Podróż poślubna - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Co więcej, nie miał zamiaru się żenić, a już na pewno nie z kobietą, którą ktoś inny dla niego wybierze.

Był jednak za mądry, by obrażać sir Erasmusa, który najwyraźniej wcale nie żartował i który — czego Kelvin był doskonale świadomy mógł mu pomóc, jeśliby miał na to ochotę.

— Rozumiem — odpowiedział sir Erasmus — że ważne jest dla pana, by wrócić do Indii z pieniędzmi natychmiast, zanim pańscy znajomi zaczną szukać funduszy gdzie indziej.

— To prawda — powiedział Kelvin Ward — ale jednocześnie trudno mi uwierzyć, że poważnie proponuje mi pan małżeństwo z dziewczyną, której na oczy nie widziałem i która może poczuć do mnie od pierwszej chwili niechęć.

— Pańska reputacja, jeżeli chodzi o kobiety, pozwala zakładać, że tak się nie stanie — powiedział — sir Erasmus — i nie mogę uwierzyć, że jest pan tak tępy, by nie dostrzec dobrych stron w małżeństwie z moim jedynym dzieckiem.

Ponieważ Kelvin Ward nie odpowiedział, sir Erasmus mówił dalej:

— Jeśli myśli pan, że nie będzie ona w przyszłości dla pana odpowiednią żoną, kiedy osiągnie pan po śmierci stryja nąleżną mu pozycję, może opowiem coś na temat mojej rodziny.

— To nie jest konieczne — wymamrotał Kelvin.

— Gdybym był na pańskim miejscu, uznałbym to za bardzo potrzebne — odparł sir Erasmus. — Już mówiłem to wcześniej — w interesach każdy szczegół ma ogromną wagę. Chcę wobec tego poinformować pana, że wśród mych przodków nie było nikogo, kogo musiałbym się wstydzić.

Spojrzał na jeden z portretów wiszących na ścianie.

— Maltonowie pochodzą z Yorkshire i od szesnastego wieku byli posiadaczami ziemskimi. Moja żona była córką hrabiego Kilkenny i po ślubie mogliśmy — gdybyśmy chcieli — zająć należne nam miejsce w towarzystwie, które ze względu na mój majątek przyjęłoby nas z otwartymi ramionami. — W głosie sir Erasmusa zabrzmiała ironia. — Ale żoną moja miała delikatne zdrowie i nie ciągnęło jej do zabaw i rozrywek. Zadowolona była ze swego życia na wsi. Ja mieszkałem w Londynie prowadząc interesy. Po jej śmierci jedyną osobą, o którą mogłem się troszczyć, pozostała moja córka.

Przez chwilę wydawało się, że jego spokojny głos zabarwiło uczucie, ale major Ward nie był tego pewny.

— Seraphina ma teraz osiemnaście lat — mówił dalej Erasmus. — Została wychowana tak, jakby sobie życzyła tego moja żona. Odebrała staranne wykształcenie, przekazane jej przez guwernantki i nauczycieli. Poza tym wiodła życie spokojne i nieskomplikowane.

Jego głos zabrzmiał teraz bardziej szorstko:

— Nie chciałem, żeby nachodzili ją łowcy posagów.

— Tak, to oczywiste — powiedział cicho Kelvin Ward czując, że powinien wreszcie coś powiedzieć.

— Dlatego postanowiłem już pięć lat temu, że kiedy nadejdzie czas zamązpójścia Seraphiny, to ja wybiorę dla niej męża — mówił dalej sir Erasmus. — Kobiety zakochują się i ulegają wpływom najmniej odpowiednich mężczyzn. Szczególnie młode kobiety. Nie mam ochoty widzieć mojej córki złapanej, a moich pieniędzy traconych przez jakiegoś chciwego Romea.

— Rozumiem — powiedział Kelvin Ward.

— Dlatego wydawało mi się rozsądne wybrać dla niej męża, któremu bez lęku powierzyłbym po śmierci swoją fortunę.

— Czy pańska córka nie ma żadnego głosu w sprawie swego małżeństwa? — dopytywał się Kelvin Ward.

— Większość młodych dziewcząt ma niewiele do powiedzenia w tej sprawie — odpowiedział sir Erasmus.

Kelvin Ward wiedział, że to prawda. Jeśli przeciętna dziewczyna z towarzystwa otrzymywała propozycję małżeństwa odpowiadającą ambicjom jej ojca, zwykle wydawano ją za mąż, nie pytając, czy ma na to ochotę, czy też nie.

Zapadła cisza, a wreszcie sir Erasmus zapytał:

— No i?

— Czy muszę dać panu odpowiedź już teraz?

— Może najpierw powinienem panu coś pokazać.

Sir Erasmus wstał i podszedł do wielkiego biurka, które stało pośrodku pokoju.

Na płaskim blacie stał złoty kałamarz, w którym Kelvin rozpoznał piękny przykład rękodzielnictwa z czasów Karola II.

Przyglądał się z zainteresowaniem, podziwiając wspaniałą urodę przedmiotu, podczas gdy sir Erasmus wyjmował jakieś papiery z szuflady i rozkładał je przed Kelvinem.

Ward rzucił na nie okiem i nagle usiadł sztywno.

— Skąd pan to ma?

— Kupiłem — odpowiedział sir Erasmus. — Lichwiarze mają swoją cenę na takie rzeczy.

Kelvin Ward ledwo powstrzymał się, żeby nie wypowiedzieć słów cisnących mu się na usta.

Wydawało mu się nie do pojęcia, że już nie jest winien pieniędzy firmie „Pożyczki”, ale sir Erasmusowi Maltonowi!

A jednak leżały przed nim podpisane przez niego kwity wraz z rachunkiem wyszczególniającym procent od sumy, który zobowiązał się zapłacić, oraz datę spłaty.

— W chwili, kiedy zgodzi się pan na moją propozycję powiedział powoli sir Erasmus — papiery te powędrują do ognia.

— A jeśli nie? — zapytał ostro Kelvin Ward.

Sir Erasmus przez chwilę nie odpowiadał.

— Naprawdę chce pan, bym mu odpowiedział? — zapytał wreszcie.

Nie było to potrzebne.

Kelvin Ward wiedział, że znalazł się w sytuacji przymusowej i było to najgorsze doświadczenie w całym jego życiu.

Czuł, że stoi oto przed człowiekiem tak pozbawionym skrupułów, tak całkowicie zdecydowanym, żeby postawić na swoim, że nic nie mogło go zatrzymać.

Zdawał sobie sprawę, że zostanie bankrutem, jeśli sił Erasmus zażąda od niego pieniędzy.

Stanie się to, czego zawsze usiłował uniknąć nazwisko jego rodziny zostanie splamione!

To również oznaczało, że będzie musiał zrezygnować z członkostwa w klubie i straci możliwość spotykania się z tymi paroma przyjaciółmi; jacy mu jeszcze pozostali.

Bez wątpienia też jego szansa na wejście do świata interesów równałaby się zeru.

Nawet w Indiach handlarze patrzyli niechętnie i podejrzliwie na tych, którzy kiedyś zbankrutowali, choćby ich pozycja społeczna była bardzo wysoka. Wiedział, że nie zniesie tego piętna.

Już drugi raz tego dnia Kelvin Ward musiał zapanować nad swymi emocjami. Po raz drugi powtarzał sobie, że uniesienie się gniewem, który w nim wzbierał, nic nie da.

Nie lubił, gdy ktoś nim manipulował. Jeszcze bardziej nie lubił, gdy ograniczano jego prawa do stanowienia o sobie.

A właśnie teraz znalazł się w takiej sytuacji. Miał do wyboru tylko dwie możliwości: poślubić kobietę, której nigdy nie widział, i zostać zięciem człowieka, którego serdecznie nie lubił, lub popaść w bankructwo.

Przez głowę przebiegła mu szalona myśl, czy jeszcze raz nie zwrócić się do stryja z prośbą o pożyczkę. Ale Wiedział, że nie otrzyma od niego pomocy.

Książę pozwolił swojej szwagierce umrzeć, nie zrobił nic, by ją uratować. Z całą pewnością nie wyda nawet pensa, żeby wyciągnąć bratanka z kłopotów.

Kelvinowi Wardowi wydawało się, że osacza go jakiś potężny wróg, przed którym nie ma jak się obronić.

— Przed chwilą zapytał mnie pan — mówił dalej sir Erasmus — czy deeyzji oczekuję natychmiast. Odpowiedź brzmi: tak.

Kelvin Ward popatrzył jeszcze raz na rozłożone papiery.

Sir Ęrasmus przyglądał mu się z cynicznym uśmiechem.

Wreszcie Kelvin powiedział cicho i spokojnie:

— Nie mam innego wyjścia. Poślubię pańską córkę.

ROZDZIAŁ 2

Kelvin Ward rozejrzał się po olbrzymiej jadalni Malton House i poczuł żywiołową niechęć do tego miejsca.

Od samego rana narastała w nim furia na myśl, że jest to dzień jego ślubu.

Jeszcze teraz nie mógł uwierzyć, że sir Erasmus trzy dni temu, podczas ich pierwszej rozmowy, zażądał, by Kelvin poślubił jego córkę, i że nazajutrz rano on i jego nowo poślubiona żona mieli popłynąć do Indii.

Sir Erasmus wprawdzie powiedział mu, że nawet najdrobniejszy szczegół każdego przedsięwzięcia jest dla niego niezwykle istotny, ale wtedy Kelvin Ward nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że jest to rodzaj obsesji.

Jego przyszły teść nie pozostawiał miejsca na działanie przypadku. Wszystko było zaplanowane, pokierowane, zarządzone i zaaranżowane, aż życie stawało się matematycznym działaniem, którego wynik musiał dać poprawną sumę.

W chwili kiedy Kelvin Ward powiedział: „Poślubię pańską córkę”, monstrualna maszyna ruszyła.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobił sir Erasmus, było wrzucenie wszystkich weksli i rachunków do ognia.

Kelvin Ward przypatrywał się, jak płonęły, bez satysfakcji, którą — zdawałoby się — powinien czuć.

Przygnębiała go myśl, że z dłużnika lichwiarzy stał się dłużnikiem człowieka, który będzie nim odtąd sterował i nigdy nie wypuści ze swych rąk.

Nie potrafił wytłumaczyć swemu przyjacielowi, sir Anthony’emu Fanshawe, dlaczego ogarnia go tak gwałtowny niesmak do całej tej transakcji.

— Dobry Boże, Kelvin! Na cóż ty się uskarżasz? — wypytywał go sir Anthony. — Spadłeś jak kot na cztery łapy.

— Nie mogę pogodzić się z tym, że poślubię córkę człowieka, którego już teraz nie znoszę i którego obchodzi tylko to, że pewnego dnia zostanę księciem.

— Ja ożeniłbym się z samą Meduzą, gdyby wniosła mi w posagu trzysta tysięcy, a w przyszłości miliony! — powiedział sir Anthony.

— O ile pamiętam coś z mitologii — odparł Kelvin Ward — to głowę Meduzy okalały nie włosy, lecz węże i inne gady, do których poczułem w Indiach silną awersję.

— Nie odrzucaj dziewczyny, zanim jej nie zobaczysz — błagał sir Anthony.

— Czy nie widzisz, że cała ta sytuacja jest nie do zniesienia? — zapytał Kelvin Ward. — Na razie nie planowałem małżeństwa. Ałe wyobrażałem sobie, że pewnego dnia spotkam kogoś, z kim będę chciał żyć w spokoju i szczęściu. I wtedy się ożenię. Zapewniam cię, że nie brałbym nawet pod uwagę kobiety, której ojciec jest człowiekiem pokroju sir Erasmusa!

 

— Nic na to nie poradzę, ałe ja podziwiam jego przenikliwość i determinację! — powiedział sir Anthony. — Zadał sobie wiele trudu, żeby poznać twoje życie, a z tego, co wiemy, sprawdził również kilkunastu innych mężczyzn, by znaleźć wreszcie takiego, któremu mógłby powierzyć swoją ogromną fortunę.

— Ja nie chcę jego pieniędzy! wykrzyknął Kęlvin Ward. — Chciałem tylko mieć szansę dokonania czegoś. Dowieść, ile jestem wart!

— Chciałeś pięć tysięcy funtów — wtrącił sir Anthony z uśmiechem.

— O tyle właśnie poprosiłem.

— Myślę, że uprzedziłeś się do swego przyszłego teścia — powiedział sir Anthony — a to niepodobne do ciebie, Kelvin. Zawsze znałem cię jako człowieka sprawiedliwego i uczciwego.

— Może dlatego, że dotąd musiałem radzić sobie z problemami innych ludzi — zauważył Kelvin Ward. — Trudno Zachować obiektywizm, kiedy się wpadło w pułapkę niczym szczur.

W ciągu następnych dwóch dni wielokrotnie przypominał sobie to porównanie.

Kiedy poszedł spotkać się następnego dnia z sir Erasmusem, zastał u niego całą gromadę prawników.

Pokazano mu dokumenty, z których wynikało, jakie posiadłośći i udziały wchodzą w skład fortuny Seraphiny Malton. Jej ojciec pragnął, by Kelvin przejął nad nimi pieczę w momencie ślubu.

Zaskoczył go fakt, że sir Erasmus chce mu oddać zarządzanie majątkiem córki, nie bacząc na sposób, w jaki zostało zaaranżowane małżeństwo.

— To wszystko, co moja córka posiada w tej chwili — powiedział sir Erasmus.

Kelvin Ward przeczytał uważnie wręczone mu dokumenty.

— Mam zamiar przeznaczyć milion funtów — mówił dalej sir Erasmus — na fundusz powierniczy dla dzieci z tego małżeństwa. Każde z nich dostanie swoją część funduszu po osiągnięciu dwudziestego piątego roku życia. Do tego czasu pan będzie nim zarządzał.

— Sądzę, że byłoby dużo lepiej, gdyby to pan sam administrował tym majątkiem — powiedział Kelvin Ward.

— Już — wszystko ustaliłem — odparł chłodno sir Erasmus. — Gdybym nie uznał, że potrafi pan zarządzać tak dużą sumą, nie proponowałbym tego.

Kelvin Ward nie mógł nic już na to odpowiedzieć. Nie opuszczało go jednak wrażenie, że prowadzony jest przez sir Erasmusa na smyczy.

Im więcej dowiadywał się o interesach prowadzonych przez swego przyszłego teścia, tym bardziej dziwił się, że jeden człowiek potrafił stworzyć organizację, której macki wydawały się sięgać każdego miejsca na. świecie.

Gdzie tylko można było osiągnąć zysk, tam pojawiał sir Erasmus.

Rozglądając się po jadalni, w której zebrało się ponad sto osób, by wziąć udział w epikurejskim śniadaniu weselnym, Kelvin Ward zastanawiał się, ile milionów funtów reprezentowanych było na tej sali.

Kiedy dowiedział się od sir Erasmusa, że wesele odbędzie się trzeciego dnia od ich pierwszego spotkania, pod pewnymi względami wydało mu się to rozsądne.

— Parowiec „Tiberius” wypływa z Tilbury do Bombaju następnego dnia rano — mówił sir Erasmus. — Zarezerwuję dla was Kabinę Nowożeńców. Z tego, co wiem, statek jest największy i najwygodniejszy z tych, które wypływają w przyszłym tygodniu.

Kelvin wyobrażał sobie, że ślub zawierany w takim pośpiechu będzie cichy i skromny. Zapomniał jednak, z kim ma do czynienia.

Rozesłano dziesiątki telegramów. Umyślni rozwozili zaproszenia przygotowane przez sekretarzy sir Erasmusa. A goście, jeden po drugim, zapowiadali swe przybycie na wesele.

Kiedy sir Erasmus pokazał Kelvinowi Wardowi listę, ten zdziwił się widząc, jak ważne osobistości zaproszono, i to nie tylko ze świata finansjery, ale także z innych wpływowych kręgów.

Trudno byłoby tylko znaleźć, poświęcających się wyłącznie uciechom, ludzi z towarzystwa księcia Walii, znanym jako Towarzystwo Marlborough House.

Ale było tam kilku członków rządu, kilka bardziej znanych nazwisk zarówno z Izby Gmin, jak i Lordów, a chociaż premier, margrabia Salisbury, był zbyt zajęty, jego żona przyjęła zaproszenie.

Poza nimi Kelvin rozpoznał nazwiska wielkich bankierów, przedstawicieli międzynarodowego kapitału i rządów europejskich.

Na liście zauważało się nieobecność księcia Uxbridge, ale Kelvin Ward otrzymał od niego liścik. Były tam tylko dwa słowa: „Bardzo rozsądnie”.

Większość zaproszonych przyszłą oczywiście ze swoimi żonami, ale wśród zebranych wzdłuż przybranego orchideami stołu przeważali mężczyźni.

Poczęstunek składał się z frykasów tak egzotycznych i tak drogich, że przeciętna rodzina robotnicza żyłaby w luksusie przez miesiąc za pieniądze wydane na każdy z tych smakołyków.

Serwowano znakomite wina, do każdego dania inne. Kelvin miał nadzięję, żę wino okaże się skutecznym sposobem na przytłaczającą go jak gradowa chmura depresję, pozwolił więc sobie wypić więcej, niż miał w zwyczaju.

Ale nic nie pomogło. Nic nie mogło ukoić gniewu, jaki w nim narastał. Nie potrafił się nawet skoncentrować na rozmowach z gośćmi.

Kiedy sir Erasmus omawiał z Kelvinem sprawy majątkowe Seraphiny, poinformował go, że spotka swą narzeczoną dopiero przed ołtarzem. Trudno mu było się Z tym pogodzić.

— Miałem nadzieję, że będę miał przyjemność spotkać dzisiaj pannę Mahon — powiedział grzecznie Kelvin Ward.

— Seraphina jest na wsi — odpowiedział — sir Erasmus — i zjawi się w Londynie w dniu poprzedzającym ślub.

— Nie zobaczę jej więc?

— Nie — odpowiedział sir Erasmus. — Wszystko, co miałby jej pan do powiedzenia, może pan omówić ze mną.

— Ale... — zaczął Kelvin Ward.

I przełknął słowa protestu.

Niech będzie tak, jak chce sir Erasmus, pomyślał. Jest dyktatorem i cokolwiek powiem czy zrobię, nie zmieni to jego planów. Równie dobrze mogę milczeć.

Dopiero w rozmowie z sir Anthonym powiedział, co o tym myśli.

— To nie jest człowiek! — wykrzyknął, — Czy możesz wyobrazić sobie, że jakiś ojciec rozkazuje córce iść do ołtarza, nie przedstawiając jej wcześniej przyszłego małżonka?

— Sądzę, że dziewczyna wierzy w to, co ojciec powiedział jej o tobie — rzekł sir Anthony. — Jesteś raczej nieźle prezentującym się młodym człowiekiem, Kelvin. Szczególnie w oczach kobiet.

Była to prawda i Kelvin Ward nie próbował zaprzeczyć.

Skłamałby udając, że nie zna pochlebnej opinii kobiet o sobie. Jeszcze żadna dama, której okazał zainteresowanie, nie odmówiła mu swoich względów.

Ale wszystkie jego miłostki, a było ich sporo, dotyczyły kobiet zamężnych lub wdów! Dojrzałych, mądrych, inteligentnych kobiet, które wiedziały, jak prowadzić grę od flirtu do wielkiej, choć dyskretnej namiętności.

— Co, u diabła, mam powiedzieć panience, która powinna jeszcze siedzieć w pokoju dziecinnym? — zapytał sir Anthony’ego.

— W tej sprawie nie potrafię ci pomóc — odparł jego przyjaciel. — Staram się nigdy nie rozmawiać z panienkami.

— Ja nawet nie pamiętam, żebym kiedyś z jakąś tańczył, a co dopiero rozmawiał — stwierdził Kelvin Ward.

— Ale na pewno w Indiach jest ich pełno — zauważył sir Anthony. — Słyszałem, że tam jadą na łowy.

— To prawda — uśmiechnął się Kelvin Ward — ale mnie udało się jakoś nie wpaść w ich sidła.

Po chwili milczenia dodał:

— I w końcu zostałem upolowany harpunem przez doskonałego i doświadczonego wędkarza.

— Rozchmurz się! — odpowiedział sir Anthony. — Może nie będzie tak źle. Jeżeli dziewczyna ma coś ze swego ojca, będzie przynajmniej inteligentną.

— Właśnie się boję, że będzie za bardzo do niego podobna — odpowiedział Kelvin Ward. — Wolałbym raczej zmierzyć się z armią Amazonek niż z panną Seraphiną Malton!

Kelvin Ward wmówił sobie, że z pewnością jednym z powodów, dla których sir Erasmus tak pospiesznie zaciskał pętlę na jego szyi, była obawa, że nawet na kilkanaście godzin przed ślubem narzeczony mógłby znaleźć sposób, by wymknąć się z sieci.

Ale chociaż bawił się pomysłem ucieczki, wiedział, że nie ma takiej możliwości.

Gdzie znalazłby piętnaście tysięcy funtów, sumę, na którą opiewały weksle. Sir Erasmus wrzucił je wprawdzie do ognia, ale dług honorowy pozostał.

I jeśli nie miałby pieniędzy; by zainwestować w projekt handlowy, gdzie znalazłby pracę pozwalającą mu zarobić na przyzwoite życie.

Nie, nic nie mogę uczynić, tylko znieść toż godnością, pomyślał ubierając się i przygotowując do ślubu.

Ale żadne rozsądne argumenty nie mogły zmniejszyć jego nienawiści do teścia ani zmienić przekonania, że nie polubi również swojej żony.

Kiedy wreszcie zjawiła się w nawie kaplicy Grosvenor, prowadzona za ramię przez sir Erasmusa, trudno było powiedzieć, jak wygląda.

Ubrana tradycyjnie na biało, trzymała bukiet białych orchidei, który wydawał mu się zbyt obfity.

Twarz zakrywał jej welon z koronki i jedyne, co Kelvin Ward dostrzegł, rzucając na nią szybkie spojrzenie, to pochylona głowa i Wielka, błyszcząca diamentowa tiara, która wyglądała wręcz Wulgarnie.

Miał zamiar przynajmniej dać jej obrączkę, ale sit Erasmus poinformował go, że Seraphina będzie miała obrączkę swojej matki.

Została dostarczona w wyłożonym aksamitem pudełku.

Do Mahon House napływał strumień ślubnych prezentów, z których Większość była bardzo kosztowna.

Keivin Ward przejrzał je dość pobieżnie i tylko z obowiązku. Dowiedział się, że zostały spisane przez jedhego z sekretarzy sir Erasmusa.

Nie miał innego wyjścia, jak tylko dostosować się do plańów swego teścia. Dlatego też nie zdziwiło go wcale, gdy po wyjściu z kaplicy okazało się, że sir Erasmus wsiada z nimi do jednego powozu.

Do Malton House było tylko trzy minuty drogi, ale jak Kelvin Ward skomentował w duchu, uśmiechając się kpiąco, sir Erasmus musiał mieć pewność, że „szczęśliwa para” nie będzie miała możliwości zamienić na osobności nawet jednego słowa.

Nikt nie miał prawa głosu poza sir Erasmusem.

— Bardzo miła ceremonia — stwierdził teść. — Myślę, że mój wybór modlitw był odpowiedni, a hymny — także ja je wybierałem — chór bardzo ładnie zaśpiewał.

Kelvin Ward miał ochotę zapytać, czy polecił również Bogu Wszechmogącemu udzielić im błogosławieństwą, ale wątpił, czy sir Erasmus doceniłby jego sarkazm.

W Malton House państwo młodzi zostali ustawieni w salonie pełnym waz z wonnymi, egzotycznymi liliami. Tu mieli przyjmować życzenia gości, którzy zjawili się prawie w tym samym momencie.

Donośny głos oznajmiał każdego z nowo przybyłych i Kelvin Ward z zainteresowaniem przyglądał się ludziom, których nazwiska znał dotąd jedynie z gazet.

Sir Erasmus przygotował ceremonię zaślubin na czwartą po południu i dopiero koło dziesiątej wieczór goście wstałi od długiego stołu w jadalni.

Były mowy, ale niezbyt rozwlekłe. Potem przyniesiono kawę, porto i likiery i wypito zdrowie młodej pary. Dopiero w kilka minut później Kelvin Ward zdał sobie sprawę, że nie ma przy nim nowo poślubionej żony.

Rozmawiał, a raczej słuchał, lorda kanclerza siedzącego po jego prawej ręce i opowiadającego o założeniach nowego rządu, wybranego w niedawno przeprowadzotnych wyborach powszechnych.

Kiedy lord Halsbury odwrócił się, żeby coś powiedzieć do swej sąsiadki z drugiej strony, Kelvin Ward zorientował się, że krzesło koło niego jest puste.

Seraphina wymknęła się po angielsku, a kiedy zapytał teścia, co się stało, sit Erasmus powiedział:

— Moją córkę, rozbolała głowa. Prosiła, by pana przeprosić.

— Przypuszczam, że to dla niej ciężka próba — powiedział Kelvin Ward automatycznie.

Wiedział, że dla niego było to doświadczenie, którego nie chciałby nigdy powtarzać.

Panie opuściły pokój, a panowie zapalili cygara.

Wesele toczyło się jak każde inne przyjęcie. Mężćzyżni dyskutowali na interesujące ich tematy lub opowiadali sobie pieprzne anegdotki.

Kiedyt w pewnej chwili Kelvin Ward zobaczył sir Anthony’ego, zaśmiewającego się w głos z żartu opowiadanego mu przez jednego z gości, zalała go nagle fala wzbierającego w nim przez cały dzień gniewu.

Wreszcie ostatni gość pożegnał się i nawet sir Erasmus gdzieś zniknął.

Zgodnie z wcześniejszym ustaleniem jego córka i jej mąż mieli pozostać na tę noc w domu. Przenoszenie się do jakiegoś niewygodnego hotelu sir Erasmus uważał za pomysł absurdalny. Zwłaszcza że następnego ranka o dziesiątej rano mieli wyruszyć do Tilbury.

Dlatego to on przeniósł się na tę jedną noc do któregoś ze swych bogatych, wpływowych przyjaciół, zostawiając Malton House do dyspozycji nowożeńców.

 

Niezależnie od tego, czy on jest tu, czy go nie ma, pomyślał Kelvin Ward ponuro, atmosfera domu jest nim przesycona.

Wszystko wydawało mu się bardziej romantyczne niż pozostanie na noc poślubną w tym wielkim, pełnym bogactw domu, przypominającym mauzoleum, gdzie w każdym kącie dawała się odczuć obecność sir Erasmusa.

Ale również i w tym przypadku nie sprzeciwiał się, lecz zaakceptował decyzję.

Krzepiła go tylko nadzieja, że następnego dnia wyrwie się spod kurateli teścia.

Wkrótce rozdzieli ich cały kontynent i ocean, a Kelvin Ward postanowił już, że nie wróci wcześniej do Europy, niż stanie się panem samego siebie. Dopóki nie będzie mógł kierować swym losem i nie skończy spłacać długów sir Erasmusowi, pozostanie za granicą.

Kiedy zamknęły się drzwi za sir Erasmusem, Kelvin Ward zdał sobie sprawę, że jest w pokoju sam, jeśli nie liczyć kilku lokai kręcących się po wyłożonym marmurami holu.

Odwrócił się i ruszył powoli wznoszącymi się łagodnym lukiem schodami do apartamentu, który został przygotowany dla niego i jego żony.

Swój pokój, bardzo zresztą wspaniały, widział już wcześniej. Prowadziły z niego drzwi do buduaru, z którego można też było wejść do sypialni Seraphiny.

Kelyin Ward otworzył drzwi i poczuł zapach lilii i goździków. Po grubym dywanie ruszył do swego pokoju, gdzie oczekiwał go służący.

Pragnął, podobnie jak każdej chwili tego dnia, pozostać sam, a jednak nawet gdy służący wyszedł, nie udało mu się odprężyć.

I w tym właśnie momencie poczuł, że gniew, który starał się stłumić, trawi go jak ogień.

Pomyślał, że nigdy nie przechodził takich tortur, jakie cierpiał przez ostatnie trzy dni, czując, że sir Erasmus kieruje jego ciałem, umysłem i duszą. Nie był już sobą, ale kukiełką, która tańczyła tak, jak jej zagrał teść.

Kelvin Ward był bardzo dumnym człowiekiem. Był również wyjątkowo inteligentny. Powiedział sobie, że znalazł się w przymusowej sytuacji, wyciągnie więc z niej przynajmniej wszystkie korzyści.

Ale każda kropla krwi w jego żyłach burzyła się przeciwko despotyzmowi sir Erasmusa, któremu był zmuszony podporządkować się.

Był typem przywódcy. Już w szkole inni chłopcy oczekiwali, że to on będzie podejmował decyzje, sprawował kontrolę, inspirował ich.

Podczas gdy inny człowiek przyjąłby może taki obrót spraw ze spokojem, dla Kelvina Warda — ze względu na siłę jego osobowości — był on nie do zniesienia.

Powoli rozbierał się, cały czas świadom, żę oczekuje go nowo poślubiona żona.

Przewidywał, że jego opieszałość może nie być miłe widziana. Jeżeli jest podobna do swego ojca, wszystko już zaplanowała. Możliwe również, że jest zaborczą, z zapędami do rządzenia, być może nawet agresywna.

— Moja żona nie będzie mną rządzić — powiedział sobie ponuro Kelvin Ward.

Z góry przewidywał batalie, jakie będą toczyć, ale miał zamiar od pierwszej chwili być górą. Na jego twarzy pojawił się wyraz uporu.

Nagle z przerażeniem zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, jak Seraphina wygląda. Może sir Erasmus nie pozwolił mu jej zobaczyć, ponieważ jest kaleką lub budzi odrazę.

Przez chwilę stał, jakby piorun w niego strzelił. Podświadomie oczekiwal, żę będzie podobna do swego ojca. Wysoka, ciemną, może ciężkiej budowy.

To przynąjmnięj się nie sprawdzilo.

Kobieta, która stała koło niego przed ołtarzem, była dużo niższa, niż oczekiwał.

Teraz uświadomił sobie, że musiała odsłonić welon, kiedy poszli do zakrystii podpisać dokumenty, ale wtedy nie przyszło mu do głowy popatrzyć na nią.

Kiedy stali obok siebie, przyjmuj życzenia, byli tak zajęci, że nie było czasu przyjrzeć się sobie.

Być może wino, które wypił podczas kolacji, spowodowało, że czuł się tak potwornie głupio. Niewątpliwie obaj z sir Anthonym nadużyli też brandy podczas lunchu w klubie.

Jąkakolwiek byłą tęgo przyczyną, Kelvin Ward poczuł, że nie potrafi jasno myśleć o tym, co czekało go za chwilę. Wiedział jedynie, że musi zachować się zgodnie ze zwyczajem. Miął okropne wrażenie, żę gdyby tęgo nie zrobił, jęgo teść — zmusiłby go do skiego obowiązku rano, jeszcze przed odjazdem.

Czyż sir Erasmus nie wyobrażał już sobie gromadki dzieci, gdy ustalał dla nich fundusz powierniczy? Zadbał o przyszłość równie starannie jak o teraźniejszość.

— A niech go diabli porwą! — mruknął Kelvin, ale w tej samej chwili poczuł wstyd.

Klął rzadko i choć wiedział, że w armii był to powszechny sposób wyrażania uczuć, sam uważał go za brak kontroli. Postanowił wziąć się w garść i rozkazał sam sobie wykonać zadanie.

Ożenił się i został bardziej niż przyzwoicie wynagrodzony za oddanie swojego nazwiska i otoczenie opieką kobiety, która stałą się jego żoną.

Niezależnie od tego, jak wyglądała, on traktować ją będzie grzecznie i z respektem. Ale to on będzie panem domu, a jego żona będzie mu posłuszna.

Założył długą koszulę z błękitnego jedwabiu, którą wybrał mu sir Anthony, kiedy robili zakupy w drogim sklepie przy St James.

— Mam dość ubrań, nie potrzebuję nic nowego — protestował Kelvin Ward.

— To, co masz, nosiłeś już zdecydowanie zbyt długo — stwierdził autorytatywnie sir Anthony — a co gorsza, jeżeli sam nie kupisz sobie kilku nowych rzeczy, jestem pewien, że zrobi to za ciebie twój przyszły teść.

Ten argument przekonał Kelvina. I prawdę mówiąc, długa, sięgająca prawie ziemi, jedwabna koszula znacznie bardziej nadawała się na tę okazję niż bielizna, której przez całe lata używał w upale Indii.

Kątem oka zobaczył się w lustrze i zauważył, że pomiędzy brwiami ma głęboką zmarszczkę i szczękę wysuniętą w sposób doskonale znany jego podkomendnym, którzy nie próbowali z nim dyskutować, gdy był w takim nastroju.

Otworzył z rozmachem drzwi swojej sypialni, przeszedł przez pełen kwiatów buduar do drzwi po drugiej jego stronie.

Na chwilę zawahał się myśląc, że Seraphina może już spać i nieprzyjaźnie przywitać intruza.

Potem powiedział sobie surowo, że im wcześniej staną twarzą w twarz, tym lepiej. Zapukał więc, po czym otworzył drzwi.

W wielkim pokoju palił się tylko pojedynczy kandelabr koło łóżka, które spowijały aksamitne zasłony, spływające z rzeźbionych słupów, na wzór tronu papieskiego.

Było to duże, wysokie łóżko, przykryte gronostajową narzutą, zaścielone prześcieradłami i poduszkami obszytymi wenecką koronką.

Siedziała w nim drobniutka postać, Wyglądająca na jeszcze mniejszą w tym ogromnym łożu.

Przez chwilę Kelvin myślał, źe pomylił pokoje.

Kiedy podszedł bliżej, zobaczył, że jego żona wcale nie przypomina ciemnowłosej i potężnej damy, której się spodziewał. Było to jasne stworzenie, bardziej dziecko niż kobieta.

W jej drobnej twarzy, okolonej włosami tak jasnymi, że ciemniejsze wydałyby się pierwsze promienie słońca o poranku, widać było dwoje oczu wpatrzonych w niego z lękiem, jakiego nigdy nie widział na żadnej kobiecej twarzy.

Kelvin Ward zatrzymał się koło łóżka.

Widział, że jejgo świeżo poślubiona żona drży i że jej palce, cienkie i delikatne, zaciskają się w desperacji, tak że kostki palców są prawie białe.

Przez chwilę patrzyli na siebie, a wreszcie, wręcz z niedowierzaniem, Kelvin Ward zapytał:

— Czy ty boisz się... mnie, Seraphino?

Przez chwilę panowało milczenie, a potem odpowiedziała cichym głosem, prawie bez tchu:

— T... ty jesteś taki... duży i... groźny!

Po raz pierwszy tego dnia Kelvin uśmiechnął się.

— Nic nie poradzę na to, że jestem duży, ale spróbuję nie być groźny.

Palce Seraphiny zacisnęły się konwulsyjnie, kiedy szepnęła znowu:

— Cz... czy mogę... z... z tobą... porozmawiać?

— Ależ oczywiście — odpowiedział Kelvin. — Nie mieliśmy dotąd okazji zamienić ze sobą nawet słowa.

Mówiąc to usiadł na krawędzi łóżka.

Zobaczył, że Seraphiną drży z przerażenia. Przez chwilę myślał, że rzuci się do ucieczki, ale tylko wbiła się głębiej w poduszki.

— Słucham — powiedział łagodnie, mając nadzieję, że jego głos brzmi uspokajająco — co chcesz mi powiedzieć?

Policzki Seraphiny były bardzo blade, a oczy ciemne i pełne lęku.

— Ja... ja chcę... ci... powiedzieć, że... jestem... tchórzem.

— Tchórzem? — powtórzył ze zdziwieniem Kelvin Ward.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?