Morze miłości - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Morze miłości

Najpiękniejsze mitości

Saga

Morze miłości Przełożyła Elżbieta Lipska Tutuł oryginału Ola and the Sea Wolf Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’ Copyright © 1980, 2019 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711770122

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

ROK 1831

W tawernie Trzy Dzwony panowała niezwykła dla tego miejsca cisza. Położona w pobliżu portu w Dover, odwiedzana była przez żeglarzy, dokerów i kupców zaopatrujących statki. Gęsta mgła zdawała się wciskać do niskiego pomieszczenia i tylko skwierczące na kominku żagwie rozjaśniały ciemności. Właściciel Trzech Dzwonów z nadzieją spoglądał na drzwi, licząc że ktoś przyjdzie. Potem jego wzrok wędrował ku jedynemu klientowi, który siedział z wyciągniętymi nogami naprzeciwko kominka. Nie poruszył się od momentu kolejnego napełnienia szklaneczki. Oberżysta zaniepokojony był nie tyle zbyt swobodnym zachowaniem tego człowieka, co losem jedynej butelki najlepszego francuskiego koniaku, którą podał gościowi.

Kupił ją za grosze od pewnego żeglarza, choć był to alkohol w najlepszym gatunku. Jego zwykła klientela rzadko o taki prosiła.

Obserwował przybysza i zastanawiał się kim on jest. Roztaczał wokół siebie taką aurę dostojeństwa, że nie ulegało wątpliwości, iż to ktoś znaczny. Na wszelki wypadek przywitał go wylewnie, gdy tylko się pojawił. Dżentelmen nie był skory do rozmowy, więc oberżysta mógł tylko przypuszczać, że jest właścicielem jednego z jachtów cumujących w porcie, które z powodu mgły zostały zatrzymane tutaj wraz z innymi statkami. Gość podniósł szklaneczkę do ust. W tej samej chwili drzwi otworzyły się i do pomieszczenia weszła kobieta. Miała na sobie podarty płaszcz obszyty drogim futrem, w ręce trzymała skórzaną torbę. Drżała z przerażenia. Przez chwilę stała rozglądając się wokoło, jakby lekko zdezorientowana. Wtedy właściciel odezwał się tonem pełnym szacunku:

— Dobry wieczór, madame!

Kobieta spojrzała na niego wielkimi, szeroko otwartymi ze strachu oczami.

— Zdarzył się... wypadek — powiedziała.

— Wypadek, madame?

— Na zewnątrz... może... trochę dalej... w dół drogi. Zobaczyłam światła tawerny... — mówiła nieco nieskładnie.

— Wyślę kogoś do pomocy, madame — odparł właściciel. — Proszę usiąść przy kominku. Mój człowiek po powrocie opowie co tam zastał.

Podszedł do drzwi prowadzących na zaplecze.

— Joe! Jesteś tam?

— Pewnie, Guv — odparł jakiś głos.

— To wyskocz na dwór i zobacz czy mógłbyś pomóc. Jest tu dama, która mówi, że był wypadek.

— Już idę.

Oberżysta wyszedł zza baru, żeby podprowadzić kobietę do kominka, bo poruszała się bardzo niepewnie, jakby za chwilę miała upaść. Wskazał jej krzesło naprzeciwko siedzącego dżentelmena i powiedział:

— Na pewno napije się pani czegoś po takich strasznych przeżyciach.

— Jest bardzo... mglisto.

— Tak, wiem, madame, dzisiaj tak jest cały dzień. Więc co mógłbym podać? Mamy tu chyba wszystko, na co miałaby pani ochotę.

— Czy mogłabym... dostać... filiżankę herbaty?

Zawahał się. Pomyślał, że gorzka i mocna herbata, jaką pije jego żona, nie smakowałaby komuś tak eleganckiemu i delikatnemu, jak siedząca przed nim dama. Wtedy odezwał się nieznajomy mężczyzna:

— Jeśli miała pani jakiś wypadek, może lepiej napić się brandy. Ta tutaj jest całkiem niezła.

Dama spojrzała na niego i po chwili wahania odparła:

— To bardzo... miło z pańskiej strony, sir, ale wolałabym herbatę albo kawę.

— Nie polecałbym ich w takim miejscu jak to! — odparł pogardliwym tonem mężczyzna.

Uznając jego powiedzenie za nieuprzejme wobec właściciela tawerny, pośpiesznie dodała:

— Może łatwiej będzie o małą szklaneczkę madery...

— Natychmiast przynoszę! — odparł właściciel.

Zadowolony z zamówienia, wszedł za bar. Kobieta czuła, że człowiek siedzący naprzeciwko obserwuje ją spod przymkniętych powiek. Sprawił na niej odrażające wrażenie. Czuła się nieco zażenowana, więc postawiła torbę obok siebie i zajęła się zdejmowaniem rękawiczek. Wrócił gospodarz, niosąc małą szklaneczkę madery.

— Jest dobrej jakości, madame — powiedział. — Mam nadzieję, że będzie pani smakowała.

— Na pewno — odparła kobieta — bardzo dziękuję. — Wzięła od niego szklaneczkę i spytała naglącym tonem: — Mógłby mi pan powiedzieć, kiedy odpływa najbliższy statek do... Francji?

— Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, madame — odparł oberżysta. — Przez cały dzień żaden statek nie wypłynął z portu. Powiedziano mi, że to najgorsza mgła od ponad dwudziestu lat!

— Ale musi być jakiś... na przykład jutro rano...

Teraz ponaglenie w jej głosie brzmiało bardzo wyraźnie. Oberżysta pokręcił głową.

— To zależy od wiatru, madame. Jeśli wiatr się wzmoże, to trzeba czekać aż Britannia przypłynie tu z Calais i będzie wracać po południu.

Kobieta krzyknęła przerażona.

— Dopiero po południu? Ale na pewno jest jakiś statek, który wypływa rano.

— Utknęły po drugiej stronie kanału — odrzekł oberżysta.

— Ale ja chcę wyjechać... ja muszę wyjechać tak szybko... jak to tylko możliwe. — Oberżysta milczał, a ona z rozpaczą w głosie powiedziała: — Może zabierze mnie łódź rybacka? Oni chyba wypływają o świcie?

— Gdy jest taka pogoda, madame, nie wypływają. A poza tym oni i tak łowią przy brzegu.

Była tym wyraźnie poruszona. Widział rozpacz malującą się na jej twarzy. Zaciskała nerwowo długie palce.

— Powiem pani co zrobię, madame — próbował ją uspokoić oberżysta. — Poślę Joego na nadbrzeże, żeby zapytał kapitana portu, czy można pani jakoś pomóc.

Oczy kobiety zajaśniały.

— Naprawdę pan to zrobi? To bardzo miło z pana strony. Proszę przekazać Joemu, że chętnie go za to wynagrodzę.

— Dziękuję, madame. Niedługo powinien wrócić. Zastanawiam się, co go zatrzymało?

Podszedł do drzwi, by wyjrzeć na zewnątrz. Do środka niby ciemna chmura wpłynęła mgła. Drzwi zamknęły się za nim, a kobieta osunęła się na krzesło i zamknęła oczy. Czuła, że robi jej się słabo.

— Proszę wypić swoją maderę! — odezwał się siedzący po drugiej stronie kominka mężczyzna.

Nie miała siły odpowiedzieć, ogarnęła ją ciemność i mimo że była blisko ognia, poczuła przenikliwe zimno. Miała wrażenie, że ktoś podkłada dłoń pod jej głowę i przytyka szklankę do ust. Wbrew własnej woli wypiła łyk. Czuła jak paląca ciecz spływa jej do gardła i rozlewa się po całym ciele. Niemal natychmiast ciemność zniknęła i łatwiej było oddychać.

— Jeszcze łyk brandy — dobiegł ją szorstki głos.

Posłuchała go, bo w tym momencie nie miała siły zaprotestować. Drugi łyk pomógł skuteczniej niż pierwszy, otworzyła oczy i ujrzała pochylonego nad sobą mężczyznę. Był niezwykle przystojny, może poza spojrzeniem mrocznym i cynicznym, jak cała jego twarz. Obawiała się, że zmusi ją jeszcze do wypicia i podniosła ręce w geście protestu.

— Proszę — powiedziała błagalnie — już nic mi nie jest... nie mogę wypić więcej. Jakby zdał sobie sprawę, że mówi prawdę, odsunął się i stanął plecami do ognia. Zauważyła, że był bardzo wysoki, niemal sięgał głową sufitu. Milczał, więc po chwili odezwała się: — Dziękuję, że był pan tak miły. Ten wypadek... wyczerpał mnie.

— Ktokolwiek panią wiózł, musiał być głupcem, żeby wyjechać w taką pogodę.

— To... moja wina.

Gdy to mówiła, drzwi otworzyły się i wszedł oberżysta. W milczeniu spojrzał na kobietę i przytrzymał drzwi, przez które przeszło dwóch ludzi, niosących nieprzytomnego mężczyznę. Twarz miał zalaną krwią, cieknącą z otwartej rany na czole, a ubranie uwalane błotem. — Połóżcie go na górze w pokoju gościnnym — wydawał polecenia oberżysta. — Joe potem pójdziesz po doktora. Znajdziesz go w Koronie i Kotwicy . Zawsze spędza tam wieczory.

— Jasne, Guv — odparł Joe.

Jego głos stał się ledwie słyszalny, gdy z wysiłkiem nieśli nieprzytomnego przez drzwi przy barze, prowadzące do drugiej części tawerny. Gospodarz pośpieszył za nimi pouczając, jak należy nieść ostrożnie chorego podczas wspinania się po schodach na pierwsze piętro. Gdy ujrzała rannego człowieka, kobieta zerwała się z krzesła i stała bez ruchu, póki nie zniknął jej z oczu. Teraz odezwała się, jakby sama do siebie:

— Musi być... statek... musi być!

Mężczyzna przy kominku odwrócił się, aby spojrzeć na nią i zdał sobie sprawę, że zapomniała o jego istnieniu.

— Czy to pani mąż i chce pani od niego uciec? — zapytał drwiącym tonem. — A może opiekun? — Pomyślał, że to drugie było bardziej prawdopodobne.

Ranny mężczyzna musiał mieć około czterdziestu lat, a kobieta stojąca przy nim niewiele ponad osiemnaście. Na dźwięk jego głosu odwróciła głowę i w świetle padającym od kominka mógł się jej lepiej przyjrzeć. Miała niezwykle piękną wyrazistą twarz i oczy okolone czarnymi długimi rzęsami. Wyglądała interesująco, lecz w jego spojrzeniu nie było podziwu, gdy odezwał się, jakby szydząc: — Na pewno albo jedno, albo drugie!

 

Usiadła na krześle, potem odrzekła:

— Ani jedno, ani... drugie! To człowiek, który mnie uprowadził i dlatego muszę uciec!

— Porwał panią? Więc to nic trudnego. Może pani wynająć karetkę pocztową i wrócić tam, skąd przybyła.

Kobieta potrząsnęła głową.

— To... niemożliwe!

— Proszę mi to wyjaśnić! Nie pytam z ciekawości, ale może mógłbym pomóc, chociaż nie chcę się narzucać.

Twarz kobiety natychmiast zmieniła wyraz.

— Ach... mógłby mi pan pomóc... naprawdę? Naprawdę mógłby pan znaleźć statek... albo... — Zawahała się przez chwilę, a potem, jakby biorąc pod uwagę strój mężczyzny, dokończyła: — ...albo może... ma pan własny?

— Najpierw ja zadam pytanie — odparł mężczyzna. — Dlaczego pani ucieka? Od kogo?

Kobieta wstrzymała oddech, zanim odparła:

— Od... mojej macochy!

Mężczyzna uniósł brwi. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Potem rzekł:

— Może powinniśmy się poznać. Jestem markiz Elvington...

Zanim zdążył powiedzieć więcej, kobieta cicho krzyknęła:

— Słyszałam o panu! Jest pan sławny i oczywiście ma jacht. To dlatego jest pan tutaj. Ach proszę, proszę zabrać mnie do Francji. Muszę uciekać, jak najszybciej uciekać!

— Od tego człowieka na górze, który panią porwał?

— Tak... nigdy nie przypuszczałam... nie wyobrażałam sobie... tej chwili, gdy zachował się...

Słowa zamarły jej na ustach i dłońmi uczyniła bezradny, nieco patetyczny gest.

— Czekam, żeby mi się pani przedstawiła — powiedział markiz.

— Ja... jestem Ola Milfford. Moim ojcem był lord Milford. Mieszkałam w Canterbury.

— Wydaje mi się, że słyszałem to nazwisko — niepewnie powiedział markiz.

— Tata nie bywał często w Londynie. Wolał wieś, a poza tym nie czuł się najlepiej już na dwa lata przed... śmiercią.

— Mówiła pani, że ucieka od swojej macochy...

— Tak... nie mogę... zostać z nią... ani chwili dłużej! To... niemożliwe!

— Dlaczego?

— Ona mnie nienawidzi! Zrobiła piekło z mojego żyda! Jest moją opiekunką, ale nie dostaję nic ż tych pieniędzy, które zostawił mi ojciec. Są moje, ale nie mam do nich dostępu, dopóki... nie skończę dwudziestu jeden lat... albo nie wyjdę za mąż.

— To nie powinno być trudne — cynicznie dparł markiz.

— Pan nic nie rozumie! — powiedziała Ola. — Macocha wyszła za mojego ojca trzy lata temu, gdy był taki nieszczęśliwy po śmierci mamy... Ona jest... jest o mnie zazdrosna. — Zawahała się wypowiadając ostatnie słowo, jakby wstydziła się wyznać prawdę. Potem mówiła dalej: — Wciąż powtarza, że chce się mnie pozbyć, ale nie pozwala mi nigdzie wyjść,., a jeśli jakiś dżentelmen odwiedza nasz dom, nie pozwala mu się ze mną widzieć. Myślę, że ona sama chce znowu wyjść za mąż.

— Na pewno są jeszcze inni krewni, u których mogłaby pani zamieszkać — zasugerował markiz.

— Tak myślałam, ale gdy jej o tym wspomniałam — odparła Ola — macocha nie chciała ze mną rozmawiać na ten temat, bo bała się, że zabiorę ze sobą pieniądze. — Westchnęła ciężko. — Te pieniądze są źródłem kłopotów zarówno z macochą, jak i z... kuzynem, który... leży na górze. — Spojrzała w górę i lekko zadrżała.

— Pani kuzyn? — zapytał. — A co on ma z tym wspólnego?

— Byłam zrozpaczona tym, jak macocha mnie traktuje. Pan nie wie co to znaczy żyć w nienawiści i... nieustannym poczuciu winy.

— Wyobrażam sobie — odparł markiz. — Proszę mówić dalej.

— Pozostało mi tylko jedno, wrócić do klasztoru pod Paryżem, gdzie się uczyłam i wstąpić do zakonu albo, co moja macocha dość często proponowała, zostać kokotą!

Markiz był wyraźnie zaskoczony.

— Kim? — zapytał. — Czy pani w ogóle wie, co mówi?

— Nie wiem... nie wiem dokładnie co to oznacza — przyznała Ola — ale ona nie raz, lecz tysiące razy powtarzała: „Z takimi włosami powinnaś być kokotą, właściwie tylko do tego się nadajesz!”

Na potwierdzenie swych słów zsunęła z głowy kaptur płaszcza, którego nie zdjęła po wejściu do tawerny. Nagle wydało się, że płomienie z ogniska przeniosły się naprzeciw markiza. Widział wiele rudych kobiet, ale włosy żadnej z nich nie miały tak pięknej i żywej barwy, jak u dziewczyny siedzącej przed nim. Przykryte ciężkim kapturem obszytym futrem, przez chwilę przylegały do głowy, lecz gdy przebiegła po nich palcami, nabrały życia i blasku, a ich żywy odcień nadał jej cerze nienaturalną biel. — Nic dziwnego — pomyślał — każda kobieta, a szczególnie macocha, chciałaby się pozbyć rywalki o tak niezwykłej, wspaniałej urodzie! — Wiedział, że Ola czeka na odpowiedź, więc rzekł ozięble:

— Nie mogę poprzeć żadnej z tych propozycji. Powinna pani pomyśleć o czymś innym.

— Myślałam — odparła Ola — ale co mogę zrobić, jeśli macocha nie chce dać mi pieniędzy ani zgodzić się na mieszkanie bez niej?

— To jest kłopot.

— Oczywiście, że jest! — odparła stanowczo. — Zapewniam pana, że nie zamierzam zrobić nic nierozsądnego. Chcę się po prostu zatrzymać u sióstr i porozmawiać o mojej sytuacji z matką przełożoną, która zawsze była dla mnie bardzo dobra. — Przerwała, a po chwili dodała: — Może powinnam zabrać welon. To na pewno uchroniłoby mnie od napaści i prześladowań, jakich doświadczyłam przez ostatnie lata.

— Dziwi mnie, że jest pani taka bojaźliwa.

Uraziły ją nie tylko słowa, lecz i ton jego wypowiedzi, więc usiadła sztywno.

— Dobrze panu tak mówić — odparła Nie ma pan pojęcia, co to znaczy być poszturchiwanym lub bitym, gdy macocha akurat miała pod ręką bat. — Wstrzymała oddech, ą potem mówiła dalej: — Służącym nie wolno było wypełniać moich poleceń ani przynosić mi jedzenia, gdy tego zakazała. Kiedy do domu przyjeżdżali goście, musiałam siedzieć w sypialni, a jeśli byli to przyjaciele mamy, byłam tam zamykana, żebym nie mogła z nimi porozmawiać. — Westchnęła ciężko. — Próbowałam się najpierw sprzeciwiać, a potem przyzwyczaić przez dwa lata, lecz jedynym sposobem, by zostać przy zdrowych zmysłach, była ucieczka stamtąd.

— Więc postanowiła pani jechać do Francji — powiedział markiz. — A skąd wzięła się eskorta?

Ola zacisnęła wargi i odpowiedziała zmienionym głosem:

— On postąpił nikczemnie! Nigdy nie przypuszczałam, że jakikolwiek mężczyzna może być takim zdrajcą!

— A cóż takiego zrobił?

— To mój starszy kuzyn i zawsze myślałam, że jest bardzo miły. Gdy zatrzymał się u nas na zaproszenie macochy, zostawiłam mu w sypialni kartkę, w której błagałam, żeby zobaczył się ze mną bez świadków, i on się zgodził. — Spojrzała na markiza, sprawdzając czy słucha, a potem mówiła dalej: — Podczas kolacji dał mi znak i gdy wcześnie zostałam odesłana do sypialni, aby macocha mogła z nim porozmawiać, przedostałam się przez balkon do jego pokoju, sąsiadującego z moim. To było niebezpieczne, ale udało mi się to zrobić.

— Zdziwił się?

— Pewnie przypuszczał, że do niego przyjdę, ale nie wiedział, że byłam na noc zamykana w swoim pokoju. — Markiz wyglądał na zaskoczonego, a Ola powiedziała ze smutkiem: — To dlatego, żebym nie widziała, co moja macocha robi ze swymi przyjaciółmi, którzy się u nas zatrzymywali. Nie musiała się martwić. Nie interesowało mnie to. Ja tylko... nienawidziłam jej!

— Z takimi włosami... chyba jest pani dość wybuchowa! — odparł markiz.

— Jeśli usłyszę jeszcze jedną uwagę na temat moich włosów od pana lub od kogoś innego — odpowiedziała zdenerwowana Ola — to albo je zetnę, albo przefarbuję!

Zachowywała się jak mały atakujący tygrysek, więc niemal wbrew sobie markiz roześmiał się.

— Przepraszam, panno Milford. Proszę mówić dalej.

— Powiedziałam Gilesowi... tak ma na imię mój kuzyn... o mojej sytuacji i... ku mej radości obiecał zabrać mnie do Paryża i zostawić w szkole,, do której chciałam się udać.

— Uwierzyła mu pani?

— Przysięgał, że nie zdradzi mnie przed macochą. Sądziłam, że dotrzyma umowy.

— Więc co się stało? — zapytał markiz.

— Wyjechał wczoraj, lecz nie do Londynu, jak powiedział macosze, tylko zatrzymał się w zajeździe niedaleko naszego domu. — Ola westchnęła cicho, — Musiałam mu zaufać. Czułam, że nikt inny nie zechce mi pomóc.

— I co było dalej?

— Wymknęłam się z domu o świcie i przekupiłam jednego z ogrodników, który był bardzo oddany ojcu, by wyniósł mój kufer, który spakowałam i naszykowałam w sypialni! — Uśmiechnęła się nieznacznie i dodała: — Poszło łatwiej niż sądziłam. Gdy zeszłam na dół, aby go wpuścić, nie było tam nikogo, chociaż tego najbardziej się bałam.

— Żadnego stróża nocnego ani odźwiernego? — dopytywał się markiz.

— Wszyscy byli w innej części domu.

— Więc uciekła pani z bagażem — stwierdził markiz. — Która kobieta nie pomyśli o swoim wyglądzie, nawet w najbardziej dramatycznej sytuacji?!

— Już panu powiedziałam — rzekła Ola — że nie mam pieniędzy. Nie byłoby mądrze wydawać na stroje pieniądze uzyskane za biżuterię mojej mamy.

— Ma pani jakąś biżuterię?

— Niedyskrecją byłoby wspominanie o tym, gdy wybieram się samotnie w podróż — odparła Ola — ale tylko ona może uratować mnie od głodu!

— Obiecuję, że jej nie ukradnę!

— Wiem — przyznała pokornie Ola. — Lecz już raz zaufałam Gilesowi i teraz nigdy nie zaufam żądnemu mężczyźnie... nawet panu!

Markiza rozśmieszała złość w jej głosie. Zielone oczy, widoczne w poświacie ognia, rzucały twarde błyski.

— Chciałbym usłyszeć — powiedział głośno — co zrobił pani kuzyn Giles, że zasługuje na taką naganę.

— Pomógł mi uciec. A potem... w połowie drogi do Dover oznajmił, że zamierza się ze mną... ożenić!

Markiz roześmiał się.

— Skoro jest pani bogata!

— Ale Giles jest stary! Przekroczył czterdziestkę i ciągle jest kawalerem, więc jak... jak mogłam przypuszczać, że będzie chciał mnie... poślubić? — Pomyślała, że markiz znowu chce wspomnieć o jej pieniądzach, więc mówiła dalej: — Giles powiedział mi: „Gdy się pobierzemy, z rozkoszą zajmę się administrowaniem twoim majątkiem, ale ponieważ jesteś niezwykle piękna, obowiązki małżeńskie również będę spełniał z zadowoleniem”.

— A jak brzmiała pani odpowiedź? — zapytał markiz.

— Powiedziałam mu, że prędzej umrę niż wyjdę za niego i że jest wstrętną świnią, Judaszem, któremu nigdy nie powinnam była zaufać.

— Mocne słowa! — roześmiał się markiz.

— Może pana to bawi krzyknęła Ola — ale ja wtedy zrozumiałam, że muszę uciekać nie tylko przed macochą, ale i przed... Gilesem! — Wstrzymała oddech, zanim dokończyła: — Było w nim coś... co mnie przeraziło... nie tylko z powodu moich pieniędzy... ale sposobu w jaki na mnie patrzył, gdy zatrzymaliśmy się na lunch. — Spojrzała na markiza i mówiła dalej: — Pewnie pomyśli pan, że gdybym była mądra, uciekłabym wtedy, ale to był tylko mały zajazd i nikt poza nami nie zatrzymał się tam na lunch. Gdybym próbowała ucieczki, Giles bez trudu by mnie schwytał, a nie mogłabym uciekać z kuferkiem biżuterii. — Popatrzyła na walizeczkę stojącą u jej stóp.

— Nie krytykuję pani — powiedział łagodnie markiz.

— Planowałam, że gdy tutaj dotrę, wsiądę na statek i przepłynę przez kanał do Francji — mówiła dalej Ola — lecz teraz, żeby uciec, musiałabym wynająć jakąś łódź.

— Dlaczego nie ożenił się z panią w Anglii?

— Myślał o tym — odparła Ola — ale bał się, że mógłby wpaść w tarapaty nie mając zgody mojego opiekuna. Miał zamiar powiedzieć, że on jest moim opiekunem i zapłacić Francuzom, którzy wtedy byliby bardziej skłonni do zorganizowania ceremonii ślubnej niż anglikański pastor.

— Najwyraźniej pani kuzyn wszystko starannie przemyślał! — rzekł markiz.

— Tylko dla własnego zysku i za to go nienawidzę! Szkoda, że nie zginął w tym wypadku!

Ledwie wypowiedziała te słowa, drzwi tawerny otworzyły się i wszedł Joe.

— Przykro mi, proszę pani, bo chociaż znalazłem doktora Pod Koroną i Kotwicą , nie będzie w stanie przyjść dzisiaj wieczorem. Zostawiłem kartkę jego koledze i napisałem, że ma się tu zjawić z samego rana, gdy tylko wytrzeźwieje.

— Dziękuję, Joe — odparła Ola. — Jestem ci bardzo wdzięczna.

Domyśliła się, że Joe zgodnie z jej obietnicą, czeka na napiwek. Szybko wyjęła z kieszeni płaszcza małą portmonetkę. Zanim zdołała ją otworzyć, markiz rzucił mu złotą monetę, którą Joe zręcznie pochwycił.

— Dziękuję, sir! — uśmiechnął się. — Sprawdzę jak się czuje pacjent. Guv powiedział, że zostanie przy nim, póki ja nie wrócę z doktorem.

Wyszedł, a Ola spojrzała na markiza.

— Czy możemy wyruszyć... od razu? — zapytała.

 

— Jeszcze nie powiedziałem, że zabiorę panią z sobą.

— Ale zabierze pan... proszę... powiedzieć, że tak! Może mnie pan zostawić w Calais, a ja sama dotrę do Paryża.

— Sama?

— Nikt inny nie pojedzie ze mną, chyba że... Giles wyzdrowieje. — Popatrzyła na sufit, jakby bała się, że może usłyszeć jego głos. — Nie mogę do tego dopuścić, bo... on jest zdecydowany... absolutnie zdecydowany... ożenić się ze mną!

— Może pani całą historię opowiedzieć na policji i poprosić, by odwieźli panią do macochy.

— Jak może pan coś takiego proponować, po tym jak mówiłam o jej nienawiści do mnie? — zapytała Ola. — Jadę do Paryża, nawet jeśli będę musiała kupić łódź i sama przeprawić się przez kanał! — Westchnęła lekko i dodała: — Ach, dlaczego Anglia musi być wyspą?

Markiz uśmiechnął się.

— To miało swoje plusy, gdy groził nam najazd Napoleona!

— To było dawno temu, a gdyby między nami i Francją nie było morza, mogłabym pojechać do Paryża konno albo dyliżansem, chociaż one muszą być strasznie niewygodne. Widywałam je często, gdy byłam w szkole.

— Obawiam się, że nie byłaby to przyjemna podróż — sztywno odparł markiz.

— Ja nie chcę przyjemności — odrzekła Ola. — Nie rozumie pan, że chcę uciec od tego strasznego życia, które jest moim udziałem? Trzeba nie mieć serca, żeby nie rozumieć ile wycierpiałam.

— Tak się składa, że sam teraz cierpię — skomentował markiz.

— Jak to możliwe? Przegrał pan fortunę w karty czy przeżył zawód miłosny? To nie idzie w parze z pańską reputacją, milordzie!

Mówiła sarkastycznie i zdziwiła się widząc wykrzywioną złością twarz markiza.

— Proszę powściągnąć język — powiedział ostro — albo zostawię panią tutaj samą z jej problemami, co zresztą byłoby najrozsądniejszym rozwiązaniem!

Ola złożyła ręce.

— Przepraszam... błagam, proszę mi wybaczyć... wiem, że to było bardzo niegrzeczne... nie powinnam się tak zachować. Proszę... proszę... mi pomóc! Jeśli pan mi odmówi... chyba rzucę się do wody. Wątpię czy ktokolwiek to zauważy, aż rano znajdą moje ciało unoszone przez fale! Mówiła z takim dramatyzmem, że markiz mimo woli uśmiechnął się.

— Przyjmuję przeprosiny, ale w przyszłości, gdy zda się pani na moją łaskę, proponuję panować nad językiem i wyobraźnią, albo zostawię panią własnemu losowi!

— Proszę... nie robić tego!

— Powinienem, gdybym był mądry! Nie interesuje mnie kogo pani poślubi i przy odrobinie zdrowego rozsądku należałoby odesłać panią do macochy!

— Ale nie zrobi pan tego — miękko powiedziała Ola.

— Przeraża mnie alternatywa.

— Mogę powiedzieć, co się stanie — powiedziała cicho Ola. — Zabierze mnie pan do Calais swoim... jachtem. Mgła musi się niedługo podnieść, prawda?

Wstała, jakby chciała podejść do drzwi i wyjrzeć na zewnątrz. W tej chwili na schodach rozległy się ciężkie kroki i do pokoju wszedł oberżysta.

— Nie wiem, czy zatrzyma sie tu pani na nocleg, madame — zwrócił się dc en are jest wolny niewielki pokoik, który mogę przygotować, chociaż nie jest on tak wygodny jak ten, w którym leży ten biedak.

Ola spojrzała na markiza.

— Zabieram tę panią z sobą — powiedział i dostrzegł zadowolenie na twarzy Oli. Właściciel tawerny był wyraźnie rozczarowany.

— A co z tym dżentelmenem na górze?

— Sam się o siebie zatroszczy — odparł markiz. — Ale ta dama miała ze sobą kufer, który został w powozie. Co się z nim stało?

— Służący, który wyszedł cało z wypadku zabrał konie do stajni położonej nieco w górę drogi — odparł oberżysta.

— Więc wyślij swego człowieka, by zabrał kufer — zarządził markiz — i niech przyniesie go na nabrzeże, gdzie przycumowany jest mój jacht. To nie dalej niż pięćdziesiąt jardów stąd.

— Wyślę go, sir — odparł oberżysta.

Podszedł do schodów i zawołał Joego. Ola odwróciła się do markiza.

— Jak mam panu dziękować? — zapytała. — Dziękuję... dziękuję! Chyba jest pan aniołem, który zstąpił, aby mnie ocalić.

— Szczerze mówiąc — odparł markiz — muszę nie być przy zdrowych zmysłach albo to fatalny wpływ brandy, że się w to mieszam.

— Nieprawda, jest pan tylko dobrym samarytaninem — powiedziała Ola — bo jak mówiłam, trafiłam między... złoczyńców!

I znowu, gdy pomyślała o swym kuzynie leżącym na górze, jej wzrok powędrował do sufitu. Markiz przyglądając się linii jej szyi i promykom światła we włosach pomyślał, że naprawdę postępuje nierozsądnie. Gdy wyjeżdżał z domu, poprzysiągł sobie nigdy nie mieć do czynienia z kobietami, poza tymi, które sprzedają swe wdzięki za najwyższą cenę. Nigdy więcej — tego hasła miał się trzymać do końca życia. Na samą myśl o Sarah zaciskały mu się pięści i miał ochotę uderzyć kogokolwiek lub cokolwiek, by dać ujście potędze swych uczuć. A teraz, mimo lekcji, która każdego mężczyznę powstrzymałaby przed spojrzeniem czy choćby odezwaniem się do kobiety, przez nieuwagę związał się z tą dziewczyną. To było łatwe, ponieważ nie umiał ukryć współczucia dla niej, gdy znalazła się w trudnym położeniu. Z drugiej strony, skąd miał wiedzieć czy to, co mu mówiła, było prawdą? Mogła kłamać, tak jak kłamała Sarah. Nagle ogarnęła go chęć zmiany zdania i powiedzenia jej, żeby sama poradziła sobie z kłopotami. Albo jeszcze prościej, że musi wyjść sprawdzić jaka jest pogoda i zniknąć we mgle na zawsze. Byłby to rozważny, ale także prostacki krok, na jaki nigdy w przeszłości by się nie zdobył. Jednak to szlachetność, rycerskość i wzorowa przyzwoitość uczyniły z niego cynika. Wiedział, że nim będzie już do końca życia. „Nigdy nie ufaj kobietom, bo zawsze cię zdradzą!” To brzmiało jak cytat, który gdzieś musiał usłyszeć, chociaż powtarzał go z przekonaniem płynącym prosto z serca. Jedna myśl o Sarah doprowadziła do wrażenia, że jego ciało płonie, a wzrok przesłania czerwona zasłona, Chciał ją głośno przekląć i teraz żałował, że nie powiedział wprost, co o niej sądzi, zanim odszedł ż postanowieniem, że nigdy jej nie zobaczy. — Niech to diabli! Ja uciekam! — pomyślał w drodze do Dover. Jednak wrażliwa strona jego duszy cierpiałaby, gdyby czynił Sarah wyrzuty. Broniąc się mogła kłamać albo go wyśmiać, a tego by nie zniósł.

Pierwszy raz w życiu markiz, najbardziej oblegany i pożądany mężczyzna w towarzystwie, wpadł we własne sidła. Nawet teraz, choć minął już cały dzień od tego wydarzenia, wciąż nie mógł w to uwierzyć. Przywykł do zwycięstw, wyrósł w przekonaniu, że każda kobieta, którą się zainteresuje, tylko czeka, by paść mu w ramiona. Jak Anglia długa i szeroka nie było takiej, która nie szalałaby z radości na myśl o poślubieniu go. Gdy na nie patrzył, widział podniecenie w oczach, jednoznacznie mówiące o ich pragnieniach i marzeniach.

— Pobierzemy się, kochanie — mówił do Sarah — gdy tylko skończy się twoja żałoba. Nie chcę czekać ani dnia dłużej.

— Ach, Boydonie! — wykrzyknęła Sarah — kocham cię i przyrzekam, że uczynię cię szczęśliwym, tak jak ty uczyniłeś mnie najszczęśliwszą kobietą na świecie!

Jej głos był miękki i kuszący, a gdy podniosła na niego swe błękitne oczy, markiz był pewny, że znalazł tą bezcenną perłę, upragnioną kandydatkę na żonę. A wczorajszego wieczoru wszystko legło w gruzach.