Miłość na sprzedaż - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Jestem zaskoczony, Edwardzie — zwrócił się do lorda Eldridge’a — że na wsi znalazłem ukrytą przed światem taką piękność.

— Ładniutka — przyznał lord Eldridge.

— Jest piękna! — wykrzyknął lord Julius. — Ubierze się ją odpowiednio, a mateczka Crawley wie, jak to zrobić, i stanie się sensacją!

— A więc to miałeś na myśli! — zawołał lord Eldridge.

— A cóż by innego! — odparł lord Julius. — Zawsze szukam odpowiedniego materiału, lecz taka perełka często się nie trafia!

Jechali kilka minut w milczeniu, potem lord Eldridge powiedział:

— Biedactwo! Żal mi jej, ale chyba nie ma wyboru.

Rozdział 2

Udela wypiła mały łyk lemoniady i gdy znowu postawiła szklankę na stole, książę powiedział:

— A więc czekałaś na list od lorda Juliusa? Pewnie sądziłaś, że to dziwne, iż człowiek, którego spotkałaś tylko raz, proponuje ci pracę?

Udela, jakby zakłopotana, zatrzepotała rzęsami i powiedziała cicho:

— Szczerze mówiąc, sir, miałam nadzieję, że... że zapomni o swej obietnicy i... że znajdę sobie pracę... na miejscu.

— Jak chciałaś to zrobić? — spytał książę.

— Dowiedziałam się, że w sąsiedniej wiosce mieszka kobieta, która poszukuje guwernantki dla swych dwóch małych synów. Poszłam do niej.

— I co?

— Powiedziała, że jej zdaniem jestem za młoda i, choć to może zabrzmi nieco arogancko... wydawało mi się, że... nie przypadł jej do gustu... mój wygląd.

Książę pomyślał, że to bardzo prawdopodobne. Żadna kobieta nie zatrudniłaby guwernantki, która wyglądałaby tak uroczo, jak siedząca przed nim osoba.

— I wtedy nadszedł list od lorda Juliusa?

— Tak, sir. Otrzymałam go przed trzema dniami. Pisał, żebym przyjechała do Londynu dyliżansem, który o szóstej trzydzieści zatrzymuje się pod „Dwugłowym Łabędziem” na Islington. Niestety, zdarzył się wypadek i w konsekwencji dotarliśmy tam bardzo późno. Było to jakieś pół godziny temu.

— Ale powóz czekał na ciebie?

— Lord Julius obiecał, że tam będzie, i gdy tylko dyliżans zajechał, lokaj zapytał, czy to ja jestem panną Hayward.

— A ty wciąż nie wiedziałaś, dokąd jedziesz?

— Nie. Lord Julius napisał w liście, że znalazł mi wyśmienitą posadę. Zapewniał, że będę bardzo zadowolona. — Książę nie odezwał się, więc Udela mówiła dalej: — Pomyślałam, że to bardzo miłe z jego strony i że skoro był przyjacielem dziedzica... wie, kim jestem... i kim byli moi rodzice.

Na chwilę głos jej się załamał, a potem z godnym, według księcia, pochwały samozaparciem, podniosła głowę, zdecydowana zapanować nad swymi emocjami.

— Więc wsiadłaś do powozu — podpowiedział jej. — Ale dlaczego podejrzewasz, że ta posada to nie to, co sobie wyobrażałaś?

— To... to było... to.

Udela sięgnęła do torby przyczepionej gumowym paskiem do ramienia. Grzebała w niej w milczeniu, najpierw wydobywając chusteczkę, którą ukradkiem otarła oczy, a następnie znalazła kartkę papieru. Wstała, podała ją księciu, a potem wróciła na swój fotel.

Książę od razu zauważył, że był to marnie wydrukowany arkusik papieru, jaki otrzymało wielu jego przyjaciół i innych członków klubu St. Jamesa. Niewątpliwie i on taki dostał, lecz jego sekretarz nie zawracałby mu głowy podobną pocztą.

Wzgardliwie wydął usta i przeczytał:

Przekazując uniżone pozdrowienia swym opiekunom, pani Crawley pragnie poinformować, że przy Hay Hill pod numerem 27 posiada najświeższe, najpiękniejsze, oddane pod jej opiekę piękności z Francji, wyuczone wszystkich sposobów i egzotycznych sztuczek, przeznaczonych dla tych, co uważają się za ekspertów w sztuce uwodzenia.

Dla specjalnych klientów posiada także kilka zroszonych łzami, młodych, wiejskich stokrotek.

— Gdzie to znalazłaś? — zapytał książę.

— Na siedzieniu w powozie — odparła Udela. — Nie wiem... czemu wzięłam tę pomiętą kartkę do ręki, ale... gdy powóz ruszył... wydawało mi się, że to głupie, że... że nie wiem... gdzie się zatrzymam.

— Adres musiał być na liście lorda Juliusa.

— Napisał ze swego klubu — odparła Udela. — Był to chyba klub White’a.

Książę zacisnął wargi. Robił się coraz bardziej wściekły, zrozumiał, czemu jego brat ostatnimi czasy dysponował nadzwyczaj dużymi sumami pieniędzy. Teraz już wiedział, co sugerowała lady Marlena, gdy przez głupią lojalność nie chciał jej słuchać.

Odkąd odziedziczył tytuł i fortunę ojca, jego brat Julius wciąż był dla niego jak cierń w oku, zazdrościł mu jego pozycji jako głowy rodziny, a jednocześnie wykorzystywał tę sytuację z determinacją. Książę wiele już razy płacił długi Juliusa, który, mimo ciągłych obietnic, że to jest ostatni raz, wciąż przychodził po pieniądze.

Był wmieszany w wiele podejrzanych spraw, z których książę musiał go wyciągać, mając na względzie dobre imię rodziny. Lecz do głowy mu nie przyszło, że ktoś, kto nosi nazwisko Oswestry, mógł upaść tak nisko, by zostać stręczycielem. Najbardziej rozzłościło go, że przyjaciele utrzymywali to przed nim w tajemnicy. Opowiadanie mu o wyczynach Juliusa zapewne ich krępowało. Teraz przypomniał sobie porozumiewawcze spojrzenia, które wymieniali, gdy mimochodem wspominano nazwisko pani Crawley. Zauważył także, że czasami, gdy dołączał do grupy mężczyzn, zapadała niezręczna cisza albo pośpiesznie zmieniano temat dyskusji.

Nowe domy schadzek były zawsze komentowane i krytykowane przez członków klubu, a książę teraz skojarzył sobie, że o otwartym trzy czy cztery miesiące temu przybytku pani Crawley mówiono w jego obecności bardzo niewiele. Wiedział, że kobiety usługujące dobrze urodzonym gościom i fircykom zgarniały zawrotne sumy, i choć osobiście nie bawiły go wizyty w takich miejscach, czasem był zmuszony dołączyć tam do przyjaciół, zwłaszcza gdy oprócz rozrywek dostarczanych przez kobiety uprawiano tam także hazard.

Zdawał sobie sprawę, że otworzenie takiego „domu zabawy” kosztowało majątek, i z rosnącą furią myślał o tym, że aby dojść do takich sum, Julius — tak jak to czynił już niejednokrotnie — na pewno zaciągnął pożyczki u lichwiarzy na konto perspektywy odziedziczenia majątku.

Złość musiała się odbijać na jego twarzy, gdyż z drugiej strony kominka dobiegł go słaby, przestraszony głosik:

— Jest pan... zły... Przepraszam, jeżeli... powiedziałam coś, co pana rozgniewało.

— Jestem zły tylko dlatego — odparł kontrolując ton swego głosu — że niewinna młoda dziewczyna została podstępnie ściągnięta do Londynu.

— Pomyślałam, że to jedno z tych zakazanych miejsc, które mój tata kazał omijać wiejskim dziewczętom.

— Dlaczego je przestrzegał? — zainteresował się książę.

— Niektóre chciały pracować w Londynie w szlacheckich domach, zarabiałyby tam więcej niż na wsi.

— Rozumiem. A twojemu ojcu nie był obojętny ich los?

— Tak, tak było. Robił to bardzo dyskretnie, lecz od nich samych słyszał opowieści, że często zatrzymywała je jakaś diablica, proponując przejażdżkę wygodną karetą, i jeśli się godziły, ślad po nich ginął.

— A ty się bałaś, że to przytrafi się i tobie? — zapytał książę.

— Nie przyszło mi do głowy, że... przyjaciel lorda Eldridge’a mógłby mi zaproponować coś takiego, ale kiedy przeczytałam tę kartkę... przeraziłam się.

— I całkiem słusznie.

Udela wstrzymała oddech.

— Więc gdy powóz zatrzymał się... — zaczęła, ale głos jej uwiązł w gardle.

— Gdy, jak przypuszczam, dotarł na Hay Hill? — spytał książę. — I co cię tak przeraziło?

— Było tam wiele świateł. Zobaczyłam... przechadzających się mężczyzn w cylindrach i wykończonych aksamitem płaszczach. Usłyszałam dźwięki muzyki.

— Pomyślałaś, że to jest miejsce, o którym pisano na tej kartce!

— Zastanawiałam się, co mam zrobić... — powiedziała Udela. — Wtedy służący podszedł do powozu i powiedział woźnicy, który zsiadł z kozła: „Głupku, zawieź ją od tyłu!” — Wydała z siebie dźwięk, zbliżony do krzyku. — Byłam pewna... całkiem pewna, że to nie jest... prywatny dom, ale takie złe i... przeklęte miejsce.

— I co zrobiłaś?

— Otworzyłam drzwi po przeciwnej stronie powozu i... wyskoczyłam. Gdy zaczęłam biec ulicą, usłyszałam krzyk. Rzucili się za mną w pogoń, więc... biegłam i biegłam... póki nie zobaczyłam pana. — Głos jej się załamał, bo wciąż jeszcze to przeżywała. — Dziękuję... dziękuję, że mnie pan uratował. Wiem, że to Bóg zesłał mi pana w ostatniej chwili.

Chusteczka znowu powędrowała do jej oczu. Książę pomyślał, że była bardzo dzielna, skoro przeszła podobną próbę, przerażającą dla każdej, zwłaszcza wiejskiej dziewczyny, której obce były takie niecne praktyki. Wiedział, że miała rację twierdząc, iż stręczyciele zarówno z wytwornych, jak i z tanich domów publicznych mieli zwyczaj szukania dziewcząt na postojach dyliżansów. Zwabiali je do powozów, mamiąc obietnicą lepszej prący, a potem uciekali się do różnych sposobów, żeby minęła im chęć ucieczki. Szczerze mówiąc, Udela miała wiele szczęścia, a książę, przyglądając się jej, zaczynał rozumieć, dlaczego jego nicpoń brat uważał, że stanie się ozdobą przybytku pani Crawley.

Była niezwykle piękna i taka świeża, niewinna i czysta, że wyglądała młodziej niż na swoje osiemnaście lat. Posiadała wdzięk baletnic z Covent Garden, a w doskonałości jej rysów i delikatności dłoni było coś subtelnego i szlachetnego. Dostrzegając wrażliwość w jej ogromnych oczach, książę pomyślał, że zwłaszcza ona nie pasowałby do życia, jakie chciał jej zgotować jego brat. Patrząc teraz na nią zastanawiał się, jak taka delikatna dziewczyna poradzi sobie bez opieki w świecie, w który została rzucona.

Jakby czytając w jego myślach, Udela powiedziała przerażonym, cichym głosem:

— Sir... nie chciałabym się narzucać, ale muszę znaleźć miejsce, gdzie... mogłabym się zatrzymać na noc, a cały mój bagaż pozostał w powozie.

 

— Znajdę ci dzisiaj nocleg — odparł książę — ale co zrobisz jutro?

Bezradnie rozłożyła ręce.

— Chyba... muszę wrócić... do Little Storton. Nie mogę zostać na plebanii, ale we wsi na pewno ktoś da mi schronienie, póki nie znajdę sobie miejsca.

— Masz trochę pieniędzy? — zapytał książę.

Spuściła wzrok i książę zauważył, że się czerwieni.

— Panno Hayward, musi mi pani powiedzieć prawdę — rzekł. — Tylko jeśli będzie pani szczera, zdołam jakoś pani pomóc.

— Nie chcę być ciężarem dla... obcego człowieka — powiedziała z wahaniem.

— Myślę, że lepiej będzie — uśmiechnął się książę — jeśli będziesz o mnie myślała jako o wybawcy, a nie obcym, a jeżeli mam ci pomóc w przyszłości, muszę dokładnie znać twe obecne położenie.

— Mój ojciec miał sporo pieniędzy przed... śmiercią — odparła Udela. — Sprzedałam meble i myślę, że ponieważ wieśniacy go kochali, zapłacili mi więcej, niż były naprawdę warte, ale... w końcu zostało... bardzo niewiele.

— Ile? — poważnie zapytał książę.

— Tylko... dziewięć funtów.

— Z tego opłaciłaś drogę do Londynu?

— Tak, ale zostało mi jeszcze sześć funtów.

— Nie masz nic więcej?

— Obawiam się, że nie. Tata chorował kilka miesięcy przed śmiercią, a jedzenie i leki przepisane przez lekarza były dosyć drogie.

Mówiąc to, popatrzyła na księcia w taki sposób, jakby próbowała mu powiedzieć, że nie była rozrzutna i wydawała pieniądze tylko na rzeczy absolutnie niezbędne.

— A więc od głodu dzieli cię — powiedział po chwili — zaledwie sześć funtów?

— Na pewno znajdę jakąś pracę.

Nie brzmiało to przekonująco i książę wyczuł przerażenie w jej głosie, gdy starała się ominąć ten temat. Bez słowa podniósł się, by nalać sobie szampana z butelki stojącej w kubełku z lodem na tacy z alkoholami. Spojrzał na szklankę Udeli, która wciąż była wypełniona do połowy. Potem, jakby właśnie przyszła mu do głowy ta myśl, zapytał:

— Jesteś głodna? Może masz na coś ochotę? — Nie... dziękuję... Zjadłam kawałek chleba i sera na postoju, przy ostatniej zmianie koni. Dla zamożniejszych pasażerów był pełny posiłek, ale ja zamówiłam tylko chleb i ser.

— Nie ma żadnych przeszkód, żebyś teraz coś zjadła.

— Nie mogę dłużej wykorzystywać pana... uprzejmości.

Książę zauważył, że omiotła wzrokiem cały pokój, zanim znów zatrzymała swe spojrzenie na nim. Wiedział, że po raz pierwszy przyszło jej na myśl, iż przebywa sam na sam z mężczyzną, którego nigdy przedtem nie spotkała. Trzymając w dłoni pełny kieliszek szampana opierł się plecami o kominek, w którym paliły się suche rośliny i kwiaty z posiadłości Oswestrych w Kent. Książę nie zwracał uwagi na ich zapach.

Obserwował Udelę, która siedziała sztywno na krawędzi fotela, a w jej szeroko otwartych oczach czaiło się pytanie.

— Chciałbym ci coś zaproponować — odezwał się po chwili — lecz najpierw musisz zgodzić się zostać tu na noc i pozwolić memu majordomusowi, by się tobą zaopiekował.

— Zo-zostać... tutaj? — powtórzyła Udela, ledwie wydając z siebie głos.

— Nie tylko zajmie się tobą moja służba — rzekł książę — ale i znajdziesz odpowiednią opiekę, ponieważ tak się składa, że tego popołudnia przyjechała ze wsi także moja babka, wdowa po księciu Oswestry.

Udela cicho westchnęła, a potem powiedziała nie bez wahania:

— To znaczy, że jest pan księciem?

— Tak, jestem księciem Oswestry.

— Wydaje mi się, że... słyszałam o panu, ale... oczywiście powinnam od razu zgadnąć.

— Zgadnąć? — zapytał książę.

— Wygląda pan tak dostojnie i wspaniale, że mogłam się domyślić, że jest pan księciem.

Książę roześmiał się. Podświadomie czuł, że Udela nie próbuje się mu przypodobać, ale tak jak dziecko mówi, co jej przyjdzie na myśl. Uderzyło go, że był to może najbardziej szczery komplement, jaki kiedykolwiek usłyszał.

— Dziekuję — odrzekł — ale sądzę, że bardziej zainteresuje cię, że lord Julius Oswestry jest moim bratem.

Na dźwięk tego nazwiska Udela zmieniła się diametralnie. Krzyknęła przerażona i zerwała się, gotowa do ucieczki.

— Chciałbym cię przeprosić — powiedział cicho książę — za jego karygodne zachowanie i obiecuję zrobić wszystko, co w mojej mocy, nie tylko, by ci pomóc, ale i wynagrodzić twe cierpienia.

Wiedział, że gdy tak stała, patrząc na niego, wahała się, czy mu zawierzyć, czy próbować ucieczki. Gdy napotkał jej wzrok, intuicyjnie wyczuł, że Udela mu ufa i że się go nie boi. Potrafił niemal czytać jej myśli, w dziwny sposób odbijające się w szarych oczach, które przez moment wydawały się wypełniać całą jej twarz.

— Naprawdę... tego pan pragnie? — zapytała głosem, który ledwie mógł usłyszeć.

— Zapewniam cię, że jestem zawstydzony zachowaniem mojego brata i że zdarza się to nie po raz pierwszy.

Jakby to nie wymagało jej odpowiedzi, Udela usiadła i zapytała niespokojnie:

— Jest pan pewien, że to nie będzie... niestosowne, żebym... tu została? Nie chciałabym... przysparzać... kłopotów.

— Nie sprawiasz żadnych kłopotów — odparł książę.

Mówiąc to, nacisnął dzwonek, a gdy sekundę później lokaj otworzył drzwi, rzekł:

— Powiedz pani Field, że panna Hayward zatrzyma się tu na noc i że niefortunnie jej bagaż zaginął podczas podróży do Londynu.

— Oczywiście, jaśnie panie.

— Powiedz jej także, że wkrótce po nią przyślę, by odprowadziła pannę Hayward do jej pokoju.

Gdy lokaj zamknął drzwi, Udela powiedziała:

— Dziękuję. Bardzo panu dziękuję.

— A teraz słuchaj, co mam ci do powiedzenia — powiedział. — Trudno to ubrać w słowa, ale pragnę pomóc nie tylko tobie, ale i sobie samemu, choć pewnie wyda ci się to dziwne.

— Byłoby... wspaniale, gdybym...mogła panu pomóc po tym wszystkim, co pan dla mnie zrobił.

— Myślę, że ze względu na zachowanie mojego brata bardziej ja jestem ci coś winien niż ty mnie. Lecz zapomnijmy o tym na chwilę. Pamiętaj, że odchodząc stąd, nie będziesz miała dokąd pójść, a mówiąc szczerze, nie masz wielkich szans na znalezienie odpowiedniego miejsca.

— Wciąż zastanawiam się nad moimi umiejętnościami — powiedziała Udela — i... obawiam się... niewiele z nich zasługuje na... zapłatę.

— Chyba większość ludzi myślałaby tak samo, gdyby nagle musiała zarobić na swe własne utrzymanie.

— To trochę... upokarzające, skoro tata przykładał tak wielką wagę do mojego wykształcenia, a mama uczyła mnie gry na fortepianie. Jednak nie potrafię grać tak dobrze, by zostać zawodową pianistką.

— Sale koncertowe czy sceny to chyba nie jest najbardziej odpowiednie miejsce dla ciebie — sucho odparł książę.

— Potrafię gotować — rzekła Udela. — Umiem przyrządzać niezwykłe dania, takie, których nie potrafiła przygotować stara pani Gibbs, ale obawiam się, że nikt nie potrzebuje takiego kucharza.

— Nie wyobrażam sobie ciebie w kuchni.

— Nie mogę być guwernantką ani... służącą, więc co mogę... robić?

Gdy Udela skończyła, książę wyczuł, że dziewczyna zastanawia się nad tym, co chciał z niej uczynić lord Julius. Widział strach, który powrócił w jej spojrzeniu, zauważył, że zacisnęła mocno palce, by się nie rozpłakać nad swoim losem.

— Mam dla ciebie zupełnie inną propozycję — powiedział cicho.

Udela słuchała, a on przerwał na chwilę, jakby chcąc starannie dobrać słowa, zanim powiedział:

— Znalazłem się w bardzo kłopotliwej sytuacji, której nie będę teraz roztrząsać, lecz chciałbym pokazać całemu światu, a zwłaszcza pewnej osobie, dlaczego nie mogę jej poślubić. — Udela wyglądała na zaskoczoną, lecz milczała, więc książę ciągnął: — Przyszło mi do głowy, że może zgodziłabyś się udawać przez krótki czas moją narzeczoną. Rozwiązałoby to i mój, i twój problem. — Widział, jak rozszerzają się jej źrenice, więc pospiesznie wyjaśnił: — Pozwól, że dodam, iż nie ma mowy o małżeństwie. Jeszcze długo nie zamierzam się z nikim żenić, lecz jeśli znajdę kogoś, kto zechce się ze mną zaręczyć, i przekonam moich przyjaciół, że to prawdziwy związek, pomoże mi to, jak już wspomniałem, wyjść z bardzo trudnej i niezręcznej sytuacji.

— Naprawdę mogłabym panu w ten sposób pomóc?

— Bardzo.

— W takim razie, zrobię wszystko... o cokolwiek mnie pan poprosi. Ale czy przyjaciele uwierzą, że mógł pan zaręczyć się z kimś takim jak ja?

Udela mówiła tak skromnie, że książę się uśmiechnął.

— Chyba nigdy nie spoglądała pani w lustro, panno Hayward, a może raczej Udelo, skoro wątpisz, że żaden mężczyzna nie chciałby cię poślubić.

— Ale ja nie jestem nikim ważnym ani nie jestem taka... piękna jak kobiety, wśród których się pan obraca.

Mówiąc to, myślała o szkicach z kobiecych pism, należących do jej matki, albo o damach odwiedzających dom Eldridge’ów, gdy mieszkała tam matka obecnego właściciela. Zawsze, kiedy widywała je w kościele zimą ubrane w sobole, a latem w wytwornych okryciach z satyny i tafty, uważała, że wyglądają, jakby były z innego świata.

Myśląc o nich, zdała sobie sprawę z kontrastu między jej skromną sukienką a przepychem i pięknem pokoju, w którym siedzieli. Jeszcze raz czytając w jej myślach, książę powiedział:

— Obiecuję ci, że jeśli zgodzisz się grać przed światem moją przyszłą żonę, będziesz mogła nosić stroje odpowiednie dla swej pozycji.

— To znaczy, że pan mi je podaruje? — niepewnie zapytała Udela.

— Trudno byłoby ci kupić je za sześć funtów twojej wielkiej fortuny.

Udela nie odpowiedziała. Odwróciła głowę, a jej profil z małym prostym noskiem i pięknie wymodelowanym podbródkiem wdzięcznie rysował się na tle stojącej za nią półki na książki.

— Jest urocza — powiedział do siebie książę. — Tak urocza, że ani przez chwilę nikt nie powinien mieć wątpliwości, że chcę się z nią ożenić. — Po chwili, jakby wyczuwając jej wahanie, zapytał: — Czy to cię krępuje?

— Po prostu... wydaje mi się — powiedziała Udela, — że nie wypada, aby pan płacił za moje stroje. Może mógłby pan pożyczyć mi trochę pieniędzy. Nie będę rozrzutna, a jeśli znajdę jakąś pracę, zaraz je zwrócę.

Przez chwilę książę myślał, że Udela żartuje. Nigdy jeszcze nie spotkał kobiety, która, niezależnie od tego, z jakiego środowiska pochodziła, by tak zareagowała. Jeśli chodzi o jego kochanki, to bez żenady nosiły futra, kosztowną biżuterię i wytworne toalety, za które on płacił.

— Chyba nie wyraziłem się jasno — powiedział. — Jeśli odegrasz dla mnie tę rolę, otrzymasz za nią zapłatę, tak jak za każdą inną pracę. Nie wiem, jak długo będę potrzebował twych usług, lecz mogę już teraz powiedzieć, że jeśli o mnie chodzi, gotów jestem nie tylko ubrać cię od stóp do głów, ale i wypłacić na końcu sumę tysiąca funtów.

— Tysiąca... funtów? — Udela ledwie zdołała wykrztusić te słowa, a potem szybko dodała: — Ależ nie mogę przyjąć tak dużej sumy ani niczego w zamian!

— Nie będę się teraz o to spierał — odparł książę — ale uwierz mi, że jeśli przez kilka miesięcy czy nawet tygodni będziesz odgrywać rolę mojej narzeczonej, sama zażądasz podwyżki.

— Jak choćby przez chwilę może pan uważać, że mogłabym być tak... niewdzięczna? — zapytała Udela. — Lecz błagam, jeśli naprawdę zamierza mnie pan tak hojnie wynagrodzić, sama zapłacę za moje suknie.

— Chcę byś postąpiła według mojej woli — odrzekł książę. — Wszystko to zostanie spisane w naszym kontrakcie.

Gdy to mówił, przyszło mu na myśl, że w przeszłości tyle razy był oszukiwany, oszczerczo oskarżany i oczerniany, że tym razem musi mieć pewność, iż to się nie powtórzy.

— Zamierzam — powiedział — spisać wszystkie swe wymagania, a ty je podpiszesz. Wtedy będziemy pewni, że kiedy mnie opuścisz i rozpoczniesz własne życie, nie pociągnie to za sobą żadnych reperkusji i, co mam nadzieję, wzajemnych pretensji.

— Jak... jak choć przez chwilę... mogł pan o tym... pomyśleć? — spytała Udela. — Lecz czy jest pan całkowicie pewien, że tego chce?

— Całkowicie.

— Naprawdę to pomoże?... A może tylko chce być pan dla mnie miły?

— Zapewniam cię, że jestem wielkim samolubem i że przede wszystkim myślę o sobie.

Odwrócił się od biurka i pomyślał, że Udela szuka jego spojrzenia, by się upewnić, że mówi szczerze.

— A jeśli nie uda mi się i powstanie jeszcze większe zamieszanie?

— Nie sądzę.

— Ja nie mam doświadczenia, a poza tym nigdy nie spotkałam kogoś takiego jak pan. — Książę był pewien, że to prawda, lecz zanim zdążył odpowiedzieć, Udela mówiła dalej: — Zanim stary lord i lady Eldridge zmarli, często chodziliśmy z mamą i tatą do nich na pikniki, lunche i popołudniowe herbatki, lecz to były jedyne ważne osobostości, jakie znałam, bo tata nie zaakceptował nowego lorda i jego... przyjaciół.

 

Przy tych słowach Udela przypomniała sobie, że jednym z nich był brat księcia, więc zaczerwieniła się i niepewnie podniosła na niego wzrok. Pośpiesznie, jakby próbując ukryć swe zakłopotanie, dodała:

— Mogę... popełniać gafy i... będzie się pan za mnie wstydził.

— Jestem przekonany, że nie popełnisz wielu błędów — odparł książę. — Będę obok, by służyć ci pomocą. Zapewniam cię, że to okaże się znacznie łatwiejsze, niż ci się wydaje. Zresztą po ogłoszeniu zaręczyn i kilku przyjęciach mozemy wyjechać na wieś.

Jej oczy rozbłysły.

— To byłoby... wspaniale!

W tym momencie książę pomyślał, iż błędem byłoby pozostawienie lady Marlenie czasu na przygotowanie kolejnego ataku, gdy już otrząśnie się z szoku po jego zaręczynach. Czuł, że nie podda się tak łatwo. Równocześnie wiedział, że jeśli ogłosi swe plany małżeńskie, hrabiemu Stanwickowi trudniej będzie zrobić mu scenę, niż gdyby był wolny. Czym innym jest zmuszenie mężczyzny do poślubienia jego siostry, a czym innym zerwanie w tym celu oficjalnych zaręczyn. Książę pomyślał, że powodem gniewu, jaki lady Marlena i jej brat mogli na nim wyładować, będzie zazdrość. Było dość wątpliwe, żeby jego przyjaciele, którzy wiedzieli o jej romansie z lordem Nazebym, uwierzyli, że lady Marlena nosi dziecko swego poprzedniego kochanka, zwłaszcza że od trzech miesięcy nigdzie nie pokazywali się razem.

Książę był zadowolony ze swego pomysłu, który podsunęły bezradność i osamotnienie Udeli w tym wielkim świecie oraz jej wyjątkowa uroda. Jeśli chodzi o kobiety, miał duże doświadczenie i nie wątpił, że modnie ubrana Udela prześcignie wszystkie znane i uwielbiane „znakomitości”. Zwłaszcza że większość mężczyzn, z nim samym włącznie, miała już serdecznie dosyć samego dźwięku ich imion. Wiedział, że ktoś tak młody i nie zmanierowany jak Udela będzie atrakcją w ich otoczeniu. Co więcej, zaczną się zastanawiać, w jaki sposób udało jej się usidlić najatrakcyjniejszego i najbogatszego kawalera.

Z dumą pomyślał, że będzie to zarówno chytra odpowiedź na próbę wymuszenia małżeństwa ze strony lady Marleny, jak i bardzo skuteczne rozwiązanie problemów Udeli.

— Jestem mądrzejszy, niż myślałem — powiedział do siebie i usiadł za biurkiem.

Szczęście go nie opuściło: oto rozwiązał zagmatwany problem. Wyciągnął z szuflady kartkę pergaminowego papieru opieczętowanego jego herbem i otworzył oprawny w czerwoną skórę dziennik, również ozdobiony jego złotą tarczą herbową. Świeżo zastrugane gęsie pióro zanurzył w złotym kałamarzu, stylizowanym przez znanego rzemieślnika na epokę Karola II, i zaczął pisać.

Udela spoglądała z dala na kształt jego głowy, odbijający się w świetle kandelabrów i pomyślała, że śni. To niemożliwe, że przyjechała do Londynu, że taki dżentelmen jak lord Julius Oswestry chciał sprowadzić ją na drogę grzechu i że książę ją ocalił. Zgadzała się na jego propozycję, choć wciąż nie mogła uwierzyć, że wszystko dzieje się naprawdę. Jak to możliwe, że ma zostać narzeczoną człowieka, który siedzi przed nią i coś pisze. Czy ktokolwiek da temu wiarę?

Nie przypuszczała, że mężczyzna może być tak przystojny i oszałamiająco dostojny jak on. Gdy po raz pierwszy weszła z nim do biblioteki, była zbyt przerażona, by myśleć o czymkolwiek poza tym, że uratował ją przed ludźmi, którzy ją napastowali i próbowali zabrać do tego jaskrawo oświetlonego „domu zabawy”, w którym kłębiło się tyle zła, co w samym piekle.

Teraz gdy jej serce nie biło już jak szalone, gdy przestała drżeć i przyjrzała mu się, pomyślała, że jej ojciec nazwałby tego człowieka „prawdziwym dżentelmenem”.

— Tata zaakceptowałby go — powiedziała sobie z pewnym wahaniem.

Czy istniało coś bardziej cudownego niż ta jego propozycja?

Ale gdy kupi jej stroje i zapłaci za nie ogromną sumę pieniędzy, czego jeszcze zażąda w zamian?

Udela, która mieszkała z ojcem wśród biednych mieszkańców wioski, była dziewczyną bardzo niewinną. Oczywiście słyszała, że można wpaść w tarapaty z powodu mężczyzn; że rodzą się dzieci, które nie mają ojców, i że przyzwoici ludzie określają takie kobiety strasznym słowem, które nie przechodziło jej przez gardło. Jednak nie wiedziala, co w tej konkretnej sytuacji oznaczałoby słowo „grzech”; co robią mężczyźni pokroju lorda Juliusa i co się dzieje w domach publicznych.

Wiedziała, że płacą oni za rozrywki, co jej zdaniem samo w sobie było odrażające, bo jak ktoś może kupić miłość, która powinna pochodzić prosto z serca? Gdy zastanawiała się nad tym wszystkim, nagle poczuła się bardzo zmęczona. Wczorajszej nocy bardzo późno poszła spać, pakując rzeczy na plebanii, potem, zaledwie po dwóch godzinach snu, musiała wstać, ubrać się i złapać dyliżans, który mijał skrzyżowanie na skraju wioski. I teraz poczuła nieodpartą chęć, by położyć się spać, chociaż wiedziała, że to śmieszne wobec perspektywy podjęcia tylu ważnych decyzji.

— Udelo, chodź tutaj!

Wstała i podeszła do niego.

— Przeczytaj, co napisałem — powiedział — i podpisz.

Mówiąc to, wręczył jej kartkę papieru zapisaną stanowczym pociągnięciem pióra, dużymi literami, dokładnie takim charakterem pisma, jaki powinien mieć książę.

— Przeczytaj głośno — polecił jej.

Miękkim, dźwięcznym głosem Udela posłusznie zaczęła:

Ja, Udela Hayward zgadzam się odgrywać rolę narzeczonej jego wysokości księcia Oswestry, przez czas, jakiego on zażąda. Nie poinformuję nikogo o fikcyjnej podstawie związku zawartego dla dobra jego wysokości i mojego i będę postępować odpowiednio i w uzgodniony sposób, dopóki jego wysokość nie zwolni mnie z umowy, którą podpisuję. Zgadzam się, by za wyżej wymienione usługi wypłacono mi sumę tysiąca funtów bez żadnej dodatkowej rekompensaty, i zgadzam się, by po wypełnieniu warunków odejść natychmiast i nie rościć żadnych pretensji. Pod tą umową, zawartą za moją wiedzą i zgodą, dnia 10 czerwca 1820 roku, składam swój podpis.

Udela umilkła, a po chwili powiedziała:

— Czy jest pan pewien... całkowicie pewien, że... że chce mi ofiarować... tak dużo pieniędzy?

— To pozwoli ci na spokojne i wygodne życie przez kilka lat — odparł książę.

— Dłużej niż kilka lat. Tata otrzymywał zaledwie trzysta funtów rocznie, a i to uważał za ogromną sumę.

— Dlatego ten tysiąc funtów — uśmiechnął się książę — pozwoli ci przeżyć, zanim poślubisz tego, kogo sobie wybierzesz na męża.

— Lecz to chyba zbyt wiele — odparła ledwie słyszalnym szeptem Udela.

— Powiedziałem ci już, że nie będziemy dyskutować na ten temat — ostro odparł książę — i jeśli nie masz więcej zastrzeżeń, proponuję, byś podpisała ten dokument, a ja schowam go w bezpieczne miejsce, tak by o jego istnieniu nie wiedział nikt poza tobą i mną.

Przy tych słowach pomyślał, że to powinno uchronić ich przed problemami, gdy umowa dobiegnie końca. Powiedział sobie, że nikogo nie zaskoczy, jeśli zerwie zaręczyny równie nagle, jak w ciągu ostatnich kilku lat zrywał stale i regularnie swe romanse. Do tego czasu na pewno wywoła sensację, przedstawiając Udelę jako swą narzeczoną, i wszystko, cokolwiek powie lady Marlena, na nikim nie wywrze wrażenia.

„Miałem genialny pomysł!” — jeszcze raz pomyślał z zadowoleniem, wręczając Udeli pióro.

Podsunął jej krzesło, aby mogła usiąść, lecz ona zawahała się, jakby bała się podpisać leżący przed nią papier. Zauważył, że charakter jej pisma był równie delikatny i wdzięczny co ona sama. Wziął od niej kartkę i schował do szuflady, którą zamknął na klucz. Potem przeszedł przez pokój i nacisnął dzwonek.

— Mam nadzieję, Udelo, że będziesz dobrze spała — powiedział. — Jutro spotkasz się z moją babką i umówimy krawców, by przyszli i wzięli miary. Rozumiesz, że nie chcę, abyś pokazywała się publicznie, dopóki nie będziesz odpowiednio ubrana. — Uśmiechnął się i chcąc dodać jej pewności siebie, dorzucił: — Będziesz główną bohaterką w dramacie, w którym oboje weźmiemy udział, i mam nadzieję, że gdy minie pierwszy szok, będziesz się dobrze bawić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?