Nieodparty urokTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Nieodparty urok

Najpiękniejsze mitości

Saga

Nieodparty urok Tytuł oryginału: The Unbreakable Spell Przełożyła: Ewa Perkowska Cover image: Shutterstock Cover layout: Grafiskstue.dk Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’ Copyright © 1984, 2021 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711770429

1. Wydanie w formie e-booka, 2021

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

1820

Rocana siedziała szyjąc w niszy okiennej sali szkolnej zamku, gdy drzwi otworzyły się gwałtownie. Dziewczyna podniosła wzrok i ujrzała swą kuzynkę. Jeden rzut oka na jej śliczną twarz wystarczył, żeby odgadnąć, że coś się stało.

— Co się stało, Caroline? — zapytała Rocana.

Przez chwilę wydawało się, że lady Caroline Brunt nie odpowie, lecz wkrótce, idąc w stronę Rocany, powiedziała ze złością:

— Nie zrobię tego! Nie wyjdę za niego, bez względu na to, co powie papa!

— Wyjść za niego! — wykrzyknęła zdumiona Rocana. — O czym ty mówisz?

Caroline usiadła w niszy okiennej i załamawszy ręce odpowiedziała:

— Nie uwierzysz, co się stało!

Rocana odłożyła koronkę, którą zszywała bardzo małymi szwami.

— Opowiedz mi o tym — powiedziała swoim cichym głosem. — Widzę, że bardzo cię to wzburzyło.

— Wzburzyło! — wykrzyknęła Caroline. — Jestem wściekła, kompletnie załamana, i zupełnie nie wiem, co mam teraz zrobić!

W jej ostatnich słowach zabrzmiało coś bardzo patetycznego. Rocana pochyliła się ku Caroline i położyła swą dłoń na jej ręku.

— Powiedz mi o tym — poprosiła.

— Papa powiedział mi właśnie, że zaprosił markiza Quorna na coroczny terenowy bieg z przeszkodami, który odbędzie się w środę — odpowiedziała Caroline — a markiz napomknął, że poprosi mnie o rękę!

— Markiz Quorn! — wykrzyknęła Rocana. — Jesteś pewna?

— Oczywiście, że jestem! A kiedy oznajmiłam, że nie mam zamiaru wychodzić za mąż za markiza, papa powiedział tylko: „Nie chcę dyskutować na ten temat, Caroline, musisz porozmawiać z matką”.

Obie dziewczęta zamarły wiedząc dobrze, że nie było najmniejszych możliwości odwiedzenia księżnej od raz powziętego zamiaru.

Przez chwilę siedziały w milczeniu, wreszcie Caroline wstała gwałtownie i powtórzyła raz jeszcze:

— Nie wyjdę za niego! Nie wyjdę! Wiesz, że kocham Patricka, a on czeka na stosowną chwilę, żeby zbliżyć się do papy.

Rocana nie odpowiedziała, ponieważ była pewna, że Caroline nigdy nie otrzyma pozwolenia na poślubienie Patricka Fairleya.

Był on najbliższym sąsiadem, synem baroneta i czarującym młodzieńcem. Nikt nie mógł mu niczego zarzucić, lecz księżna miała ogromne ambicje dotyczące córki. Zwykły, prowincjonalny dżentelmen nie spełniał jej oczekiwań.

Zazwyczaj Caroline była spokojną i posłuszną dziewczyną pod każdym względem wzorową córką.

Tylko Rocana wiedziała, jak jej kuzynka zmieniła się pod wpływem miłości do Patricka, i odtąd może po raz pierwszy silna wola i determinacja, jakie charakteryzowały jej matkę, ujawniły się w charakterze córki.

To że Caroline zakochała się w Patricku, chłopcu, którego znała całe swoje życie, nie było niczym zdumiewającym, gdyż dopiero przed dwoma miesiącami opuściła pokój szkolny i zadebiutowała w towarzystwie. Przedtem nie uczestniczyła w życiu towarzyskim i, zgodnie ze zwyczajem, gdy książę i księżna przyjmowali gości, Caroline wraz z kuzynką i guwernantką jadła kolację w pokojach na piętrze.

W tej sytuacji nieuchronne było to, że w czasie niemalże codziennych spotkań z okazji konnych przejażdżek, Patrick Fairley zakochał się w niej i uzyskał wzajemność. Tylko Rocana zdawała sobie sprawę z tego, co się działo i zastanawiała się, jak zareagowałaby księżna, gdyby odkryła, gdzie jej córka ulokowała swe uczucia. Właściwie nie musiała się nad tym zastanawiać, wiedziała to zbyt dobrze.

Księżna zmuszała swego męża, aby walczył o każde stanowisko, które dawałoby mu większą władzę w hrabstwie, a także, wbrew jego woli, doprowadziła do tego, że spełniał swe dziedziczne obowiązki na dworze królewskim.

Książę w gruncie rzeczy był pogodnym człowiekiem, którego całkowicie zadowalało spokojne życie w wiejskiej posiadłości, hodowanie koni i psów. Jedyną ekstrawagancją, jakiej się dopuszczał, było trzymanie koni wyścigowych, które wprawdzie rzadko wygrywały, ale dostarczały mu pretekstu aby bywać na wyścigach. Księżna, ku wielkiej uldze swego małżonka, nie interesowała się tego rodzaju rozrywką.

Teraz Rocana doszła do wniosku, że to właśnie na wyścigach książę musiał poznać markiza Quorna, który zazwyczaj obracał się w zupełnie innych kręgach niż książę i księżna Bruntwick. Oczywiście nawet tu, głęboko na prowincji, niemożliwością byłoby nie słyszeć o markizie Quornie, który był bliskim przyjacielem Księcia Regenta, lecz jednocześnie bardzo się różnił od ludzi zazwyczaj otaczających Jego Wysokość.

Markiz był niewątpliwie jednym z najbogatszych członków swojej sfery i odnosił sukcesy we wszystkim, czego się dotknął. Nawet książę nie mógł powstrzymać się od wychwalania jego osiągnięć na wyścigach, na których konie markiza zdobywały wszelkie możliwe nagrody. Był on również znany jako wyśmienity strzelec i pięściarz, który walczył z „Dżentelmenami” Jacksonem i Mendozą. Wyróżnił się też w czasie wojny otrzymując kilka medali za waleczność. Był bohaterem, o którym opowiadano w stajniach i szeptano w salonach. Rocana przypomniała sobie, że słyszała o markizie o wiele więcej od służby niż od przyjaciół ciotki, ale były to wiadomości nie przeznaczone dla jej uszu. Chociaż nie interesowała się tym zbytnio, dotarły do niej pogłoski o licznych aferach miłosnych markiza, z których kilka skończyło się tragicznie. Mówiono, choć nie musiało to być prawdą, że niejedna piękna dama popełniła samobójstwo po rozstaniu z markizem, a wiele innych długo leczyło złamane serca. Plotkowano również, że markiz, wyzwany przez zazdrosnych mężów broniących swego honoru, stoczył kilka pojedynków, które nieodmiennie wygrywał.

Dla Rocany markiz był jak bohater z powieści i chociaż mówiła sobie, że to wszystko jest zbyt fantastyczne, żeby było prawdziwe, łapała się na tym, że słuchała o jego wyczynach, jakby to był kolejny rozdział pasjonującej lektury.

Teraz, na wieść o tym, że ten właśnie człowiek ma poślubić Caroline, zabrakło jej tchu. Gdy znowu mogła przemówić, zapytała:

— Czy znasz markiza?

— Chyba spotkałam go ze trzy razy — odpowiedziała Caroline. — Lady Jersey przedstawiła mi go w Almack i byłam w pełni świadoma tego, że uczyniła to mimo jego braku chęci, aby zatańczyć z debiutantką.

— O czym z nim rozmawiałaś?

— O niczym. Byłam zbyt nieśmiała — odpowiedziała Caroline. — Poza tym, jego mina nie zachęcała do żadnych rozmów. Był zły, gdyż nie miał ochoty z nikim tańczyć, a już najmniej ze mną.

— Kiedy znowu go zobaczyłaś?

— Nie pamiętam, na którym balu to było. Chyba na tym w Devonshire House.

— Co się wtedy zdarzyło?

— Podszedł do papy, żeby porozmawiać o wyścigach, na których byli obaj dzień wcześniej. Mówili o jakimś koniu, który nie pobiegł tak jak trzeba, czy o czymś równie nudnym.

— Mów dalej — zachęcała Rocana.

— Kiedy już rozmawiali jakiś czas, papa zapytał: „Czy poznał pan już moją córkę, Caroline?” Markiz ukłonił się, ja dygnęłam, a on powiedział: „Tańczyliśmy razem w Almack”. Byłam zaskoczona, że o tym pamiętał, ale przytaknęłam. I już więcej nie odezwał się do mnie.

— Co się wydarzyło następnym razem?

— Wtedy musiał ze mną rozmawiać, gdyż siedziałam obok niego w czasie obiadu, ale nie mówił zbyt wiele, ponieważ zabawiał rozmową damę siedzącą po jego drugiej stronie. Ona z pewnością nie pozwoliłaby mi odwrócić od siebie jego uwagę. — Caroline przerwała na chwilę. Potem dodała:

— Markiz jest zarozumiały, protekcjonalny i zadziera nosa. Jeśli chcesz znać prawdę, nie lubię go!

— W takim razie jak możesz go poślubić? — zapytała Rocana.

— Nie mogę! Nie mogę tego zrobić! — krzyknęła Caroline. — Wiem, że to wszystko sprawka mamy! Ponieważ nie może znaleźć dla mnie księcia, więc zadowoli się markizem!

Rocana pomyślała, że z tego, co słyszała o markizie, był on znacznie ważniejszą osobistością niż niejeden książę. Mogła jednak zrozumieć, dlaczego Caroline czułaby się bezsilna i nieszczęśliwa z człowiekiem tak aroganckim i o takiej reputacji jak markiz. Jednocześnie wiedziała, że markiz rozgląda się zapewne za odpowiednią kandydatką na żonę, gdyż wcześniej czy później musiał mieć potomka, który odziedziczyłby jego tytuł, majątek i rozległe posiadłości. Chociaż Rocana nie widziała innych debiutantek, wiedziała, że żadna nie mogła przewyższać urodą Caroline. Jej kuzynka uosabiała tradycyjny typ „angielskiej róży”. Miała idealnie mlecznóróżową karnację, duże, jasnoniebieskie oczy i jasne włosy, których kolor poeta określiłby jako „złoto dojrzewającego zboża”. Poruszała się z wdziękiem i była nadzwyczaj dobrze wychowaną, łagodną osóbką. Byłoby zbyt wielkim wymaganiem żądać, aby do tego wszystkiego była jeszcze bardzo inteligentna. Podczas wspólnych lekcji to Rocana zawsze pierwsza opanowywała materiał przygotowany przez guwernantkę z poszczególnych przedmiotów i dlatego musiała na własną rękę pogłębiać wiedzę i kształcić się dalej samodzielnie.

 

Gdy po raz pierwszy przybyła do zamku po śmierci swych rodziców, pomyślała sobie, ze jest to więzienie, w którym przyjdzie jej spędzić resztę życia. Była tak nieszczęśliwa, że pragnęła śmierci. Potem odkryła ogromną bibliotekę, którą rozbudziła jej zainteresowania i sprawiła, że miała znowu cel w życiu. To matka nauczyła ją, gdy była jeszcze malutka, interesować się wszystkim i pogłębiać swą wiedzę na różne tematy, z którymi się zetknęła. To matka nauczyła ją francuskiego, swego języka ojczystego, i uświadomiła jej, choć Brytyjczycy nie przyjmowali tego do wiadomości, że są jeszcze inne kraje i inni ludzie w różnych częściach świata.

— Musisz mieć szerokie horyzonty, moja kochana — mawiała. — Im więcej się nauczysz, im więcej będziesz umiała, tym lepiej zrozumiesz innych ludzi, poznasz ich uczucia i myśli.

Takie poglądy nie znajdowały dużego zrozumienia, szczególnie w czasie wojny, podczas której Anglicy walczyli z rodakami jej matki. Wielu tak zwanych przyjaciół opuściło ich wtedy, podobnie jak część krewnych jej ojca od nich się odwróciła.

Dużo, dużo później, po przybyciu do zamku, Rocana zdała sobie sprawę, choć wydawało się to trudne do uwierzenia, że książę był zazdrosny o swego młodszego brata, a księżna o jego żonę, matkę Rocany.

Zgodnie z tradycją w arystokratycznych rodzinach angielskich najstarszy syn otrzymywał wszystko. Książę Bruntwick odziedziczył więc tytuł, zamek i ogromną posiadłość, podczas gdy jego młodszy brat otrzymał niewielką rentę, co w praktyce oznaczało, że tonął ciągle w długach. Ponieważ wszyscy uwielbiali „Lorda Leo” (na chrzcie otrzymał imię Leopold), witano go z otwartymi ramionami wszędzie tam, gdzie się pojawił. Jego najbliżsi przyjaciele przez przyjaźń dla niego zaakceptowali również jego francuską żonę. Było to jednak bardzo trudne, co Rocana uświadamiała sobie teraz, dla matki, która uwielbiała ojca i nie chciała mu sprawiać kłopotu swoją osobą.

Była córką francuskiego ambasadora przysłanego do Anglii podczas rozejmu w 1802 roku. Lord Leo ujrzał ją po raz pierwszy na przyjęciu w Londynie i natychmiast zrozumiał, że jest ona dziewczyną, której szukał całe życie. Bardzo przystojny, popularny zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet, które wprost szalały za nim, Lord Leo miał w sobie urok, któremu niewielu ludzi i żadne zwierzę nie mogło się oprzeć. Dlatego kiedy zakochał się w Yvette de Soissons, nie było dla nikogo niespodzianką, że ona odwzajemniła to uczucie. Mimo niezadowolenia księcia i księżnej Bruntwick oraz obaw ambasadora młodzi po kilku miesiącach znajomości pobrali się. Powiedzieć, że byli szczęśliwi, to było zbyt mało. Przepełniało ich ekstatyczne wprost uczucie najwyższego szczęścia, i wszystko układało się wprost idealnie, dopóki nie wybuchła ponownie wojna między Wielką Brytanią a Francją. Ambasador powrócił do Paryża i, chociaż był majętnym człowiekiem, nie mógł przysyłać swej córce żadnych pieniędzy.

— Jestem po prostu zawadą! — Rocana usłyszała, jak jej matka powiedziała kiedyś, gdy nie wiedziała, że jej córka to słyszy.

— Co ja bym zrobił z pieniędzmi? — pytał ojciec — kiedy ty dałaś mi księżyc, gwiazdy i szczęście, jakiego nie doświadczył sam Midas!

Wziął ją w swe ramiona i całował tak długo, póki się nie roześmiała, gdyż cudownie im było razem. Od tej chwili Rocana wiedziała, że za żadne pieniądze nie można kupić miłości.

Zaraz po przybyciu do zamku zdała sobie sprawę, że jest przedmiotem pogardy. Rzadko się zdarzało, aby księżna przepuściła okazję, żeby nie wytknąć jej sieroctwa i ubóstwa, i napomknąć, że powinna być wdzięczna swemu wujowi za dach nad głową, a także za każdy okruch chleba, jaki wkłada do ust.

— Ekstrawagancki, nieodpowiedzialny, po prostu rozrzutny: oto, jaki był twój ojciec! — mawiała z pogardą w głosie. — A jeśli chodzi o twoją matkę!...

Księżna nie potrzebowała słów, żeby wyrazić swą opinię o zmarłej bratowej swego męża.

Gdy Rocana spoglądała w lustro, wiedziała, że bardzo przypomina swą matkę, i rozumiała, dlaczego księżna tak bardzo je obie nienawidziła.

Książę ożenił się zgodnie z wolą swych rodziców. Było to zaplanowane małżeństwo, które połączyło dwa utytułowane rody, satysfakcjonujące obie strony.

Ojciec księżnej, książę Hull dał swej córce olbrzymie wiano, tak że po jego śmierci odziedziczyła kilka ulic i placów w Londynie, z których dochody rokrocznie zamykały się pokaźną sumą. Księżna dała swemu mężowi dziedzictwo, którego tak pragnął, i tak długo naciskała, dopóki nie został mianowany Koniuszym Królewskim, na którym to stanowisku nie miał zbyt wiele do roboty w sytuacji, gdy monarcha był umierający.

Po kilku latach małżeństwa księżna wydała na świat Caroline, która na szczęście odziedziczyła urodę po ojcu i jego rodzinie.

Od wieków księżne Bruntwick były pięknymi kobietami, a ponieważ matka Rocany była również śliczna, jej córka połączyła urodę swych angielskich i francuskich przodków w sposób, który czynił ją zupełnie wyjątkową. W rezultacie ciotka trzymała ją z dala od rodzinnych uroczystości i przyjęć w towarzystwie, nawet po zakończeniu prywatnej edukacji.

Ponieważ Rocana była prawie rok starsza od Caroline, oznaczało to, że ich spotkania ograniczone zostały tylko do czasu, który spędzały w swych sypialniach i szkolnym pokoju. Jeśli na zamku bawili goście, Rocana nie schodziła na posiłki do jadalni.

Z początku nie mogła uwierzyć, że ciotka chce ją w ten sposób izolować, i przypuszczała, że może po prostu przedłuża jej żałobę po ojcu, który zmarł w rok po śmierci jej matki. Lecz wkrótce księżna wyjawiła swe zamiary względem niej.

— Nigdy nie zaakceptuję wyboru twego ojca, Rocano — powiedziała swym ostrym głosem. — Jak wiesz, twoja matka była wrogiem tego kraju, kimś obcym, kto powinien według mnie być uwięziony na czas wojny. Dlatego nie chcę, żebyś spotykała przyjaciół Caroline ani uczestniczyła w przyjęcich.

Przerwała na chwilę, zanim dodała złośliwie:

— Mogłabyś spróbować przydać się na coś, gdybyś pomogła swej kuzynce przy ubieraniu się i porządkowaniu pokoju, gdy służba jest zajęta. Kiedy pojedziemy do Londynu, ty oczywiście zostaniesz tutaj.

Stara piastunka Caroline wyjaśniła Rocanie jeszcze jaśniej, dlaczego jest traktowana w ten sposób.

— Nie smuć się, moja droga — powiedziała zastając Rocanę we łzach. — Jej Wysokość jest po prostu zazdrosna, i nie można tego inaczej wytłumaczyć.

— Zazdrosna? — zapytała z niedowierzaniem Rocana.

— Zawsze była pospolitej urody, nawet gdy była młoda, a teraz ze zmarszczkami i krępą figurą trudno się spodziewać, żeby nie dostrzegała różnicy między sobą a twoją matką!

— Nigdy nie myślałam, że mogła być zazdrosna o moją matkę!

— Oczywiście, że była zazdrosna — ostro stwierdziła niania. — Tak samo jak Jego Wysokość był zazdrosny o Lorda Leo. Jak mógł nie być, kiedy wszyscy uwielbiali twego ojca? Jeździł na koniu lepiej niż książę i zawsze wygrywał we wszystkich gonitwach, nawet gdy byli dziećmi.

Rocana stanęła przed lustrem i uświadomiła sobie, że włosy jej były jasne, tak charakterystyczne dla rodziny Bruntwicków, natomiast oczy, tak jak oczy jej matki, nie były błękitne jak oczy Caroline, lecz miały zupełnie dziwny kolor, w pewnym świetle przypominający fiolet.

— Masz oczy jak bratki — mawiał ojciec powtarzając matce, że jej oczy urzekły go na zawsze.

Z pewnością oczy Rocany wyglądały dziwnie na tle mleczno-różowej cery, która też była odziedziczona po Bruntwickach. Twarz jej jednak miała kształt serca tak często widywanego na portretach francuskich przodków, a kiedy się uśmiechała, wyginała usta w tajemniczy, figlarny sposób, tak inny od idealnego łuku Kupidyna będącego ozdobą słodkiej buzi Caroline.

Rocana pamiętała, jak ojciec pewnego razu powiedział do matki:

— Myślę, moja kochana, że jesteś czarownicą. Jestem najzupełniej pewien, że rzuciłaś na mnie urok. Może jesteś kolejnym wcieleniem Morgan le Fay, lub jakiejś innej średniowiecznej wiedźmy spalonej na stosie, ponieważ ludzie się jej obawiali!

— Czyżbyś się mnie bał? — z czułością zapytała matka.

— Boję się jedynie, że mógłbym cię stracić — odpowiedział ojciec. — Wiesz dobrze, że wystarczy na ciebie spojrzeć, żeby stracie głowę z kretesem!

Matka roześmiała się i odpowiedziała:

— Jeśli tak rzeczywiście jest, to tylko dobrze o tobie świadczy, mój drogi. Dla mnie istnieje tylko jeden mężczyzna na świecie i użyję wszelkich czarów, jakie znam, żeby go zatrzymać przy sobie!

Jakby odgadując myśli Rocany, stara piastunka stojąc za nią powiedziała:

— Jesteś zbyt ładna, i to jest cała prawda! Często się zastanawiam, jak znajdziesz sobie męża, skoro Jej Wysokość nie pozwala ci się z nikim spotykać!

To była ponura myśl, gdyż skończywszy osiemnaście lat Rocana zdała sobie sprawę z tego, że chciałaby wyjść za mąż, choćby po to, aby uciec z zamku. Oczywiście marzyła czasami o rycerzu w lśniącej zbroi lub księciu, który wyglądałby tak jak jej ojciec, zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia i uniósł ze sobąna swym rumaku. Lecz jednocześnie wiedziała, odkąd tylko przekroczyła próg zamku, że jest tutaj nieszczęśliwa nie tylko dlatego, że ciotka nie darzyła jej sympatią, ale również dlatego, że w tym domu nie było miłości.

Kiedy mieszkała z rodzicami w małym dworku, który książę łaskawie podarował bratu, cały dom przepełniało szczęście i radość. Matka i ojciec emanowali ciepłem, które nie miało nic wspólnego z ogniem rozpalonym w kominkach.

A w zamku, nawet w środku upalnego lata, Rocana zawsze drżała z zimna. Kiedy Caroline pojechała w kwietniu do Londynu, podekscytowana perspektywą licznych balów, Rocana pozostawiona samej sobie czuła się bardzo samotnie. Szybko jednak postanowiła, że nie ma sensu płakać do księżyca. Musi być wdzięczna losowi za te kilka przyjemności, które jej zostały. Składały się na nie głównie przejażdżki konne, chociaż czasami trudno jej było znaleźć na nie czas, odkąd księżna obarczyła ją szyciem, oraz książki, które mogła czytać. Na ogół odbywało się to nocami, często do samego ranka, gdyż w ciągu dnia była bardzo zajęta.

Nikt jej nigdy nie towarzyszył, gdy jeździła konno, ponieważ książę uważał to za stratę czasu, żeby stajenny pilnował jak ona lub Caroline jeździły na terenie posiadłości. Trudno zatem było uniknąć Rocanie spotkań z Patrickiem Fairleyem, który szalał z niepokoju obawiając się, że Caroline zapomni o nim po przyjeździe do Londynu.

— Czy uważasz, że Caroline mnie kocha? — pytał bez przerwy Rocanę. — To znaczy, czy naprawdę mnie kocha? Czy będzie pamiętać, że należy do mnie?

Rocana z całego serca pragnęła go uspokoić, gdyż była pewna, że Caroline kocha go najbardziej, jak tylko umie.

Nie była to na pewno ekstatyczna, gwałtowna miłość, jaka połączyła jej rodziców, ale Rocana wątpiła, czy ktoś tak na wskroś angielski jest w stanie odczuwać takie emocje.

Kiedy Caroline wróciła do zamku w środku czerwca, po zakończeniu sezonu i opuszczeniu stolicy przez księcia Regenta, który udał się do Brighton, nie ulegało wątpliwości, że jest zachwycona widokiem Patricka. Każdego ranka udawała się z Rocaną na konne przejażdżki zmierzając przez park w stronę posiadłości Patricka, która sąsiadowała ze znacznie większym majątkiem księcia. Zakochany młodzieniec spotykał się z nimi w pół drogi. Wtedy Rocana taktownie odjeżdżała gdzieś samotnie, zostawiając zakochanych aż do czasu powrotu do domu. Sama nie byłaby istotą ludzką, gdyby nie tęskniła czasami za czyimś zakochanym spojrzeniem, podobnym do tego, jakim Patrick spoglądał na Caroline.

— Może po prostu się zestarzeję i nigdy nikogo nie spotkam — myślała czasami zdesperowana.

Szukała zapomnienia w snach i książkach, które jedna za drugą zdejmowała z półek biblioteki, gdzie tkwiłyby pokrywając się kurzem.

Teraz jednak wiedziała, że bez względu na to, co Caroline mówiła, bez względu na to, jak bardzo kochała Patricka, będzie musiała poślubić markiza i, być może, będzie z nim szczęśliwa.

— Co ja mam zrobić, Rocano? — pytała Caroline z rozpaczą. — Muszę wyjść za Patricka! Wiem, że muszę! Nigdy nie będę szczęśliwa z człowiekiem takim jak markiz!

Rocana w pełni się z nią zgadzała. Zapytała więc:

— Jaki on jest? Opisz mi go.

— Według mnie jest nawet całkiem przystojny — odpowiedziała z wahaniem Caroline. — Ale przytłacza mnie i zawstydza, a wszystkie dziewczęta w Londynie szepczą o jego romansach.

— Czy mówiły ci o nich? — zapytała Rocana.

 

— Oczywiście, że tak — odpowiedziała Caroline. — Nikt w Londynie nie mówi o niczym innym jak o miłości i wszyscy opowiadali sobie ciągle o tym, jak jakaś kobieta wypłakuje sobie po nim oczy, gdyż ją porzucił dla innej, nie posiadającej się z radości z tego powodu.

To wszystko Rocana słyszała już od służby. Zapytała:

— Jak sądzisz, dlaczego markiz chce się ożenić?

— I na to znam odpowiedź.

— Naprawdę?

— Tak. Znalazł się w kłopotliwej sytuacji z powodu romansu z żoną jakiegoś dyplomaty i teraz próbuje uniknąć międzynarodowego skandalu.

— Czy dlatego właśnie oświadczył się tobie? — z niedowierzaniem spytała Rocana.

Caroline usiadła w niszy okiennej.

— Gdy przyjechałam do Londynu, wszyscy mówili o markizie. Wydawało się, że interesują się jedynie jego osobą. Mówiono, że postanowił nigdy się nie żenić, gdyż życie z jedną kobietą znudziłoby go po tygodniu i dlatego woli mieć je na pęczki, jak stado psów myśliwskich.

— Uważam, że to okropne! — wykrzyknęła Rocana.

— Zgadzam się z tobą — przytaknęła Caroline. — Lecz ja nie zwracałam na te plotki najmniejszej uwagi, ponieważ moje myśli zajmował Patrick.

— Oczywiście. Mów dalej.

— Potem zaczęto mówić o pani jakiejś-tam, nie pamiętam jej nazwiska, że taka piękna, rudowłosa i zielonooka, szeptali o tym, co ona i markiz robią razem.

— I co się potem wydarzyło?

— Przyjechałam do domu i papa powiedział mi, że markiz przyjedzie do nas i że poprzedniego dnia, na wyścigach w Ascot, napomknął papie, że może zwróci się do mnie z prośbą o moją rękę.

— Może? — zapytała Rocana.

— Sądzę, że nie chce się jeszcze deklarować, na wypadek gdyby okazało się, że jego kłopoty nie są tak poważne, jak się obawiał — stwierdziła z goryczą Caroline.

Wyglądało na to, że Caroline dużo jaśniej ocenia sytuację, niż spodziewała się tego Rocana, która wpatrzona w kuzynkę stwierdziła:

— Myślę, że takie postępowanie markiza obraża cię i twój ojciec powinien mu był odmówić.

— Na pewno by tak zrobił, gdybym go o to poprosiła — odpowiedziała Caroline. — Ale sama wiesz, że mama nie dopuści do tego. Ona o niczym innym nie marzy, jak tylko o wyswataniu mnie za markiza, i nigdy, przenigdy nie zgodzi się, żebym dała mu kosza.

I to była całkowita prawda. Rocana nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Powiedziała więc ze współczuciem:

— Och, Caroline, tak mi przykro!

— Co mogę zrobić, Rocano? Muszę porozmawiać z Patrickiem i zapytać go o radę.

— Będziesz musiała poczekać do jutra rana.

— Nie mogę! Nie mogę tak długo czekać! Muszę się z nim spotkać jeszcze dziś wieczorem! — Głos jej się załamał. Była bliska płaczu.

— Zrobię to, gdy mama i papa pojadą na kolację do sąsiadów. Mnie zaproszenie nie obejmuje.

Popatrzyła na Rocanę i powiedziała:

— I tutaj musisz mi pomóc, moja droga. Pojedź do Patricka i powiedz mu, że ma się ze mną spotkać w naszym stałym miejscu. Lepiej niech tu nie przychodzi. Ktoś ze służby mógłby donieść mamie.

— Oczywiście, masz rację — powiedziała Rocana. — Lecz jak ja wyjaśnię swą nieobecność, jeśli ciotka Sophie mnie zawoła?

— Myślisz, że może to zrobić?

Rocana rozłożyła bezradnie ręce, zanim odpowiedziała:

— Mogłaby podejrzewać, że mówię ci o twym planowanym ślubie coś, czego nie powinnam, i dlatego może przyjść tu, żeby temu zapobiec.

Caroline wiedziała, że tak właśnie pomyślałaby sobie jej matka. Wstała i zaczęła niespokojnie przemierzać pokój.

— Muszę zobaczyć Patricka! Muszę! — powtarzała.

— Pojadę więc i przyprowadzę go — powiedziała Rocana. — Ale poczekam do piątej, gdy twoja matka będzie odpoczywała. Idź teraz do niej i porozmawiaj z nią o markizie.

Caroline skrzywiła się lekko, lecz wiedziała, że Rocana ma rację. Zgodziła się więc, ponieważ był to jedyny sposób uniknięcia podejrzeń.

Rozmawiały jeszcze trochę, a Caroline powtarzała ciągle, że nie poślubi nikogo oprócz Patricka. Rocana jednak zdawała sobię sprawę, że Caroline wie, że broni straconej pozycji. Jeśli nie wydarzy się cud przed planowanym za dwa dni przyjazdem markiza, Caroline będzie zmuszona przyjąć jego oświadczyny, i wtedy nie będzie już odwrotu.

Rocana pędząc konno przez pola odczuwała radość, chociaż czuła, że jest to samolubne uczucie, jak zwykłe, gdy mogła opuścić zamek zostawiając w nim olbrzymie ilości ubrań do cerowania. Zdawała sobie jednak sprawę, że zadanie, które jej zlecono, nie było łatwe.

Bez względu na to, jak mocno Patrick kochał Caroline czy też ona jego, nie było sposobu, żeby jego oświadczyny mogły się równać z propozycją markiza Quorna. Właściwie Rocana była pewna, że w tych okolicznościach księżna i książę potraktowaliby je jako zwykłą impertynencję.

Znając jednak dobrze Caroline, wiedziała, że byłaby ona wspaniałą żoną dla Patricka i niewątpliwie byliby razem szczęśliwi, podczas gdy z kimś takim jak markiz i za milion lat nie byłaby w stanie znaleźć szczęścia.

Ponieważ tak wiele o nim słyszała, Rocana wyobrażała sobie go jako półsatyra i rozpustnika i uważała, że tylko dama o rudych włosach i zielonych oczach mogła być odpowiednią dla niego żoną, z którą by się liczył.

Nie znając reguł rządzących wielkim światem, myślała, że tylko wielka miłość byłaby w stanie uszczęśliwić takiego mężczyznę i sprawić, że pozostałby wierny jednej kobiecie.

Wiedziała przecież, że jej ojciec, zanim poznał jej matkę, miał niezliczone romanse. Było to naprawdę nieuniknione, ponieważ był tak atrakcyjny i towarzyski. Lord Leo nie zazdrościł swemu bratu ogromnego bogactwa, jego zamku, posiadłości i wspaniałych koni. Po prostu śmiał się ze swego ubóstwa, tak jak śmiał się ze wszystkiego i starał się wycisnąć ze swych koni wszystko, co się dało, dosiadając ich tak wspaniale, że to raczej on wygrywał wyścig niż jego rumak.

Ponieważ jego radość życia udzielała się wszystkim, którzy z nim przestawali, nie było w tym nic dziwnego, jak kiedyś zażartowała sobie jego żona, że kobiety poszłyby za nim w ogień.

— Kiedy cię spotkałem, moja droga — powiedział Leo one wszystkie zniknęły, tak jakby nigdy ich nie było.

Jego żona śmiała się szczęśliwa.

— Czy mogę być tego pewna?

— To jest równie pewne jak to, że jesteś czarownicą — odpowiedział ojciec. — Wiesz, że rzuciłaś na mnie urok, którego nie mogę zdjąć i od którego nie mogę się uwolnić.

Rozmyślając o tym, jak wiele jej rodzice znaczyli dla siebie, Rocana doszła do wniosku, że może tego właśnie potrzeba markizowi, jakiegoś czaru, spod którego nie będzie mógł ani chciał się wyzwolić.

Wiedziała też, że choć słodka, dobra i delikatna, Caroline nie byłaby w stanie mu tego dać. Rocana była pewna, że wkrótce po ślubie, markiz powróciłby do swej rudowłosej Syreny o zielonych oczach, a Caroline siedziałaby sama w domu. Był to ten tryb życia, jaki wiedziała, że prowadziło wiele żon arystokratów, podczas gdy ich mężowie „mieli inne obowiązki” — jak to się mówiło. Szeptano o tych biednych istotach w salonach, w kuchennych pokojach, w stajniach, wszędzie tam, gdzie przekazywano plotki.

— Jak mogę jej tego oszczędzić? — spytała samą siebie Rocana, wiedząc, że nie ma odpowiedzi na to pytanie.

Rocana dojechała do miejsca, gdzie posiadłość księcia graniczyła z ziemią Fairleyów, i zaczęła się rozglądać wokół, mając nadzieję zobaczyć gdzieś w pobliżu Patricka. Ten młody człowiek nie tylko trenował konie swego ojca, ale również nadzorował pracowników w majątku, gdyż planował zająć się tym osobiście zamiast zatrudniać kogoś w tym celu.

Rocana wiedziała, że jej ojciec lubiłby ten rodzaj pracy, gdyby miał dosyć pieniędzy i ziemi pod uprawę. Lecz książę podarował mu tylko dworek i kilka otaczających go pól, więc Lord Leo nie mógł zajmować się tym, co lubił. W tej sytuacji często kusiło go, żeby wraz z żoną pojechać do Londynu i wydawać pieniądze na rozrywki, co poważnie nadszarpywało ich budżet.

— Chyba każdy musi mieć jakieś obowiązki, aby nie popaść w tarapaty — pomyślała Rocana filozoficznie.