Miłość na sprzedaż - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Miłość na sprzedaż - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Najpiękniejsze mitości

Przekład

Elżbieta Lipska

Saga

Miłość na sprzedaż - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTranslacja Elżbieta Lipska

tytuł oryginału

Love for Sale

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Cover layout: grafiskstue.dk

Copyright © 1980, 2020 Barbara Cartland i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711771129

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

ROK 1820

Książę Oswestry niechętnie zatrzymał powóz przed domem na Park Street. Przybył tu na wezwanie lady Marleny Kelston tylko dlatego, że otrzymał od niej nie jeden, ale trzy listy w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin, a w każdym z nich coraz bardziej stanowcze żądanie natychmiastowego spotkania. Nie wiedział, co ją skłoniło do napisania, skoro rozstali się przed niemal trzema miesiącami. Ich związek był krótki i burzliwy, a gdy zakończył się potworną awanturą, w której oboje skakali sobie do oczu, powiedział sobie, że niepotrzebnie wdał się w ten romans.

Lady Marlena, gwiazda ostatnich dwóch sezonów w londyńskich salonach, była bardzo stanowczą osóbką.

— W Kelstonach płynie zła krew — ostrzegała go matka.

Gdy książę poznał bliżej lady Marlenę, zgodził się z tą opinią: zła krew znalazła odbicie w jej charakterze. Dla świata była olśniewająca, zawsze powabna, a jej impertynenckie lekceważenie konwenansów miało swój urok. Wyszła za mąż, gdy książę walczył w armii Wellingtona; jej mąż został ranny pod Waterloo i zmarł trzy lata później na skutek odniesionych ran. Ledwie minął zwyczajowy czas żałoby, a lady Marlena pojawiła się jak meteor na towarzyskim firmamencie i niewątpliwie odniosła sukces. Naprawdę była niezwykle piękna i książę uległ pokusie uwiedzenia jej. Tylko że ani on, ani, szczerze mówiąc, nikt inny, nie spodziewał się, iż kaprysy i nigdy nie zaspokojone żądania lady Marleny znudzą go tak szybko.

Lady Marlena była nieobliczalna, ale książę nie ustępował jej w szaleństwach.

Zbliżały się jego trzydzieste urodziny i miał już niemałe doświadczenie z kobietami wszelkiej konduity. Od kiedy opuścił szkołę, ścigały go, tropiły i podchodziły, ponieważ nikt w okolicy nie stanowił równie wyśmienitej partii, nikt nie był tak przystojny i nikt nie miał tyle nieodpartego uroku. Wymykał się im niezwykle łatwo, a to z powodu wybrednego gustu i pragnienia doskonałości, które sprawiały, że kobiety nudziły go tak szybko, iż regent zażartował kiedyś:

— Oswestry, masz takie powodzenie, iż niedługo się okaże, że teraz, po zakończeniu wojny, trzeba będzie importować dla ciebie kobiety z kontynentu.

Książę uśmiechnął się z szacunkiem. Równocześnie — tego regent już nie zauważył — popatrzył na niego chmurnie. Jedyną rzeczą, której szczerze nie znosił, była rozmowa o jego romansach, ponieważ myślał naiwnie, że ma prawo do prywatnego życia.

W beau monde, gdzie każdy szczegół skandalu był pieczołowicie zbierany i obracany na tyle sposobów, aż wreszcie nie pozostało już nic więcej do powiedzenia, niemożliwe było, by ktoś tak ważny i atrakcyjny jak książę, mógł zachować cokolwiek w tajemnicy. To był kolejny powód zakończenia związku z lady Marleną. Opowiadała o tym publicznie, co w jego oczach było grzechem niewybaczalnym.

Oddając lejce parobkowi, wysiadł z powozu, odnotowując równocześnie w myśli, że lokaj, który czekał, by otworzyć mu drzwi wejściowe, powinien już wyczyścić herbowe guziki przy swoim uniformie.

Po śmierci małżonka lady Marlena powróciła do swego panieńskiego nazwiska, pragnąc, co dość ostentacyjnie rozgłaszała, „odrzucić przeszłość, której częścią był jej ostatni i nieodżałowany mąż”.

Dowagersowie, którzy nigdy jej nie zaakceptowali, zgodzili się, że było to bezduszne i okrutne, lecz typowe dla niej zachowanie. Jednak wiedzieli, że od zakończenia wojny lady Marlena nie miała żadnego pożytku z okaleczonego mężczyzny, nawet jeśli jego rany były świadectwem walecznej postawy na polu bitwy.

— Dla mnie mężczyzna musi być mężczyzną — oznajmiła, gdy ktoś zarzucił jej lekceważenie męża, i nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że tak naprawdę myślała.

— Czego, u diabła, ona chce ode mnie? — książę pytał sam siebie, gdy został skierowany do głównego marmurowego korytarza, na którego końcu lokaj otworzył przed nim drzwi salonu.

Książę bardzo dobrze znał ten dom. Bywał tu wystarczająco często, gdy on i lady Marlena byli w sobie zakochani, i zawsze przeszkadzały mu brzydko wykończone wnętrza i kurz pokrywający meble.

Obecnie była to rodzinna rezydencja Kelstonów, należąca do brata lady Marleny, hrabiego Stanwicku, który bywał w Londynie rzadko i nie stać go było na utrzymywanie tak kosztownego domu.

Kelstonom zawsze brakowało pieniędzy. Wszyscy byli rozrzutni jak lady Marlena, która znajdowała się w korzystniejszej sytuacji niż reszta rodziny, ponieważ jej rachunki nieodmiennie płacili adoratorzy.

W salonie nikogo nie było, a odźwierny wymamrotał:

— Powiadomię jaśnie panią, że jaśnie pan przybył — i zamknął drzwi.

Książę podszedł wolnym krokiem do kominka, zastanawiając się, co też lady Marlena ma mu do powiedzenia. Gdy dostał pierwszą wiadomość, odruchowo wrzucił ją do kosza, lecz gdy nadeszła druga i trzecia, pomyślał z niechęcią, że jeśli do niej nie pojedzie, ona przyjedzie do niego.

W przeszłości nieraz tak postępowała, odwiedzając dom Oswestrych na Berkeley Square bez zaproszenia i stawiając go w niezręcznej sytuacji wobec starszych, statecznych krewnych, którzy jej nie akceptowali i mieli ochotę robić głośne uwagi na ten temat. Byli jednak powściągliwi z prostego powodu — wszyscy się go bali.

Książę poważnie traktował swą rolę głowy rodziny i od momentu, gdy odziedziczył tytuł, był znacznie bardziej powściągliwy w swym życiu publicznym, niż to miało miejsce za życia jego ojca.

— Robisz się stetryczały i nudny! — często drwiła z niego lady Marlena.

Powtarzała mu to zazwyczaj, gdy nie brał udziału w jakiejś szalonej wyprawie albo kategorycznie odmawiał towarzyszenia jej na bale i przyjęcia wydawane przez ludzi, których nie tolerował. Przypomniał sobie potworne awantury, jakie mu robiła, często równie namiętne i burzliwe jak ich uniesienia miłosne, i pomyślał, że jeśli chodzi o niego, to jest bardzo zadowolony, że ma to już za sobą.

Drzwi się otworzyły i weszła lady Marlena. Niezaprzeczalnie była piękna, nawet teraz musiał to przyznać. Światło obijało się w jej rudych włosach, wzniecając w nich płomienie, a niesamowicie zielone oczy błyszczały pod zasłoną czarnych rzęs. Podeszła do niego mając wyraz twarzy, którego nie potrafił rozszyfrować, i powiedziała:

— A więc przyszedłeś! Wreszcie!

— Nie mam pojęcia, dlaczego chciałaś mnie widzieć.

— To ważne, Randolphie.

— Domyślam się.

Lady Marlena przechyliła lekko głowę, spoglądając na niego. Wszyscy jej adoratorzy uważali, że ten charakterystyczny gest jest niezwykle uroczy.

— Jesteś bardzo przystojny — stwierdziła — może nawet najprzystojnieszy ze wszystkich mężczyzn, jakich znam. Nie mogę pojąć, dlaczego tak kłóciliśmy się.

— Nie wierzę, że kazałaś mi tu przyjść, aby prawić mi komplementy — zauważył zimno książę. — Powiedz mi, Marleno, o co chodzi. Przyjechałem parą młodych koni, zapewne są już niespokojne.

— Konie! Zawsze konie! — zawołała z ostrą nutą w głosie. — Gotowa jestem przysiąc, że znaczą dla ciebie więcej niż jakakolwiek kobieta.

Książę nie odpowiedział. Po prostu czekał, a ona wiedziała, że się niecierpliwi. Zawsze go irytowało, gdy kobieta nie zmierzała wprost do celu.

— Posłałam po ciebie — odparła po krótkiej przerwie lady Marlena — żeby ci powiedzieć, iż spodziewam się dziecka!

Książę zamarł na chwilę, a potem rzekł:

— Dlaczego przypuszczałaś, że mnie to zainteresuje? Chyba przede wszystkim powinnaś powiadomić Charlesa Nazeby’ego.

— On już wie! — krótko odparła lady Marlena. — Ale jak ci wiadomo, Charles jest bez grosza.

Książę wydął usta w cynicznym uśmiechu.

— Chyba nie przypuszczasz, że ja będę płacił za grzechy Charlesa?

— Nie chodzi o pieniądze.

— Więc o co?

— O małżeństwo!

Książę nie byłby bardziej zaskoczony, gdyby tuż przed nim eksplodowała bomba. Spojrzał na nią ze zdziwieniem, a potem powiedział:

— A więc, prosisz mnie o ślub, ponieważ spodziewasz się dziecka Nazeby’ego?

— Ono może być także twoje, Randolphie

— Ale dobrze wiesz, że nie jest moje.

— To chyba ja powinnam zadecydować, kto ma być ojcem tego niechcianego dziecka — odparła lady Marlena. — Czy może ktoś zapewnić mu lepszy życiowy start niż książę?

Na chwilę zapadła cisza, zanim odparł:

— Marleno, jeśli to wszystko, co chciałaś mi powiedzieć, to straciłem czas, przychodząc tu. Życzę miłego dnia.

Mowiąc to, wykonał ruch, jakby chciał podejść do drzwi, lecz stanęła przed nim, patrząc mu prosto w oczy.

— Musisz się z tym pogodzić, Randolphie — oznajmiła. — Zawsze, jeszcze przed tą głupią, niepotrzebną awanturą, chciałam za ciebie wyjść, więc przynajmniej ciesz się, że będziesz miał żonę z fantazją.

 

— Nie wątpię, że chcesz wyjść za mnie — odrzekł książę — ale ja nie zamierzam się żenić ani z tobą, ani z żadną inną kobietą, i to w dodatku z takiego powodu.

— Zawsze tak mówiłeś! — odparowała lady Marlena. — Ale sam wiesz, że w końcu będziesz się musiał ożenić albo oddać Juliusowi tytuł, więc najwyższa pora, by raz na zawsze pozbawić go złudzeń.

— Zanim zabrniemy dalej w tej rozmowie — powiedział książę — pozwól, że wyrażę się jasno: nie ożenię się z tobą i nie ma sensu o tym dyskutować.

— Jest — zaoponowała lady Marlena — bo jeśli już muszę za kogoś wyjść, to wolałabym, żebyś to był ty.

— Powinienem to potraktować jako komplement, lecz niestety dość bezpośrednio wyraziłaś swe uczucia do mnie, gdy się rozstawaliśmy.

— Po co rozpamiętujesz to, co sobie powiedzieliśmy, gdy poniosły nas nerwy. Cokolwiek wtedy mówiłam, Randolphie, to kochałam cię i kocham nadal.

— To doprawdy ujmujące! — odparł książę z sarkazmem. — Lecz nie sądzę, aby Nazeby był tym zachwycony.

— Charles nie ma nic do tego! On nie potrafi mnie wesprzeć i zresztą sam stwierdził, że równie dobrze może to być twoje dziecko.

— To mnie akurat nie dziwi — odparł książę. — Nazeby często wykręcał się od swych obowiązków.

— A ty, Randolphie, zawsze, i dlatego im szybciej się pobierzemy, tym lepiej!

Książę westchnął.

— Myślałem, że wyrażam się jasno, mówiąc, że się nie pobierzemy. Odmawiam także wzięcia odpowiedzialności za dziecko, które nosisz. Na Boga, przecież minęły trzy miesiące od naszego ostatniego spotkania!

— Niecałe trzy miesiące, więc ono może być twoje.

— Tylko głupiec by w to uwierzył, a ja nie jestem głupi, Marleno!

I znowu książę skierował się do drzwi, a ona stanęła mu na drodze. Zmrużyła swoje zielone oczy, a w głosie brzmiała wyraźna nuta złośliwości, gdy zapytała:

— Naprawdę nie zamierzasz nic dla mnie zrobić?

— Naprawdę!

— Dobrze więc. Natychmiast poślę po mojego brata. On nie tylko mi uwierzy, ale i pomoże przekonać cię, że nie masz innego wyjścia.

Książę był pewien, że hrabia Stanwick szybko dostrzeże korzyści płynące z posiadania za szwagra bogatego księcia.

Był to człowiek żywiołowy, równie energiczny i zaskakujący jak jego siostra, ale jeszcze bardziej niebezpieczny. Brał udział w niezliczonych pojedynkach, walkach i nawet awanturniczych potyczkach. Gdzie tylko się pojawiał, sprowadzał ze sobą kłopoty, a po jego ostatniej wizycie w Londynie, w którym bywał regularnie, jego przyjaciele, na równi z wrogami, odetchnęli z ulgą.

Książę doskonale wiedział, jakie kłopoty może sprowadzić na niego hrabia, i chociaż nie bał się walki, wiedział, że zakończy się ona skandalem opisywanym na pierwszych stronach gazet.

Każdy szczegół ich kłótni będzie znany nie tylko w kręgach towarzyskich księcia, ale i zwykłym ludziom. Chciał tego unikąć za wszelką cenę. Czuł, jak każdy jego nerw wzdryga się na myśl o plotkach.

Lady Marlena, która jakby czytała w jego myślach, powiedziała z nutą satysfakcji w głosie:

— Hektor mi uwierzy. Hektor sprawi, Randolphie, że nie będę sama dźwigać brzemienia naszej miłości. — Książę milczał, więc po chwili dodała: — Chyba znacznie lepiej byłoby zakończyć tę sprawę nie wywołując zamieszania.

— Jeśli coś napawa mnie obrzydzeniem — powiedział książę tonem mrożącym krew w żyłach — to przymus.

Lady Marlena potrząsnęła głową i roześmiała się.

— Jeśli zamierzałeś mnie przestraszyć, to ci się nie udało. Tak, Randolphie, postanowiłam cię do tego zmusić, a jeśli powtórzę moim krewnym, z jaką pogardą się do mnie odniosłeś, jestem pewna, że i oni będą gotowi mnie wesprzeć.

Cały czas obserwowała jego twarz, szukając jakiejś reakcji, lecz książę wciąż był nachmurzony i nie wyglądało na to, że zmieni swą decyzję.

— Zastanówmy się — ciągnęła dalej — moja ciotka Agnes odziedziczyła tytuł damy dworu jej wysokości. Jestem pewna, że królową zasmuci twe postępowanie. Poza tym mój wuj mimo swych siedemdziesięciu lat wciąż jest w służbie u króla. Oboje mogą szepnąć słówko w pałacu Buckingham.

Wiedziała, że książę cały czas się jej przygląda. Jego oczy błysnęły jak para agatów, gdy pojął, że sobie tylko może zawdzięczać, iż teraz znalazł się w tej nieprzyjemnej i naprawdę niebezpiecznej sytuacji. Jak mógł przewidzieć, że to cudowne ciało kryje w sobie język i serce żmii?

Słuchając teraz gróźb Marleny pomyślał, że uwłacza to jego własnemu dobremu smakowi, iż kiedykolwiek mogła mu się wydać atrakcyjna.

Nagle zmieniając nastrój, lady Marlena powiedziała:

— Wybacz mi, Randolphie, nie miałam zamiaru cię straszyć. Kiedy się ze mną ożenisz, będę się zachowywać, jak przystoi księżnej, i będziemy tacy szczęśliwi jak kiedyś, zanim zaczęliśmy się kłócić w ten głupi sposób. — Przerwała, jakby czekając na jego słowa, lecz ponieważ milczał, mówiła dalej: — Otoczę szacunkiem diamenty Oswestrych i będę wydawać takie przyjęcia, że wszyscy poczują się zaszczyceni otrzymując zaproszenia.

Uśmiechnęła się i wydała mu się jeszcze piękniejsza.

— Pomyśl, jak cudownie będzie utrzeć nosa twojemu wstrętnemu bratu! Chociaż teraz nie zamęcza cię o pieniądze, zachowuje się obrzydliwie, wasi przodkowie muszą się przewracać w grobach.

— Nie zamierzam dyskutować z tobą na temat Juliusa — ostro odparł książę. — Roztrząsanie tego, co robi mój brat, nie należy do ciebie, tak jak ty nie należysz do mnie.

Po tych słowach, zanim lady Marlena zdążyła go zatrzymać, skierował się do drzwi.

— Jeśli to twoje ostatnie słowo — powiedziała — muszę posłać po Hektora.

— Rób, co chcesz, i niech was wszyscy diabli!

Gdy powiedział te słowa, opuścił salon i lady Marlena mogła już usłyszeć tylko jego kroki, gdy przemierzał marmurowy korytarz.

Przez moment w jej zielonych oczach odbijało się zdziwienie, lecz zaraz uśmiechnęła się tajemniczo.

— Tym razem mi nie uciekniesz... — powiedziała głośno.

Wracając ze swego klubu w pobliskim Brougham, tak jak i przez cały wieczór, książę zastanawiał się, jaką przyjąć taktykę.

Był tak poruszony rozmową z lady Marleną, że wysłał wiadomość usprawiedliwiającą jego nieobecność na przyjęciu w Holland House i pojechał na obiad do klubu White’a. Zastał tam wielu znajomych, którzy powitali go przyjaźnie, lecz gdy zauważyli, że jest dziwnie cichy i nieobecny, zaczęli się dopytywać, jaka jest tego przyczyna:

— Co z tobą, Randolphie? Wydajesz się czymś zmartwiony.

Książę chciał im powiedzieć, że rzeczywiście jest załamany, ale wykręcił się bólem głowy i z powrotem pogrążył w ponurych rozważaniach. Przestraszyła go myśl o skandalu, a jeszcze bardziej perspektywa małżeństwa z Marleną. Dobrze ją poznał i wiedział, że jest niestała w uczuciach i że jeśli ktoś traktował ją napastliwie, potrafiła zareagować gwałtownie.

A teraz zniżyła się do stosowania haniebnych metod, by zmusić go do małżeństwa. Po raz pierwszy odsłoniła swe prawdziwe oblicze, co przyjął z niesmakiem. Nie opuszczały go też złe przeczucia.

Jak mógł rozważać ślub z wichrzycielką, kobietą na tyle pozbawioną skrupułów, by podsuwać mu dziecko innego mężczyzny, człowieka, którego książę nie darzył ani sympatią, ani szacunkiem?

Sir Charles Nazeby był utracjuszem żyjącym na koszt innych i książę podejrzewał, choć nie miał na to dowodów, że dopuszczał się oszustw w kartach.

Perspektywa, że dziecko Nazeby’ego miałoby któregoś dnia zostać księciem Oswestry, sprawiła, że książę powiedział sobie, że bez względu na cenę, jaką przyjdzie mu za to zapłacić, nigdy to się nie stanie.

Był bardzo dumny, że jego rodzina w swej długiej historii, zawsze, najlepiej jak umiała, służyła monarchii i krajowi. Rodowe nazwisko Oswestrych zapisało się w historii osobami wielkich mężów stanu, bohaterów pól bitewnych i żeglarzy, odkrywców świata, którzy zawsze wzbudzali szacunek i podziw współczesnych, i książę postanowił, że nie dopuści do zaszargania ich pamięci.

Pomyślał teraz, że powinien był się ożenić i spłodzić syna, zanim związał się z lady Marleną, lecz on pragnął, by jego małżeństwo było inne. Widząc, jak wielu jego bliskich przyjaciół jest nieszczęśliwych, a przynajmniej znudzonych swymi żonami, które wybrali im rodzice, walczył o swą niezależność. Każdemu, kto ponaglał go, by stanął na ślubnym kobiercu, powtarzał, że postanowił zostać starym kawalerem. Sam zawsze myślał, że ma dość czasu, by później wypełnić ten obowiązek, na razie chciał cieszyć się wolnością.

Nie wyobrażał sobie, żeby w jego życiowe plany ingerowała jakaś kobieta, ale uczciwie musiał przyznać, że lubił przebierać wśród pięknych kobiet, ochoczo ofiarujących mu swe wdzięki, i uwodził je. Dobrze wiedział, że każda dama z beau monde poczytywałaby sobie za zaszczyt, gdyby chciał z niej uczynić swą kochankę. Miła była mu świadomość, że — z wyjątkiem lady Marleny — wszystkie pozostawały jego przyjaciółkami i z radością spotykały się z nim, nawet gdy ich romans był już tylko wspomnieniem.

To prawda, że wielu złamał serca, a przynajmniej tak go o tym zapewniały, lecz książę cynicznie je pocieszał, że takie rany szybko się zagoją. A teraz, w chwili, gdy najmniej się tego spodziewał, Marlena Kelston groziła mu w sposób, w jaki nikt nigdy nie próbował go zastraszyć. Gdy to sobie uświadomił, wstał rozdrażniony od karcianego stolika i bez żadnego wytłumaczenia wyszedł z klubu.

Nie słyszał nawet, jak przyjaciele wołali:

— Randolphie, zapomniałeś swojej wygranej!

Gdy drzwi się za nim zamknęły, popatrzyli po sobie:

— Co się stało Oswestry’emu? Nigdy nie zachowywał się tak dziwnie!

— Tu musi chodzić o kobietę! — zawyrokował któryś.

Na te słowa wybuchnęli śmiechem. To było nieprawdopodobne.

— Kobieta? Widziałeś, żeby Oswestry martwił się o kobietę, skoro wystarczy, że skinie palcem i ma ich sto wokół siebie?!

— To prawda! — wykrzyknął inny. — Do diabła, przebija wszystkich ze swą urodą i pieniędzmi.

Gdy jego powóz wjechał na Berkeley Square, książę czuł się tak, jakby młyńskie koło obracało się w jego głowie. Ciągle od nowa stawiał sobie to samo pytanie i nie widział wyjścia z sytuacji. Był tak ponury, że gdy zatrzymał się przed domem, lokaj, który otworzył przed nim drzwi karety, popatrzył na niego z obawą. Niezwykłe było już to, że jaśnie pan wracał tak wcześnie.

Kolejny lokaj pośpiesznie rozwinął czerwony dywan, a w otwartych drzwiach stanął majordomus. Książę zaczął wchodzić powoli na schody, a służący skłonili głowy, gdy ich mijał. Od frontowych drzwi dzieliły go dwa stopnie, gdy wtem rozległ się płacz i kobieta rzuciła się do jego stóp.

— Ratuj mnie!... Ratuj! — zawołała.

Gdy książę odwrócił się zaskoczony, ujrzał bardzo młodą twarz i pociemniałe z przerażenia oczy.

— Ratuj mnie! — krzyknęła znowu. — Ratuj, bo... bo oni chcą... mnie pojmać!

Majordomus szybko podszedł do księcia i chwycił kobietę za ramię.

— Dość już tego! — powiedział. — Trzymaj się z daleka! Nie potrzebujemy tu takich jak ty!

Gdy to mówił, krzepki, młody lokaj, który rozwijał dywan, podszedł do niej z drugiej strony.

— Zostaw to nam, jaśnie panie! — uspokoił swego pana majordomus.

Przy tych słowach popchnął kobietę, a ona, zdając sobie sprawę, że próbują ją odsunąć, znowu zaniosła się płaczem.

— Blagam... błagam... — łkała. — Powiedzieli mi... że to powóz lorda Juliusa Oswestry’ego, ale to musiało być... kłamstwo...

W tym czasie majordomus i lokaj ściągnęli ją kilka stopni w dół, a książę zdążył już wejść na ostatni stopień schodów.

— Kto ci powiedział? — odwracając się, zapytał ostro.

— Pomóż mi... błagam... pomóż mi! — Kobieta z trudem wypowiadała słowa.

— Zostawcie ją — rozkazał książę.

Gdy majordomus i lokaj puścili jej ręce, znowu rzuciła się przed siebie i spoglądając na księcia mokrymi od łez oczami, wykrztusiła:

— Oni... oni próbują mnie... złapać!

Książę popatrzył w dal, gdzie na skwerze, w ciemności, stali dwaj mężczyźni, niezdecydowani, czy mają kontynuować pogoń za swą ofiarą.

— Wspomniałaś przed chwilą pewne nazwisko — powiedział książę. — Mogłabyś je powtórzyć?

— Lord... Julius... Oswestry... obiecał mi... pracę.

Książę spojrzał na nią, jakby chciał się upewnić, że mówi prawdę.

— Wejdź do domu, a za chwilę dokładnie opowiesz mi, co zaszło.

Kobieta obejrzała się przez ramię, jakby i ona dostrzegła ludzi w oddali, zadrżała i szybko wbiegła po schodach, postępując za księciem, który wręczył lokajowi wieczorowy płaszcz, wysoki kapelusz i laskę i ruszył po marmurowej posadzce. Postępowała za nim, a gdy kolejny lokaj otworzył przed nimi drzwi, weszli do biblioteki.

 

Był to olbrzymi, robiący duże wrażenie pokój, z oknami wychodzącymi na położony za domem ogród. Teraz kotary były zasunięte, a blask świec oświetlał książki ułożone w jednakowych, osiemnastowiecznych szafach, ogromny stół stojący na środku, pod zdobionym malowidłami sufitem, sofę i dwa fotele przy kominku.

Książę przeszedł przez pokój i stanął tyłem do kominka, by przypatrzeć się gościowi. Ujrzał drobną, bardzo młodą osóbkę, nadspodziewanie piękną. Jej ogromne oczy odbijały się na pociągłej twarzy, a ukryte pod płaskim niemodnym kapeluszem włosy miały kolor dojrzałej kukurydzy. Co dziwne, te oczy nie były błękitne, lecz, jeśli się nie mylił, przybrały odcień szarości zimowego morza. Patrzyła na niego bojaźliwie, a w jej spojrzeniu widać było przerażenie. Książę zauważył, że dziewczyna drży.

— Podejdź i usiądź — zaprosił ją cichym głosem.

Jakby ten ton dodał jej odwagi, przysunęła się wdzięcznie do jednego z foteli i usiadła na samym brzegu, składając ręce na kolanach.

Stwierdził, że ma na sobie niemodne ubranie uszyte z tanich materiałów, ale dobranych ze smakiem. Gdy usłyszał jej głos, upewnił się, że była osobą wykształconą, a subtelność jej zachowania świadczyła o szlachetnym pochodzeniu.

Podszedł do stojącej w rogu pokoju tacy z alkoholami.

— Myślę, że skoro masz za sobą nieprzyjemne przeżycia — powiedział — powinnaś się czegoś napić. Wolisz szampana czy lemoniadę?

— Poproszę... lemoniadę.

Napełniając szklankę książę pomyślał, że nigdy nie zaproponowałby takiego wyboru kobiecie, którą przyjmowałby w tym pokoju.

Było w niej coś tak dziewczęcego, iż wydawało mu się, że nawet wino pije rzadko, jeśli w ogóle ma okazję je pić.

— Dziękuję... bardzo dziękuję — powiedziała, gdy podał jej napój.

Kiedy brała szklankę, dostrzegł drżenie jej rąk i z podziwem przyglądał się, jak umiejętnie panuje nad sobą. Gdy wydawało mu się, że już się trochę uspokoiła, usiadł w fotelu naprzeciw niej.

— A teraz powiedz mi, co cię tak przestraszyło — zapytał — i co wspólnego ma z tym lord Julius Oswestry.

Dziewczyna postawiła szklankę na stoliku obok fotela, złożyła razem dłonie, a potem powiedziała:

— Sądzę, że... najpierw, sir... powinnam przeprosić, że się narzucam, ale byłam tak przerażona, że myślałam tylko o tym, żeby uciec z powozu, który zabrał mnie z zajazdu na Islington.

Książę wiedział, że właśnie tam zatrzymywały się pocztyliony przyjeżdżające z północy.

— Cieszę się, że mogłem ci pomóc — odparł. — Jednak jeśli tak cię to przeraża, lepiej opowiedz mi, co zaszło, żebym mógł się upewnić, że nie zostaniesz znów porwana, gdy stąd wyjdziesz.

Dziewczyna wstrzymała oddech i książę zauważył, że zaczyna się bać.

— Myśli pan, że mogą na mnie czekać?

— Kim oni są?

— To chyba... służący z domu, do którego chcieli mnie zawieźć.

— Co to za dom?

— Chyba... chyba przy Hay Hill, numer 27. Książę zamarł.

— Na pewno tam miałaś się zatrzymać?

— Lord Julius napisał, że na Islington będzie na mnie czekać... powóz, ale... nie powiedział, dokąd on mnie zawiezie. Na siedzeniu leżała ulotka z tym adresem, mam ją w torebce.

Książę się uśmiechnął.

— Brzmi to dość skomplikowanie — rzekł. — Może zacznijmy od początku i powiedz mi, jak się nazywasz.

— Udela... Udela Hayward.

— I gdzie pani mieszka, panno Hayward?

— Tuż za Huntingdon. Mój ojciec był wikarym w Little Storton.

— Powiedziałaś „był”. Czyżby nie żył?

Udela przytaknęła.

— Zmarł... trzy tygodnie temu. — Zadrżał jej głos, lecz odważnie mówiła dalej: — Dopiero gdy umarł, zdałam sobie sprawę, że muszę znaleźć pracę. I wtedy poznałam lorda Eldridge’a.

— Jak go spotkałaś?

Przed oczami Udeli stanął poranek, gdy zerwała niemal wszystkie kwiaty z położonego przy plebanii ogrodu, aby zanieść je na cmentarz. Jej ojciec kochał kwiaty, więc pomyślała, że być może wraz z mamą spojrzą teraz z nieba, podziwiając, jak pięknie przybrała nimi ich grób. Róże na ulubionym krzaku jej matki były jeszcze w pąkach, ale zerwała i je, sądząc, że jeśli wstawi je do wody, rozkwitną w pęk jaskraworóżowych kwiatów, które zawsze przypominały jej matkę. Udela pomyślała, że jest to kolor szczęścia, szczęścia, które odeszło, gdy najpierw zmarła jej matka, a teraz odszedł także ojciec.

Szła piaszczystą drogą prowadzącą z plebanii na cmentarz, gdy zauważyła, podążających za nią dwóch jeźdźców. Najpierw zauważyła ich wyjątkowo piękne konie, gdyż ojciec nauczył ją odpowiednio oceniać te zwierzęta i dobrze jeździć, ponieważ sam był wyśmienitym jeźdźcem.

Udela nigdy nie miała okazji dosiadać takich koni, jakie miała teraz przed sobą, a gdy jeźdźcy zrównali się z nią, poznała w jednym z nich młodego dziedzica — lorda Eldridge’a — którego jej ojciec nigdy nie lubił. Ukłoniła się grzecznie, a on ściągnął koniowi cugle i powiedział:

— Witam, panno Hayward. Bardzo mi przykro. Gdy wróciłem z Londynu, doniesiono mi o śmierci pani ojca.

— Zmarł... bardzo nagle... jaśnie panie.

— Mój sekretarz powiadomił mnie — mówił dalej lord Eldridge — że muszę znaleźć kogoś na jego miejsce, lecz nie będę cię ponaglał, byś opuściła plebanię, zaczekam, aż będziesz gotowa.

— To bardzo... uprzejme z pana strony. Tylko jeszcze nie wiem, dokąd mogłabym pójść.

— Chyba masz jakichś krewnych? — beztrosko zapytał lord Eldridge.

Był to młodzieniec o czerwonej, nalanej twarzy, który rozczarował swego ojca, gdy został relegowany z Oksfordu, i którego jedyną ambicją, jak się wydawało, było trwonienie pieniędzy na hulaszcze życie. Gdy odziedziczył tytuł w całej wiosce zawrzało. Udela przypomniała sobie teraz, że nawet w niedzielę ich rodzinna ławka w kościele świeciła pustkami. Lecz czuła, że lord Eldridge nie chce jej skrzywdzić, więc z wdzięcznością odpowiedziała:

— Żadnych, jaśnie panie, ale znajdę sobie miejsce, gdy tylko uporządkuję sprawy na plebanii.

— Nie musisz się spieszyć.

Lord Eldridge już miał zamiar odjechać, gdy jego towarzysz zatrzymał go:

— Edwardzie, przedstaw mnie. Może będę mógł pomóc tej pięknej młodej dziewczynie.

Lord Eldridge spojrzał na niego ze zdziwieniem, a potem rzekł:

— Panno Hayward, pani pozwoli, że przedstawię swego przyjaciela: lord Julius Oswestry, który pragnie coś pani zaproponować.

Udela znowu dygnęła, a lord Julius zeskoczył z konia i prowadząc go za uzdę, podszedł do dziewczyny.

— Słyszałem, panno Hayward, że szuka pani pracy. Miała pani na myśli jakieś szczególne zajęcie?

— Nie... jaśnie panie, żadnego — odparł Udela — myślałam, by zostać guwernantką... Bardzo lubię dzieci.

— Jest pani trochę za młoda jak na taką posadę — odrzekł lord Julius. — Ile pani ma lat?

— Osiemnaście, jaśnie panie.

Gdy mówił, popatrzyła na niego i pomyślała, że jest w nim coś odpychającego. Był wysoki i barczysty, miał wąsko rozstawione oczy, co nadawało jego twarzy nieco złowróżbny wyraz.

— Myślę, że mógłbym ci pomóc — powiedział. — Proszę zaczekać na wiadomości ode mnie.

Zawstydzona pomyślała, że jego wzrok prześlizguje się nie tylko po jej twarzy, ale i całym ciele.

Nagle zdała sobie sprawę, że jej sprana przez lata noszenia bawełniana sukienka jest zbyt ciasna; a sposób, w jaki lord Julius mierzył ją wzrokiem, sprawił, że się zaczerwieniła.

— Dziękuję... jaśnie panie.

— Czekaj na list ode mnie — powiedział, a zabrzmiało to jak rozkaz.

Udela ukłoniła się najpierw jemu, a potem lordowi Eldridge. A gdy pobiegła z kwiatami na cmentarz, coś jej mówiło, że musi szybko się oddalić i nie oglądać.

Skoro lord Julius kazał jej czekać na list, nie napisała, tak jak miała zamiar, do miejscowego biura w Huntingdon. Nie miała pojęcia, jakie swe umiejętności mogłaby przedstawić. Doskonale wiedziała, że istniały tylko dwa rodzaje pracy dla kobiet: guwernantki albo damy do towarzystwa, i Udela miała niejasne przeczucie, że lord Julius miał rację twierdząc, iż jest zbyt młoda.

„Mogłabym się opiekować małymi dziećmi” — pomyślała i spoglądając w lustro, żałowała, że nie wygląda poważniej. Bała się o swoją przyszłość, a byłaby jeszcze bardziej przerażona, gdyby usłyszała, co powiedział lord Julius, kierując swego konia w dalszą drogę piaszczystą ścieżką.