Pieniądze dla księciaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Pieniądze dla księcia - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Saga

Pieniądze dla księcia - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tłumaczenie: Elżbieta Lipska

Tytuł oryginału: Dollars for the Duke

Język oryginału: angielski

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1981, 2021 Barbara Cartland i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711771716

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od Autorki

Pod koniec dziewiętnastego i na początku dwudziestego wieku, za przykładem Jenny Jerome, która w 1874 roku poślubiła lorda Randolpha Churchilla, wiele amerykańskich dziedziczek pragnęło poprzez małżeństwo otrzymać arystokratyczny tytuł.

Historycy twierdzą, że do 1909 roku zawarto pół tysiąca związków małżeńskich, w których rozwiązły, ograniczony umysłowo, homoseksualista czy brutalny pan młody był akceptowany, jeśli legitymował się herbem Debrett czy Almanach de Gotha.

Ceremonie ślubne zawsze były dziwaczne, pełne przepychu i szeroko komentowane. W „Sherrys” — nowojorskiej restauracji — eksplodował monstrualnych rozmiarów ptak, obsypując gości dziesięcioma tysiącami róż. W okolicznościach, o których niechętnie wspominały, panny młode wtapiały się w towarzystwo, do którego przepustkę dawał im ślub.

W dzieciństwie za najpiękniejszą znaną mi osobę uważałam hrabinę Marlborough, czyli Consuelę Vanderbilt, która, choć bardzo nieszczęśliwa, była uwielbiana przez każdego, kto ją spotkał. W biografii „The Glitter and the Gold” opisuje swe cierpienia i sposób, w jaki zaborcza matka groźbami, a nawet przemocą, zmusiła ją do ślubu z hrabią.

Rozdział 1

ROK 1882

— Zgodnie z twą prośbą, jaśnie panie, przygotowałem pełne rozliczenie.

Księgowy położył na biurku plik kartek.

Książę spojrzał na nie i zamarł, jakby nie dowierzał własnym oczom.

Po dłuższej chwili, gdy przerzucił kilka stron, powiedział:

— Fossilwaithe, czy to możliwe, że mój ojciec zaciągnął tyle długów, a ty czy ktokolwiek inny, nie próbowałeś go upomnieć?

— Jaśnie panie, zapewniam cię — z szacunkiem odparł księgowy — że zarówno ja, jak i moi współpracownicy kilkakrotnie rozmawialiśmy ze starszym jaśnie panem, ale on nie chciał nas słuchać. Raz nawet mi powiedział, że powinienem się zająć własnymi sprawami!

Książę westchnął.

Był pewny, że księgowy mówi prawdę, bo pamiętał, iż jego ojciec był wyjątkowo niecierpliwy, gdy ktoś sprzeciwiał się mu czy miał inne zdanie.

Jeszcze raz zerknął na kolumny liczb, jakby miał nadzieję, że cudownym zrządzeniem losu mogą się zmienić. Potem rzekł:

— Dobrze, Fossilwaithe, i co proponujesz?

Książę nie zauważył, że starszy człowiek spogląda na niego ze współczuciem.

Księgowy bezradnie rozłożył ręce i powiedział:

— Jaśnie panie, całymi nocami spędzało mi to sen z oczu i, szczerze mówiąc, nie wiem.

Książę oparł się na swym krześle.

— Może podejdźmy do tego bardziej rzeczowo: co mogę sprzedać?

I tym razem pan Fossilwaithe — starszy z udziałowców firmy adwokackiej, która od lat zarządzała majątkiem rodziny Otterburn, nie znał odpowiedzi na jego pytanie.

Jakby nie mógł znieść tej sytuacji, książę wstał zza biurka, przeszedł przez pokój i utkwił wzrok w widoczną za oknem Park Lane i zieleniące się za nią drzewa Hyde Parku.

Londyński dom Otterburnów był ogromny, imponujący i w pełni zasługiwał na miano miejskiej rezydencji rodziny, której imię nosił.

Czwarty książę Otterburn rozmyślał o zamku i o olbrzymich posiadłościach w Buckinghamshire, które niespodziewanie odziedziczył i dla których przed miesiącem powrócił ze Wschodu.

Nigdy nie spodziewał się, że przypadnie mu tytuł księcia Otterburn, gdyż poza ojcem, który w wieku pięćdziesięciu lat sprawiał wrażenie młodego człowieka i wydawało się, że będzie żył kolejne czterdzieści, miał jeszcze starszego brata.

Jednak księcia seniora niespodziewanie powaliła epidemia, która przeszła przez kraj zeszłej zimy, zbierając większe żniwo ofiar niż przeciętna mała wojna, w jakie Anglia regularnie angażowała się w różnych częściach świata.

Seldon Burn dowiedział się o śmierci ojca, gdy jeszcze dochodził do siebie po wiadomości, iż jego ukochany, starszy brat zginął na polowaniu.

Informacja dotarła do niego ze sporym opóźnieniem, bo na granicy Afganistanu brał udział w ciężkiej kampanii przeciwko zbuntowanym plemionom i nie mógł skontaktować się ze swym ojcem, tak jak planował przed powrotem do Peszawaru.

To właśnie tam czekał na niego telegram z wiadomością, że ojciec także nie żyje, a on sam jest potrzebny w Anglii i powinien wrócić tak szybko jak to możliwe.

Bez trudu uzyskał zgodę na wyjazd.

W czasie, gdy pociągiem albo wolniej, ale znacznie w takich warunkach wygodniej, konno, podróżował przez skwarne równiny, uświadomił sobie, że jego żołnierskie życie dobiegło końca.

Jako młodszy z synów, od wczesnej młodości wiedział, że nie otrzyma od ojca nic poza niewielką, pensją więc sam musiał ułożyć sobie życie.

Później zrozumiał, że choć od śmierci dziadka jego ojciec prowadził rozrzutny i ekstrawagancki tryb życia, wiele wskazywało na to, że dochody z posiadłości nie pokrywały wydatków i długi zaczynały się piętrzyć.

Nie miało to jednak nic wspólnego z Seldonem, który wstąpił do armii, a po kilku potyczkach w różnych częściach świata, między innymi w Sudanie, został wysłany do Indii i tam, bez wzlędu na wszystko, mógł wieść życie według własnych upodobań.

Ponieważ był doskonałym żołnierzem i urodzonym przywódcą, dowodził kompanią która przetrwała wojenne zawieruchy dzięki jego nieustraszonej odwadze i spostrzegawczości.

Taki właśnie był Seldon Burn, więc szybko zyskał sobie sławę przedsiębiorczego, może trochę nieprzewidywalnego oficera, na którym dowództwo mogło polegać w nagłej potrzebie.

A na północno-zachodnim froncie wciąż były nagłe potrzeby, bo w tej części Indii za każdą skałą, za każdym głazem czaił się wróg.

Seldon ze swymi ludźmi zawsze potrafił przechytrzyć wyszkolonych i uzbrojonych przez Rosjan buntowników.

Płynąc przez Morze Czerwone i Kanał Sueski, wiedział, że ten etap jego życia jest już zamknięty.

Nie był pewny, co czuje będąc czwartym księciem Otterburn.

Gdy trzy lata temu ostatni raz był na urlopie, dyskutowali o tym z jego bratem.

W zaufaniu dowiedział się, że Lionel, gdy odziedziczy tytuł, będzie musiał naprawić, zrujnowane przez ojca, rodzinne finanse.

— Staruszek przepuszcza pieniądze jak wodę — powiedział Lionel.

— Skąd on je bierze? — zainteresował się Seldon.

— Diabli wiedzą! Sam dobrze wiesz, że nie rozmawia ze mną o swym prywatnym życiu.

— Czy naprawdę musi żyć tak rozrzutnie? słyszałem, że mamy teraz dwunastu służących w Buckinghamshire i sześciu w Londynie, a stajnie są tak przepełnione, że szpilki by tam nie wsadził!

— Wiem — jęknął Lionel — a tata postanowił je jeszcze rozbudować w naszej posiadłości w Newmarket. Nie zwyciężył w tym roku i dlatego wpadł w furię!

— Poza końmi — odparł Seldon — są jeszcze stawiane ponad wszystko piękności!

Bracia roześmiali się. Oczywiście, skoro ich ojciec był nieprzeciętnie przystojnym mężczyzną i lubił piękne kobiety, nie mogło to umknąć ich uwagi.

— Powinieneś zobaczyć ostatnią — odrzekł Lionel. — Doskonale prezentowały się na niej diamenty od ojca!

— Kto to jest?

— Jedna ze słynnych Gaiety Girls. Nie potrafi tańczyć, nie potrafi śpiewać, ale wygląda jak bogini, szczególnie w biżuterii od taty!

Brat znów się roześmiał. Seldon spoważniał:

— Wiesz, Liónelu, będzie ci bardzo ciężko, gdy dostaniesz to wszystko w spadku.

Markiz wzruszył ramionami.

— Nie ma się o co martwić — powiedział. — Tata jest tak silny i zdrowy, że wielce prawdopodobne, iż przeżyje nas obu!

Myśląc o swym bracie, Seldon dostrzegł teraz jego beztroskę, a wraz z nią proroctwo, które się wypełniło.

Dzisiaj Lionel, który nawet nie zdążył się ożenić, już nie żył, a Seldonowi, któremu przez myśl nie przeszło, że zostanie księciem, pozostała w spadku, znacznie większa, niż się spodziewał, ilość długów.

Odwrócił się od okna.

— Panie Fossilwaithe, musimy znaleźć jakieś rozwiązanie.

— Oczywiście, jaśnie panie.

— Podejrzewam, że nie ma szans na sprzedaż tego domu?

— To rodowa posiadłość, panie. Proszę wybaczyć mi śmiałość, ale w przeciwnym razie pański ojciec sprzedałby ją dawno temu.

Książę znowu usiadł za biurkiem.

— Podejrzewam, że to samo odnosi się do zamku, a szczególnie do płócien?

— Niemal jakby pierwszy książę, a twój pradziadek, jaśnie panie, przewidział, że coś takiego może się zdarzyć, je także zabezpieczył. Natomiast pański dziad scalił majątek w taki sposób, że jest niemal niemożliwe, by go naruszyć.

Pan Fossilwaithe przerwał, a po chwili dodał:

— Lecz oczywiście jest pięćset akrów gruntu na północnym zachodzie posiadłości, które pierwotnie należały do babki jaśnie pana.

 

Spojrzenie księcia rozjaśniło się.

— Ile przyniesie wystawienie ich na przetarg?

— Niewiele, jaśnie panie. Myślę, że powinienem panu przypomnieć, iż właśnie na tych terenach stoją nie tylko przytułki, ale i wiele domów zamieszkanych przez poddanych.

Zgasło radosne spojrzenie księcia.

Nazbyt dobrze wiedział, że jeśli sprzeda ten grunt, czy to spekulantowi, czy nawet uczciwemu obszarnikowi, jego poddani zostaną wysiedleni, przytułki opustoszeją, a potem zapełnią je najemcy, którzy będą w stanie zapłacić odpowiedni czynsz.

Spoglądał na leżące przed nim kartki, jakby nadal nie potrafił uwierzyć, że pan Fossilwaithe nie wymyślił tych monstrualnych kwot.

Potem powiedział:

— Myślę, że najlepiej będzie, gdy uważnie przeczytam przyniesione przez pana papiery. Chciałbym także otrzymać remanent posiadłości Otterburn, który, jak rozumiem, pańska firma przygotowała po śmierci mego ojca.

— Kopia jest na zamku, jaśnie panie — odparł pan Fossilwaithe — lecz tu mam drugą, jeśli chce pan, bym ją zostawił.

— Dziękuję.

Pan Fossilwaithe wyjął kopię, a potem z szacunkiem powiedział:

— Przykro mi, jaśnie panie, że nie przyniosłem lepszych wieści i nie mogłem przedstawić przyszłości w bardziej optymistycznych kolorach.

— Powiedziałeś prawdę — odparł książę — a myślę, że zgodzisz się ze mną, iż tylko znając całą prawdę mogę znaleźć wyjście z tego galimatiasu.

Gdy wypowiadał dwa ostatnie słowa, w jego głosie zabrzmiała ostra nuta, a księgowy, spoglądając na niego, zrozumiał, jak bardzo ciąży księciu cała ta sprawa.

Prawdę mówiąc czuł się tak, ponieważ długi osiągnęły astronomiczną kwotę, która kalała dobre imię rodziny.

— Wiesz, jaśnie panie — cichym głosem rzekł pan Fossilwaithe — że w mojej firmie uczynimy wszystko co w naszej mocy, aby ci pomóc.

Książę wstał i wyciągnął rękę.

— Wiem i mogę tylko podziękować za to, co do tej pory zrobiliście, za wasz takt i zrozumienie trudnej sytuacji, w jakiej się znalazłem.

— Dziękuję, jaśnie panie.

Pan Fossilwaithe uścisnął dłoń księcia i skierował się w stronę drzwi.

Gdy wyszedł, książę opadł na krzesło, jakby leżące przed nim rachunki opiewające na ogromne sumy pieniędzy odebrały mu siły.

Pytanie, niczym rytm bębnów, powracało do niego wciąż i wciąż.

— Co mam zrobić, do diabła?

W pewnym sensie był zadowolony, że to on, a nie Lionel, musi się zmierzyć z tym problemem.

Lionel nigdy nie był silny i pewnie nie potrafiłby być bezwzględny i stanowczy, czego wymagały zaistniałe okoliczności.

Po pierwsze, trzeba zamknąć zamek.

Wiedział, że samo to przerazi krewnych Burnów, których życie właśnie tu się skupiało.

To właśnie do zamku przybywali przy każdej nadarzającej się okazji, nazywając to „klanowymi spotkaniami”.

Przyjeżdżali na śluby, pogrzeby, rocznice, zjazdy z okazji Bożego Narodzenia czy Wielkanocy, tu chrzcili swoje dzieci i toczyli dyskusje o problemach, których nie potrafili pokonać w pojedynkę. Mogli zatrzymać się w zamku, a z pomocą krewnych znajdywali wyjście z tarapatów.

Książę wiedział, że gdy zamknie zamek, odczują to tak, jakby zostali pozbawieni głównego elementu swego istnienia.

Cóż innego mogę zrobić? — rozmyślał. — To olbrzymi dom, a jego utrzymanie kosztuje fortunę.

Pojechał do zamku, gdy tylko wrócił do Anglii. Zauważył, że w ciągu ostatnich pięciu lat ojciec, nie licząc się z kosztami, nadał najpiękniejszym pokojom nowy wystrój, ale kuchnie, zmywalnie i spiżarnie były zaniedbane, a pomieszczenia dla służby nie różniły się wiele od slumsów.

Nie zastosowano żadnych nowoczesnych rozwiązań, a ojciec nie zdawał sobie sprawy, ile pracy przysparza służbie jego dbałość o higienę. Nie dostrzegał tego, że dwóch młodych osiłków musiało dźwigać wodę do jego kąpieli przez dwie klatki schodowe i nie kończące się korytarze.

Złota i srebrna zastawa z jadalni była bezcenna, a popękane, gliniane naczynia dla służby nadawały się tylko do śmieci.

Szklarnie z brzoskwiniami i orchideami utrzymywano w wyśmienitym stanie, a jednocześnie ogrodnicy narzekali, że brakuje im narzędzi, a dachy w ich domach przeciekają.

Rozglądając się wokoło, książę pomyślał, że bałby się przesunąć choćby jeden kamień w obawie, co tam znajdzie.

Konie trzeba sprzedać, to nie ulegało wątpliwości.

Stajnia koni wyścigowych przez trzy lata nie odniosła żadnych sukcesów i należało wątpić, czy odniesie je kiedykolwiek.

Chociaż w zamku trzymano niezwykłe zwierzęta, pieniądze z ich sprzedaży będą tylko przysłowiową kroplą w morzu długów jego ojca.

Czując, że nie zniesie dłużej ślęczenia nad kolumnami cyfr pana Fossilwaithe’a, książę wrzucił kartki do szuflady.

Wyszedł z biblioteki pełnej oprawnych w skórę woluminów i korytarzem dotarł do salonu, którego okna wychodziły na ogród ciągnący się z tyłu domu.

Ojciec zatrudnił jednego z najdroższych londyńskich dekoratorów wnętrz, by pokrył ściany salonu jedwabnym brokatem, usunął gzymsy i umieścił zdobienia ze złotych liści.

Poza tym sprowadził z Włoch wziętego malarza, by wykonał na suficie malowidło przedstawiające Wenus w otoczeniu amorków.

Wszystko to było niezwykle piękne. Salon bez wątpienia znakomicie pełnił funkcje reprezentacyjne, lecz nic stąd nie nadawało się do sprzedania, a niezaprzeczalnie cudowne i cenne obrazy stanowiły rodową własność.

Książę z przygnębieniem rozejrzał się wokół, podszedł do tacy z trunkami stojącej zgodnie z instrukcją jego ojca w rogu każdego pokoju.

Ojciec bynajmniej nie nadużywał alkoholu, ale gdy chciał porozmawiać z jedną z pięknych dam, które przewijały się przez jego życie, nie życzył sobie, aby służący przerywali mu podając drinki i wolał je nalewać własnoręcznie.

Książę dostrzegł butelkę szampana chłodzącą się w złotym wiaderku zdobionym rodowym herbem, karafkę z brandy, whisky i sherry oraz tacę makaroników.

Wspominając minione lata, nie mógł sobie przypomnieć, by kiedyś zauważył, jak ktokolwiek sięga po choćby jeden makaronik, choć, zgodnie z poleceniem ojca, były codziennie rano i wieczorem wymieniane na świeże.

Miał tylko nadzieję, że służący z przyjemnością pałaszowali te zdjęte wieczorem ze stołów, by następnego dnia zastąpić je świeżą porcją.

Właśnie nalał sobie małą brandy i dopełnił szklaneczkę wodą z syfonu, gdy drzwi się otworzyły, a majordomus zaanonsował:

— Jaśnie panie, lady Edith Burn!

Książę odwrócił się i ze zdziwieniem popatrzył na swą kuzynkę, która, mimo niemłodego już wieku, wciąż wyglądała nie tylko elegancko, ale świeżo i pięknie.

— Edith! — powiedział zaskoczony, odstawiając szklaneczkę. — Co za niespodzianka! Myślałem, że bawisz za granicą.

— Wróciłam specjalnie, żeby się z tobą spotkać, Seldonie — odparła lady Edith. Szczerze mówiąc, wczoraj rano przybiliśmy do Southampton.

— Więc byłaś w Ameryce.

Lady Edith przytaknęła.

Przeszła przez pokój, by spocząć na niebieskiej, obitej brokatem sofie i ze współczuciem spojrzała na kuzyna spod eleganckiego, zdobionego strusimi piórami kapelusza.

Książę patrzył na nią z błądzącym na ustach uśmiechem. Po chwili zapytał:

— I cóż? Jaki werdykt?

Lady Edith zaśmiała się.

— Seldonie, nie jesteś takim młokosem, by nie zdawać sobie sprawy ze swej urody, a na widok tak przystojnego mężczyzny setki angielskich serc zabiją żywiej!

— Wątpię — odparł szorstko książę.

Lady Edith uniosła brwi.

— Co to ma oznaczać? — zapytała.

— Książę bez grosza przy duszy, za to z długami, które odsuną go od czynnego życia towarzyskiego, nie jest najlepszą partią.

Raptownie przybierając delikatny ton, lady Edith odparła:

— Drogi Seldonie, bałam się, że to właśnie odkryjesz po powrocie do domu.

— Wiedziałem, że jest kiepsko — odparł książę — zauważyliśmy to jeszcze z Lionelem, lecz nie spodziewałem się katastrofy!

Lady Edith westchnęła.

— Lubiłam twojego ojca. Był jednym z najbardziej fascynujących ludzi, jakich kiedykolwiek spotkałam, ale nigdy nie potrafił sobie niczego odmówić, a im bardziej kosztowna była to zachcianka, tym mocniej jej pragnął.

— To świetnie, że dobrze się bawił — cierpko odparł książę — tylko że prawda jest taka, iż to ja muszę w jakiś sposób spłacić jego wierzycieli, co na pierwszy rzut oka zajmie mi całe życic. Muszę poszukać pracy, jeśli nie chcę przymierać głodem!

W jego głosie wyraźnie zabrzmiała nuta goryczy i lady Edith powiedziała:

— Seldon, kochanie, tak mi przykro.

— To jest nas już dwoje — odparł książę. — Powiem więcej, wszystkim wam będzie przykro, gdy zamknę zamek i ten dom, lecz nie mam innego wyjścia i im szybciej rodzina to zaakceptuje, tym lepiej!

— Złamiesz im serca — cicho powiedziała lady Edith.

— Byłem pewien, że tak będziecie się czuć — odrzekł książę. — Właśnie był u mnie pan Fossilwaithe. Suma długów mojego ojca mogłaby pokryć koszt kilku bardzo potrzebnych bitew albo zaopatrzyć armię w przynajmniej dwa regimenty żołnierzy!

Jakby nie mógł znieść spojrzenia lady Edith, kolejny raz podszedł do tacy z alkoholami, a stojąc przy niej, zapytał:

— Czego się napijesz?

— Poproszę małą sherry—odparła lady Edith.

Nalewając jej drinka, książę pomyślał, że jest zadowolony, iż to właśnie kuzynka Edith usłyszała tę złą nowinę jako pierwsza.

Była, według niego, jedną z najbardziej uroczych i sympatycznych osób w rodzinie i miała więcej zdrowego rozsądku niż wszyscy pozostali razem wzięci.

Jej historia należała do gatunku smutnych. Jako osiemnastolatka zaręczyła się z przystojnym, bogatym i utytułowanym mężczyzną, który z wzajemnością zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia.

Był od niej kilka lat starszy i dużo podróżował po świecie, czasem jedynie dla przyjemności, a czasem jako poliglota spełniał rolę nieoficjalnego, ale utalentowanego wysłannika rządu.

Zaręczyli się, ale jak się należało spodziewać, rodzice lady Edith wymogli na nich zwyczajowe sześć miesięcy narzeczeństwa przed ślubem.

Wtedy to poproszono jej narzeczonego o udział w pewnych nieoficjalnych negocjacjach pomiędzy ministerstwem spraw zagranicznych a sułtanem Maroka.

Nie mógł odmówić, więc czule pożegnawszy się z lady Edith, powiedział, że wypełni swą misję tak szybko, jak tylko zdoła, i wróci najpóźniej dwa miesiące przed umówionym terminem ślubu.

Wyjechał, a lady Edith wyczzekując każdego dnia człowieka, którego rozpaczliwie kochała, próbowała się zająć kompletowaniem ślubnej wyprawy. Jednak gdy nadeszła pora jego powrotu, słuch o jej narzeczonym zaginął.

Minął kolejny miesiąc, zanim zdołała przekonać ojca, by zasięgnął informacji w ministerstwie spraw zagranicznych.

Wtedy okazało się się, że gdy tylko narzeczony lady Edith dotarł do Maroka, zniknął w nie wyjaśnionych okolicznościach.

Upłynęło znów trochę czasu, zanim skontaktowano się z konsulem brytyjskim i jego odpowiedź dotarła do Anglii.

Mijały miesiące, a lady Edith otrzymała jedynie wiadomość, że widziano jej narzeczonego we wrogim sułtanowi plemieniu i że prawdopodobnie był ich więźniem.

Wszyscy znawcy tematu twierdzili, że był gdzieś przetrzymywany, ale nikt nie umiał dojść gdzie. Edith miała wrażenie, że ministerstwo spraw zagranicznych ślamazarnie zabiera się do poszukiwań.

Mijały miesiące, minął rok, a ona wciąż nie miała żadnych nowych wieści.

Po staraniach jej ojca ministerstwo wysłało do Maroka przedstawiciela, który miał rozpocząć poszukiwania na miejscu.

Krążyły plotki, że narzeczonego Edith widziano w centrum kraju, że był pilnie strzeżony, lecz uciekł, a wszelkie ślady po nim ginęły w pustynnych piaskach. Opowiadano także wiele innych historii, ale żadna nie nosiła znamion prawdopodobieństwa.

Niezależnie od plotek, fakt pozostawał faktem: nie wrócił, a ministerstwo nie wywierało na sułtana adekwatnej do swych możliwości presji.

Czas mijał, a Edith nadal czekała, chociaż jej rodzice i wszyscy dookoła twierdzili, że nie ma już żadnej nadziei i że musi się pogodzić z jego śmiercią.

Dopiero dziesięć lat później, gdy badacze powracający z dzikich rejonów Maroka opowiadali o plemieniu, które aż do śmierci więziło białego człowieka, Edith pojęła, że jej ukochany nie powróci.

 

Wtedy jakoś ułożyła sobie życie, ale nigdy nie wyszła za mąż.

Będąc zamożną osobą, zaczęła podróżować, najpierw pod opieką rodziców, później z opiekunem, a wreszcie, gdy dorosła, jedynie z pokojówką.

Miała trzydzieści pięć lat, gdy opublikowała swą pierwszą książkę „Podróże na Wschód”, do której po roku dołączyły „Podróże na Zachód”.

Kiedy poddani królowej Wiktorii zainteresowali się światem zewnętrznym, którego znaczną część zawłaszczyli dla Anglii, jej książki stały się popularne, a lady Edith zyskała sławę.

Jej niezależność budziła wrogość wśród tych, którzy uważali, że kobieta nie poradzi sobie bez wsparcia mężczyzny a zadowolenie powinny przynieść jej dom i dzieci, a jeśli ich nie ma, to dobra praca.

Lecz lady Edith kwitowała to uśmiechem i cieszyła się swą popularnością, a książę, patrząc na nią, pomyślał, że skoro przez swe doświadczenia zyskała mądrość i rozsądek, mogłaby mu pomóc, gdy nadejdą nieuniknione protesty i spory z rodziną.

Podał jej szklaneczkę sherry, wziął swoją brandy z wodą sodową i wypił łyk.

— Tak wygląda sytuacja, Edith — powiedział — i nic na to nie poradzę.

— Przeciwnie — odparła lady Edith — znam pewne wyjście, tylko musisz mnie wysłuchać.

— Oczywiście, wszystkiego, co masz do powiedzenia — rzekł książę.

Mówiąc te słowa, miał przeczucie, że nie będzie to praktyczna propozycja.

Lady Edith odstawiła szklaneczkę na stolik stojący przy sofie i powiedziała:

— To proste, mój drogi Seldonie. Oto, co zrób — ożeń się z pieniędzmi!

Książę oczywiście nie spodziewał się takiej odpowiedzi.

Spoglądał na nią, sądząc, że źle usłyszał.

— Właśnie wróciłam z Ameryki — wyjaśniła lady Edith, dostrzegając jego zdziwienie. — W Nowym Jorku aż roi się od ambitnych kobiet, których pierwszym i najważniejszym marzeniem jest wydać swoje córki za angielskich arystokratów. Francuzi, Włosi i inni Europejczycy są niechętni takim mariażom, zwłaszcza w rodach książęcych.

— Chyba nie mówisz poważnie! — wykrzyknął książę.

— Jak najbardziej poważnie! — odparła lady Edith. — Od ślubu Jenny Jerome z lordem Randolphem Churchillem w 1874 roku, małżeńskimi ambicjami matron z Piątej Alei jest widzieć swe małe córeczki w koronie, a laurowe liście nęcą jak nic innego.

— Nawet jeśli to, co mówisz, jest prawdą cały ten pomysł jest odrażający! Niedobrze mi się robi!

— Spodziewałam się takiej odpowiedzi — uśmiechnęła się lady Edith — a ponieważ długo nie było cię w Anglii, nie wiesz, że wielu angielskich dżentelmenów z przyjemnością Wymieniło swoje tytuły na kilka milionów dolarów.

— Nie mogę w to uwierzyć — powiedział książę — i pozwól, że ci powiem, iż wszystkie propozycje zniżenia się do takiego poziomu spotkają się ze zdecydowanym: „nie”!

Lady Edith podniosła swą szklaneczkę sherry.

— Oczywiście, drogi Seldonie, masz rację — odparła—i podziwiam cię za to. Po tym jednak co mi powiedziałeś, a co sama doskonale wiedziałam, zanim tu przyszłam, chciałabym ci zadać kilka pytań.

— Jakich pytań? — zapytał książę tonem nie znoszącym sprzeciwu.

— Twoja ciotka przysłała mi list, który otrzymałam tuż przed wyjazdem z Nowego Jorku, gdzie informuje mnie, że od śmierci twego ojca nie otrzymuje swojej pensji.

Czekała na reakcję księcia, a gdy nie odpowiadał, mówiła dalej:

— On zapisał jej 750 funtów rocznie i są to jedyne pieniądze, jakie ma na życie. Oczywiście, posiada dom w majątku, który według moich informacji wymaga gruntownego remontu, lecz ona ma prawie osiemdziesiąt lat i wątpię czy poradzi sobie dysponując mniejszą sumą i mając na utrzymaniu jeszcze dwoje służących, którzy pracowali u niej przez lata.

Książę nie odzywał się, a lady Edith mówiła dalej:

— Jest jeszcze kilku takich staruszków, którymi twoja rodzina się opiekowała. Mam listę ich nazwisk, a rozpoczyna ją twoja stara guwernantka. Chyba pamiętasz pannę Chamberlain? Ona otrzymuje tylko 200 funtów rocznie, ale ma sześćdziesiąt siedem lat i cierpi na reumatyzm, więc nawet gdyby chciała, nie mogłaby już pracować.

Mówiąc to lady Edith wyciągnęła z torebki kartkę, a teraz spojrzała na księcia. Na jego twarzy malowało się rozdrażnienie.

— Służący — mówiła dalej — i inni opłacani pracownicy należą oczywiście do specjalnej grupy łudzi, którą nadzoruje zarządca majątku, ale niedyskrecją byłoby informowanie ich o obecnych pensjach naszych krewnych.

Podniosła kartki.

— Mam tu ich listę. To wychodzi ponad trzy i pół tysiąca funtów rocznie, a szczerze mówiąc, Seldonie, bez podwyższenia tych sum ciężko będzie im przeżyć.

— Podwyższenia?! — wykrzyknął książę. Jak ci się wydaje, skąd ja mam nagle wziąć trzy i pół tysiąca funtów rocznie?

Lady Edith westchnęła.

— Wiem, że to niemożliwe, ale co zrobić z tymi staruszkami? Bez pieniędzy wszyscy skończą w domach opieki.

Książę Otterburn kolejny raz minął pokój i podszedł do okna.

— Krew mnie zalewa — powiedział z wściekłością — gdy tylko pomyślę o pieniądzach, które mój ojciec roztwonił na aktoreczki, na konie, które nigdy nie opuściły swych stajni, by stanąć do wyścigu i na zastępy nikomu niepotrzebnych służących.

— Ciężko o tym myśleć — wyrozumiale odparła lady Edith — ale nie cofniemy czasu i nie zmienimy tego, co się stało.

— Wiem — odrzekł książę. — Pytanie tylko, co z tym zrobić?

— Jeśli nie zamierzasz dopiąć swego mordując wszystkich, którzy znaleźli się na liście, istnieje tylko jedno wyjście.

— Ożenić się dla pieniędzy? — zapytał książę. — To poniżające i plugawe rozwiązanie, które według mnie jest gorsze niż handel niewolnikami, albo sprzedawanie się prostytutek w domach publicznych!

Mówił surowym, ostrym tonem, a po chwili milczenia dodał:

— Wybacz mi, Edith, nie powinienem zwracać się do ciebie tym tonem.

— Rozumiem cię, Seldonie — rzekła miękko — dla kogoś tak zasadniczego i prostolinijnego jak ty, to musi być ogromna rozterka.

Książę westchnął głośno, a ona kontynuowała:

— Lecz takie rzeczy zdarzały się wśród angielskiej arystokracji od zarania. Przypatrz się rodzinom, które znamy i podziwiamy. Zawsze przy tej czy innej okazji przyjmowali w swe szeregi dziedziczkę, która zapełniała skarbiec, a ja nie mogę się oprzeć wrażeniu, że odrobina pospolitej krwi zmieszana z czystą błękitną, poprawiała gatunek!

— Mimo wszystko uważam, że nie jest to najbardziej praktyczne rozwiązanie — niecierpliwie odparł książę.

— Pozwól, że będę miała odmienne zdanie. Ponieważ spędziłam dużo czasu w Nowym Jorku, chyba rozumiem uczucia matek z Nowego Świata, które chcą zapewnić swym córkom wszystko co najlepsze w Starym.

Dostrzegła wyraz twarzy księcia i powiedziała:

— Niektóre Amerykanki to bardzo atrakcyjne, posiadające i osobowość, i charakter kobiety, a do tego znacznie lepiej wykształcone niż nasze panny.

Zauważyła sceptycyzm w jego spojrzeniu, więc kontynuowała, zanim miał szansę się odezwać:

— Amerykanie są inni. W młodości całą swoją energię, siłę i ambicje skupiają na zarabianiu pieniędzy. Rzadko który jest kulturalny, a gdyby się nad tym zastanowić, rzadko który interesuje się czymś więcej, niż własnymi problemami, czyli finansami!

— Nie chcę tego słuchać! — krzyknął książę.

— Owszem, chcesz! — ostro odparła lady Edith. — Mówię ci, Seldonie, że jedyną szansą ocalenia rodziny, zamku i życia zależnych od ciebie ludzi, jest ślub z uroczą Amerykanką, która ofiaruje ci fortunę i da wolną rękę w dysponowaniu nią, w zamian za twe nazwisko i książęcy tytuł.

— To pachnie osiemnastowiecznym stręczycielstwem!

Był wściekły i chciał, by te słowa zabrzmiały jak obelga.

Lady Edith roześmiała się.

— Seldonie, jeżeli próbujesz mnie zranić, to nic z tego. Wiem, jak się czujesz, ale nawet podobni tobie idealiści muszą zaakceptować świat, jakim jest, a nie, jakim chcieliby go widzieć.

Już łagodniejszym tonem dodała:

— Uważam, że małżeństwo jest twoim obowiązkiem, a gdy już to przełkniesz, okaże się, że nie jest tak fatalnie, jak przypuszczałeś. Obiecuję, że wybiorę ci żonę, która będzie i atrakcyjna, i odpowiednia dla ciebie. To dwie cechy, które, ku twemu zaskoczeniu, Amerykanie posiadają, a my zazwyczaj zatracamy.

Lady Edith przerwała na chwilę, lecz zaraz mówiła dalej:

— Wcześniej czy później musisz się ożenić. Gdybyś popatrzył na angielskie dziewczęta, które pierwszy raz opuszczają szkolne mury, gdzie zawsze były pod kuratelą opiekunek, i które aż do czasu debiutu nigdy nie pokazują się publicznie, byłbyś załamany.

Nie dała księciu czasu na odpowiedź i kontynuowała: