Poskromienie tygrysicy - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Poskromienie tygrysicy - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Najpiękniejsze mifości

Przełożyła AGNIESZKA CIEPŁOWSKA

Saga

Poskromienie tygrysicy - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTłumaczenie Agnieszka Ciepłowska-Kwiatkowska Tytuł oryginału The Taming of a TigressFont na okładce: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ’Playfair’ Copyright © 1989, 2020 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711770269

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od Autorki

Założycielem cyrku w pobliżu Westminster Bridge był Astley. Z upływem czasu budowlę przekształcono w amfiteatr o czterech kondygnacjach, ze sceną oraz areną cyrkową. Był to istny ósmy cud świata. Przez niemal sto lat wystawiano tam niezwykle interesujące sztuki współczesne oraz dramaty klasyczne.

Klejnoty Dalekiego Wschodu są doprawdy bajeczne. Ich liczba i uroda stanowi kanwę legend. Wielu maharadżów i książąt ma własne kopalnie drogocennych kamieni.

Maharadża Hajdarabadu, uważany za najbogatszego człowieka świata, dysponuje własną kopalnią diamentów, którą miałam okazję obejrzeć podczas zwiedzania miasta. Z tej właśnie kopalni pochodzi największy diament świata, kamień rozmiarów kurzego jaja. Kohi-Noor znajduje się teraz wśród brytyjskich klejnotów koronnych.

Niewiele mniej imponujące od hajdarabadzkich są bogactwa maharadży Badodary. Ulubiony ogier władcy miał uprząż wysadzaną szmaragdami.

Maharadża miasta Kapasan nosił na turbanie broszę z trzema tysiącami diamentów i pereł; maharadża Patijali przystrajał się w pięć naszyjników z diamentów i szmaragdów oraz w pas diamentowy, jego szarfę przytrzymywała spinka ze szmaragdem o średnicy dziesięciu centymetrów.

Dzieci władców grały w kulki szmaragdami wielkości oczu pantery, a perły rozrzucały jak konfetti.

Pewien hinduski książę nalegał, by jego żona nosiła pas cnoty. Zgodziła się, postawiła jednak warunek, że będzie diamentowy!

Rozdział 1

Rok 1826

Mam rozumieć, że mi pani odmawia? — W głosie księcia Wrexhama brzmiało krańcowe niedowierzanie. Podobna możliwość nie mieściła mu się w głowie.

— Przykro mi, jeśli pana nieprzyjemnie zaskoczyłam — rzekła Malvina Maulton — ale moja odpowiedź stanowczo brzmi: nie!

Książę długo patrzył na dziewczynę w milczeniu.

— Cóż — odezwał się wreszcie — udało się pani zrobić ze mnie ostatniego durnia!

Malvina nie odpowiedziała.

Mężczyzna podszedł do okna i nie widzącym wzrokiem zapatrzył się na ogród.

— Wszyscy moi przyjaciele byli zupełnie pewni, że przyjmie pani oświadczyny — powiedział cicho, prawie do siebie.

— Ma pan na myśli tych niedowarzonych młodzików, którzy przesiadują u White’a, piją za dużo bordeaux i nie znają lepszego zajęcia niż robienie bezsensownych zakładów? — spytała Malvina pogardliwie. — Zapewne był pan ich największym faworytem.

— Byłem! — rzekł książę gorzko. — Po tym jak Waddington dostał czarną polewkę, nie mieli wątpliwości, że czeka pani na księcia.

— Mylili się, jak pan widzi. Może im pan poradzić, by spróbowali zrobić z pieniędzy lepszy użytek, zamiast tracić je w zakładach o to, za kogo wyjdę za mąż! — Z tymi słowami Malvina opuściła salon, głośno trzaskając drzwiami.

Po szerokich pięknych schodach ruszyła na górę, do sypialni.

Sytuacja zaczynała się stawać trudna do zniesienia. Najwyraźniej męska część londyńskiej arystokracji nie miała ciekawszego zajęcia niż spekulacje na temat, komu ona, Malvina, odda rękę.

Wszystko przez to, że była bogatą partią.

Jakiś czas szła długim korytarzem, aż w końcu otworzyła drzwi do buduaru. Wiedziała, że zastanie babkę odpoczywającą po obiedzie.

Wdowa po hrabim Daresbury siedziała na sofie pod oknem. Nogi miała otulone przecudnie haftowanym chińskim szalem.

Usłyszawszy wchodzącą wnuczkę, podniosła wzrok i powitała ją uśmiechem.

— I jakże tam? — spytała. — Mogę ci pogratulować?

— Oczywiście, że nie! Oznajmiłam księciu, iż nie jestem zainteresowana jego tytułem. Teraz chyba nareszcie zabierze się z powrotem do Londynu.

Hrabina krzyknęła z cicha.

— Odmówiłaś mu? Malvino, jesteś szalona!

Dziewczyna usiadła na kobiercu przy sofie. Słoneczne promyki wpadające przez okno przetykały złotem jej połyskliwe włosy.

Hrabina przyglądała się wnuczce. Całkiem niepotrzebnie rozrzutny los łaskawie obdarzył dziewczynę wyjątkową urodą. W parze z tak bajeczną fortuną wydawało się to aż niesprawiedliwe.

Malvina milczała, więc po dłuższej chwili babka odezwała się cicho:

— Moje drogie dziecko, masz już dwadzieścia lat. W dodatku cały ostatni rok minął ci w żałobie. Powinnaś się wreszcie zdecydować.

— Dlaczego? — spytała Malvina buńczucznie.

Hrabina wyglądała na zdziwioną.

— Przecież na pewno chcesz wyjść za mąż?

— Oczywiście — przytaknęła dziewczyna — ale nie poślubię żadnego z tych zubożałych wielmożów, którzy widzą we mnie jedynie grube miliony zarobione ciężką pracą taty.

Hrabina zacisnęła usta.

Zawsze uważała za niefortunny zbieg okoliczności, że jej zięć, choć bez wątpienia dżentelmen, nie był jednak arystokratą. Jego majątek zrodził się na odległym Wschodzie, w dodatku dzięki tak prozaicznemu zajęciu jak handel.

Nikt do końca nie wiedział, w jaki sposób ojciec Malviny osiągnął pozycję wielkiego armatora, poważanego kupca i bezsprzecznego geniusza finansowego. W żartach nazywano go Panem Dziesięć Procent, gdyż co najmniej tyle zwykle zyskiwał na każdym nowym przedsięwzięciu.

I w tym właśnie tkwił szkopuł, ponieważ takich cech nikt nie oczekiwał po prawdziwym dżentelmenie.

Hrabiostwo byli głęboko rozczarowani, gdy ich córka, zakochana bez pamięci, postanowiła bezwzględnie postawić na swoim i wyjść za mąż za Magnamusa Maultona. Co prawda, poznawszy kandydata na zięcia, hrabina musiała szczerze przyznać, iż był wyjątkowo atrakcyjnym mężczyzną: nie dość, że roztaczał wokół siebie aurę prawdziwej męskości, lecz na dodatek, jak mawia służba, „potrafił każdego sobie przygadać”.

Połączenie takich cech nieuniknienie musiało zauroczyć młodą dziewczynę, nic więc dziwnego, że Magnamus wywarł na Elizabeth wrażenie doprawdy piorunujące.

Ku szczeremu zmartwieniu hrabiny pobrali się w dużym pośpiechu, po czym Magnamus zabrał żonę na Wschód, gdzie w szczęściu żyli długi czas.

Wrócili do Anglii dopiero przed sześciu laty.

Magnamus kupił żonie piękny przestronny dom na tyle blisko Londynu, że mógł trzymać rękę na pulsie wydarzeń i bez przeszkód pilnować zamorskich interesów.

Nim dotarł do kraju, wyprzedziły go podobne baśniom opowieści o jego niezmierzonej fortunie. Na dodatek za żonę miał przecież córkę hrabiego Daresbury, zatem każde drzwi w Mayfair stały dla niego otworem.

Przed rokiem nagła tragedia, jak grom z jasnego nieba, odmieniła szczęście Magnamusa Maultona.

Ukochana jego żona zmarła złożona nieznaną gorączką.

Bezradni doktorzy przypisywali chorobie raczej wschodnie niż angielskie pochodzenie i rzeczywiście, jakiś czas później wyszło na jaw, że taka sama gorączka dziesiątkowała ludzi w dokach. Bez wątpienia zawitała do stołecznego portu na jednym ze statków z Dalekiego Wschodu wraz z wonnymi korzeniami, jedwabiem i dziesiątkami innych zamorskich towarów.

Najpewniej w londyńskich dokach Magnamus Maulton, po tylu latach pobytu na Wschodzie, zaraził się tą samą gorączką, która zabiła jego żonę.

Malvina została sierotą.

Długo opłakiwała rodziców gorzkimi łzami, osamotniona w wielkim pustym domu. Pragnęła umrzeć, by znów być z matką i ojcem.

Dopiero babka, owdowiała hrabina, uświadomiła dziewczynie, jak cennym darem jest życie. Zwłaszcza dla bogatej dziedziczki, a przecież ojciec zostawił Malvinie wszystko, co posiadał.

Hrabina opuściła Dower House, w którym mieszkała na stałe, odkąd jej syn odziedziczył po ojcu tytuł, i wprowadziła się do wiejskiej posiadłości Magnamusa, Maulton Park, by roztoczyć opiekę nad Malviną. Tam we dwie spędziły długie miesiące żałoby.

Malvina zabijała czas jeżdżąc na wspaniałych wierzchowcach wybranych jeszcze przez ojca. Po wstrząsającym przeżyciu, jakim była dla niej śmierć rodziców, dzień po dniu na nowo oswajała się ze światem.

W końcu babka i wnuczka postanowiły przeprowadzić się do Londynu, na Berkeley Square, do domu kupionego przez Magnamusa Maultona.

Malvina natychmiast stała się prawdziwą sensacją wszelkich spotkań towarzyskich. Mówiono wyłącznie o niewiarygodnym bogactwie jej ojca. Wszyscy się zgadzali, że dziedziczka takiej fortuny będzie atrakcyjną partią, niezależnie od urody. Nikt się nie spodziewał ujrzeć w osobie Malviny najpiękniejszej panny w Londynie.

Młodzi panicze o pustych kieszeniach rychło pośpieszyli zawierać z nią znajomość.

W ciągu pierwszych kilkunastu dni pobytu w stolicy dziewczyna otrzymała pięć propozycji małżeństwa. W następnych dniach ich częstotliwość ustaliła się na irytująco wysokim poziomie.

Przychodzili baroneci, parowie, hrabiowie...

 

Przez pełne dwa tygodnie stawiano na pewnego markiza. Miał on niemałe trudności z jednoczesnym utrzymaniem koni wyścigowych, psów do polowania na lisy i łożeniem na bardzo wymagającą kochankę.

Malvina odmawiała wszystkim, ale dopiero ów markiz powiedział głośno to, o czym inni tylko myśleli.

— Pewnie czeka pani na oświadczyny Wrexhama! No tak, która kobieta nie chciałaby zostać księżną?

Z tymi słowy wściekły wybiegł z jej domu.

Malvina westchnęła, a potem wybrała się na przejażdżkę i więcej już nie myślała o niewypłacalnym markizie.

Na czas świąt Wielkiejnocy wyjechała razem z babką na wieś.

Gdy pewnego dnia majordomus oznajmił o przybyciu księcia Wrexhama, doskonale wiedziała, w jakim celu arystokrata podążył za nią tak daleko od rozbawionego towarzystwa. Tyle że jeśli zadłużony markiz miał jakiś cień szansy na jej przychylność, książę nie mógł się spodziewać żadnej.

Malvinie zdarzało się siedzieć koło niego na proszonych obiadach w Londynie, tańczyła z nim prawie na każdym balu. Szybko się zorientowała, że był bezgranicznie głupi, a na dodatek nieprzeciętnie nudny. Potrafił mówić jedynie o sobie.

Nie dziwiło jej, że babka patrzyła na zaloty księcia łaskawym okiem. Swego czasu sprzeciwiała się przecież małżeństwu własnej córki, gdyż kandydat na męża nie mógł się wykazać odpowiednio wysokim pochodzeniem.

— Błękitna krew niech się łączy z krwią błękitną — mawiali arystokraci.

Bajecznie bogatemu Magnamusowi Maultonowi, choć niechętnie, wybaczono niewłaściwe pochodzenie i z oporami, lecz przyjęto do rodziny.

Ciągle jednak niektóre ciotki czy kuzynki zwierzały się cicho swoim przyjaciółkom:

— Moja droga, nie powinnam o tym mówić, ale wyobraź sobie, ten człowiek zrobił pieniądze na handlu!

Sam Magnamus nie przejmował się wcale.

— Potępiają mnie zawsze — mawiał do córki ze śmiechem — lecz i tak kiedy tylko się zjawiam, zaraz wyciągają ręce.

— Zauważyłam.

— Nietrudno to zrozumieć — tłumaczył dobrodusznie ojciec. — A ponieważ mam to, czego chcą, więc im daję, dlaczego nie?

Malvina była zdecydowana kierować się jego przykładem, nie miała jednak zamiaru ofiarowywać księciu — ani nikomu innemu — siebie samej.

Teraz uśmiechnęła się, słysząc słowa babki:

— Nie sądzisz, najdroższe dziecko, że mogłabyś raz jeszcze rozważyć swoją decyzję w kwestii księcia Wrexhama?

Dziewczyna wstała.

— Nie, babciu. Jestem zupełnie szczęśliwa z tobą. Nie muszę się chyba śpieszyć z wyjściem za mąż? — Ucałowała babkę serdecznie. — Wybiorę się teraz na przejażdżkę. Będę podziwiała piękno wiejskiego krajobrazu i postaram się całkiem zapomnieć o mężczyznach. — Wyszła z buduaru.

Hrabina westchnęła ciężko.

Kochała Malvinę. Chciałaby ją widzieć szczęśliwą pod opieką męża, który by zadbał zarówno o fortunę, jak i o przyszłych dziedziców.

Malvina tymczasem poszła do sypialni.

Pokojówka pomogła jej włożyć amazonkę, strój bardzo kosztowny i wyjątkowej urody.

Szyty był z ciemnoniebieskiego jedwabiu, pasującego kolorem do oczu dziewczyny, na brzegach lamowany białą wstążką. Pod spód zakładało się sutą halkę wykończoną koronką, do tego szalenie wygodne pantofelki ze skórki mięciutkiej jak na rękawiczki.

Malvina nigdy nie używała ostróg ani szpicruty. Już jako mała dziewczynka nauczyła się od ojca panować nad najbardziej niesfornym koniem bez uciekania się do okrucieństwa.

Pięknie wystrojona zbiegła na dół.

Już zapomniała księcia, myślała tylko o swoim ulubionym koniu, który z pewnością niecierpliwie na nią czekał.

Przed wejściem jeden z lokajczyków, gotów pomóc dziewczynie wsiąść, trzymał za uzdę przepysznego rumaka. Drugi już siedział na grzbiecie konia niemal równie wspaniałego jak wierzchowiec Malviny — miał towarzyszyć swej pani.

Dziedziczka lekko i wdzięcznie dosiadła Lotnego Smoka.

— Nie będę cię dzisiaj potrzebowała, Harris — zwróciła się do służącego na koniu. — Chcę być sama.

Harris, człowiek w średnim wieku, popatrzył na chlebodawczynię cokolwiek skonsternowany. Nie powinien jej puścić samej, lecz wiedział, że próba jakiejkolwiek dyskusji była z góry skazana na niepowodzenie.

Westchnął zrezygnowany i zawrócił do stajen.

Malvina w tym czasie ruszyła już podjazdem.

Spokojnie jechała przez cały park, aż do miejsca gdzie zaczynały się płaskie łąki. Tam dopiero pozwoliła Lotnemu Smokowi pokazać, co potrafi. Uszczęśliwiony koń gnał jak burza, frunął z wiatrem w zawody, kopytami ledwie muskał ziemię. Malvina jeszcze zachęcała go do wytężonego biegu.

Byli daleko od domu, kiedy pozwoliła koniowi zwolnić.

Nie zamierzała nigdy nikomu się przyznawać, ale jeśli miała być szczera wobec samej siebie, musiała powiedzieć sobie otwarcie: scena z księciem bardzo ją rozstroiła.

Przykra była dla niej świadomość, że dandysi przesiadujący u White’a, Boodlesa czy w innycg klubach na ulicy Saint James tracili pieniądze, ponieważ ona powiedziała „nie”.

Czuła się również poniżana takim rodzajem zainteresowania jej osobą.

Wiedziała, że ojca doprowadziłoby to do furii.

Zastanowiła się mimochodem, czy Londyn aby na pewno wart jest takich doświadczeń. Czy bale, w których brała udział co wieczór, naprawdę były tak zajmujące? Czy aprobata lub dezaprobata babki, patrzącej na wszystkich z góry i krytykującej każdego, miała aż takie znaczenie?

„Czego ja właściwie szukam? Czego chcę od życia?” — pytała siebie Malvina.

Spłoszony ptak zerwał się pośród gałęzi i pofrunął ku błękitnemu niebu.

„Oto czego chcę — pomyślała. — Chcę być wolna, chcę żyć bez żadnych więzów ani pęt”.

Każde małżeństwo byłoby dla niej więzieniem.

Bez względu na to jak rozkoszne, zawsze będzie straszną niewolą, od której nie ma ucieczki.

Ruszyła naprzód. Zbliżała się do granicy posiadłości, gdzie rósł Dziki Las. Stanowił on kość niezgody pomiędzy jej ojcem a lordem Flore, najbliższym sąsiadem.

Magnamus Maulton kupił dom wraz z otaczającymi go ziemiami — jedno i drugie w fatalnym stanie. Był święcie przekonany, że las, zaznaczony na mapie na granicy włości, należy do niego.

Lord Flore ze swej strony utrzymywał, że to on jest właścicielem lasu. Ciągle na nowo podkreślał stanowczo, że nigdy nie sprzedał ani piędzi ziemi z rodowego majątku i nie ma ochoty tego robić także teraz.

Obaj właściciele prowadzili zajadły spór za pośrednictwem radców prawnych. Sprawa ciągnęła się latami i nie znalazła rozwiązania aż do śmierci Magnamusa Maultona.

Malvina nie była tymi wydarzeniami specjalnie zainteresowana. Bez emocji przyjęła wiadomość, że po trzech miesiącach lord podążył śladem swojego oponenta, a historyczny klasztor — siedziba rodu Flore, budynek podobno niespotykanej urody — pozostał bezpański.

W ten oto sposób nikt już nie wysuwał roszczeń w stosunku do Dzikiego Lasu.

Swego czasu Magnamus Maulton nakazał gajowym, by trzymali się od tego skrawka ziemi z daleka i zakazał przeprowadzania tam jakichkolwiek prac.

Malvina była za to losowi nieskończenie wdzięczna, gdyż w ten sposób na obszarze tysiącdwustuhektarowego, doskonale utrzymanego majątku ojca Dziki Las ocalał jako jedyne miejsce, gdzie pozwolono naturze rządzić się własnymi prawami.

Pomiędzy drzewami zamieszkały licznie sójki, sroki i gronostaje, buszowały łasice oraz rude wiewiórki o puszystych ogonkach. Spod końskich kopyt smyrgały króliki — było ich tak wiele, że momentami całe poszycie nieustannie drżało i falowało, poruszane ukrytym życiem.

W czasie długich miesięcy żałoby Malvina bywała w lesie codziennie. Przytłoczona nieznośną pustką, zrozpaczona po stracie rodziców, tylko tam odzyskiwała siły. W gąszczu drzew mogła być sobą, nie musiała kryć swych uczuć; zwierzęta i ptaki rozumiały jej łzy.

W towarzystwie ludzi czuła się zupełnie inaczej. Krewni z rodu Daresburych często przybywali w gościnę, rzekomo by ją pocieszyć, lecz ona doskonale wiedziała, że w rzeczywistości są zainteresowani tym, jak wydaje pieniądze. Jedyną osobą, która z pewnością kochała ją naprawdę, była teraz babka.

W Dzikim Lesie Malvina czuła obok siebie obecność ojca. Śmiał się z udawanego respektu rodziny, żartobliwie szydził z fałszywego szacunku oraz troski bliższych i dalszych krewnych.

„Tak mi ciebie brakuje, tatusiu... jak ja za tobą tęsknię!” — pomyślała teraz dziewczyna wjeżdżając pomiędzy drzewa.

Jechała w głąb lasu krętą ścieżką wytyczoną omszałymi kamieniami.

Ojciec na pewno by zrozumiał, dlaczego odmówiła księciu, podobnie jak wszystkim innym mężczyznom, którzy się jej oświadczali w ciągu ostatnich trzech miesięcy.

Pod wpływem nagłego impulsu powzięła postanowienie, że bez względu na opinię babki w ogóle nie wyjdzie za mąż.

— Po co mi mąż? — zapytała wyzywająco. — Żeby rządził moimi pieniędzmi, rozkazywał mi i próbował mnie sobie podporządkować?

Jechała naprzód, a towarzyszył jej nieustanny szelest i trzask łamanych gałązek, kiedy króliki umykały spod końskich kopyt. Wiewiórki krzykiem straszyły ją spośród gałęzi, na wypadek gdyby się tu zjawiła podbierać im orzechy.

W samym środku lasu znajdował się niewielki błękitny staw, zasilany przez jakieś tajemnicze źródło. Żółte jaskry i kaczeńce, pierwiosnki i liliowe fiołki oraz pierwsze, ledwie zazielenione trawy wyrosłe na twardej jeszcze ziemi kłaniały mu się z wiatrem. Drzewa podziwiały swoje odbicia w błyszczącym zwierciadle czystej wody.

Malvina zsunęła się z siodła. Wodze przywiązała do łęku, by Lotny Smok mógł swobodnie chodzić w poszukiwaniu soczystych kępek trawy. Zawsze wracał na pierwsze zawołanie.

Zdjęła kapelusik i usiadła na zwalonym pniu nad samym brzegiem stawu. Dzięki magicznemu i balsamicznie kojącemu wpływowi lasu zapominała o wszystkich kłopotach. Myślała tylko o pięknie natury. Z oddali dobiegło ją wołanie kukułki, potem śpiew jakiegoś małego ptaszka. Wolno pogrążała się w cudownej beztrosce zespolenia z przyrodą.

Nagle gwałtowny ruch pomiędzy sosnami wyrwał ją z zamyślenia. To Lotny Smok szarpnął się raptownie i stanął dęba. Zapewne użądlił go jakiś owad. Dziewczyna zerwała się z miejsca. Trzeba było konia ugłaskać i uspokoić.

Kiedy podbiegła do niego, ciągle wspinał się na zadnie nogi i rżał nerwowo. Wodze, niedokładnie widać zawiązane, przy którymś gwałtownym ruchu konia przeleciały mu nad głową i teraz krępowały przednie nogi.

— Juuuż... już dooobrze... — przemawiała do zwierzęcia łagodnym głosem. — Zaraz przestanie boleć. No juuuż...

Lotny Smok jednak nie dawał się uspokoić. Bił przednimi kopytami powietrze, coraz bardziej plątał się w wodze, aż Malvina zaczęła tracić głowę. Nic nie pomagało.

Niespodziewanie usłyszała koło siebie męski głos:

— Pozwoli pani, że jej pomogę.

— Coś go chyba użądliło — rzekła dziewczyna nie odwracając głowy.

Mężczyzna zdecydowanym, silnym gestem chwycił Lotnego Smoka za uzdę i wyprowadził z ciernistych krzewów, w których się szamotał.

— Proszę go przytrzymać krótko przy pysku — nakazał władczo — ja rozplączę wodze. Zanim się puści konia wolno, trzeba porządnie zawiązać wodze na łęku. Najgłupszy parobek wie o tym, a pani nie?

Malvina, niebotycznie zdumiona tonem tej nieprawdopodobnej przemowy, podniosła wzrok na przybysza.

Był niewątpliwie dżentelmenem, choć może cokolwiek niekonwencjonalnym.

Nie miał kapelusza, a fular w lekkim nieładzie tylko luźno udrapowany wokół szyi. Reszta stroju bezwzględnie była dziełem znakomitego krawca.

W twarzy miał coś obcego, co różniło go od wszystkich znanych Malvinie mężczyzn.

Lotny Smok był już spokojniejszy, choć jeszcze mięśnie mu drżały, jak gdyby z oburzenia, że został potraktowany tak bezpardonowo.

Obcy mocno i wprawnie zawiązał wodze na łęku.

— Tak się to robi — powiedział dobitnie.

— Tak właśnie zrobiłam — odparła Malvina chłodno.

— Niezbyt skutecznie!

— Dziękuję za pomoc — rzekła Malvina. — Dobrze się stało, że akurat był pan tutaj, jednak chciałabym powiadomić, że wdarł się pan, zapewne nieświadomie, na teren prywatny.

— Ja się wdarłem na teren prywatny! — wykrzyknął obcy z niedowierzaniem, w niebotycznym zdumieniu unosząc brwi. — Dokładnie to samo zamierzałem powiedzieć pani!

Malvina szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia.

— Niemożliwe... czyżby pan... pan nie jest chyba...

—...czarną owcą? — dokończył obcy. — Albo może wolałaby pani „synem marnotrawnym”? Tyle że na mój powrót nie szykowano tucznego cielęcia!

 

— To pan jest... lordem Flore?

— Tak! A pani, sądząc po tym, że rości sobie prawo do tego lasu, jest zapewne ową „dziedziczką bez serca”.

Malvina patrzyła na niego w milczeniu.

— Proszę mi wybaczyć, jeśli nie brzmi to szczególnie uprzejmie — ciągnął mężczyzna — lecz od dwóch tygodni, od czasu gdy znalazłem się znowu w Anglii, każdy, kogo spotykam, nie zna innego tematu poza panią i pani fortuną.

Choć Malvina musiała uznać jego słowa za impertynencję, nie mogła się nie roześmiać.

— Chybiony komplement, doprawdy!

— Dlaczego? Wszystkie kobiety chcą, by o nich mówić.

— Wobec tego jestem wyjątkiem.

— Szczerze wątpię — żachnął się lord Flore. — Tak samo jak trudno mi uwierzyć, że jest pani tu sama. — Rozejrzał się dookoła. — Gdzie pani eskorta, Aides-de-Camp, parobcy, lokajczyki, no i oczywiście pułk niepocieszonych wielbicieli?

Oczy Malviny zabłysły ostrzegawczo.

— Teraz już mnie pan obraża!

— Jeśli rzeczywiście, proszę o wybaczenie — powiedział rozbrajająco lord Flore. — Spodziewałem się ujrzeć panią obwieszoną diamentami, a przynajmniej w siodle z czystego złota!

— Śmieszny pan jest! — obruszyła się Malvina. — Sądziłam, że wziąwszy pod uwagę kondycję pańskiego domu i majątku, będzie pan miał ważniejsze tematy do rozmyślań niż moja osoba.

Lord Flore zacisnął wargi.

— Trudno odmówić pani racji — rzekł z chłodną rezerwą — ale to nie zmienia faktu, że niewiele mogę zrobić.

— Może zdecydowałby się pan sprzedać posiadłość? O ile mi wiadomo, klasztor jest wyjątkowo piękny!

— Jest piękny — przyznał lord Flore z dumą — a jednocześnie pani jest ostatnią osobą, której bym go sprzedał, jeśli to miała pani na myśli.

Znowu Malvina odniosła nieodparte wrażenie, że sąsiad jest dla niej jakby niegrzeczny, lecz mimo to nie potrafiła powstrzymać cisnącego się na usta pytania:

— Dlaczego?

— Ponieważ, panno Maulton, bez wątpienia zmieniłaby pani subtelną urodę jego wiekowych murów w dzieło odrażająco nowoczesne i usiłowałaby odcisnąć swoją indywidualność w każdym jego zakątku, na przykład przez znaczenie cegieł własnymi inicjałami.

Malvina nie wierzyła własnym uszom.

— Odnoszę wrażenie — rzekła wolno — że jest pan najbardziej nieuprzejmym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałam!

— Wolałbym słowo „szczery”.

— Często jest między tymi dwoma określeniami bardzo niewielka różnica.

— Niewiele kobiet ceni szczerość — zauważył lord Flore.

— To nieprawda! Ale skoro jest pan tak wyraźnie uprzedzony, nie widzę powodu do dalszej dyskusji!

Bardzo już chciała oddalić się z godnością, lecz było to trudne, gdyż oboje trzymali Lotnego Smoka za uzdę. Rozmawiali nad jego grzbietem.

Malvina, odwiedzając Dziki Las samotnie, zawsze wspinała się na siodło ze zwalonego drzewa. Lotny Smok doskonale wiedział, czego się od niego oczekuje, i stał wówczas spokojnie.

Teraz, w obecności lorda Flore nie mogła niestety, bez uszczerbku na honorze, zachować się jak zwykle. Równocześnie ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, była pomoc sąsiada, a przecież niewątpliwie czułby się do tego zobligowany.

Zapadła cisza.

— Muszę podziękować panu za pomoc. Nie będę już pana zatrzymywała. Nie powinnam była zajmować tak wiele pańskiego czasu.

— Ładnie powiedziane! — roześmiał się lord Flore. — Czy kiedy odmawia pani swoim żarliwym zalotnikom, zwraca się do nich właśnie tym, pełnym wyższości tonem?

Malvina zdecydowała, że odejdzie prowadząc za sobą konia. Pociągnęła za uzdę.

Lord Flore pociągnął z przeciwnej strony.

— Nie tak szybko! — zaprotestował. — Skoro już pani tu jest, może byśmy raz na zawsze wyjaśnili sporną kwestię własności tego lasu?

— Skąd pan wie o sprawie? — zdziwiła się Malvina. — Zawsze mi mówiono, że opuścił pan dom, zanim kupiliśmy Maulton Park.

Podobno ojciec wyrzucił pana z domu bez grosza przy duszy?

Plotka głosiła, że Shelton Flore nie wyjechał za granicę sam. Podobno zabrał ze sobą śliczną i milutką żonę jednego z sąsiadów.

Wstrząśnięte hrabstwo chłonęło każdy okruch nowych wieści. Opuszczony mąż odmówił zgody na rozwód, lecz niedługo stanowił zawadę. Umarł rok później, a niewierna żona natychmiast ponownie wyszła za mąż, choć nie za człowieka, z którym uciekła z domu.

Plotki na temat skandalicznego wyjazdu Sheltona Flore i całej sensacyjnej otoczki tej miłosnej afery bezustannie zaprzątały umysły okolicznych mieszkańców.

Kiedy Magnamus i jego żona wprowadzili się do domu w majątku nazwanym przez nich Maulton Park, każdy z gości dodawał do owej historii pikantne szczegóły.

Malvina przypadkiem usłyszała kiedyś zirytowanego ojca:

— Męczy mnie już słuchanie o tym niepokornym młodym człowieku. Można odnieść wrażenie, że był jedynym mężczyzną na świecie, który korzystał z młodości.

— Jestem skłonna się z tobą zgodzić — przyznała lady Elizabeth. — Trzeba przy tym pamiętać, że stary lord nie ułatwia synowi powrotu do domu. A przecież od wyjazdu Sheltona zaszył się w swym zamku, dawnym klasztorze, jak prawdziwy pustelnik. Nie sądzę, by gustował w takim życiu, lecz pewnie nigdy się nie przyzna, że dokucza mu samotność.

— W każdym razie naszego towarzystwa nie będzie sobie życzył na pewno. Przynajmniej dopóki nie zechcemy podarować mu prawa do lasu — zauważył Magnamus Maulton. — A ja w rzeczy samej nie mam na to najmniejszej ochoty.

Rodzice Malviny wkrótce porzucili temat krnąbrnego lorda Sheltona Flore i więcej do niego nie wracali.

Odwrotnie służba. Prości wieśniacy nigdy nie przestali się fascynować tą równie romantyczną co awanturniczą historią miłości, zdrady i nienawiści. Ponieważ majątki Flore i Maulton graniczyły ze sobą, u obu panów zatrudnieni byli wieśniacy często blisko ze sobą spokrewnieni. W ten sposób plotka, karmiona wytworami wyobraźni powstałymi nie tylko przy pracy, lecz także w rodzinnych domach, szybko rosła w siłę.

W ciągu trzech lat ziemie Magnamusa Maultona zostały przekształcone w niedościgniony wzór perfekcyjnej gospodarki i doskonałego prowadzenia domu.

Majątek Flore zaś stanowił jego dokładne przeciwieństwo.

Pracownicy, zwalniani z powodu braku funduszy na pensje, przychodzili do Magnamusa Maultona błagając o pracę. Ziemia leżała odłogiem, a jeśli dać wiarę pogłoskom, także i zamek obracał się w ruinę — na oczach właściciela.

— Och, gdyby tak panicz Shelton wrócił do domu... On by się wszystkim zajął... — wzdychali starzy ludzie.

Po paniczu Sheltonie nie było jednak śladu.

Któregoś razu Malvina usłyszała opinię jednego z przyjaciół ojca, namiestnika królewskiego:

— Moim zdaniem — rzekł do Magnamusa Maultona — zachowanie tego młodego człowieka woła o pomstę do nieba. Napisałem mu w liście, że jego ojciec jest niezdrów i że dla dobra ich obu oraz majątku powinien wrócić do domu jak najszybciej. Wyobraź sobie, nawet nie raczył odpowiedzieć.

A teraz, tak niespodziewanie, młody lord Flore był tutaj!

Spóźnił się jednak niewybaczalnie. Wrócił cały długi rok po tym, jak pogrzebano jego ojca, a majątek pozostał bez pana.

Malvina nie potrafiła powstrzymać ciekawości.

— Dlaczego nie wrócił pan wcześniej?

— Zadawano mi to pytanie już setki razy — odparł lord Flore — a odpowiedź jest taka oczywista. W swoich wojażach dotarłem daleko, odwiedzałem najdziksze zakątki naszego globu, znalazłem się tam, gdzie nie dochodzi żadna poczta. Dopiero przed dwoma miesiącami wróciłem do cywilizowanego świata i wówczas odebrałem wieści o śmierci ojca.

— Prawdopodobnie nikt się nie spodziewał takiego obrotu spraw i wszyscy sądzili, że choroba ojca była panu obojętna.

— Przyzwyczaiłem się już, że ludzie widzą mnie od najgorszej strony! Zawsze łamałem konwenanse i nie mam powodów tego żałować.

— Wygląda to trochę na zadzieranie nosa — oceniła Malvina.

Lord Flore roześmiał się beztrosko.

— Tak właśnie jest. Dziękuję pani za właściwe określenie.

— Czy mam rozumieć, że w dalekim świecie udało się panu zbić fortunę? — zapytała dziewczyna. — Podobno zarówno klasztor, jak i cały pański majątek potrzebują niemałych nakładów — szybko usprawiedliwiła niedyskretne pytanie.

— Dobry Boże, nic bardziej mylnego! — wykrzyknął lord Flore. — Jestem biedny jak mysz kościelna. Niczym syn marnotrawny nieraz chciałem się żywić odpadkami, ale po powrocie nie czekały mnie bogate szaty ani obfity posiłek.