Sekrety sercaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Sekrety serca – Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Najpiękniejsze miłości

Przekład

Ewa Nogacka

Saga

Sekrety serca – Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTłumaczenie Ewa Nogacka Tytuł oryginału Secrets of the HeartZdjęcie na okładce: Shutterstock Projekt okładki: grafiskstue.dk Copyright © 1988, 2020 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711770559

1. Wydanie w formie e– booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

Od Autorki

Jej Wysokość Królowa Wiktoria dokonała inauguracji „Wystawy Bogactw Indii i Innych Kolonii” w Albert Hall w Londynie 1 maja 1866. Wystawa odniosła ogromny sukces. Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się zadziwiające eksponaty pochodzące z Indii.

Królowa czyniła wszystko, by podtrzymać mit rozrastającego się wciąż Imperium. Minister Spraw Zagranicznych, lord Rosebery, człowiek żądny sławy i zaszczytów, błagał o zorganizowanie tej wystawy z jak największym przepychem.

– Zorganizujemy wszystko zgodnie z pana życzeniem – zgodziła się Królowa – bylebym tylko nie musiała wystąpić w stroju ceremonialnym.

Jej Wysokość odmówiła także złamania zwyczaju, zabraniającego jej, jako Królowej Wdowie, ukazywania się poza dworskimi wnętrzami w koronie na głowie.

Urządzone z wielkim przepychem obchody na cześć potęgi Imperium były w pełni uzasadnione. Pod panowaniem brytyjskim znajdowały się wówczas ziemie o powierzchni około 11 milionów mil kwadratowych, a zamieszkiwało je 372 miliony ludzi.

Rozdział 1

ROK 1885

Pociąg dojeżdżał już do. Londynu Zenobia odczuwała coraz większy niepokój. Próbowała przekonać samą siebie, że to niedorzeczne. Potrafiła przecież zachować zimną krew, gdy wraz z ojcem wspinali się na wysokie szczyty górskie albo na przeciekającym arabskim stateczku dhow płynęli z nurtem rzeki rojącej się od krokodyli. Pamiętała także, jak nie czuła nawet cienia lęku, gdy zgubili drogę na pustyni pod palącym słońcem.

Lecz perspektywa spotkania z macochą rzeczywiście ją przerażała. Nawet w najlepszym razie można było się spodziewać, że sytuacja będzie niezręczna.

Lord Chadwell po trzech latach małżeństwa odkrył, że jego druga żona go zdradza. Nie próbował zmuszać jej do wierności i nie urządzał scen. Po prostu opuścił dom. Zabrał ze sobą swą córkę, Zenobię, bardzo podobną do jego pierwszej nieżyjącej żony. Wówczas, tak jak zawszę pragnął, zaczął podróżować po świecie.

Córce lorda Chadwella nadano imię Zenobia, ponieważ jej ojciec zawsze pragnął zobaczyć Palmyrę. Razem przeczytali wszystkie książki o słynnej Zenobii, królowej Palmyry. Autorzy „Historii Augustyna” nazywali ją „drugą Kleopatrą”.

Kiedy opuścili Londyn, Zenobia miała zaledwie dziewięć lat, ale wkrótce stała się ukochaną i niezastąpioną towarzyszką ojca. Zaczęła też podzielać jego głód wiedzy.

Pragnienie poszukiwania prawdy o obcych krajach kazało im nie tylko zwiedzać odległe lądy, lecz także poznawać zamieszkujących je ludzi. Pierwszym państwem, które odwiedzili i w którym przebywali przez trzy lata – były Indie.

Zenobia zawierała tam znajomości z maharadżami, fakirami i sklepikarzami. Ceniła towarzystwo ludzi ze wszystkich kast.

Następnie udali się z ojcem do Cejlonu, na jakiś czas zatrzymali się w Syjamie, odwiedzili również Kambodżę i Bali. W Birmie zmuszeni byli znosić ogromne niewygody, powrócili więc do Indii. Ani Lord Chadwell, ani Zenobia nie potrafili się oprzeć urokowi tego kraju i jego mieszkańców. Powrócili do Anglii dopiero wtedy, gdy Lord Chadwell zapragnął przelać swe przeżycia na papier. Miał nadzieję, że pomogą one innym ludziom i zainspirują ich tak, jak podróże inspirowały jego. Nie zawiadomił żony o powrocie. Nie kontaktował się z nią ani razu od dnia wyjazdu. Kupił w hrabstwie Devon dom nad morzem. Urządził go z pomocą córki i zaczął pisać książkę, którą nazywał „księgą swego życia”.

– Pragnę, moja najdroższa – powiedział – opisać to, jak wykształciłem w sobie intuicję, wyostrzyłem percepcję, a przede wszystkim nabyłem wrażliwość. Wierzę, że za moim przykładem powinni pójść wszyscy ludzie, w przeciwnym bowiem razie zmarnują niewysłowiony dar, jakim jest życie na tym świecie.

Zenobia, podobnie jak on, była przekonana, że jedyną drogę ludzkości w dążeniu do Absolutu stanowi rozwijanie zdolności postrzegania. Doskonale rozumiała, co ojciec ma na myśli. Znała jego pragnienie podzielenia się z innymi odkryciem, jakim było odnalezienie ścieżki samodoskonalenia się.

Ponieważ stale byli w podróży, Zenobia nie otrzymała zwyczajnej edukacji. Ojciec był mądrym człowiekiem i bardzo wiele się od niego nauczyła. Dlatego też, kiedy rozpoczęła dodatkowe lekcje, uważała je za niepotrzebne. Jednak ojciec koniecznie chciał, żeby Zenobia miała profesjonalnych nauczycieli.

Spoglądając wstecz, Zenobia pomyślała, że ojciec wybrał dla niej dziwaczne grono pedagogów. Należeli do niego kapłani różnych religii, którzy uczyli ją swoich świętych ksiąg i pism. Spośród nich największe zainteresowanie budzili w niej lamowie z klasztorów buddyjskich. Mężczyźni i kobiety różnych narodowości dawali dziewczynce lekcje swoich ojczystych języków. Tak więc Zenobia w wieku osiemnastu lat biegle znała te, które ojciec uznawał za niezbędne. Od hinduskich służących nauczyła się języka urdu. Arytmetykę poznała z tej przyczyny, że ojciec pozostawiał jej płacenie gromadzących się rachunków. Musiała też dbać o to, by nie brakowało im pieniędzy w podróży. Nie mogli przecież znaleźć się wyczerpani i bez grosza gdzieś na końcu świata. Wszystko to było bardzo zajmujące.

Zenobia pomyślała, że powinna dokończyć za ojca pisanie książki przerwane przez jego śmierć. Mogła też dodać do niej swoje własne wspomnienia. Kiedy ojciec umarł nagle trzy tygodnie temu, nie zdradzając objawów żadnej określonej choroby, Zenobia nie tylko została zupełnie sama, lecz straciła też wszystko, co w jej życiu było stabilne i znajome. Została pozbawiona poczucia bezpieczeństwa.

Ojcu nigdy nie przyszło do głowy, że mając już blisko dziewiętnaście lat, Zenobia powinna spotykać się z mężczyznami i kobietami w podobnym wieku. Szczególnie z tymi pierwszymi.

Mieszkali w hrabstwie Devon już od roku. Nieliczni znajomi patrzyli na Zenobię z niekłamanym zachwytem.

Ona sama zaś była tak mało zajęta swoją osobą, że zdziwiła się, kiedy ojciec powiedział:

– Jesteś śliczna, moja najdroższa, tak jak twoja matka. Czasami wydaje mi się, że wszystkie piękne miejsca, które odwiedziliśmy od wyjazdu z Anglii, znajdują odbicie na twojej twarzy.

– Jak ładnie to powiedziałeś, papo! – odrzekła Zenobia.

Tego wieczora, będąc w swojej sypialni, wpatrywała się we własne odbicie w lustrze. Miała nadzieję, że ojciec ma rację. Tak długo mieszkała w Indiach i innych krajach Wschodu. Tamtejsze kobiety o dużych ciemnych oczach i skórze barwy kawy były takie piękne, lecz jakże różniły się od niej. Dotychczas nie przyszło jej do głowy, że jest piękna. Dopiero teraz, dostrzegła swe ciemnoniebieskie oczy koloru wzburzonego morza, które dominowały w kształtnej twarzy. Włosy miała bladozłote niczym wczesny świt.

Pomyślała, że może jest trochę podobna do matki. Nie uważała się za naprawdę piękną, ale na pewno za ładną. Jednak poczuła, że to określenie nie jest tu odpowiednie. Słowo „ładna” przywodzi bowiem na myśl rumianą zdrową buzię typowej angielskiej dziewczyny, takiej zaś nie przypominała w najmniejszym stopniu. Jej rysy były klasyczne – od małego, prostego nosa po stanowczo zarysowaną linię brody. Kształt warg zdawał się wyrzeźbiony przez samego Michała Anioła. To samo odnosiło się do jej figury, proporcjonalnej i zgrabnej niczym ciało greckiej bogini.

Oczywiście Zenobia nie myślała o sobie w takich kategoriach. Zdecydowała tylko, że w jej oczach tli się tajemniczość. To zaś zawdzięczała zgłębianiu mistycyzmu, z którym zetknęła się w Indiach.

„Co ja pocznę bez ciebie, papo?”, zapytywała siebie Zenobia.

Ojciec w dniu śmierci wyglądał, jakby pogrążył się w spokojnym śnie. Miał zamknięte oczy, a na jego wargach gościł lekki uśmiech. Wyglądał na szczęśliwego. Była pewna, że opuszczając ten świat, połączył się znowu z jej matką.

Matka była kobietą, którą zaczął darzyć wyłączną miłością od chwili, kiedy ją pierwszy raz ujrzał. Powtórne małżeństwo po jej śmierci było szaleństwem.

Jednak z wiekiem Zenobia zdała sobie sprawę, że ojciec nie potrafił znieść samotności, mieszkania w pustym domu i samotnych nocy.

W rzeczywistości lord był bardzo słaby psychicznie. Utrata kobiety, której oddał swe serce, była dla niego straszliwym ciosem i zupełnie wytrąciła go z równowagi.

Na statku w drodze powrotnej z Egiptu poznał Irenę. Kiedy Zenobia ją zobaczyła, zrozumiała, że macocha jest pod każdym względem przeciwieństwem jej matki. Bardzo atrakcyjna – „fascynująca” było tu odpowiednim określeniem – spoglądała na mężczyznę zalotnie zza zasłony uczemionych rzęs. Potrafiła wzniecić w mężczyźnie przeświadczenie, że jest w niej coś niezwykłego, coś co warto zdobyć.

Irena była wdową po żołnierzu, który zginął walcząc za ojczyznę. Chętnie szukała pocieszenia u każdego napotkanego mężczyzny. Czysty przypadek zadecydował o tym, że lord Chadwell wsiadł w Aleksandrii na statek zaledwie kilka minut przed jego odpłynięciem.

 

Irena stała na pokładzie i zobaczyła go, kiedy jako ostatni wchodził po trapie. Pomyślała, że wygląda na bardzo dystyngowanego. Kogoś takiego właśnie szukała – mężczyzny bez zobowiązań. Zapytała stewarda o jego nazwisko. On zaś poinformował ją, że lord Chadwell jest bogaty i niedawno owdowiał.

Nie traciła więc czasu. Szybko stała się jego nieodłączną towarzyszką. Lord przez kilka miesięcy przebywał niemal samotnie na pustyni, gdzie rozmawiał tylko z poganiaczami wielbłądów. Dlatego też cieszyło go towarzystwo kobiety.

Zanim dotarli do Anglii, Irena osiągnęła to, że nie tylko został jej kochankiem, ale również zaproponował małżeństwo.

Irena uwiodła lorda z mistrzostwem, któremu większość mężczyzn nie potrafiłaby się oprzeć. Lord Chadwell ledwie zdawał sobie sprawę z tego, co się święci. Zanim się obejrzał, już był żonaty. Na życzenie Ireny kupił duży dom w modnej dzielnicy Londynu.

Jeszcze przed wyjazdem do Egiptu wydał instrukcje, aby dom na wsi, który dzielił ze swą poprzednią żoną, został sprzedany. Nie mógł znieść, by w każdym pokoju prześladowały go wspomnienia szczęścia z Elizabeth.

Zenobię zostawił pod opieką babki. Zaraz po powrocie chciał znowu się z nią zobaczyć. Początkowo, choć bał się do tego przyznać przed samym sobą, myślał, że sam widok dziecka przyprawi go o nieznośne cierpienie. Tymczasem okazało się, że towarzystwo córki daje mu szczęście, jakiego nie zaznał od śmierci swej pierwszej żony.

Zabrał Zenobię do okazałego domu, który kupił na Park Street. Teraz wiedział, że gdyby cierpliwie poczekał, byłby szczęśliwy, mając przy sobie tylko córkę. Nie musiałby wcale żenić się z Ireną. Jednak było już za późno.

Za sprawą Ireny dom i życie lorda wypełniły osoby z towarzystwa. Irenie bardzo zależało na wejściu w kręgi arystokracji. Teraz, gdy była lady Chadwell, wszystko stało się proste. Jej mąż pochodził ze starego i znakomitego rodu. Całe pokolenia Chadwellów służyły ojczyźnie.

Początkowo Lord Chadwell chętnie spotykał się z rodakami. Ich sposób myślenia był zupełnie odmienny od tego, z którym zetknął się podczas swej długiej zamorskiej podróży. Pragnął poznać opinie Anglików, aby uzupełnić swą już głęboką wiedzę na temat człowieczeństwa. Ale wkrótce regularne przebywanie na proszonych kolacjach i towarzyszenie żonie na balach zaczęło go nudzić.

Rozmowy z arystokratami, których przyjmowali, były monotonne. Zaczął odczuwać niepokój. Niegdyś Elisabeth zadowalała go całkowicie, ponieważ darzyli się nawzajem głęboką miłością. Mieszkali na wsi ze swoimi końmi i psami. Odkrywali świat raczej dzięki książkom niż poprzez ożywione życie towarzyskie.

Elisabeth nigdy nie cieszyła się dobrym zdrowiem. Bywali więc w państwach europejskich, spędzali wakacje na Majorce i w Algierze.

Ich miłość była spełniona i satysfakcjonująca, ponieważ żyli jedno dla drugiego. Ich umysły dopełniały się nawzajem.

Tymczasem, jak odkrył lord Chadwell, myśli Ireny były równie stereotypowe i łatwe do przewidzenia, jak ona sama jako kochanka.

Powoli zaczął odsuwać się od towarzystwa i unikać ciągłych przyjęć. Być może to właśnie spowodowało, że Irena znalazła sobie kochanka. Kiedy zaś przekonała się, że mąż nic o tym nie wie, nie wahała się zacząć romansu z następnym. Lord Chadwell był na to wszystko ślepy i głuchy. Kiedy w końcu odkrył prawdę, nie przeraziła go ona ani nie wprawiła we wściekłość. Zdał sobie jedynie sprawę, że małżeństwo dobiegło końca. Nie miał zamiaru odegrać roli zazdrosnego męża. Nie Chciał również wyzwać swego rywala na pojedynek, którego zorganizowanie byłoby zresztą nielegalne. Wiedział jednak, że tego by od niego oczekiwano.

Chociaż potępiane przez królową Wiktorię, pojedynki o wschodzie słońca wciąż odbywały się w jednym z londyńskich parków. Jeżeli ktoś został poważnie zraniony albo zabity, zwycięzca musiał uchodzić z kraju.

Lord Chadwell przemyślał sprawę. Postanowił, że opuści Anglię bez zamieszania i bez pojedynku. Tym razem jednak nie miał zamiaru wyjeżdżać bez swej córki.

Powiedział niańce, która zajmowała się dziewczynką, że zamierza zawieźć ją na wieś do krewnych.

– Czy mała jedzie na długo? – zapytała.

Lord Chadwell wzruszył ramionami.

– Może na kilka tygodni. Proszę spakować garderobę na wszelkie okazje, ciepły płaszczyk i solidne trzewiki.

– Dobrze, milordzie.

Kiedy Irena dowiedziała się o planowanym wyjeździe męża i pasierbicy, wcale się nie zaniepokoiła. Ucieszyło ją to, że będzie mogła flirtować ze swoim najnowszym kochankiem bez obawy, że mąż odkryje romans.

– Wiem, że uwielbiasz wieś, skarbie – rzekła swym najprzymilniejszym tonem – ale ja tak bardzo będę za tobą tęsknić!

– Wątpię! – skonstatował sucho lord Chadwell.

Jednak żona nie słuchała go.

Wyruszył z Zenobią wcześnie rano, zanim Irena wstała. Uniknął więc czułych pożegnań i nie musiał więcej kłamać. Pojechali prosto na stację kolejową Victoria. Dopiero kiedy pociąg ruszył, Zenobia powiedziała:

– Jak cudownie jechać z tobą w podróż, papo! Gdzie się zatrzymamy?

– Dziś wieczorem będziemy na pokładzie statku, którym popłyniemy do Indii! – odpowiedział.

Przez chwilę wpatrywała się w niego. Wyglądała bardzo dziecinnie w eleganckim płaszczyku takiej samej barwy jak jej oczy. Okrągły słomkowy kapelusz odrzucony na plecy wyglądał jak aureola.

Wreszcie dziewczynka wydała okrzyk szczerej radości i rzuciła się ojcu w ramiona.

– Zabierzesz mnie do Indii? – zapytała. – Nie mogę w to uwierzyć! Tato, to będzie cudowne – być tam z tobą!

Zenobia wiedziała o życiu ojca i o postępowaniu Ireny wiele więcej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Służący zawsze rozmawiają przy dzieciach, jakby sądzili, że są głuche. Słyszała, jak jej niania i gospodyni, sądząc, że śpi, kręciły nad nią głowami i mówiły:

– Wstyd, po prostu wstyd!

– Co ona w nich wszystkich widzi, kiedy nasz pan to taki przyjemny dżentelmen?

Wiedziała także, że starsi służący i służące, którzy kochali jej matkę, uważali Irenę za niegodną jej ojca. O Zenobii zaś mówili nie inaczej, tylko „biedne dziecko pozbawione matki”. Zgadywała, że chodzi im o to, jak źle Irena spełnia obowiązki macochy.

Od dnia kiedy wyruszyli w podróż Zenobia była nieopisanie szczęśliwa. Z każdym rokiem spędzonym we dwoje jej miłość do ojca stawała się głębsza. Dopiero po jego pogrzebie zaczęła myśleć o swojej przyszłości. Zadała sobie pytanie, co ma robić.

Adwokat z pobliskiego miasteczka doradzał ojcu przy zakupie domu. Był on jedyną osobą, którą mogła poprosić o radę. Pomógł jej przejrzeć dokumenty ojca. Znaleźli testament napisany wkrótce po tym, jak opuścili Anglię. Był poświadczony przez hinduskiego prawnika w Kalkucie. Treść tego krótkiego dokumentu brzmiała następująco:

Na wypadek swej śmierci zapisuję wszystko, co posiadam, mojej córce, Zenobii.

W dołączonym liście od indyjskiego urzędnika znajdowała się ponadto informacja, że kopia testamentu została przesłana do biura doradców prawnych ojca, „Burkę, Powell and Burkę” w Londynie.

– Oni panience pomogą, panno Zenobio – powiedział adwokat. – Najlepsza rzecz, którą panienka może zrobić, to skontaktować się nimi.

– Ale ja mam jeszcze wiele rzeczy do załatwienia przed wyjazdem – rzekła Zenobia – czy byłby pan tak uprzejmy i skontaktował się z nimi w moim imieniu?

Pan Bushell wyglądał na zmieszanego. Wreszcie, jakby zdecydował, że najlepiej być szczerym, odparł:

– Ależ pani na pewno zdaje sobie sprawę, panno Zenobio, że w pani wieku nie może pani mieszkać sama.

– Szczerze mówiąc, nigdy o tym nie pomyślałam – przyznała Zenobia. – Zawsze byłam z ojcem i czułam się z nim taka szczęśliwa, że teraz nie mam pojęcia, dokąd mogłabym się udać, ani czy jacyś moi krewni jeszcze żyją.

– Musi pani mieć jakichś krewnych! – wykrzyknął pan Bushell.

– Wiem, że moje obie babki już nie żyją – odpowiedziała Zenobia – a ojciec nie interesował się krewniakami – jeżeli w ogóle istnieją!

Westchnęła.

– Tak długo byliśmy za granicą przed osiedleniem się tutaj, że na pewno wszyscy o nas zapomnieli. Wiem tylko, że pewien kuzyn, którego ojciec nigdy nie lubił, ma odziedziczyć tytuł.

– Ale nie może pani mieszkać sama! – powiedział stanowczo pan Bushell. – A jeżeli dom przy Park Street należy do pani, najwygodniej pani będzie tam się przenieść.

Zenobia nie oponowała. Podobnie jak ojciec, nie znosiła spierać się z ludźmi, szczególnie kiedy próbowali być pomocni. Powiedziała panu Bushell, żeby wystawił na sprzedaż dom w hrabstwie Devon, w którym dotąd mieszkała z ojcem. Wiedziała, że podobnie jak on po śmierci żony i ona nie mogłaby teraz żyć tam sama po jego odejściu. Zresztą i tak nigdy nie uważała go za prawdziwy dom rodzinny. Natychmiast po skończeniu przez ojca książki mieli znów wyjechać za granicę.

Ani ona, ani ojciec nie wierzyli w śmierć. Uważali, że ciało po prostu zużywa się jak znoszone ubranie, ale dusza pozostaje przy życiu. Dlatego nie przywdziała żałoby. Miała niewiele strojów. Wszystkie były bardzo praktyczne. Oboje z ojcem lubili podróżować z niewielką ilością bagażu. Rzadko więc posiadała więcej niż dwie albo trzy suknie. Nosiła je długo i wyrzucała dopiero wtedy, kiedy były już zupełnie zniszczone. Tak więc, jeżeli chodzi o stroje, niewiele miała do pakowania.

Inna sprawa była z książkami ojca. Zgromadził ich bardzo wiele w ciągu rocznego pobytu w hrabstwie Devon. Zenobia zapakowała je wszystkie, aby zabrać ze sobą do Londynu.

Przez całą długą podróż zastanawiała się, co zrobi i dokąd się uda.

Wiedziała jedno – nigdy nie zamieszka z macochą. Przypuszczała, że Irenie zajmie sporo czasu wyprowadzenie się z luksusowego domu, w którym spędziła ostatnie trzynaście lat. Zastanawiała się, czy macocha bardzo się przez ten czas zmieniła. Nie mogła sobie przypomnieć, jak wyglądała, kiedy ostatni raz ją widziała. Pamiętała tylko zapach egzotycznych perfum Ireny i klejnoty, którymi się obwieszała. Jej suknie mieniły się niczym wężowa łuska. Nawet ruchy Ireny przypominały pełzanie węża. Zenobia wyliczyła, że Irena powinna mieć teraz ponad czterdzieści lat. Może towarzystwo nie fascynuje już jej tak dalece jak dawniej.

Kiedy przyjechała na stację Paddington, bagażowy odebrał jej kufer i ogromną skrzynię książek. Znalazła powóz, który miał ją zawieźć na Park Street.

Uprzednio napisała do Ireny, zawiadamiając, że przyjeżdża do Londynu. Nie otrzymała odpowiedzi i właściwie nie spodziewała się jej. Nekrolog ojca ukazał się w gazetach „The Times” i „Morning Post”. Prawdopodobnie jeszcze przed otrzymaniem listu Irena wiedziała, że ponownie została wdową.

Dom na Park Street nie wyglądał wcale imponująco. A wydawał się jej taki, kiedy była dzieckiem. W holu powitali ją służący i lokaje w liberiach rodu Chadwell. Kiedy powiedziała, kim jest, lokaj zaprowadził ją na górę do buduaru, sąsiadującego z sypialnią Ireny.

Pokój wyglądał dokładnie tak, jak Zenobia go sobie wyobrażała. Było tam mnóstwo cieplarnianych kwiatów, które wypełniały powietrze ciężkim zapachem. Wśród pozłacanych i obitych brokatem mebli znajdowało się mnóstwo małych stolików. Stały na nich pospolite ozdoby i bibeloty. Pstry parawanik z pawich piór kłócił się z dużymi liśćmi aspidistra w wazonach z chińskiej porcelany.

Ponieważ była szósta po południu, Irena odpoczywała na szezlongu. Głowę opierała na satynowej poduszce. Stopy miała okryte sobolową kapą.

Jak pamiętała Zenobia, o tej porze dnia Irena zazwyczaj przyjmowała u siebie jakiegoś młodego człowieka. Niańka zawsze miała polecenie dopilnować pasierbicy, aby nie wchodziła w drogę.

Jednak tym razem Irena była sama. Leżąc przyglądała się Zenobii. Jej ciemne oczy miały nieprzyjazny wyraz.

– Dobry wieczór, przybrana mamo! – odezwała się grzecznie Zenobia. – Mam nadzieję, że otrzymałaś mój list.

– Dostałam go! – odparła Irena. – Ale jeśli przyjechałaś, żeby przysporzyć mi kłopotów, na próżno odbyłaś podróż!

Zenobia uniosła brwi. Ponieważ Irena nie poprosiła jej, żeby usiadła, sama wybrała krzesło nieopodal szezlonga.

– Nie mam zamiaru przysparzać ci kłopotu – powiedziała uprzejmym głosem – ale obawiam się, że papa zaniedbywał swoje sprawy finansowe i nie spodziewał się, że umrze. Dlatego przyjechałam do Londynu, żeby dowiedzieć się, jaka jest moja sytuacja majątkowa.

Irena milczała, więc Zenobia ciągnęła:

– Ojciec sporządził testament, w którym zapisuje mi wszystko, co posiada, oczywiście włączając w to ten dom i to, co się w nim znajduje, a także wszystkie pieniądze, które ma w banku.

 

Irena roześmiała się ponuro.

– Nie łudź się, że ojciec miał do zapisania cokolwiek prócz tego domu!

– Co to znaczy? – zapytała Zenobia.

– To znaczy, że pieniądze, które posiadał, zostały wydane. No, może prócz kilkuset funtów, co do których sąd i tak uzna moje roszczenia.

– Nie rozumiem, o czym mówisz! – wykrzyknęła Zenobia.

– Więc pozwól, że ci wyjaśnię – odpowiedziała Irena ostro. – Twój ojciec porzucił mnie bez słowa. Zrobił to w sposób, który uznałam za obraźliwy. Na szczęście jednak po ślubie dał mi pełnomocnictwo umożliwiające korzystanie z jego konta w Banku Coutts.

Nastąpiła krótka chwila ciszy, po czym Zenobia zapytała z niedowierzaniem:

– Czy naprawdę wydałaś wszystko... co posiadał?

– Mówiąc najprościej – tak! – przyznała Irena. – Mimo to zapewniam cię, że musiałabym bardzo zaciskać pasa, gdyby nie to, że miałam kilku bardzo miłych i hojnych przyjaciół!

Ostatnie słowo wypowiedziała ze szczególnym naciskiem, co pozwoliło Zenobii aż nazbyt dobrze zrozumieć, jakich „przyjaciół” ma na myśli. Bezwiednie zadrżała z obrzydzenia. Wreszcie powiedziała spokojnym głosem:

– Zawsze sądziłam, że ojciec jest bardzo bogaty, a jego pieniądze zostały dobrze ulokowane!

– Więc źle ci się zdawało! – oświadczyła Irena pogardliwie. – Zainwestowałam część jego pieniędzy ponownie, ale przestarzałe akcje dawały zbyt małe dywidendy, a przecież jego obowiązkiem jako mego męża było zapewnienie mi wygodnego życia.

– Innymi słowy wydałaś i kapitał, i zyski – powiedziała Zenobia. – Jestem tylko zaskoczona, że ani ty, ani bank nie powiadomiliście ojca o tych posunięciach.

– Było to raczej trudne – ani bank, ani ja nie mieliśmy pojęcia, gdzie jesteście! – warknęła Irena.

Zenobia musiała przyznać jej rację. Oj ciec zerwał wszelkie kontakty z Anglią. Jednak zawsze kiedy potrzebowali pieniędzy, zdawały się one pojawiać w banku najbliższym miejsca, w którym przebywali. Żadne z nich nie przypuszczało, że Irena żyje ponad stan, a ich źródło dochodów wyczerpuje się. Zaszokowana i zdezorientowana tym, co przed chwilą usłyszała, Zenobia przez chwilę milczała. Wreszcie rzekła:

– Ale jest przecież dom!

– Założyłam hipotekę! – odparowała Irena.

– Założyłaś hipotekę?

– Potrzebna mi była większa suma pieniędzy. Uczyniłam więc to, co uznałam za najrozsądniejsze.

– Ale dom teraz należy do mnie! – wymamrotała Zenobia.

– Na wiele ci się on nie przyda bez pieniędzy na jego utrzymanie – zakpiła Irena. – A jeśli będziesz dochodzić swoich praw do niego, bank prawdopodobnie zażąda jak najszybszego zwrotu pożyczki obciążającej hipotekę!

Zenobię nagle ogarnęła bezradność. Jednak dumnie podniosła głowę, mówiąc:

– Przecież chyba zdajesz sobie sprawę, przybrana mamo, że muszę z czegoś żyć!

– A dlaczego miałabym sobie z tego zdawać sprawę? – odparła Irena przekornie. – Jednak, jak przypuszczam, jestem twoją opiekunką aż do czasu, kiedy skończysz dwadzieścia jeden lat i chyba lepiej będzie, jeśli jak najszybciej znajdę ci męża i pozbędę się tego kłopotu.

Ta myśl nigdy dotąd nie powstała w głowie Zenobii. Powiedziała cicho:

– Nigdy nie myślałam o tobie jako o swojej... opiekunce.

– Tymczasem jestem nią w obliczu prawa! – odparła Irena. – Mogę więc postąpić na dwa sposoby. Po pierwsze, mogłabym cię wydziedziczyć, co spowodowałoby skandal.

Wymawiała te słowa z wahaniem. Zenobia wiedziała, że macocha jednej rzeczy na pewno chce uniknąć – wszelkiego rodzaju plotek. Gdyby wydziedziczyła córkę lorda Chadwella, naraziłaby się na potępienie ze strony ludzi, którzy pamiętali ojca.

– Druga możliwość – ciągnęła Irena – to, że zostaniesz tutaj i wykorzystasz ten czas jak najlepiej. Ja zaś, jak już mówiłam, znajdę ci męża, co nie powinno być trudne, dysponujesz bowiem przeciętną urodą. Bądź co bądź, twoja matka była córką hrabiego.

Wiedziała, że to jedyny powód, dla którego Irena, snobka, ją toleruje. Macocha na pewno dołoży starań, by wydać ją za mąż za pierwszego lespzego mężczyznę i w ten sposób pozbyć się kłopotu. To wydawało się Zenobii przerażające i obrzydliwe. Miała ochotę wstać z krzesła, wyjść i nigdy więcej nie oglądać Ireny. Lecz umiejętność samokontroli podpowiedziała jej, by powstrzymać się od niemądrych posunięć. Pomyślała, że musi zyskać na czasie. Starając się ukryć ironię w głosie, powiedziała:

– To bardzo miło z twojej strony, mamo, i sama chętnie rozważę tę możliwość. Ponieważ jednak jest już późno, a nie mam dokąd udać się dziś wieczorem, mam nadzieję, że pozwolisz mi tu przenocować.

– Chyba nie przypuszczasz, że przyjmą cię bez opiekunki w jakimś hotelu o dobrej reputacji? – zakpiła Irena. – Dziś wieczorem wydaję proszoną kolację i jeśli masz co na siebie włożyć, dobrze, byś się na niej pojawiła.

– Ponieważ od wczesnego ranka jestem w podróży – odpowiedziała Zenobia – mam nadzieję, że mi wybaczysz, jeśli dziś wcześniej pójdę spać. W każdym razie dziękuję, że o tym pomyślałaś.

Dostrzegła, iż na twarzy Ireny odmalowała się ulga. Macocha wyciągnęła rękę, by zadzwonić złotym dzwoneczkiem stojącym nieopodal szezlonga.

Otworzyły się drzwi. Pokojówka zapytała:

– Pani dzwoniła, milady?

– Tak, Johnson. Zabierz pannę Zenobię do pokoju, który dla niej przygotowałam, i dopilnuj, żeby służący wnieśli jej bagaż.

Irena mówiła ostrym tonem. Zenobia pamiętała, że macocha zawsze w ten sposób wydawała polecenia służbie. Bez słowa wyszła z pokoju i poszła korytarzem za pokojówką. Na drugim końcu znajdowała się sypialnia, którą, jak pamiętała z dzieciństwa, zawsze przeznaczano dla mniej ważnych gości. Mimo to jednak całkiem wygodna. W oknach wisiały zasłony z ładnego kretonu, ale dywan był nieco zbyt pstrokaty. Zenobia pomyślała, że pokój nie jest zbyt gustowny.

Przyniesiono na górę jej kufer i skrzynię, a pokojówka rozpakowała rzeczy potrzebne na noc. Po lekkiej kolacji Zenobia wślizgnęła się do łóżka.

Służba sprawiała wrażenie nieco gburowatej, czego zresztą w głębi duszy spodziewała się. Była ciekawa, co Irena zrobiła z dawnymi służącymi, których pamiętała z czasów dzieciństwa.

Leżąc w łóżku, Zenobia rozmyślała nad tym, co powinna zrobić i dokąd pójść. Mogła zwrócić się do adwokatów i do banku, aby uzyskać informacje, jaka część majątku pozostała. Z pewnością, jeśli pozostało coś wartościowego, Irena już tym zawładnęła. Przez cały czas, gdy mieszkała z ojcem, zawsze mieli dość pieniędzy i nie było potrzeby się o to martwić. Zawsze też zatrudniali rozsądną liczbę służby do pomocy w Indiach i innych częściach świata. Jednak ojciec wydawał prawdopodobnie mniej, niż gdyby mieszkał w Londynie. Teraz pomyślała, ze nie mieli podstaw, aby sądzić, iż Irena powstrzyma się od szalonych ekstrawagancji. Nie tylko w dziedzinie strojów, lecz także jeśli chodziło o przyjmowanie gości. Irena chciała uchodzić za osobę liczącą się w towarzystwie.

Z dołu dobiegał hałaśliwy śmiech. Trudno powiedzieć, czy „licząca się w towarzystwie’’ było tu odpowiednim określeniem. Zenobia wiedziała, że Irena nie odebrała dobrego wychowania. Nie pochodziła także z dobrej rodziny. Podejrzewała nawet, że dystyngowane panie domu i słynne kręgi „Marlborough House Set” nie chcą mieć z macochą nic wspólnego.

– Jutro dowiem się więcej – przyrzekła sobie.

Czuła, że nie ma sensu tutaj mieszkać. Ale gdzie miała się przenieść? Gdzie indziej mogła pójść?

Mimo zmęczenia nie mogła zasnąć. Przewracała się z boku na bok, aż usłyszała wychodzących gości. Ich głosy i śmiech dźwięczały echem w holu. Potem za oknem usłyszała stukot kół odjeżdżających powozów. Miała nadzieję, że kiedy w domu zapanuje cisza, wreszcie zaśnie.

Jakiś czas później poczuła pragnienie.

Wstała i podeszła do stojącej w kącie pokoju umywalki. Karafka na wodę była pusta. Źle świadczyło to o majordomusie, który przygotował sypialnię. Zenobia pomyślała, że może w pokoju obok znajdzie trochę wody. Była to, jak pamiętała, obszerna dwuosobowa sypialnia. Przypuszczała, że jest pusta. Otworzyła drzwi i przekonała się, że światła na korytarzu są częściowo pogaszone. Jednak widziała wystarczająco dobrze, by znaleźć drogę. W szlafroku, ale boso weszła do drugiego pokoju. Zostawiła otwarte drzwi, żeby łatwo dotrzeć do umywalni. Jej trud został nagrodzony karafką pełną wody, choć po jej smaku można było poznać, że od dawna nie była zmieniana. Piła łapczywie. Potem ponownie napełniła szklankę i niosąc ją w dłoni, ruszyła do swojej sypialni.