęsistych braw, poczuła, że wraca do rzeczywistości.

Przedstawienie Gaiety przeniosło ją w świat marzeń, o istnieniu którego nawet nie wiedziała.

Powracały do domu w milczeniu, podczas gdy kuzynka Jane wciąż rozprawiała.

Lavina pomyślała, że jest w stanie dokładnie zrozumieć niechęć markiza do marnowania czasu w towarzystwie debiutantek.

Jak mógłby uznać je za interesujące, skoro przebywał z tak boskimi stworzeniami jak dziewczęta z Gaiety?

Wyglądały, jakby zstąpiły prosto z obrazu Botticellego albo innego wielkiego mistrza sztuki malarskiej.

Chyba po raz pierwszy w życiu Lavina uznała, że jej przyjaciółka Katherine żąda za wiele.

Jak ktokolwiek, a zwłaszcza ona, mogła rywalizować z nieodpartym blaskiem Gaiety?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?