Światło bogów - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Światło bogów - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Przełożyła

Katarzyna Jacyna

Saga

Światło bogów - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTranslacja Katarzyna Jacyna

tytuł oryginału

Light of the Gods

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Projekt okładki: grafiskstue.dkk

Copyright © 1982, 2020 Barbara Cartland i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711770795

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od autorki

„Małżeństwo przez przyzwolenie” lub „nieformalne małżeństwo” było całkowicie legalną formą zawarcia związku małżeńskiego w Szkocji aż do roku 1949. Wiele osób pobrało się w ten sposób.

Cytaty czytane księciu przez bohaterkę książki pochodzą z dzieła Świetność Grecji Roberta Payne’a.

Książka ta zachwyciła mnie i natchnęła bardziej niż jakiekolwiek inne dzieło traktujące o Grecji. Zacytuję tu słowa autora:

„Świetność Grecji wciąż rozświetla nasze niebo, sięgając Ameryki, Azji i krain, o istnieniu których Grecy nawet nie śnili. Religia chrześcijańska nie istniałaby w formie, jaką znamy, gdyby nie wpływ greckich kapłanów, którzy swoją naukę czerpali z greckiej filozofii.

Zawdzięczamy Grekom również początki nauki i myśli. Nie tylko zbudowali największe istniejące świątynie i dali światu najwspanialsze dzieła sztuki, ale także wprawili w ruch badawczy umysł, zaprzeczający istnieniu jakiejkolwiek granicy poznania”.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1

1860

Sacha układała kwiaty w salonie, gdy usłyszała odgłos kół przed frontowymi drzwiami.

Nanny nie było w domu, więc pospiesznie porzuciła swoje zajęcie, aby poprawić suknię, po czym spojrzała w lustro nad kominkiem.

Od rana zajmowała się porządkami na plebanii i nie zwracała uwagi na swój wygląd. Miała tylko nadzieję, że gość, który właśnie przybył — prawdopodobnie do jej ojca — nie jest osobą, na której by jej mogło zależeć.

Ale wiedziała, że niewielu mieszkańców parafii posiadało powozy.

Farmerzy używali wysokich drewnianych wozów, a lekarz jeździł w lecie otwartą dwukółką, na której w zimie montowano starą skórzaną budkę chroniącą od chłodu.

Rozległo się stukanie.

Sacha wyszła szybkim krokiem z salonu i ujrzała w otwartych drzwiach wejściowych podobne do kwiatu zjawisko w bladoróżowej sukni.

— Deirdre! — wykrzyknęła.

— Witaj, Sacha! — odpowiedziała jej kuzynka, lady Deirdre Lang. — Pewnie dziwisz się mojej wizycie!

— Bardzo! — przytaknęła Sacha. — Myślałam, że jesteś w Londynie.

— Wróciłam przedwczoraj wieczorem.

Deirdre weszła do salonu, rozejrzała się z pogardą i powiedziała:

— Zamknij drzwi. Chcę z tobą porozmawiać.

Sacha spojrzała na nią pytająco.

Deirdre była jej najbliższą kuzynką i rówieśnicą, ale odkąd dorosły, nie utrzymywały już tak bliskiego kontaktu jak dawniej, a ich przyjaźń jakby osłabła.

Kiedy się widywały, co nie zdarzało się często, Sacha czuła się tylko ubogą krewną. Wiedziała również, że ani Deirdre, ani jej rodzice nie darzyli szacunkiem jej ojca.

Stosunki rodzinne wyglądały inaczej, gdy żyła matka, lecz od jej śmierci trzy lata temu wszystko się zmieniło. Sacha dowiedziała się, jak niewiele znaczy córka pastora Little Langsworth, dowiedziała się też, że panem jej losu jest wuj — markiz Langsworth.

Kiedy lady Margaret Lang, jedyna córka drugiego markiza, poślubiła — sprzeciwiając się woli ojca — wielebnego Mervyna Waverley, jej krewni odsunęli się od niej.

— Jesteś szalona! Chcesz stracić swą urodę i pozycję dla jakiegoś pastora? — pytali.

Nie słuchali, kiedy lady Margaret odpowiadała, że jest „zakochana po uszy” w tym człowieku — najprzystojniejszym, najbardziej czarującym i najatrakcyjniejszym mężczyźnie, jakiego kiedykolwiek spotkała.

Nie było nic dziwnego w tym, że jej nie wierzyli, gdyż odniosła wielki sukces towarzyski w Londynie i o jej rękę ubiegało się wielu zacnych kawalerów.

Ojciec Margaret zastanawiał się, czy przyjąć ofertę znamienitego para, czy majętnego baroneta, którego dochody i posiadłości znacznie przewyższały jego własne.

Ale ona powiedziała, że albo dostanie zgodę na poślubienie mężczyzny, którego kocha, albo z nim ucieknie, co z pewnością wywoła skandal.

Po miesiącach dyskusji i nacisków, które w niczym nie zmieniły decyzji lady Margaret, jej ojciec dał za wygraną.

W obecności kilku osób odbył się skromny ślub i dwoje nieprzytomnie szczęśliwych ludzi osiadło poza obrębem posiadłości markiza, na niewielkiej plebanii, która właśnie opustoszała.

Poprzedni pastor zmarł przekroczywszy osiemdziesiątkę, i markiz postanowił zapewnić swej córce przynajmniej dach nad głową, a jej mężowi środki do życia.

Jednakże nie był zbyt hojny: pensja wyznaczona młodemu pastorowi bynajmniej nie zapewniała dobrobytu. Ale nowożeńcom wystarczało do szczęścia przebywanie ze sobą; nie brakowało im towarzystwa krewnych ani rozrywek.

Dopiero po kilku latach lady Margaret stwierdziła, że pozbawia swoją córkę wielu przyjemności. Kiedy jednak jej brat został trzecim markizem, jego córka i Sacha zaczęły przebywać razem, miały też wspólną guwernantkę.

Oznaczało to dla Sachy możliwość korzystania z wielu luksusów, które w innym przypadku byłyby dla niej nieosiągalne.

Mogła myszkować po pięknym wielkim domu we wczesnogeorgiańskim stylu, korzystać ze wspaniałej biblioteki oraz dosiadać wraz z Deirdre wspaniałych rumaków.

Niestety nowa markiza podzielała opinię całej rodziny w stosunku do lady Margaret, uważając, że szwagierka popełniła wielkie głupstwo, i przy każdej sposobności dawała jej to odczuć.

— Kiedy śpiewani: „Bóg stworzył jednego wyniosłym, drugiego zaś pokornym” — rzekła pewnego dnia Margaret Waverley do swego męża — myślę o Alice, tak bardzo świadomą tego, że Bóg stworzył ją „wyniosłą”, i o nas, którzy wybraliśmy pokorę.

Jej mąż zaśmiał się, po czym rzekł:

— Jeśli cię to drażni, kochanie, postaram się o przeniesienie do innej parafii. Jestem przekonany, że biskup okaźe przychylność i da mi inną posadę, jeśli go o to poproszę.

— Nie, oczywiście że nie! — odparła lady Margaret. — Zresztą gdybyśmy się przenieśli, Sacha straciłaby wszystkie obecne przywileje. Wiesz dobrze, że nie stać nas na takie konie ani na tak znakomitych nauczycieli jak ci, z których korzysta teraz wraz z Deirdre.

Zdawała sobie sprawę z tego, że to właśnie Sacha najwięcej korzystała z lekcji muzyki, udzielanych przez doświadczonego nauczyciela, który był niegdyś profesjonalnym muzykiem.

To Sacha naprawdę kochała lekcje tańca. Odbywały się one w sali balowej zamku i miały sprawić, że Deirdre będzie mogła tańczyć na najwytworniejszych balach w Londynie z gracją, którą natura jej nie obdarzyła.

To również Sacha najczęściej korzystała z biblioteki i była jedyną osobą w zamku, która w pełni ją doceniała.

— Wiesz, ojcze — rzekła, gdy miała piętnaście lat — opiekun księgozbioru powiedział mi, że jestem jedyną osobą, która sięgnęła po książki z greckiej półki, a jest tam wiele tomów. Widziałam takie, których nawet ty nie posiadasz.

Ojciec spojrzał na nią z zainteresowaniem.

— Ciekawe, czy byłyby pomocne w moich przekładach?

— Zapiszę ci ich tytuły — powiedziała Sacha. — Albo lepiej przyniosę, żebyś mógł sam je przejrzeć.

Pastor odrzekł po chwili:

— Nie wiem, czy powinniśmy pożyczać książki bez wiedzy twojego wuja, a szczerze mówiąc, nie mam ochoty prosić go o jakąkolwiek przysługę.

Sacha uśmiechnęła się.

Wiedziała, że między jej ojcem i wujem istniały nieporozumienia dotyczące stanu niektórych chat we wsi, zwłaszcza tych zajmowanych przez staruszków, niezdolnych do zajęcia się swoim obejściem.

Pomimo swej zamożności, markiz bywał bardzo skąpy w sprawach nie dotyczących bezpośrednio jego osoby, co ojciec Sachy powiedział mu wprost w rozmowie o kłopotach zdrowotnych starszych mieszkańców wioski, spowodowanych prżeciekającymi dachami i nieszczelnością okien.

— Nie martw się, ojcze — rzekła Sacha. — Pan Cornwall, opiekun księgozbioru, jest tak zachwycony moim zainteresowaniem książkami, że pozwoli mi pożyczyć, co tylko zechcę.

Nie słuchała już więcej protestów ojca i przynosiła do domu każdą książkę, którą uznała za pomocną w jego pracy.

Pastor przez ostatnie pięć lat zajmował się tłumaczeniami, próbując uzupełnić w ten sposób niewielkie dochody. W większości były to przekłady z greki, kupowane przez uczniów i biblioteki uniwersyteckie.

Jak mawiała lady Margaret, „każdy grosz się liczy”, ale była bardzo dumna z tego, że jej mąż jest uważany za autorytet w dziedzinie kultury starożytnej Grecji.

W Langsworth Hall zainteresowania skupiały się wokół życia towarzyskiego, a na tym polu Deirdre odnosiła od samego początku wielkie sukcesy.

 

Była piękna jak angielska róża i ubierała się u najdroższych londyńskich krawców. W rezydencji Langsworthów przy Berkeley Square zawsze było mnóstwo gości. Wielu z nich zabiegało o względy Deirdre i adorowało ją.

Dla Sachy koniec nauki oznaczał nagłą zmianę trybu życia.

Nie chodziła już codziennie do zamku. Skończyły się lekcje, które tak lubiła, podczas gdy Deirdre narzekała na nie bez przerwy; nie było już też nauki tańca ani jazdy konnej.

Nie mogła również więcej korzystać z biblioteki, co chyba najbardziej ją martwiło. Mimo że pan Cornwall byłby z pewnością zachwycony jej widokiem, obawiała się, iż ciotka nie byłaby zadowolona z nieuzasadnionych wizyt.

Miejsce Sachy było teraz na plebanii.

Gdy zabrakło poparcia matki, Sachy pozostało jedynie zapomnieć o przyjemnościach, jakich zaznawała w Langsworth Hall, i być wdzięczną za lata, podczas których były one dla niej dostępne.

Na szczęście w domu czekało na nią dużo pracy.

Wraz ze śmiercią lady Margaret niewielka pomoc finansowa, jaką otrzymywali z Langsworth Hall, skończyła się, Sachy i jej ojcu musiała wystarczyć odtąd skromna pensja pastora i dochody z książek.

Oznaczało to brak funduszy na drugą pokojówkę, i to, czemu nie mogła podołać Nanny, spadało na barki Sachy.

Ale Sacha była szczęśliwa, że może przebywać z ojcem. Ogromnie lubiła wspólne wieczorne pogawędki.

W ciągu dnia oboje byli bardzo zajęci, tak więc czas mijał im szybko. Dopiero wieczorem mogli wreszcie zagłębić się w jedną z ożywionych dyskusji, które niezmiennie kończyły się rozmową o Grekach.

Wiedza jej ojca o starożytnych Grekach, ich bogach i boginiach, była tak fascynująca dla Sachy, że temat ten nigdy jej nie nudził.

Próbowała również pomagać mu w tłumaczeniach, często o wiele szybciej niż on znajdując najtrafniejszy angielski odpowiednik jakiegoś słowa.

Było to jednak bardzo skromne życie jak dla osiemnastoletniej dziewczyny, szczególnie tak pięknej jak Sacha.

— Gdyby mnie pan spytał o zdanie — powiedziała pewnego dnia Nanny do pastora — to uważam, że jego lordowska mość mógłby coś zrobić dla swojej siostrzenicy. Zwłaszcza że tak się przyjaźniły z Deirdre, gdy były dziećmi.

Pastor spojrzał zza biurka i zapytał:

— Co masz na myśli, Nanny, mówiąc „coś”?

— To, proszę pana, że panience Sachy nie zaszkodziłoby pójście na bal i spotkanie kawalera, który by ją podziwiał, tak jak podziwiana jest lady Deirdre. Wyglądają jak siostry. Panienka Sacha jest bardzo podobna do swojej matki, a lady Deirdre do ojca. Można by je nawet wziąć za bliźniaczki.

— Rzeczywiście istnieje pewne podobieństwo — zgodził się pastor.

— Istniałoby z pewnością, gdyby panienka Sacha miała choć jedną przyzwoitą suknię zamiast tych tanich bawełnianych szmatek, które ja jej szyję.

Po chwili milczenia pastor odrzekł:

— Wiesz przecież, Nanny, że w tej chwili nie możemy sobie pozwolić na takie wydatki.

— Wiem, proszę pana — odpowiedziała Nanny. — Zresztą nawet gdyby pan kupił Sachy suknię na Bond Street, gdzież miałaby ją nosić? Tutaj? Chyba po to, żeby olśnić brukselkę, kapustę i tych kilku mieszkańców wioski, którzy przychodzą w niedzielę do kościoła.

Pastor nic nie odpowiedział, więc Nanny po chwili dodała:

— Wstyd, że to piękne dziecko pracuje tu jak niewolnica i nie ma prawa do żadnych rozrywek w zamku. Jestem pewna, że gdyby pani żyła, miałaby coś do powiedzenia w tej kwestii. Gdybym tylko mogła wyłożyć jego lordowskiej mości, co o tym myślę!

Wygłosiwszy tę tyradę, Nanny wyszła, zamykając gwałtownie za sobą drzwi.

Pastor westchnął.

Wiedział aż za dobrze, że Nanny ma rację, ale nic na to nie mógł poradzić.

Nie padnie na kolana przed swoim szwagrem i nie poprosi o zaproszenie Sachy na jedno z przyjęć, jakie często odbywały się w zamku.

Wiedział też, że Sacha nie może liczyć na zaproszenie do Londynu ze strony Deirdre.

Spojrzał na podobiznę swojej żony stojącą na biurku i wydało mu się, że w jej oczach dostrzega wyrzut.

Cóż mogę uczynić, najdroższa? — zapytał w myśli, — To jeszcze jeden powód, dla którego tak mi ciebie brakuje i tak bardzo czuję się zagubiony...

Pomimo głębokiej wiary, że spotkają się znów po jego śmierci, pastor pragnął, by żona była z nim także teraz.

Bolesna pustka, którą pozostawiła umierając, wydawała się coraz bardziej dokuczliwa w miarę upływu lat.

Kiedy Nanny powiedziała Sachy o swojej rozmowie z pastorem, dziewczyna roześmiała się.

— Wyobrażasz sobie Deirdre zapraszającą mnie na swoje przyjęcia? Wiesz tak samo jak ja, że ona się mnie wstydzi, gdyż tak niewiele znaczę.

— Powodem jest raczej zazdrość — odparła porywczo Nanny.

Sacha znów się roześmiała.

— Droga Nanny, czegóż ona mogłaby mi zazdrościć?

Ale sama wiedziała, że nie było to prawdą. Deirdre zawsze zazdrościła wszystkim tego, co mogłoby należeć do niej.

Potrafiła znienawidzić córkę szeryfa za to tylko, że pewien młodzieniec towarzyszył jej na polowaniach i na przyjęciach tańczył tylko z nią.

Dawniej Sacha również była zapraszana, lecz kiedy ostatnim razem wracały do domu, Deirdre była dla niej bardzo niemiła, ponieważ Sacha dobrze się bawiła.

— Zrobiłaś z siebie przedstawienie, Sacha, kiedy tańczyłaś „Pomarańcze i cytryny” — powiedziała. — I ciekawa jestem, jak ci się udało namówić tylu kawalerów, żeby cię prosili do tańca.

— Ty miałaś więcej partnerów niż ktokolwiek inny — odparła Sacha z nadzieją, że udobrucha kuzynkę.

— Należało mi się to, miałam przecież najpiękniejszą suknię — odpowiedziała Deirdre.

Markiza wtrąciła wtedy:

— To prawda, kochanie. Musimy ci sprawić jeszcze jedną suknię u madame Yvonne, mimo że jest taka droga. — Po czym, żeby sprawić Sachy jeszcze większą przykrość, dodała: — Powiedz swojej matce, Sacha, że potrzebujesz nowej sukni. Ta, którą masz na sobie, jest według mnie za ciasna i za krótka.

— Powiem, ciociu Alice — odparła potulnie Sacha.

Ale wiedziała, że ma na sobie bardzo ładną suknię, a jedyną przyczyną przytyków ciotki jest zazdrość Deirdre.

Przez ostatni rok Sacha nie widziała się z kuzynką, słyszała tylko plotki krążące po wsi.

Jako że większość służby w zamku pochodziła z Little Langsworth, opowieści o powodzeniu Deirdre na polu towarzyskim były ogólnie znane, i Sacha wiedziała praktycznie o wszystkim, co działo się w Langsworth Hall i w Londynie.

Wiedziała, że wielu dżentelmenów oświadczyło się o rękę jej kuzynki i że sama królowa skierowała do niej specjalny uśmiech, gdy była przedstawiana w Buckingham Palace. Mówiono również o rychłym małżeństwie z kimś bardzo wysoko postawionym.

Dla Sachy wszystkie te wiadomości były fascynujące, choć czasem myślała ze smutkiem, że byłoby wspaniale zobaczyć Deirdre i usłyszeć te wszystkie nowiny bezpośrednio od niej.

A teraz, ku jej zdumieniu, kuzynka osobiście zjawiła się na plebanii.

Nie potrafiła się powstrzymać i zawołała:

— Ślicznie wyglądasz, Deirdre! Nigdy wcześniej nie widziałam cię w różowym, jest ci w tym kolorze bardzo, bardzo pięknie!

— Wszyscy mi to mówią — odrzekła z zadowoleniem Deirdre — ale nie jestem pewna, czy nie lepiej mi w niebieskim...

Podeszła do kominka, żeby spojrzeć na swoje odbicie w wiszącym nad nim lustrze.

— Pewnego wieczoru — powiedziała — na balu w Buckingham Palace, miałam na sobie jasnozieloną suknię, i podobno książę małżonek powiedział, że była to najpiękniejsza suknia tego sezonu!

— Och, Deirdre, to wspaniale! Czy miałaś zajęte wszystkie tańce?

— Naturalnie — odparła Deirdre. — I bardzo wielu dżentelmenów żałowało, że mój karnet jest już wypełniony.

— Z pewnością jesteś królową każdego balu, na którym się pojawiasz.

— Oczywiście — powiedziała Deirdre, odwracając twarz od lustra, po czym dodała: — Przyszłam powierzyć ci pewien sekret, lecz nie możesz go nikomu zdradzić.

— Będę milczała jak grób! — obiecała Sacha.

Pomyślała, że znów jest tak, jak za dawnych czasów, kiedy dzieliły się wszystkimi sekretami, których nie mogli poznać rodzice.

— Usiądź, kochana — zwróciła się do Deirdre, wskazując sofę — i powiedz, co cię sprowadzą. Tęskniłam za tobą bardziej, niż to potrafię wyrazić słowami.

Przez chwilę Deirdre wydawała się zakłopotana. Wreszcie rzekła:

— Byłam tak zajęta, Sacha! Wczoraj nawet skarżyłam się mamie, że nie mam ani chwili dla siebie.

— Rozumiem, rozumiem doskonałe — odparła Sacha. — Naprawdę masz mi coś ważnego do powiedzenia?

Deirdre zniżyła głos:

— Chcę ci powiedzieć, że wkrótce odbędą się moje zaręczyny z księciem Silchester!

Sacha spojrzała na nią ze zdumieniem.

— Ależ to wspaniale! Bardzo się cieszę! Czy bardzo go kochasz?

— Jestem zachwycona perspektywami, jakie ten ślub przede mną otwiera. Pomyśl tylko, Sacha, będę księżną i będę wchodziła na przyjęcia przed mamą!

— Opowiedz mi o nim — poprosiła Sacha. — Czy jest przystojny?

— Tak, bardzo. Jak mogłaś o nim nie słyszeć? To jeden z najznakomitszych angielskich arystokratów, posiadacz stajni wyścigowych oraz wielkiego domu w Buckinghamshire... o wiele większego niż nasz!

— Niczego więcej nie możesz potrzebować! — wykrzyknęła Sacha. — Kiedy macie się pobrać?

Po chwili ciszy Deirdre odrzekła:

— Przygotowaniami zajmuje się tata. Najpierw odbędzie się przyjęcie zaręczynowe, na które będą zaproszeni wszyscy krewni i, oczywiście, wszyscy liczący się mieszkańcy hrabstwa.

— Kiedy to nastąpi? — zapytała Sacha.

— Za jakieś trzy tygodnie, ale tata nie chce, żeby ktokolwiek dowiedział się o tym wcześniej, gdyż to zepsułoby całą niespodziankę.

— Tak się cieszę, że mi powiedziałaś. Będę się modlić, żebyś była szczęśliwa.

Deirdre nic na to nie odpowiedziała i po chwili Sacha dodała:

— Czy coś się stało?

— Nic się nie stało — odparła Deirdre. — Ale potrzebuję twojej pomocy.

— Pomocy?

— Tak, Sacha. Tylko ty możesz mi pomóc.

— Bardzo chętnie! — odparła Sacha. — Zrobię wszystko, o co mnie poprosisz, tak jak zawsze, Deirdre.

— Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć. Słuchaj uważnie, gdyż to, co powiem, jest bardzo istotne...

Sacha usiadła na sofie obok swej kuzynki i Deirdre zwróciła się ku niej.

— Ojciec dowiedział się dwa dni temu, że książę miał wypadek!

— Wypadek? Czy jest ranny?

Deirdre skinęła głową.

— Jest teraz w Szkocji, u swojej babci. Wpadł w sidła z ładunkiem wybuchowym.

— Nie! — wykrzyknęła Sacha. — To straszne!

Dobrze wiedziała, jak niebezpieczne są takie wnyki, jej ojciec często narzekał, że wciąż są stosowane. Mówił, że są tak samo odrażające i okrutne, jak pułapki na kłusowników.

Sacha dowiedziała się od niego, że takie sidła najczęściej były stosowane w północnej Anglii i Szkocji, a czasem nawet na południu. Zastawiano je na lisy i dzikie koty polujące na kuropatwy. W sidłach umieszczano małe zwierzęta, takie jak zające czy nawet owieczki, i kiedy lis, zwabiony ich bekiem, podchodził do zasadzki, ładunek eksplodował, zabijając go lub poważnie raniąc.

— To nieludzkie i barbarzyńskie! — powiedział pastor z gniewem. — Nie powinno się stosować takich metod.

Był zły, gdyż podejrzewał jednego z leśniczych markiza o stosowanie takich wnyków, nie tylko w celu łapania lisów, ale również dla odstraszenia kłusowników.

Po kilku zażartych dyskusjach z markizem udało mu się uzyskać zakaz stosowania tego typu sideł na terenie Langsworth.

— Wypadek księcia musiał cię bardzo zmartwić — rzekła Sacha z przejęciem.

— Oczywiście — odparła Deirdre. — Ale nie chcę jechać do Szkocji.

— Czy on poprosił cię o to?

— Jego babcia napisała do ojca, że książę jest załamany koniecznością leżenia w łóżku oraz zbliżającą się operacją. Prosi, abym przyjechała na kilka dni do jej zamku. A ja nie mogę jechać, nawet gdybym chciała!

— Dlaczego?

— Ponieważ lord Gerard zaprosił mnie na przyjęcie, które wydaje specjalnie na moją cześć w swojej posiadłości, trzydzieści mil stąd. Przyjęłam zaproszenie i nie chcę go zawieść.

— Ależ Deirdre, jeśli masz poślubić księcia, to chyba Chcesz być przy nim, kiedy cię potrzebuje?

 

Deirdre zdawała się szukać odpowiednich słów, zanim odpowiedziała:

— Zrozum, lord Gerard jest moim... bliskim przyjacielem. To będzie niewielkie przyjęcie. Zaplanowano również wiele ciekawych rozrywek w ciągu dnia. Muszę tam być, już to postanowiłam!

Sacha zwróciła uwagę na twardy ton w głosie kuzynki. Powiedziała:

— Sądzę, moja droga, że lord Gerard wiele dla ciebie znaczy...

Przez chwilę myślała, że Deirdre zaprzeczy, ale ona powiedziała tylko:

— Bardzo go lubię i chcę pojechać na jego przyjęcie.

Sacha spojrzała na swoją kuzynkę i rzekła:

— Ty go kochasz! Dlaczego za niego nie wyjdziesz?

— Nie mogę, przecież książę poprosił o moją rękę! — zaprotestowała Deirdre. — Tata i mamą tak się cieszą, że będę księżną! Pomyśl o mojej pozycji na dworze, o domu rodzinnym księcia i o wszystkich innych jego posiadłościach! — Głęboko wciągnęła powietrze, po czym dodała: — I brylanty z Silchester są tak sławne! Jest tam diadem, który wygląda jak korona!

— Ale przecież ty kochasz lorda Gerarda!

— Nie powtarzaj wciąż tego samego! — zirytowała się Deirdre. — Byłoby szaleństwem odmówić księciu, i z pewnością zdenerwowałoby to tatę i mamę. Mam zamiar wyjść za niego, ale pojadę na przyjęcie Harry’ego Gordona, ponieważ to będzie nasze ostatnie spotkanie przed moim ślubem.

Głos Deirdre załamał się. Sacha położyła dłoń na jej ręce.

— Czy naprawdę myślisz, moja droga, że możesz być szczęśliwa z księciem, jeżeli kochasz kogoś innego? Czy nie będziesz żałować swojej decyzji?

— Harry nie może mi dać tego, czego potrzebuję — odparła Deirdre. — Jego posiadłość jest niewielka, i wiem, że ma długi. A ja chcę być bogata, bardzo bogata, i chcę być księżną!

Sacha chciała powiedzieć, że jej matka poślubiła ubogiego pastora i nigdy nie żałowała swojej decyzji nawet przez chwilę, lecz Deirdre i tak by w to nie uwierzyła. Dawniej często mówiła Sachy:

— Nie rozumiem, jak twoja matka mogła zrezygnować z życia w zamku dla tej ciasnej, nędznej plebanii.

— Nie znam nikogo tak szczęśliwego jak tata i mama — odpowiadała zawsze Sacha.

— Według mnie to było szaleństwo ze strony twojej matki — twierdziła Deirdre. — Myślę, że często brakuje jej pięknej garderoby, powozów, koni, służby, no i oczywiście towarzystwa dystyngowanych i znaczących ludzi, których z pewnością nie bawią wizyty na plebanii.

Wszelkie próby wytłumaczenia czegokolwiek Deirdre są bez sensu, pomyślała Sacha. Jednocześnie była przekonana, że jej kuzynka popełnia błąd, którego w przyszłości będzie gorzko żałować.

— Oczywiście mam dosyć duży własny majątek — mówiła Deirdre, idąc za tokiem własnych myśli. — Ale nie mam zamiaru trwonić go na mężczyznę... spodziewam się raczej, że to on będzie wydawał na mnie pieniądze!

— Według prawa — odparła Sacha — po ślubie majątek kobiety należy do jej męża. Nie będziesz już więc miała swojej fortuny.

— A właśnie że będę! — powiedziała twardo Deirdre. — Poza tym chcę mieć więcej, niż mam teraz, a książę jest bardzo bogaty.

Sacha złożyła dłonie.

— Och, Deirdre, pomyśl o tym rozsądnie. Chcę tylko, żebyś była szczęśliwa, żebyś znalazła prawdziwą miłość. Zawsze obawiałam się w głębi duszy, że możesz zostać zmuszona do zawarcia zaplanowanego małżeństwa.

— Tak właśnie jest, ale nie bez korzyści dla mnie — stwierdziła Deirdre. — Nie dądź głupia, Sacha, poślubię księcia i będzie mi z nim dobrze, lecz zamierzam również pojechać do Harry’ego, i musisz mi w tym pomóc.

— Ale jak? — zapytała oszołomiona Sacha. — Co ja mogę zrobić?

Deirdre odparła:

— Pojedziesz zamiast mnie do Szkocji i będziesz umilać życie cierpiącemu księciu.

— To śmieszne! — krzyknęła Sacha przerażonym głosem. — On przecież pragnie ujrzeć nie mnie, lecz ciebie.

— Będzie mu się wydawało, że to ja jestem przy nim.

Sacha powiedziała z obawą:

— Nie... nie rozumiem! Wytłumacz mi to jaśniej...

— Ty głuptasie! — zniecierpliwiła się Deirdre. — To proste: ja jadę do Harry’ego, a ty do Szkocji, udając mnie. Spędzisz parę dni z babcią księcia i będziesz ocierać jego rozpalone czoło, czy co tam się robi przy chorym.

— Chyba oszalałaś! — krzyknęła Sacha. — Czyżbyś poważnie myślała, że książę nie zorientuje się w tej zamianie?

— Zapomniałam ci powiedzieć — rzekła niedbale Deirdre — że on chwilowo nie widzi.

— Nie widzi...?

— Tak, odłamki zraniły go w twarz. Jego babcia napisała do ojca, że to prawdopodobnie czasowa dolegliwość, ale nikt nie może mieć co do tego pewności aż do momentu zdjęcia bandaży.

— To okropne! — zawołała Sacha. — Nie mogę w to uwierzyć!

— Ale to prawda — powiedziała Deirdre. — I właśnie dlatego, droga Sacho, książę z pewnością będzie myślał, że to jego narzeczona siedzi przy nim, podczas gdy ja będę się świetnie bawić gdzie indziej.

— Naprawdę myślisz, że się nie zorientuje?

— A dlaczego miałby się zorientować?

— Będą tam przecież jeszcze inne osoby... jego babcia... służba...

— Nigdy mnie nie widzieli — odparła Deirdre. — Zresztą zawsze nam mówiono, że jesteśmy do siebie podobne jak siostry, prawie jak bliźniaczki.

— Ty jesteś o wiele piękniejsza ode mnie — powiedziała Sacha.

— To prawda — zgodziła się Deirdre. — Ale jeśli będziesz ubrana i uczesana tak jak ja, nikt nie będzie się zastanawiał, kim jesteś.

— Oczywiście, że będzie!

— Skończ z tymi idiotycznymi uwagami i posłuchaj uważnie. Moi rodzice jadą wraz z królową do Windsoru na pokaz rolniczy czy coś takiego... wyruszają jutro o świcie.

Po chwili milczenia dodała:

— My wyjedziemy na stację godzinę później, pożegna nas sekretarz ojca, pan Webster. Ja wysiądę na pierwszej stacji, gdzie będzie czekał na mnie Harry.

Sacha wydała cichy okrzyk.

— A jeśli ktoś cię zobaczy?

— Dlaczego ktoś miałby mnie zobaczyć? Zresztą będą mnie widzieć w pociągu jadącym do Londynu!

— To zbyt skomplikowane! Nigdy tego nie zrobię!

— Wszystko dobrze przemyśleliśmy z Harrym — powiedziała Deirdre. — Ty musisz tylko działać według naszego planu.

— Co mam robić, jak dojadę do Londynu?

— Wyjdzie po ciebie podwładny pana Webstera. Już wyjechał do Londynu, a ponieważ pracuje u księcia od niedawna, więc nigdy nie widział mnie z bliska.

— Jak się nazywa?

— Evans. Zarezerwuje dla ciebie wagon w szkockim ekspresie i zawiezie cię do pociągu. Czasu wystarczy akurat na przesiadkę, nie będziesz więc musiała jechać do naszego domu na Berkeley Square.

Sacha była zbyt oszołomiona, żeby coś powiedzieć, patrzyła więc tylko na Deirdre, gdy ta mówiła dalej:

— Oczywiście nie możesz podróżować sama, a ja muszę mieć Hannah przy sobie, gdyż chcę wyglądać jak najlepiej na przyjęciu Harry’ego. Będzie ci towarzyszyć Emily. Jest głupia, ale zrobi wszystko, co jej każesz.

— Przecież może się wygadać — powiedziała Sacha.

Deirdre potrząsnęła głową.

— Musiałam wprowadzić Hannah w całą historię. Ona zrobi, co tylko zechcę, przestrzeże też Emily, że jeśli puści parę z ust, zostanie zwolniona bez referencji. Wtedy nigdy by już nie mogła się zatrudnić w porządnym domu...

Po krótkiej przerwie Deirdre mówiła dalej:

— W tej chwili Hannah wyjmuje z szaf wszystkie moje stare suknie, które ci dam. Jest ich sporo i właściwie mogłam ci je dać wcześniej, ale nie pomyślałam o tym. Zajmują tylko miejsce w szafach. Muszę się ich pozbyć, żeby zrobić miejsce na moją wyprawę. Och, Sacha, gdybyś wiedziała, jakie piękne suknie dostanę jako panna młoda! Każda kobieta umarłaby z zazdrości na ich widok!

Sacha odzyskała głos.

— Ależ Deirdre... nie możemy tego zrobić! Na pewno wszystko się wyda... a ty mi nigdy nie wybaczysz.

— To prawda, nie wybaczyłabym ci, gdyby tak się stało! — odparła Deirdre. — Ale jeśli będziesz ostrożna, nikt się nie domyśli. Jesteśmy tak do siebie podobne, że wszyscy uwierzą bez zastrzeżeń. — Zaśmiała się i dodała: — Czy pamiętasz tego nauczyciela, który mawiał: „Ludzie zawsze widzą to, co chcą zobaczyć”? Sprawdziłyśmy to na służbie i na rodzicach, i okazało się szczerą prawdą! Pamiętali to, co wydawało im się, że widzieli, mimo iż rzeczywistość była zupełnie inna.

— Teraz... to nie to samo.

— Nie ma żadnej różnicy! — zaprzeczyła Deirdre. — I nie mogę uwierzyć, że po tym, co razem przeżyłyśmy, odmawiasz mi pomocy, o którą cię błagam.

W głosie Deirdre rzeczywiście słychać było błaganie, więc Sacha odpowiedziała łagodnie: