Siostrzana miłość - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostrzana miłość - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland
Siostrzana miłość - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 22,98  18,38 
Siostrzana miłość - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland
Siostrzana miłość - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland
Audiobook
Czyta Kasia Bagniewska
14,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Siostrzana miłość

SAGA Egmont

Siostrzana miłość

tytuł oryginału Punished with Love

przełożyła Danuta Dowjat

Cover font: Csopyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’

Copyright © 1980, 2018 Barbara Cartland i SAGA

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711726488

1. Wydanie w formie e-booka, 2018

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.

SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

1883

Jadąc konno zakurzoną wiejską drogą, Latonia głowiła się, dlaczego kuzynka Toni wezwała ją pilnie do siebie dziś rano. Toni wszystko traktowała lekko i Latonia po raz kolejny rozważała, co też mogło się wydarzyć w ciągu dwóch dni, bo przecież widziały się zaledwie przedwczoraj. Raczej powinno ją dziwić, że wytrzymały bez siebie tak długo, gdyż jak mawiała Toni, kochały się bardziej niż rodzone siostry. A Latonia często myślała, że są sobie droższe niż siostry bliźniaczki, normalna kolej rzeczy, skoro ich matki od dawna łączyła równie silna więź. Lady Branscombe i pani Hythe były siostrami ciotecznymi. Kiedy jednocześnie stwierdziły, że oczekują potomstwa, wciąż żartowały, iż się ścigają, która pierwsza zostanie matką. Aby związać się jeszcze ściślej, postanowiły nadać córkom to samo imię — obie bowiem były przekonane, że urodzą dziewczynki.

— Hubert oczywiście marzy o synu — śmiała się lady Branscombe — Jak każdy Anglik. Ale, moja droga Elizabeth, jestem pewna, że podobnie jak ty będę miała córkę.

— To niezwykłe odparła pani Hythe — bo ja nieodmiennie wyobrażam sobie moje maleństwo jako dziewczynkę. I choć dla was jest tak ważne, by się urodził syn — dziedzic mienia i tytułu — to mój Arthur pragnie chłopca, którego mógłby uczyć jeździć konno, strzelać i wreszcie posłać do tego samego pułku, w którym i on służył.

— Arthur będzie musiał poczekać — zauważyła lady Branscombe z uśmiechem.

Pani Hythe wygrała ten „wyścig”, Latonia urodziła się trzy dni przed Toni, ale żadna z matek nie przewidziała, że dziewczynki będą ich jedynymi latoroślami.

Nikogo nie dziwiło, że kuzynki już od najmłodszych lat spędzały ze sobą większość czasu, razem się bawiąc i ucząc, bo miały jedną guwernantkę, co zwłaszcza dogadzało ubogim państwu Hythe’om. Latonia uczyła się jeździć na koniach lorda Branscombe’a, bo jej ojca nie było stać na rumaki tak doskonałej krwi i tak świetnie ujeżdżone. Lecz nigdy nie zazdrościła Toni bogactwa, W jakim ta wzrastała. Sama mieszkała w skromnym, choć uroczym domu otoczonym przez parę akrów ziemi i od dzieciństwa doskonale wyczuwała różnicę między atmosferą tam panującą a stylem życia w ogromnym dworze należącym do ojca Toni.

— Ciocia Margaret i wujek Hubert nigdy się nie śmieją tak jak my — zauważyła kiedyś w rozmowie z matką.

Toni — bo dziewczynka zdrobniła swoje imię, gdy tylko nauczyła się mówić — tryskała radością i energią, której brakowało jej rodzicom. Była wyjątkowo ładna, impulsywną, skłonna do psot, a z wiekiem okazało się, że i bardzo skora do flirtowania. Szybko zauważyła, że mężczyzn pociąga ku niej nie tylko tytuł i znaczny majątek ojca, ale również jej niezwykła, fascynująca osobowość, która sprawiała, że zachwyceni młodzi ludzie zakochiwali się na zabój od pierwszego wejrzenia.

Lady Branscombe miała zamiar przedstawić u dworu Latonię i Toni równocześnie oraz wprowadzić je razem w najlepsze towarzystwo. Była pewna, że pod koniec sezonu obie znajdą stosownych i godnych pozazdroszczenia kandydatów na męża. Niestety, dwa lata przed osiemnastymi urodzinami córki zginęła w wypadku na polowaniu i lord Branscombe poprosił krewną, by podjęła się funkcji opiekunki i przyzwoitki. Na kilka miesięcy przed planowanym wyjazdem dziewcząt do stolicy w tragicznych okolicznościach umarli oboje rodzice Latonii.

Kapitan Hythe wraz z małżonką pojechali do Londynu, by spotkać się z młodszym bratem lorda Branscombe’ a. Kenrick Combe był powszechnie uważany za jednego z najlepszych i najbardziej obiecujących oficerów armii brytyjskiej. Jego domódcy mówili o nim z szacunkiem, a podkomendni z lękiem. Pełnił właśnie odpowiedzialną służbę w Indiach i zaprosił w odwiedziny swego brata, lorda Branscombe’a, planując dla niego nie tylko spotkania towarzyskie, ale również wyprawę w te rejony kontynentu, które Huberta szczególnie ineresowały. W ostatniej chwili jednak lord Branscombe musiał zrezygnować z wyjazdu, bo zatrzymały go obowiązki w Izbie Lordów oraz bardzo złe samopoczucie, a lekarze nie potrafili rozpoznać i wyleczyć jego choroby. Uznali, że nie wystarczy mu sił na tak męczącą podróż i liczne rozrywki, które czekały na niego w Indiach. Dlatego lord, by nie zrobić przykrości bratu, poprosił kapitana Hythe’a z małżonką, by pojechali zamiast niego.

— Tatuś bardzo się na to cieszy, gdyż zawsze marzył o wyprawie do Indii — powiedziała pani Hythe do Latonii. — Zwłaszcza że przyjaźnił się z Kenrickiem Combe’em od kołyski.

— Oczywiście, że musicie jechać, mamo — odparła Latonia. — Ale będę za wami bardzo tęskniła.

— I my za tobą, kochanie. Na pewno spędzisz wesoło czas w towarzystwie Toni, tylko pamiętajcie, by się dobrze sprawować. Toni jest pierwsza do płatania psot — roześmiała się pani Hythe, a Latonia jej zawtórowała.

Dopiero po wyjeździe rodziców zdała sobie sprawę z tego, ile psot, żartów i figli potrafi wymyślić Toni w ciągu dwudziestu czterech godzin. Ponieważ kuzynka oficjalnie nie bywała jeszcze w towarzystwie, powinna spędzać czas w pokoju szkolnym, myśląc o zadanych lekcjach, a nie o młodych ludziach. Lecz gdziekolwiek się pojawiła, adoratorzy wyrastali niczym grzyby po deszczu, przekupiona służba ciągle dostarczała tajemnicze liściki, a ona wymykała się na randki w zagajnikach, w których pośród jodeł kryli się jeźdźcy na koniach. Materializowali się w cudowny sposób, gdy tylko dziewcząt nie można było dojrzeć z okien pałacu i odbywali z nimi długie przejażdżki. Latonia uważała to za bardzo pociągającą, a równocześnie zupełnie niewinną zabawę.

— Toni, czy jesteś zakochana? — pytała czasem kuzynkę.

— Oczywiście, że nie — odpowiadała Toni. — Patrick, Gerald i Basil to jeszcze chłopcy, alę lubię wyraz ich twarzy, kiedy na mnie patrzą, i z przyjemnością myślę, że marzą o tym, by mnie pocałować, choć się boją, iż się rozgniewam, gdyby tylko spróbowali.

Latonia się roześmiała, bo Toni mówiła prawdę. Rzeczywiście nie pociągał jej żaden z mężczyzn, którzy się za nią uganiali. Ciekawe, co będzie w przyszłości? Po raz pierwszy w życiu tak bardzo różnimy się od siebie, pomyślała. Latonia nie chciała, by adorował ją tuzin młodzieńców. Marzyła o jednym mężczyźnie, który będzie ją kochał i którego ona pokocha od pierwszego wejrzenia. Chcę mieć dom, powiedziała do siebie.

Te same słowa powtórzyła miesiąc później, gdy dowiedziała się o tragicznej śmierci rodziców. Wcześniej otrzymała od matki list relacjonujący podróż do Indii:

Wszystko tu jest niezwykłe i Tatuś cieszy się każdą chwilą. Po powrocie będzie miał tak wiele do powiedzenia wujkowi Hubertowi. Najdroższa córeczko, mam nadzieję, że nie weźmiesz nam za złe, jeśli zostaniemy tu jeszcze miesiąc. Jestem pewna, że w towarzystwie Toni niczego ci nie brakuje do szczęscia, a dni rozłąki upłyną szybko.”

List szedł z Indii siedemnaście dni. Trzy tygodnie wcześniej lord Branscombe zmarł na serce. Lekarze powinni byli już dawno rozpoznać jego chorobę, niestety dopiero gdy było już za późno, uświadomili sobie, w jak złym stanie był przez ten długi czas ich pacjent. I tak za prawdziwy cud uznali to, że nie zmarł znacznie wcześniej. Natychmiast wysłano do Indii telegram z wiadomością o śmierci, a Kenrick Combe, o piętnaście lat młodszy brat ojca Toni, stał się czwartym lordem Branscombe.

— Co to za człowiek? — zapytała Latonia.

— Nie widziałam go od wielu lat — odparła Toni. — Tatuś był z niego bardzo dumny, ale słyszałam, że surowo przestrzega dyscypliny i jego podkomendni się go boją.

Mówiła to lekkim tonem jak o rzeczy bez znaczenia, lecz Latonia słyszała plotki, że nowy lord Branscombe będzie prawnym opiekunem Toni.

Kapitan Hythe z małżonką zostali w Indiach miesiąc dłużej, bo wiele rozrywek uprzyjemniało ich pobyt. W drodze powrotnej na nieszczęście zarazili się żółtą febrą. Najpierw zachorował jeden z marynarzy i cały statek poddano kwarantannie w Port Saidzie. Pani Hythe opisała w liście do córki, jakim utrapieniem okazało się życie w zamkniętym świecie pokładu, nad którym powiewała ostrzegawcza żółta flaga i nikt nie mógł zejść na ląd. Nie pozostawało im nic innego, jak czekać, a gdy na straszliwą chorobę zapadli kolejni członkowie załogi, a później i niektórzy spośród pasażerów, mogli już tylko wznosić modły do Boga, by okazali się odporni na febrę.

Kiedy do Latonii dotarła wiadomość o śmierci obojga rodziców, na początku nie potrafiła uwierzyć, że nigdy więcej ich nie zobaczy. Ponieważ bardzo ich kochała i wiodła z nimi tak szczęśliwe życie, zdało się jej, że umarła również i część jej samej. W rozpaczy powtarzała, że wolałaby być razem z nimi i podzielić ich los. W końcu powiedziała sobie, że jej ojciec pierwszy skarciłby ją za tchórzostwo, z jakim się uchylała przez stanięciem twarzą w twarz z trudnościami samotnego życia. Wszystko było dla niej tym boleśniejsze, że krewna, która podjęła się opieki nad Toni, zabrała ją do Londynu, by przedstawić u dworu.

 

— Moja droga, nic ci nie przyjdzie z siedzenia ponuro na wsi — rzekła krewna do Toni. — Powinnaś jechać do Londynu i choć ze względu na żałobę nie będziesz uczestniczyła w przyjęciach, u mnie w domu poznasz wielu interesujących ludzi, a gdy minie sześć miesięcy, zaczniesz się pokazywać w teatrach i operze, znajdziesz sobie tysiące rozrywek.

Zaproszenie nie było skierowane do Latonii, która i tak by odmówiła, skoro niedawno została sierotą.

Gdy mijały miesiące, a Toni nie wracała, Latonia zrozumiała, że opiekunka nie chce brać za nią odpowiedzialności i uznała za najwłaściwsze zapomnieć o dawno postanowionym, wspólnym debiucie dziewcząt w wielkim świećie. Niezbyt się tym przejęła, życie na wsi zupełnie jej odpowiadało, a stara guwernantka, która kiedyś uczyła obie kuzynki, przeprowadziła się do Manor House, domu rodzinnego Latonii, by pełnić funkcję przyzwoitki. Panna Waddesdon była inteligentną kobietą trochę posuniętą w latach i marząc o spokojnym życiu, pozwalała Latonii na wszystko. Ta zaś bez psotnej Toni u boku nie popełniała żadnych szaleństw. Wolno płynęły miesiące, aż nagle, bez uprzedzenia, do pałacu wróciła Toni.

Natychmiast posłała po Latonię i gdy na powitanie serdecznie się uściskały, od razu poczuły, że nic się nie zmieniło i nadal są sobie tak bliskie, jak w dzieciństwie.

— Jak ja za tobą tęskniłam! — zawołała Toni. — Ciągle powtarzałam kuzynce Alice, że powinnaś też przyjechać do Londynu, ale ona uważała, że ze mną ma wystarczające urwanie głowy — ciągnęła ze śmiechem.

— Wpadłaś w jakieś tarapaty? — zapytała Latonia, patrząc na przyjaciółkę z troską.

— Oczywiście! A czy kiedykolwiek było inaczej? Najdroższa, musisz mi pomóc. Bez ciebie jestem zgubiona.

— Co się stało tym razem?

— Zakochałam się!

— Cudownie! — Latonia aż klasnęła w dłonie. — W kim?

— W markizie Seaston!

— Nie wierzę! — wykrzyknęła zdziwiona Latonia. — Gdzie go poznałaś i co na to mówi jego ojciec?

Zdumienie Latonii było zupełnie zrozumiałe, gdyż markiz Seaton był najstarszym synem księcia Hampton, najważniejszej figury w hrabstwie, który całą miejscową szlachtę traktował z góry, uważając się za wielkiego magnata. Wprawdzie nie mógł lekceważyć lorda Branscombe’a, ale wiódł z nim spór o ziemię leżącą na granicy ich posiadłości i już od lat ze sobą nie rozmawiali.

Latonia i Toni często widywały markiza na polowaniach i marzyły, by go poznać. Był od nich starszy, niezwykle przystojny i doskonale jeździł konno. Latonia często mówiła, że łatwiej przyszłoby się wyprawić na księżyc niż zaznajomić z markizem. Teraz zaś się okazało, że Toni się w nim zakochała. Dlatego Latonia z zapartym tchem czekała na relację kuzynki.

— Zobaczyłam go niemal pierwszego dnia po przyjeździe do Londynu — opowiadała Toni. — Było to na bardzo nudnym wieczorku muzycznym, więc nie zdziwiłam się, gdy wyszedł, nim nas sobie przedstawiono, ale postanowiłam, że wcześniej czy później do tego doprowadzę. Próbowałam wypytać kuzynkę Alice o jego przyjaciół i w jakich domach bywa.

— Bardzo się natrudziłaś? — spytała Latonia.

— Nie. Wszyscy plotkują tam o wszystkich, więc szybko się dowiedziałam, że markiz ma affaire de coeur z bardzo piękną mężatką. — Widząc, że Latonia wygląda na zaszokowaną, dodała ze śmiechem: — Wszyscy mężczyźni uganiają się za mężatkami, bo przy nich są bezpieczni. Z całych sił unikają nawet rozmawiania z pannami, gdyż obawiają się, że zostaną schwytani w sidła. — Prychnęła bardzo z siebie zadowolona. — Muszę przyznać, że bardzo się bawiłam z odwrócenia ról: to ja go próbowałam złapać, a dotychczas młodzieńcy ubiegali się o moje względy.

— Świetnie rozumiem, co masz na myśli — odparła Latonia. — I widzę, że zamiana ci służy, wyglądasz jeszcze bardziej uroczo niż przed wyjazdem.

Mówiła szczerą prawdę, kuzynka nabrała polotu i niezwykłego czaru. Może wynikało to z większej pewności siebie, choć też wiele uroku dodawała jej suknia, bez wątpienia pochodząca od drogiej i wysoce utalentowanej krawcowej.

— Opowiadaj dalej o markizie — nalegała Latonia.

— Minął miesiąc, nim zdołałam doprowadzić do tego, by nas sobie przedstawiono — ciągnęła Toni. — A wtedy postanowiłam, że markiz musi się we mnie zakochać bez pamięci, abym mogła wyrównać rachunki za te wszystkie lata, kiedy dumny książę nie zapraszał nas do Hampton Towers!

— Nigdy nawet nie marzyłam o takim zaproszeniu — wtrąciła Latonia.

— Ale w przyszłości będziesz tam bywać, bo zdecydowałam, że zostanę markizą Seaton.

Latonia wydała zduszony okrzyk.

— Co na to powie książę?

— Będzie musiał puścić w niepamięć kłótnie z moim tatą i zapomnieć o wspaniałych planach mariażu syna z księżniczką.

— Z księżniczką?

— Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że jego zdaniem nikt inny nie jest godzien dostąpienia zaszczytu poślubienia syna wszechwładnego księcia Hampton — powiedziała ze śmiechem i w geście radości uniosła obie ręce. — Och, Latonio, Latonio! Jaka to była wspaniała zabawa! Postanowiłam zdobyć serce Ivana i gdy mi się to udało, stwierdziłam, że sama też się w nim zakochałam.

— Naprawdę go kochasz?

— Uwielbiam. Nigdy ci nie zdołam opisać, jak jest pociągający i wspaniały! — westchnęła. — Zupełnie jakbym śniła na jawie. Kocham go, on kocha mnie, i wszystko będzie cudownie, niech tylko książę wyrazi zgodę na ślub.

— Jesteś pewna, że się zgodzi? — spytała Latonia cicho.

— Zgodzi się … albo umrze — odparła Toni. — A w obu wypadkach pobierzemy się z Ivanem.

— O czym ty mówisz?

— Stary książę jest bardzo chory — wyjaśniła Toni. — Moim zdaniem cierpi na podobną chorobę serca jak mój tata. Dlatego Ivan prosił, byśmy poczekali z powiadomieniem go o naszych planach.

— A jeśli książę się nie zgodzi?

— Ivan się obawia, że gdyby postąpił wbrew ojcu, to mógłby go zabić.

— W takim razie musicie cierpliwie czekać — twardo oświadczyła Latonia.

— Powiedziałam Ivanowi, że trochę poczekam, ale on pragnie ślubu równie mocno jak ja, więc pewnie niedługo się pobierzemy.

— Naprawdę wierzysz, że książę się zgodzi?

— Będzie musiał — oświadczyła Toni, a w jej głosie zabrzmiały stanowcze nutki. — Nikt i nic mnie nie zmusi do rozstania z Ivanem, a on mnie też nie zostawi. Poza tym musi być sprawiedliwość na tym świecie.

— Chcesz przez to powiedzieć, że w końcu zostaniesz księżną Hampton?

— Właśnie tak — przyznała Toni. — Iz wielką radością będę zapraszała do Hampton Towers osoby pomijane przez tę parę arystokratycznych snobów wiecznie zadzierających nosa.

— Toni! Nie wolno ci tak mówić o twoich przyszłych teściach!

— Dlaczego nie? — dopytywała się dziewczyna. — Przecież to nie za nich wychodzę za mąż? Poślubię mojego najdroższego Ivana, a on jest zupełnie inny: kochający, czuły i mnie uwielbia. Naprawdę, Latonio.

— Wcale mu się nie dziwię — odparła, myśląc, że kuzynka nigdy wcześniej nie wyglądała tak pięknie i pociągająco.

— Będziemy bardzo szczęśliwi. Powiem ci coś, co cię szczerze rozbawi: Ivanowi bardzo się przyda mój majątek.

Latonia uniosła brwi.

— Czyżby to znaczyło, że książę nie jest tak bogaty, jak to się powszechnie uważa?

Tak. Zdaniem Ivana jego ojciec niewłaściwie zarządzał dobrami i wydawał za dużo, opętany chęcią pokazania, że góruje nad całą okoliczną szlachtą. Ivan mówił, że w Hampton Towers zawsze czekało dwunastu służących w liberii, gotowych do posługi.

— Dwunastu! — wykrzyknęła Latonia.

— A książę zawsze podróżował z sześcioma jeźdźcami, gdy innym wystarczało czterech.

Na chwilę zapadło milczenie, w końcu Latonia zwróciła się do kuzynki:

— Czy Jego Wysokość już wybrał odpowiednią księżniczkę na żonę dla syna?

— Oczywiście! — zawołała Toni. — Ivan opowiadał, że ojciec wybrał nie jedną, lecz kilka, w większości z księstw niemieckich, wszystkie szczycą się odrobiną królewskiej krwi w żyłach.

Latonia w milczeniu rozważała, czy Branscombe’owie, choc zaliczali się do starej i szanowanej szlachty, mieli nawet tytuł baroneta, mogli się równać z księciem Hampton, wśród którego przodków znajdowali się liczni potomkowie europejskich rodzin królewskich.

Toni popatrzyła na nią i wybuchnęła śmiechem.

— Wiem, o czym myślisz — powiedziała — ale nie trać czasu na smutki. Ivan mnie kocha, ja kocham jego i ani książę, ani nawet cała chmara księżniczek, w których żyłach płyną rzeki błękitnej krwi, nie zdołają nas powstrzymać przez ślubem!

— Kochanie, tak się cieszę — rzekła Latonia serdecznie — nie dlatego, że zostaniesz księżną, ale dlatego, że będziesz tak szczęśliwa, jak moi rodzice. Dla nich najważniejsze było szczęście drugiego i ich miłość. Zawsze się modliłam, żebyśmy też to znalazły w życiu.

— Ja już znalazłam — oświadczyła z przekonaniem Toni. — Kiedy poznasz Ivana, zrozumiesz, dlaczego właśnie on sprawia, że serce bije mi szybciej i dlaczego jestem przekonana, że tylko z nim chcę spędzić moje życia.

Jadąc konno w stronę Castle, Latonia zastanawiała się z pewną obawą, czy nagłe wezwanie kuzynki nie łączy się z osobą markiza. Chyba nic złego się nie stało, pomyślała. Wprawdzie jeszcze go nie poznała osobiście, ale napływające co dzień liściki, kwiaty i drobne prezenty przekonywały ją, że Ivan darzy Toni podobnie gorącym uczuciem jak ona jego. Udawało im się również spotykać często w tajemnicy, tak że książę nie dowiedział się o ich związku.

Posiadłości Hampton i Branscombe graniczyły na długim odcinku, który w większości porastały lasy. Dwie osoby na koniach mogły się łatwo schronić między drzewami i później wynurzywszy się z przeciwnych stron zagajnika, wrócić do domów, nie wzbudzając najmniejszych podejrzeń.

— Czy wasz koniuszy nie patrzy podejrzliwie na twoje samotne przejażdżki? — spytała kiedyś Latonia.

— Wiesz, że zawsze jeździłam sama, chyba że wybierałyśmy się gdzieś razem, więc jest przyzwyczajony — odparła Toni. — Zresztą parę razy mu powiedziałam, że się mam spotkać z tobą.

Latonia wydała cichy okrzyk.

— Nie kłam, kiedy cię ktoś może na tym przyłapać — ostrzegła. — Przecież on może się domyślać, że w tej chwili nie mam dobrego konia.

— Dlaczego mi tego nie powiedziałaś? — oburzyła się Toni. — Natychmiast ci wyślę dwa.

— Nie to miałam na myśli. — Latonia wyglądała na zakłopotaną.

— A powinnaś. Zawsze wszystko miałyśmy wspólne i chcę, żebyś się przeprowadziła do mnie jak najszybciej.

— Też o tym marzę, ale nie mogę odesłać panny Waddesdon, która była tak miła i zamieszkała ze mną, gdy wyjechałaś do Londynu.

— Wiem, co zrobimy — oświadczyła Toni. — Kiedy ta okropna kobieta, którą kuzynka Alice wybrała na przyzwoitkę dla mnie, wreszcie wyjedzie — a doprowadza mnie do rozpaczy swoim gadulstwem — obie, ty i panna Waddesdon, przeniesiecie się na zamek.

— Jak to będzie cudownie!— zakrzyknęła Latonia.

— Znacznie lepsze i prostsze rozwiązanie — z zadowoleniem powiedziała Toni. — Przy odrobinie szczęścia sprowadzicie się już w przyszłym tygodniu lub na początku następnego.

Latonia z góry cieszyła się na wspólne mieszkanie, bo uwielbiała spędzać czas z kuzynką, dlatego się zaniepokoiła, czy nieoczekiwane wezwanie do zamku nie oznacza zmiany planów. Kłusując długim podjazdem i patrząc na zamek rozciągający się przed nią myślała, że z radością wróci do tego ogromnego domu, który ją tak intrygował w dzieciństwie. Było tam mnóstwo kryjówek do zabawy w chowanego, a w pokojach dziecinnych, które wydawały się tak wielkie, jak cały dom rodzinny Latonii, leżały wszelkie możliwe zabawki, lalki i gry, o jakich tylko mogły zamarzyć małe dziewczynki.

Nagle uderzyła ją myśl, że w przyszłości zamek nie będzie należał do Toni, lecz do jej stryja. Ponieważ była to rodowa siedziba Branscombe’ów, więc Kenrick Combe zamieszka tutaj po powrocie z Indii i wtedy Latonia może nie będzie tak mile widzianym gościem.

Odkąd sięgała pamięcią, zawsze albo mieszkała w zamku, albo wpadała z częstymi wizytami i czuła, jakby miała do niego takie same prawa, jak Toni. Wtem niczym chmura przesłaniająca słońce ogarnął ją smutek na myśl, że kiedy Toni wyjdzie za mąż, a nowy lord Branscombe obejmie swoją posiadłość, ona stanie się tu obcą osobą. Wtedy przyjechawszy, powinna nacisnąć dzwonek i czekać, aż ktoś jej otworzy drzwi.

Postanowiła korzystać ze swoich przywilejów póki jeszcze może, podjechała do drzwi, zsiadła z konia, podała lejce oczekującemu pachołkowi i szybko wbiegła po schodach. W holu trwał na posterunku tylko jeden służący, zajęty w drugim krańcu pomieszczenia porządkowaniem papierów rozrzuconych przez wiatr.

 

— Dzień dobry, Henry — odezwała się Latonia, przechodząc obok niego.

Obejrzał się przez ramię i powitał ją szerokim uśmiechem.

— Dzień dobry, panienko Latonio.

— Gdzie Toni?

— Na górze w swoim pokoju. Powiedziała, żeby panienka poszła do niej, jak tylko panienka przyjedzie.

Nim skończył zdanie, Latonia dotarła już do połowy schodów.

Przebiegła szeroki podest na szczycie kondygnacji, kierując się w stronę obszernej sypialni, którą Toni zajmowała od chwili osiągnięcia pełnoletności. Przedtem, gdy mieszkały tu razem, wystarczała im sypialnia na drugim piętrze.

Latonia weszła bez pukania do pokoju kuzynki.

Toni siedziała przy oknie i patrzyła w skupieniu na ogród. Słysząc szczęk klamki, zerwała się na równe nogi i wydała cichy okrzyk.

— Jesteś! Bogu dzięki, nareszcie jesteś!

To mówiąc przebiegła pokój i objęła ramionami kuzynkę. Przytuliła się do niej tak mocno, jak w dzieciństwie, gdy przydarzyło się coś złego i mogły znaleźć pociechę tylko w czułym uścisku.

— Wyruszyłam natychmiast, gdy tylko dostałam od ciebie list — wyjaśniła Latonia. — Co się stało?

— Nie może mi to przejść przez gardło — odpowiedziała Toni.

Zdumiona Latonia usłyszała przerażenie w jej zduszonym głosie.

— Rzeczywiście się przejęłaś — powiedziała zdziwiona. — Cóż takiego się wydarzyło? Czyżby markiz …?

— Och, nie, nie —szybko odparła Toni.

Latonia odetchnęła z ulgą.

— Bardzo się bałam, że stało się coś złego. Markiz stwierdził, że mimo wszystko nie może cię poślubić — mówiła z wysiłkiem.

— Nic z tych rzeczy, a o tym jeszcze nie powiadomiłam Ivana.

— Więc o co chodzi?— dopytywała się Latonia.

Na chwilę zapadło milczenie, w końcu Toni wyszeptała zduszonym, urywanym głosem.

— Stryj Kenrick. Wrócił do Anglii i posłał po mnie.

Latonia rozluźniła uścisk, by zaskoczona popatrzeć na kuzynkę.

— Nic nie rozumiem. Dlaczego tak się tym przejęłaś?

— Zaraz ci wszystko wyjaśnię — Toni westchnęła. — Usiądźmy tu, przy oknie.

Dziewczęta usiadły na szerokiej, wyściełanej ławeczce we wnęce przyokiennej i gdy słońce padło na twarz Toni, Latonia dostrzegła, jak jej oczy pociemniały z niepokoju. Wyciągnęła rękę do kuzynki.

— Moja droga, cóż się dzieje? Czym się tak martwisz? Widzę, że to poważna sprawa.

— Też tak myślę i dlatego się niepokoję.

— Powiedz mi — błagała Latonia.

— To się stało około czterech miesięcy temu — zaczęła z westchnieniem.

— Co się stało?

— Pewien młodzieniec, którego poznałam w Londynie, zakochał się we mnie i zrobił się bardzo natarczywy.

— Kto to?

— Nazywa się Andrew Luddington, oficer, przyjechał z Indii na urlop. — Latonię natychmiast uderzył fakt, że Indie ściśle łączą się ze stryjem Toni, ale się nie odezwała. Przyjaciółka ciągnęła: — Był bardzo przystojny, dobrze tańczył i na początku świetnie się bawiłam w jego towarzystwie.

— Czyli że z nim flirtowałaś? — przerwała Latonia.

— Oczywiście! — spokojnie przytaknęła Toni. — Flirtuję z każdym mężczyzną, ale to nie znaczy, że się w każdym kocham czy coś w tym rodzaju.

— Nie, to jasne, że nie.

— On tymczasem robił się coraz bardziej natarczywy, jak mówiłam, wręcz natrętny. Wszędzie za mną chodził. Pisał do mnie trzy, cztery razy dziennie, a gdy się spotykaliśmy, oświadczał mi się w tak szalony, a czasem nieopanowany sposób, że w końcu zaczęło mnie to krępować.

Latonia milczała, bo świetnie wiedziała, jakie wrażenie robi kuzynka na mężczyznach. W jej obecności zupełnie tracili głowy i w przeszłości kilkakrotnie doszło do sytuacji, z których jasno wynikało, że pod wpływem Toni młodzieńcy zachowywali się w nieodpowiedzialny sposób, tracili hamulce i resztki zdrowego rozsądku.

— Co dalej? — spytała.

— Zachowywał się coraz gorzej — kontynuowała Toni — aż wreszcie powiedziałam, że nie życzę go sobie więcej widzieć.

Zapadło milczenie, które przerwała Latonia czując, że to jeszcze nie koniec historii.

— Co zrobił?

— Próbował popełnić samobójstwo.

Latonia głęboko zaczerpnęła powietrza, nim zapytała:

— Jak?

— Strzelił do siebie z pistoletu, ale niecelnie, może dlatego, że był przejęty, a może silne uczucia wzięły górę i nie trafił prosto w serce, dość, że jakoś przeżył.

— A co ty zrobiłaś?

— A co miałam zrobić? — odparła pytaniem na pytanie. — Było mi przykro, bardzo przykro, ale to naprawdę nie moja wina.

Dłuższą chwilę ciszy znów przerwała Latonia.

— Jeśli to się wydarzyło kilka miesięcy temu, to dlaczego teraz się tym przejmujesz?

— Bo matka Andrew poskarżyła się stryjowi Kenrickowi.

— Rozgniewał się?

— I to bardzo!

— Dlatego cię do siebie wezwał?

Toni już dłużej nie potrafiła się opanować i wybuchnęła:

— On chce mnie zabrać ze sobą do Indii! Pisze, że hańbię nazwisko, a moja przyzwoitka nie potrafi mnie okiełznać.

— Musisz mu wyjaśnić … — zaczęła gorączkowo Latonia.

— I sądzisz, że będzie mnie słuchał? — zapytała Toni. — Nie ma najmniejszego zamiaru poznać mojej wersji wydarzeń. Wydał mi rozkaz! — Podniosła list leżący na fotelu i podała go Latonii. Nim ta zaczęła czytać, Toni zakrzyknęła: — Latonio, musisz mnie ocalić! Tylko ty to możesz zrobić! W tej sytuacji nie mogę przecież jechać do Indii ze stryjem! Jeśli pojadę, to stracę Ivana.

Sposób, w jaki mówiła, odkrył przed Latonią całą prawdę, którą kuzynka obawiała się ubrać w słowa. Otóż markiz nie zdecydował się jeszcze ostatecznie na małżeństwo z Toni, nadal się wahał i gdyby się okazało, że ojciec bardzo się przejmie, mógłby zrezygnować ze ślubu. Wprawdzie Toni nie wspomniała o tym nawet słowem, ale Latonia przeczuwała, że to się właśnie kryje za zdenerwowaniem kuzynki. Ponieważ znały się tak dobrze, sądziła, że intuicja jej nie myli. Toni miała rację, twierdząc, że nie może opuścić markiza w tym krytycznym dla ich związku momencie.

Latonia starała się skupić całą swoją uwagę, dlatego powoli wygładziła kartki listu, który Toni widać pomięła w rozpaczy.

Kochana bratanico!

Wysoce zaniepokoił mnie list, który właśnie otrzymałem od lady Luddington, a tyczący jej syna, Andrew, oraz Twojego zachowania w Londynie. Przyjaciele i znajomi nie szczędzili mi ostatnio relacji na ten temat. Odniosłem nieprzeparte wrażenie, że kuzynka Alice nie roztoczyła nad Tobą właściwej opieki i nie chroniła Cię tak pieczołowicie, jakby tego oczekiwał i sobie życzył Twój ojciec.

Dlatego postanowiłem, że gdy za cztery dni ruszę w drogę powrotną do Indii, zabiorę Cię ze sobą. Obojgu nam wyjdzie na dobre, gdy się lepiej poznamy.

Niestety, nie mogę, jak to planowałem, osobiście przybyć na zamek, więc proszę, żebyś stawiła się w naszym domu przy Curzon Street nie później niż w najbliższy czwartek. Do Tilbury wyruszymy następnego ranka, już zarezerwowałem dla nas kajuty na statku „Odessa”.

W Twoim imieniu złożyłem na ręce lady Luddington wyrazy najgłębszego żalu oraz napisałem, że z największą ulgą przyjąłem wiadomość, o tym, iż jej syn uszedł z życiem i jest na najlepszej drodze do wyzdrowienia.

Moim zdaniem mieliśmy ogromne szczęście, że ta pożałowania godna historia rzucająca cień na honor naszej rodziny nie przedostala się do publicznej wiadomości oraz że nie wspomniano o niej w prasie.

Bądź tak łaskawa i powiadom mnie o godzinie swego przybycia na King’s Cross Station, a wyślę po Ciebie karetę.

Pozostaję szczerze oddany

Branscombe

P.S.

W razie gdyby Ci tego uprzednio nie objaśniono, chciałbym przypomnieć, że od śmierci lorda Branscombe’a jestem Twoim jedynym opiekunem.

Latonia przeczytawszy cały list uniosła wzrok znad kartki.

— Och, moja najdroższa Toni — zaczęła. — Kiedy tu jechałam, przyszło mi na myśl to, co twój stryj napisał w liście, że jest twoim opiekunem.

— Nie pojadę! Za skarby świata! — zawołała Toni z determinacją, którą Latonia znała od dawna.

— Nie masz wyboru — odparła. — Przecież on dysponuje twoim majątkiem. Jeśli będziesz nieposłuszna, może ci nawet wstrzymać wypłacanie procentów od legatu ojca.