Nieustraszony LampartTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Nieustraszony Lampart - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Przełożyła

TERESA OLCZAK

Saga

Nieustraszony Lampart - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tłumaczenie

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Projekt okładki: grafiskstue.dk

Copyright © 1977, 2021 Barbara Cartland i SAGA Egmont

ISBN: 9788711770061

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

1814

Czy pan sobie jeszcze czegoś życzy, milordzie?

— Gdybym czegoś potrzebował, zadzwonię.

— Tak jest, milordzie.

Kamerdyner wraz z trzema lokajami wyszli z pokoju, a lord Cheriton zajął miejsce przy stole i rozejrzał się po twarzach zgromadzonych gości. Było ich sześciu, a wszyscy młodzi, bystrzy, inteligentni. Podano bardzo wystawną kolację i wina przedniej jakości, choć nie częstowano nimi w nadmiarze, jak to się zdarza na kawalerskich przyjęciach. Sam gospodarz baczył pilnie, żeby goście nie nadużyli trunków, i karafka porto krążyła dopiero po raz drugi. Wypiwszy spory łyk, odezwał się do zgromadzonych:

— Mam nadzieję, panowie, że zdajecie sobie sprawę, że wezwałem was tutaj w sprawie szczególnej wagi.

Nikt się nie odezwał i lord Cheriton wiedział, że wszyscy czekają z uwagą, co ma im do powiedzenia. Wyglądał imponująco wśród pozostałych mężczyzn i przyciągał wszystkie spojrzenia. Niemal wszyscy siedzący przy stole musieli przyznać, że w pełni zasłużył na przydomek, który mu nadano podczas wojny.

Na rozkaz Napoleona armia Wellingtona działająca w Hiszpanii miała być zepchnięta do morza jak niegdyś Maurowie. Zgodnie ze swoim zamiłowaniem do mocnych określeń Napoleon nadał swemu przeciwnikowi przydomek „Lampart”. Nie nazwał go lwem, który jest królem zwierząt, lecz właśnie lampartem, jako że jest to zwierzę pojawiające się na herbach, wychudzone i wstrętne, i w ten sposób chciał ośmieszyć dowódcę brytyjskiej armii.

Przydomek był efektowny, lecz w podtekście zawierał drwinę. Nie mniej jednak każdy żołnierz, który służył pod Arthurem Wellesleyem w Indiach odbierał go w znaczeniu pozytywnym. Ci żołnierze zabili nie tylko lamparty przeznaczone do polowań hinduskiego władcy, lecz rozprawili się też z nim samym, dlatego śmiali się głośno, gdy im powiedziano, że Napoleon tak nazywa ich dowódcę.

— Ten „Paskudny Lampart” samą swoją obecnością bezcześci Półwysep Iberyjski — wściekał się cesarz. — Niech nasze zwycięskie Orły dotrą aż do Słupów Herkulesa.

Ten sam przydomek przylgnął też do dowódców Wellingtona. I tak pojawiły się oddziały „Wściekłych Lampartów”, „Chudych Lampartów”, „Utrapionych Lampartów”, „Przeklętych Lampartów”.

— Postarajmy się, żeby nas długo tak przeklinali — powiedział lord Cheriton przed bitwą pod Vitorią, i Francuzi uciekali w popłochu przed natarciem „Przeklętych Lampartów”.

Żołnierze służący pod rozkazami lorda Cheritona wiedzieli, że jest on człowiekiem twardym, nie znającym litości, wymagającym wobec podwładnych, lecz nie szczędzącym również siebie. Uważali go za sprawiedliwego dowódcę i choć nie kochali go, cieszył się poważaniem, a jeden z jego strzelców tak się o nim wyraził:

— Kazał mnie stłuc do nieprzytomności za grabież, a mimo to podczas bitwy poszedłbym za nim bez szemrania, ufając mu jak samemu Bogu.

Dziwnym zbiegiem okoliczności w swoim wyglądzie miał coś z lamparta. Jego sława wojenna stale rosła. Posiadał nie tylko zdolności przywódcze, lecz był obdarzony czymś w rodzaju szóstego zmysłu, dzięki któremu potrafił w ostatniej chwili zmienić porażkę w zwycięstwo.

— Tylko „Przeklętemu Lampartowi” mogło się to udać — mówili między sobą inni dowódcy.

Obserwując siedzących przy stole, lord Cheriton myślał o ich zasługach podczas wojny. Byli to doświadczeni w bojach żołnierze nie lekający się niewygód.

Tego lata 1814 foku Wielka Brytania świętowała zawarcie pokoju, podczas gdy Europa leczyła rany. Oznaczało to dla tysiąca ludzi, którzy odnieśli zwycięstwo, konieczność pomyślenia o przyszłości, bo dotychczas w ich młodym życiu były wyłącznie trudy wojowania.

— Czy słyszeliście, panowie — odezwał się lord Cheriton odstawiając kieliszek — o gangu z Hawkhurst?

Na twarzach zgromadzonych mężczyzn malowało się zaskoczenie.

— Czy nie chodzi tu przypadkiem o przemytników, milordzie? — zapytał jeden z uczestników spotkania, kapitan Charles Hobden.

— Trafił pan — odrzekł lord Cheriton. — Przed pięćdziesięcioma laty gang z Hawkhurst terroryzował całe południowe wybrzeże Anglii. Byli to nie tylko ludzie zdecydowani na wszystko, lecz także dysponowali ogromną siłą.

— Pięćdziesiąt lat temu! — wyszeptał któryś z obecnych.

— Mówiło się w tych czasach — kontynuował lord Cheriton — że gang potrafił zebrać w Hawkhurst pięciuset uzbrojonych ludzi w ciągu zaledwie godziny. Wymagało to, jak panowie rozumiecie, dobrej organizacji, a celnicy, którzy strzegli wybrzeża, mieli pełne ręce roboty.

— To brzmi wprost nieprawdopodobnie! — zauważył któryś z mężczyzn.

— Ale tak było — rzekł lord Cheriton. — To oni właśnie nadal służą za wzór przemytnikom. — Zauważywszy, że goście spoglądają na niego ze zdumieniem, zapytał: — Czy wiecie, panowie, ile złota przeszmuglowano do Francji podczas wojny?

— Słyszałem, że ten szmugiel był dla Napoleona źródłem żywego pieniądza tak bardzo mu potrzebnego na zakup sprzętu wojennego — zauważył kapitan Hobden.

— Możecie sobie wyobrazić, jak bardzo Napoleon cenił sobie usługi naszych przemytników — powiedział lord Cheriton. — Oszacowano, że statki przeznaczone do szmuglu angielskiej waluty przewoziły każdego tygodnia przez kanał La Manche od dziesięciu do dwunastu tysięcy gwinei.

— To niemożliwe! — wykrzyknął ktoś.

— Powiedział mi o tym sam premier — wyjaśnił lord Cheriton.

— Premier!

Przy stole rozległy się szepty.

— Właśnie w związku ze sprawą powierzoną mi przez pana premiera zaprosiłem panów na dzisiejszy wieczór — oświadczył lord Cheriton.

— Ale wojna przecież się skończyła — zauważył młody major.

— Wojna tak — rzekł lord Cheriton — ale nie szmugiel. Zgodnie z ocenami pana premiera jego skala będzie się nawet nasilać.

— A to czemu?

— Ponieważ marynarka zwalnia do cywila wielu marynarzy, stają się oni cennym instrumentem w ręku ludzi chciwych, pragnących zbić majątek na przemycie.

— Teraz rozumiem — zauważył major, który odezwał się poprzednio.

— Ten proceder w ubiegłym stuleciu był groźniejszy od wszelkich nieprzyjacielskich fortyfikacji. — Lord Cheriton przerwał na chwilę, a potem mówił dalej: — Ogromne składy towarowe mieszczące się w Roscoff, Dunkierce, Fécamp oraz w Calais ułatwiały sprzedaż szmuglowanych towarów. Napoleon natomiast popierał budowę na terenie Francji statków przeznaczonych do przewozu kontrabandy.

— Czy to być może? — zdziwił się kapitan Hobden.

— Zdarzało się, że w Calais za zgodą władz francuskich budowało się jednocześnie aż osiemnaście takich jednostek.

Zdumienie słuchaczy rozbawiło lorda Cheritona, choć sprawa była bardzo poważna.

— Według cyfr podawanych przez Napoleona — kończył — w samej Dunkierce przebywało ponad pięciuset angielskich przemytników.

— A co na to nasza straż przybrzeżna? — zapytał jeden z gości.

— Dla każdego, kto zapoznał się z tym problemem, jest oczywiste — odrzekł lord Cheriton — że dowódcy straży dysponują bardzo niewielkimi siłami i gdy próbowali interweniować, kończyło się to bezsensownym rozlewem krwi, a nawet śmiercią. — Przerwał na chwilę, a potem dodał: — Do pana premiera dotarły wiadomości, że sędziowie obawiają się zemsty w przypadku wydania skazującego wyroku. Z tej samej przyczyny nie sposób znaleźć świadków, którzy zechcieliby zeznawać przeciwko osadzonemu w areszcie przemytnikowi.

— Wygląda na to, że władze stoją na straconej pozycji — zauważył kapitan Hobden.

— Chciałbym poinformować panów — kontynuował lord Cheriton — że w ostatnich latach wojny powstały dwa nowe gangi. Jeden działający pomiędzy Alford i Hythe, wzdłuż bagnistego brzegu, przyjął nazwę „Błękitni”. Drugi — pomiędzy Havant i Worthing posługuje się kryptonim „Larks” — „Skowronki” od nazwy miejscowości Larkswell. — Przerwał na chwilę, a potem powiedział: — Trzeba wiedzieć, że do tych gangów należą właściciele niewielkich stateczków, poków, ponadto ludzie gotowi do walki, a ich dowódcy posiadają sporą wiedzę wojskową.

— Co to oznacza w praktyce? — zapytał mężczyzna, który milczał dotychczas.

— Oznacza to, że ludzie ci potrafią rozładować statek w ciągu kilku minut — objaśnił lord Cheriton. — Mówiono mi, że lina nośna przesuwa się tak szybko, że obsługujący ją ludzie muszą uważać, żeby nie postradać palców.

— I opłaca im się takie ryzyko?

— W ostatnich latach ryzyko było naprawdę niewielkie — rzekł lord Cheriton — a na sprzedaży herbaty, alkoholu i tytoniu można zarobić wielkie pieniądze, jeśli przywiezie się towar bez cła.

Zapanowało milczenie. Każdy z siedzących rozumiał dobrze, jak bardzo wzrosły podczas wojny ceny tych towarów.

 

— Sądzi pan, milordzie, że powinniśmy powstrzymać ten proceder? — zapytał kapitan Hobden.

— O ile to się uda — odrzekł lord Cheriton — lecz przede wszystkim pan premier prosił mnie, żebym się zorientował w sytuacji i zaproponował mu środki zaradcze. Planuje się wprowadzenie nowej polityki chroniącej nasze wybrzeże określanej jako Blokada Brzegowa. Jest to na razie tajemnica państwowa. — Lord Cheriton uśmiechnął się, po czym kontynuował: — Ta polityka w zamierzeniu rządu przyniesie dwie korzyści: da pracę zwolnionym z marynarki młodym ludziom i uderzy w przemytników.

— Z tego, co pan powiedział wcześniej, można sądzić, że nie jest to łatwe zadanie.

— Planuje się zaangażowanie statków wojennych — rzekł lord Cheriton. — Rozlokuje się ludzi w fortach zbudowanych dla ochrony wybrzeża. Każda załoga będzie odpowiadać za swój odcinek.

— A czym my się zajmiemy, milordzie? — zapytał jeden z młodszych.

— Naszym zadaniem — powiedział powoli lord Cheriton — będzie przenikanie do wiosek i małych miasteczek w hrabstwach Kentu i Sussex i zasięganie języka na temat gangów. — Przerwał na chwilę, a potem dodał ostro: — Czegokolwiek byśmy się dowiedzieli, mamy się powstrzymać od bezpośrednich akcji. Panowie będziecie mi przekazywać swoje spostrzeżenia. Powstanie z nich raport, który zostanie przedstawiony panu premierowi.

— To brzmi zachęcająco — powiedział major.

— Jest to zadanie ciekawe, lecz niebezpieczne! — oświadczył lord Cheriton, a ton jego głosu sprawił, że goście spojrzeli na niego uważnie. — Każdy, kto zetknął się z problemem przemytu, wie że udzielający informacji ryzykuje życie, jeśli zostanie złapany, a przed śmiercią jest poddawany torturom. — Przerwał, a potem dodał: — Znajdowano ciała zamęczonych na śmierć ludzi, czy też okaleczonych tak, że lepiej tego nie opisywać. Dla wielu śmierć po wielu dniach lub nawet tygodniach straszliwych cierpień była po prostu wyzwoleniem.

Lord Cheriton mówił bardzo powoli zdając sobie sprawę z wrażenia wywieranego na słuchaczach.

— Postać wesołego przemytnika, popełniającego przestępstwa, lecz obdarzonego szlachetnym sercem, jest wytworem romantycznych pisarzy — rzekł. — Rzeczywistość jest inna. Ludzie, z którymi mamy się zmierzyć, są bezlitosnymi mordercami. Terroryzują farmerów, pozbawiają ich mienia, nastająna ich kobiety. Nie oszczędzają nikogo, kto się im sprzeciwi. — Zamilkł na chwilę, a potem zwrócił się do zgromadzonych: — Czy macie, panowie, jakieś pytania?

Ponieważ nikt się nie odezwał, odsunął karafkę i kieliszki i rozłożył przed sobą mapę.

— A więc zabierzmy się do pracy — rzekł. — Czekają na nas poważne zadania.

Lord Cheriton wyjeżdżając z cienia drzew ujrzał w promieniach słońca błękitne wody kanału La Manche. Las, z którego się wynurzył, znajdował się na stoku wzniesienia, poniżej rozciągały się łany zbóż i niewielka osada. Zatrzymawszy konia przypatrywał się okolicy, a jadący za nim służący stanął także i czekał. Upłynęło szesnaście lat od czasu, kiedy po raz ostatni widział wieś Larkswell i nie pragnął już jej więcej oglądać.

Kiedy przebywając w Indiach myślał o niej, kojarzyła mu się z piekłem. Zdawało mu się, jakby ją pokrywał niczym mgła czarny całun. Obecnie w blasku letniego dnia wioska wyglądała uroczo, co wcale nie sprawiało mu przyjemności. Pomyślał, że gdyby gang „Skowronków” obrał ją za swoją siedzibę, byłaby to sprawiedliwa dla niej kara. Stał tak w milczeniu przez kilka minut, aż jego służący zaczął pochrząkiwać przypominając mu dyskretnie, że czas wyruszyć w dalszą drogę. Na ten dźwięk lord Cheriton odwrócił się.

— Czy to jest Larkswell, milordzie? — zapytał służący.

— Tak, Nickolls, to jest Larkswell — rzekł. — Kiedy się tam znajdziemy, pamiętaj, co masz zrobić.

— Mam pójść do gospody i zapytać o nocleg.

— Właśnie — rzekł lord Cheriton. — Powiedz, że jedziemy do Dover, lecz zbytnio się nam nie spieszy. Po zwolnieniu z armii żaden z nas nie może znaleźć pracy.

— Doskonale pamiętam wszelkie pana instrukcje, milordzie.

— A więc przestań się do mnie zwracać w ten sposób.

— Tak jest, proszę pana, powiedziałem tak tylko dlatego, że jesteśmy sami.

— Od tej chwili Nickolls przestajesz mnie tytułować, a gdy znajdziemy się w Larkswell, nie zapomnij, że nazywam się Stuart Bradleigh.

— Nie zapomnę, proszę pana.

— To bardzo ważne, pamiętaj.

— Dobrze, proszę pana.

— I co najważniejsze, Nickolls, nie zadawaj żadnych pytań. Słuchaj tylko, co mówią inni. Udawaj, że nie interesują cię miejscowi ludzie ani ich sprawy.

— Może pan na mnie polegać.

— Wiem o tym — rzekł lord Cheriton. — Inaczej nie zabrałbym cię ze sobą.

— Proszę mi wybaczyć, lecz jeśli mnie ktoś zapyta, jaki miał pan stopień w wojsku, co mam powiedzieć?

— Powiesz, że stopień kapitana, ponieważ byłem zbyt biedny, żeby sobie zafundować wyższą szarżę, i zbyt buntowniczy, żeby mnie awansowano. — Lord Cheriton zastanowił się przez chwilę, a potem dodał: — Sprawiaj wrażenie, że obydwaj mamy już dosyć wojny i pragniemy się osiedlić w jakimś spokojnym miejscu.

— Dobrze, proszę pana.

— I że nie wiemy jeszcze dokładnie, dokąd się udamy.

Powiedziawszy to, lord Cheriton ruszył ze wzgórza w stronę wioski. Wyraz jego twarzy był ponury i poważny, jak przed bitwą. Zostawiwszy Nickollsa w gospodzie pojechał wąską zakurzoną drogą wiodącą do bramy parku otoczonego kamiennym ogrodzeniem. Mur był bardzo zniszczony, a żelazna brama pomiędzy dwoma filarami ledwo wisiała w zawiasach. Jeden z gryfów zdobiących filary spadł na ziemię, a drugi był całkowicie zarośnięty bluszczem.

Lord Cheriton poprowadził konia wzdłuż podjazdowej alei. U podnóża rosnących tam dębów walały się połamane gałęzie. Z oddali widać było dom. Gdyby ktoś w tej chwili przyjrzał się uważnie lordowi Cheritonowi, spostrzegłby w jego napiętych rysach wyraźne podobieństwo do lamparta.

Zbudowany z cegieł dom odbijał się czerwoną plamą na tle zieleni drzew. Podjechawszy bliżej lord Cheriton przypomniał sobie, jak pewnego ranka o bardzo wczesnej porze przemykał tym podjazdem, a we mgle snującej się od morza świat wydawał się szary i niewyraźny. Było mu to bardzo na rękę, gdyż mgła stanowiła osłonę dla jego ucieczki. Po razach otrzymanych poprzedniego wieczora plecy bolały go nieznośnie. Uderzenia otworzyły stare rany po wcześniejszym biciu i spuszczając się po rynnie z okna sypialni czul, że skaleczenia krwawią. Nie zważał na to, myślał wyłącznie o tym, żeby jak najszybciej opuścić ten dom. Pragnął uwolnić się od życia, które stało się nieznośne. Postanowił, że nigdy już tu nie wróci, a jednak wrócił.

Jechał teraz w stronę domu, do którego nienawiść była tak silna, że nawet odległość tysięcy kilometrów nie była w stanie jej przytłumić. Podjechał jeszcze bliżej i dostrzegł nie bez satysfakcji dziury w dachu i powybijane szyby w oknach.

Przypomniał sobie, jakby to było wczoraj, swój przyjazd do Anglii w 1805 roku wraz z całym regimentem. Na tym samym statku płynął wraz z nimi generał Arthur Wellesley. Po spędzeniu w Indiach dziewięciu lat Anglia wydawała mu się bardzo dziwnym krajem. W chwili ucieczki miał piętnaście lat, wtedy o życiu wiedział bardzo niewiele. Później nauczył się wszystkiego w bardzo twardej szkole życia. Nauczył się, jak być mężczyzną w gęstej dżungli w Mallabely, w fortecy Seringapatam, w upale i gorączce Mysore.

Często zastanawiał się, jak udało mu się przeżyć te lata. Zaciągając się do wojska skłamał, że jest o trzy lata starszy. Trafił na ludzi brutalnych i prostackich, których obawiał się bardziej niż nieprzyjaciela. Lecz wszystko to było niczym wobec tyranii i okrucieństwa własnego ojca. Dziwnym zbiegiem okoliczności w życiu, które sam sobie wybrał, znalazł po latach szczęście będące udziałem tych, co sami są budowniczymi własnego losu.

Kiedy doszedł do wieku dwudziestu pięciu lat, powiedział sobie, że nie ma innego życia jak to, które sobie wybrał, przybierając nazwisko Stuarta Bradleigha, pod którym zaciągnął się do armii. Pewnego razu, kiedy generał Wellesley oczekiwał na rozkaz udania się na kontynent, Stuarta Bradleigha wezwano przed oblicze dowódcy. Zastanawiał się, co chce mu zakomunikować. Jego jedynym pragnieniem było podążanie za człowiekiem, pod którego rozkazami służył już jedenaście lat. Zdawał sobie sprawę, jak inni podwładni Arthura Wellesleya, że ma on wziąć udział w walce z Napoleonem i że zabierze ze sobą wybranych ludzi.

— Sierżant Bradleigh? — powiedział generał Wellesley, gdy pojawił się w jego gabinecie i zasalutował.

— Tak jest, panie generale!

— Czy to prawda, że zaciągnęliście się do armii pod przybranym nazwiskiem?

Była to ostatnia rzecz, jaką lord Cheriton spodziewał się usłyszeć. Przez moment nie był w stanie odpowiedzieć. Przyzwyczaił się już do nazwiska, które sam sobie wybrał, i niemal zapomniał, że miał inne.

— Tak, panie generale! — powiedział zmienionym tonem.

— I wasze prawdziwe nazwisko brzmi John Heywood?

— Tak jest, panie generale!

— A więc muszę powiadomić was, sierżancie, że wasz ojciec nie żyje!

Milczał, bo nie mógł przecież powiedzieć, że jest to najlepsza wiadomość, jaką kiedykolwiek usłyszał.

— Oznacza to — rzekł spokojnie generał Wellesley — że jest pan teraz lordem Cheritonem.

To, co usłyszał, zaskoczyło go w najwyższym stopniu. Nigdy nie myślał, że będzie nosił tytuł po swym ojcu. Dla niego ojciec od wczesnego dzieciństwa był tyranem i brutalem i szczerze go nienawidził.

— Lordem Cheritonem? — zdziwił się niemądrze.

— Czy w takich okolicznościach — kontynuował generał — zamierza pan pozostać w armii?

— Oczywiście, panie generale!

— Domyślam się, że odziedziczył pan spory majątek — rzekł generał. — Przybył tutaj pański adwokat i jeśli to konieczne, udzielę panu urlopu.

— Dziękuję, panie generale.

— Myślę, Cheriton — odezwał się po chwili generał — że powinien pan kupić sobie stopień oficerski. Dopomogę w tym panu i wystawię rekomendację.

Nie pozostawało nic innego, jak zasalutować i wyszeptać słowa podziękowania. Raptem Arthur Wellesley wyciągnął ku niemu rękę.

— Z radością powitam pana wśród moich oficerów.

Przypomniał sobie teraz, że wówczas poczuł przypływ dumy. Przeczuwał instynktownie, że ma do czynienia z człowiekiem, który stanie się największym bohaterem swoich czasów — przyszłym księciem Wellingtonem.

Po wyjściu z gabinetu generała zastał przed drzwiami oczekującego na niego siwowłosego adwokata.

— Miałem spore kłopoty z odnalezieniem pana, milordzie — zrobił mu wymówkę starszy mężczyzna.

— Czy sprawa była aż tak ważna.

Adwokat spojrzał na niego ze zdumieniem.

— Niezwykle ważna! Tu jest spis majątku pozostawionego przez pańskiego ojca, a tutaj wykaz pieniędzy złożonych przez niego w banku. Wasza lordowska mość przekona się niebawem, że odziedziczył niebagatelną fortunę.

Uświadomił sobie nagle, że jest bogatym człowiekiem, lecz nie sprawiło mu to satysfakcji. Wolałby niczego nie przyjmować od ojca, nawet tytułu, lecz to ostatnie było nieuniknione. Dotychczasowe życie sprawiło, że był przyzwyczajony do podejmowania szybkich decyzji, kazał więc adwokatowi, aby zaopiekował się majątkiem, jaki jego ojciec posiadał w Londynie, i aby pobierał czynsz. Polecił mu też, żeby zamknięto Cheriton House mieszczący się przy Berkeley Square, lecz utrzymywano go w porządku aż do jego powrotu. Zaproponował, żeby zapytać dzierżawców z Sussex, czy nie chcieliby wykupić na własność swoich gospodarstw. Gdyby odmówili, zabudowania gospodarskie i ziemię należało utrzymywać w stanie używalności.

— A co pan rozkaże w sprawie Larks Hall? — zapytał adwokat z szacunkiem.

Zapanowało milczenie. Po chwili nowy lord Cheriton odezwał się zmienionym głosem:

— Niech się rozpadnie w gruzy!

Obecnie przybliżając się do domu zauważył, że wcale się nie rozpadł, przynajmniej na razie, choć dziewięć lat opuszczenia zrobiło swoje. Chciał zobaczyć ten dom w ruinie, bo tylko wówczas, jak myślał, przestaną go dręczyć zmory przeszłości, nie będzie już więcej słyszał wrzasków ojca ani czul jego uderzeń.

Mijając staw przypomniał sobie te nieliczne szczęśliwe godziny, gdy łowił w nim ryby lub kąpał się w jego przejrzystej wodzie uśmierzając ból po uderzeniach. Kiedy zbliżył się do drzwi frontowych, zauważył ze zdumieniem, że są otwarte. Pomyślał, że może to i lepiej, bo deszcz, śnieg i wiatr swobodnie hulały w środku i dokonywały dzieła zniszczenia.

Zsiadł z konia, dorodnego ogiera, który wraz z nim przemierzył pola bitew w Europie i powrócił do Anglii ze swoim panem. Przymocował lejce do końskiego karku i puścił go wolno wiedząc, że przybiegnie na zawołanie. Niechętnie i z oporami przed zetknięciem z przeszłością wszedł do środka. Ku jego wielkiemu zdziwieniu w holu nie było ani brudu, ani śladów zniszczenia. Spodziewał się, że ujrzy ściany pokryte pajęczynami, zwalone na podłogę obrazy, pełne kurzu dywany, a tymczasem wszędzie panował ład i porządek.

 

Lord Cheriton rozglądał się dokoła zdumiony. Dębowe meble były wyczyszczone do połysku, u podnóża schodów na stoliku stała waza pełna róż. Zapamiętał ten stolik, bo odwiedzający kładli na nim listy i wizytówki, których ojciec nigdy nie czytał. W zamyśleniu podszedł do drzwi ulubionego saloniku matki. Był to jedyny pokój w całym domu, o którym myślał bez nienawiści. Biblioteka — tam najczęściej odbierał razy — kojarzyła mu się z cierpieniem fizycznym, natomiast jadalnia — gdzie ojciec wygłaszał napuszone przemowy, była też miejscem budzącym strach.

Otworzył drzwi i stał przez chwilę oniemiały nie mogąc otrząsnąć się z wrażenia, że chyba śni. Pokój tonął w słonecznym blasku. Zdawało się, jakby nic się w nim nie zmieniło od czasów jego dzieciństwa. Wkrótce dostrzegł, że zasłony są wypłowiałe, lecz pocerowane. Miękkie sofy, których kolor przypominał ceglane ściany domu, również miały naprawione obicia. Meble lśniły czystością a niemal wszędzie stały kwiaty: róże, ostróżki, lilie, takie same jak te, które hodowała matka i zanosiła w każdą niedzielę do małego wiejskiego kościółka.

— To niesamowite! Wprost nie do wiary! — powiedział do siebie.

Lord Cheriton stał w drzwiach, chłonąc wzrokiem każdy szczegół, gdy nagle przez drzwi od tarasu do pokoju weszła młoda kobieta. Jej głowa w promieniach słońca zdawała się otoczona świetlistą aureolą. Lord Cheriton stał nieruchomo, więc kobieta nie zauważyła go. Niosła całe naręcze kwiatów, jej wzrok spoczywał na wiązance, zatem lord Cheriton mógł zauważyć jej długie ciemne rzęsy odbijające od białej cery. Jakby wyczuwając, że ktoś jeszcze jest w pokoju, spojrzała na niego i wydała okrzyk zdumienia.

— Proszę mi wybaczyć — rzekł lord Cheriton — ale drzwi wejściowe były otwarte, więc myślałem, że dom jest pusty.

— Kto panu powiedział, że dom jest pusty? — zapytała drżącym głosem, w którym wyczuwało się strach.

— Nie miałem pojęcia, że tu ktoś mieszka.

— Dlaczego pan sądził, że nikt tu nie mieszka?

— Ten dom nazywa się Larks Hall, nieprawdaż?

— Tak, to prawda.

— I należy do lorda Cheritona?

— Tak, lecz on tutaj nie przyjeżdża i jak słyszeliśmy, choć to może nieprawda, życzy sobie, żeby ten dom zniknął z powierzchni ziemi.

— Tak się składa, że znam właściciela tego domu — powiedział lord Cheriton po chwili.

— To pan go zna! — wykrzyknęła dziewczyna kładąc kwiaty na najbliższym stoliku, jakby wydały jej się zbyt ciężkie.

— Tak, znam go — odrzekł lord Cheriton.

— Czy pan sądzi, że zamierza tutaj wrócić? — zapytała z lękiem, a w jej błękitnych oczach widać było niepokój.

— Nie sądzę, żeby miał taki zamiar — odrzekł lord Cheriton. — A czemu to panią niepokoi?

Dziewczyna odwróciła od niego wzrok i dostrzegł, że nerwowo zaciska palce.

— Czy zamierza mu pan powiedzieć, że był pan tutaj?

— A czy jest jakiś powód, dla którego miałbym mu tego nie mówić?

— Jest wiele powodów.

— Nie rozumiem.

Dziewczyna wykonała bezradny ruch ręką, potem spojrzała na niego poważnie, jakby sprawdzając, czy może mu zaufać, czy też nie.

— Mogę obiecać — rzekł spokojnie — że nie powiem nic właścicielowi domu, jeśli pani sobie tego życzy. Ale ciekaw jestem, czemu się pani niepokoi na wypadek, gdyby się dowiedział, że przebywa pani tutaj.

— Spodziewałam się tego pytania — powiedziała z westchnieniem.

— Bo to w istocie bardzo interesujące.

Dziewczyna znów na niego spojrzała, a on z rozbawieniem uświadomił sobie, że patrzy w taki sam sposób, jak on to robił, gdy oceniał młodego rekruta lub oficera proszącego o awans. Było to spojrzenia sięgające w głąb człowieka, przenikające do serca, a nawet do duszy. Stał spokojnie poddając się jej badaniu, a na jego ustach igrał uśmieszek.

— I co? Można mi zaufać?

— Nie tylko o mnie tu chodzi — odrzekła szybko. — Od tego, co pan powie, zależy los wielu ludzi.

— Wielu ludzi?

— Tych, co tutaj mieszkają.

— Czy mogłaby mi pani to wytłumaczyć jaśniej?

— Spróbuję — rzekła. — Lecz gdyby lord Cheriton dowiedział się o tym, co panu powiem, wyrzuciłby nas stąd wszystkich.

— Może mi pani wierzyć, że nie powtórzę mu niczego, co byłoby dla pani niewygodne.

— To bardzo ładnie z pana strony, że składa pan obietnicę nie poznawszy jeszcze prawdy.

— Nie sądzę, żeby w tym, co mi pani opowie, było coś nagannego — rzekł. — Pani mnie obdarzyła zaufaniem, więc ja również zaufam pani.

Choć miał zwykle do czynienia z mężczyznami, jednak dostrzegł, że jego słowa uspokoiły ją nieco. Dopiero teraz dziewczyna uświadomiła sobie, że on wciąż stoi przy drzwiach.

— Proszę mi wybaczyć — odezwała się — że nie poprosiłam, by pan usiadł, byłam jednak zbyt zaskoczona pańskim nagłym pojawieniem się. Nie przyszło mi nigdy do głowy, że ktoś obcy mógłby się tutaj pojawić. Nigdy się to nie zdarzyło.

— Więc nikt obcy tu nie zachodzi?

— Nie, nigdy. Oni są...

Przerwała wpół zdania, a on czuł, że powstrzymała się, żeby nie powiedzieć czegoś niepotrzebnego. Wskazała mu krzesło stojące przy kominku. Idąc w tę stronę miał okazję przyjrzeć jej się z bliska i stwierdził, że jest bardzo urodziwa. Nie była w niczym podobna do kobiet, które znał dotychczas. Miała błękitne oczy o kolorze ostróżek stojących we flakonie obok krzesła, które mu wskazała. Jej włosy były bardzo jasne, a sylwetka szczupła i delikatna. Dopiero teraz zauważył, że miała na sobie starą, znoszoną i wypłowiałą od częstego prania suknię. Lecz mimo to jej figura prezentowała się doskonale.

Lord Cheriton usiadł na fotelu starając się nie myśleć o tym, że miejsce to zajmował zazwyczaj jego ojciec. Przed oczami stanęła mu matka błagająca o coś swego męża ze łzami w oczach.

— Nie przedstawiliśmy się sobie jeszcze — rzekł widząc, że dziewczyna zastanawia się, co powiedzieć. — Nazywam się Stuart Bradleigh. Znalazłem się tu przejazdem w drodze do Dover.

— A ja jestem Wivina Crompton — odrzekła dziewczyna.

— Bardzo mi miło, że mogę panią poznać, panno Crompton — powiedział kłaniając się.

Nic nie odrzekła, tylko usiadła naprzeciw. Pomyślał, że porusza się z wdziękiem, trzymając głowę wysoko, co spotkałoby się z uznaniem w każdej sali balowej.

— Czekam na pani wyjaśnienia, panno Crompton — rzekł. — Proszę się nie niepokoić, wszystko, co mi pani powie, pozostanie w ścisłej tajemnicy, chyba że pozwoli pani na uchylenie jej rąbka.

Uśmiechnęła się do niego, lecz w jej spojrzeniu wciąż czaił się niepokój.

— Pan pewnie sadzi, że w mojej opowieści będzie coś nagannego — rzekła.

— Na to pytanie odpowiem dopiero, kiedy usłyszę, o co chodzi.

— Tak, oczywiście — odrzekła, wzięła głęboki oddech i zaczęła swą opowieść: — Kiedy przed dziewięcioma laty zmarł stary lord Cheriton, nikt nie pomyślał o tym, co się stanie z jego służbą.

— Jego służbą? — powtórzył lord Cheriton ze zdumieniem.

— Wszyscy ci ludzie służyli w tym domu przez wiele lat — wyjaśniła Wivina. — Dla pani Briggs, kucharki, osoby blisko siedemdziesięcioletniej, było absolutną niemożliwością znalezienie nowej pracy.

— To zrozumiałe.

— To samo dotyczyło starego Rouse, ogrodnika, który rozpoczął pracę w Larks Hall, kiedy był młodym chłopcem, i nigdy się stąd nie ruszał. — Wivina ściszyła głos do niemal szeptu: — Kazano mu się wyprowadzić z zajmowanej zagrody i choć otrzymywał niewielką emeryturę, nie miał się gdzie podziać. To samo było z panią Briggs.

Lord Cheriton milczał.

— Również Pender, stajenny, spodziewał się nie tylko emerytury, ale też jakiegoś kąta, w którym mógłby zamieszkać.

— Czy oni wszyscy zwracali się do adwokata?

— Ma się rozumieć, lecz dowiedzieli się, że nie ma żadnych instrukcji w ich sprawie.

— I co się stało? — zapytał lord Cheriton.