Małżeństwo z przymusuTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Małżeństwo z przymusu

Saga

Małżeństwo z przymusuTytuł oryginału: Forced to MarryPrzełożyła: Natalia Dudek Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ’Playfair’ Copyright © 1986, 2019 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711771174

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

ROK 1818

Nie Dziadku, to absolutnie niemożliwe! Nie mogę tego zrobić!

— Postąpisz jak ci każę — ryknął sir Robert Sullivan. — Jeśli sądzisz, że pozwolę, by moje pieniądze zostały roztrwonione przez jakiegoś nędznego łowcę posagów to jesteś w wielkim błędzie!

— Nie każdy mężczyzna, który zabiega o moje względy robi to tylko dla pieniędzy — rzekła Gytha spokojnie.

— Czy naprawdę sądzisz, że ktokolwiek zechciałby cię poślubić z innego powodu? — odciął się sir Robert. — Nie mam ci nic więcej do powiedzenia. Wybór pozostawiam tobie. Możesz wyjść za Vincenta lub za Jonathana i im szybciej podejmiesz decyzję, tym lepiej.

Dał znak stojącemu przy jego wózku lokajowi, by zabrał go z pokoju.

Gytha odprowadziła dziadka wzrokiem do drzwi, następnie usiadła wygodnie na sofie.

— Co mam począć? — zapytała z rozpaczą. — Co... mam zrobić?

Ku jej zdziwieniu, w ostatnim czasie dziadek zaczął intensywnie rozmyślać jak rozporządzić swym olbrzymim majątkiem. Lekarze zdradzili jej w sekrecie, że nie ma szans, by starzec pożył dłużej niż dwa lub co najwyżej trzy miesiące. Gytha nie podzieliła się z nikim tą poufną wiadomością. Lecz dziadek, dzięki wyjątkowej przenikliwości, która jest swoistą cechą ludzi starych, przeczuwał, że jego dni są policzone. Nieustannie rozważał kto odziedziczy majątek, który zgromadził w Indiach w ciągu wielu lat. Nikt, prócz adwokata, księgowego i jego samego, nie wiedział jaką sumę właściwie posiada. Kilku, wciąż żyjących członków jego rodziny, miało świadomość, że jest to ogromna fortuna. Gytha była przekonana, że bratankowie dziadka: Vincent i Jonathan, synowie jego młodszego brata, tylko liczą dni gdy wreszcie zagarną spadek.

Pech chciał, że sir Robert miał tylko jednego syna. Zginął on w bitwie pod Waterloo, pozostawiając po sobie córkę, Gythę.

Alex Sullivan był niezwykle czarującym mężczyzną, który w pełni potrafił korzystać z życia. Odznaczył się jako wybitny dowódca w armii Wellingtona. Jego śmierć była tragedią nie tylko dla pułku, lecz przede wszystkim dla ojca, który widział w synie kontynuatora dążeń i tradycji rodowych.

Gytha często miała wrażenie, że dla ojca pieniądze nie miały większego znaczenia. Cieszyło go samo obcowanie z ludźmi. Znajdował przyjemność w rzeczach dużo prostszych niż ciągła pogoń za bogactwem.

Jej matka była podobna. Pochodziła z ziemiańskiej rodziny i kochała wieś. Nie pragnęła wyjechać do Londynu i bywać na wystawnych balach, zgromadzeniach i przyjęciach, które w czasie wojny wciąż wydawano. Natomiast gdy pułk, w którym walczył jej mąż wyruszył do Belgii, przeniosła się z niewielkiego domu do majątku ziemskiego. Okazała rezydencja sir Roberta, stała się jej domem.

Czasem śmiejąc się mawiała do Gythy:

— Czuję się czasami, jakbyśmy były małymi ziarnkami grochu, grzechoczącymi w długim strąku fasoli.

Jednak po śmierci Alexa, wielki dom stał się jeszcze bardziej ponury niż zwykle. Niczym duch poruszała się po pustych pokojach o wysokich sufitach i wielkich rzeźbionych schodach zdobionych złoceniami.

Pani Sullivan czuła jak powoli traci chęć do życia i więdnie. Gytha wiedziała, że nie jest to tylko szok spowodowany śmiercią ojca. Ona po prostu nie mogła uwierzyć w to, co się wydarzyło.

Wkrótce Gytha została zupełnie sama z dziadkiem. Był on już stary i niechętnie przyjmował w swym domu jakichkolwiek gości. Rzadko więc widywała rówieśników.

Życie Gythy zamieniło się w samotną wegetację. Jedyne pocieszenie znajdowała w koniach, których pełne były stajnie dziadka. W przerwach między lekcjami z guwernantką, Gytha każdą wolną chwilę spędzała na koniu.

Dziadek wciąż zmieniał guwernantki, gdyż do każdej miał jakieś zastrzeżenia. Często same rezygnowały nie mogąc znieść jego ciągłego wtrącania się do wszystkiego i izolacji od świata. Gytha sama uczyła się i dużo czytała. Mnóstwo czasu spędzała w olbrzymiej bibliotece. Bogaty księgozbiór, w którym znajdowały się także najnowsze publikacje był chlubą dziadka. Zawsze pragnął uchodzić za erudytę i ubolewał, że jako chłopiec nie został posłany do jednej z ekskluzywnych szkół prywatnych.

Jego pasją było kupowanie książek.

To one zbliżyły Gythę i dziadka. Gdy wracała z konnej przejażdżki, opowiadała o swoich lekturach i dziadek momentalnie zapominał, że powinna udać się na lekcję z guwernantką. Z zainteresowaniem wysłuchiwał jej opowieści. Czasem czytała mu na głos lub streszczała ciekawsze artykuły własnymi słowami. Dziadek powoli tracił wzrok i nie mógł przesiadywać nad książkami. Dlatego też Gytha stała się jego lektorką. Czytanie wzbogaciło jej wiedzę o świecie i literaturze i udoskonaliło umiejętność wypowiadania się. Było to dziwne życie dla niespełna 18-letniej dziewczyny. Mieszkała w posiadłości dziadka ukryta przed światem, jak zakonnica w klasztorze.

Wtedy wydarzyło się nieszczęście.

Sir Robert zdał sobie sprawę, że jeśli wkrótce umrze, Gytha zostanie zupełnie sama. Gdy otrzyma w spadku majątek, łowcy posagów rzucą się na nią niczym sępy. Niedoświadczona i naiwna dziewczyna nie zdoła stawić im czoła.

Sir Robert zdecydował więc, że powinna poślubić jednego z kuzynów. Byli oni synami jego młodszego brata, Jasona, którego nigdy nie darzył sympatią. Przez wiele lat nie utrzymywał z nim kontaktu.

Synowie Jasona wiedzieli, że mogą odziedziczyć fortunę i postanowili nie przegapić takiej szansy. Dlatego w ciągu ostatnich sześciu miesięcy stali się stałymi gośćmi we dworze sir Roberta.

Jednak żaden z nich nie przypadł do gustu Gythcie.

Vincent był zwyczajnym fircykiem. Mówił w modnie pretensjonalny sposób, cedząc słowa, co nie tylko brzmiało irytująco, ale również dawało jej odczuć, że jest nikim. Vincent miał trzydzieści pięć lat i pozował na człowieka o wielkomiejskich manierach. Usilnie starał się udowodnić wszystkim, jak wielkie znaczenie odgrywa w londyńskim światku.

Czuł również nieodparty pociąg do płci pięknej. Jego lokaj, który nie zyskał sobie sympatii służby sir Roberta, nieustannie przechwalał się romansami swego pana z najpiękniejszymi kobietami w Londynie. Pokojówki zdawały Gythcie relacje ze wszystkiego, co zasłyszały z jego ust. Znały ją od dziecka. Teraz, gdy była już dorosła, mogły z nią szczerze o wszystkim rozmawiać.

— Nie sądzę, by łamanie kobiecych serc mogło być powodem do chluby. Nie wyobrażam sobie, by ojciec panienki, Boże miej w opiece jego duszę, zachowywał się w podobny sposób.

— Zgadzam się — przyznała Gytha. — Tata był człowiekiem zupełnie innego pokroju!

Kuzyn Jonathan jeszcze bardziej odbiegał od jej ideału mężczyzny.

Vincent zachowywał się wobec niej, kobiety, która nie należała do towarzystwa, w sposób protekcjonalny i lekceważący. Była pewna, że uważają za mało atrakcyjną i niezbyt szykowną osobę. Był obrzydliwym pochlebcą. Gytha z pogardą przyglądała się, jak wciąż nadskakuje dziadkowi, pragnąc za wszelką cenę zaskarbić sobie jego sympatię. Robił to w taki sposób, że czuła się zażenowana, gdy patrzyła na to i słuchała jego słów.

Kiedy po śmierci jej ojca, kuzyni po raz pierwszy przybyli do dworu sir Roberta, nawet nie zwrócili na Gythę uwagi. W ich oczach była jeszcze dzieckiem.

A w dodatku, ze względu na swą płeć, nie liczyła się jako spadkobierczyni. Miała odziedziczyć tylko małą sumę, wystarczającą na posag. Reszta powinna bezwzględnie przypaść im, jako że nosząc nazwisko Sullivan, byli kontynuatorami tradycji rodu.

W ostatnim czasie stali się dziwnie podejrzliwi. Nie ignorowali dłużej Gythy, a nawet zaczęli zabiegać o jej względy. Vincent zdobył się nawet na kilka fałszywych komplementów.

Gytha wiedziała, co naprawdę o niej myślą i tym większą czuła dla nich pogardę. W końcu, gdy obaj kuzyni wrócili do Londynu, dziadek oświadczył, że zamierza uczynić ją jedyną spadkobierczynią swego majątku. Dziewczyna zdziwiona wbiła w niego wzrok.

— Ależ nie możesz tego zrobić, dziadku!

— A któż może mnie od tego powstrzymać? — warknął starzec. — Potrzebujesz pieniędzy i sam będę decydował komu je zostawić. Choć nie darzę sympatią żadnego z bratanków, to w końcu noszą oni nazwisko Sullivan. Jeśli masz choć trochę rozumu, będziesz umiała wpłynąć na nich w ten lub inny sposób.

— Ale dziadku, nie zniosłabym myśli, że mam poślubić Vincenta lub Jonathana!

— Zrobisz jak ci każę — krzyknął dziadek.

Dzień w dzień starzec powtarzał te same argumenty. Pocieszający był jedynie fakt, że żaden z kuzynów na razie nic o tym nie wiedział. Nie mieli pojęcia, że postanowił już, kogo uczyni spadkobiercą swego majątku.

 

Gythę opanowała jeszcze większa złość, gdy dowiedziała się, że dziadek oczekuje obu kuzynów za dwa dni. Czuła, że znalazła się w pułapce z której nie ma ucieczki. Strach całkowicie sparaliżował ją i nie mogła zebrać myśli.

Gdy dziadek wyszedł z pokoju, natychmiast zerwała się i wybiegła na korytarz. Chwyciła cienkie palto leżące na krześle i założyła je nie czekając na pomoc lokaja.

— Czy panienka wychodzi? — zapytał.

— Idę do stajni, Harry — odrzekła Gytha. — Jeśli dziadek będzie o mnie pytał, to powiedz, że mnie nie widziałeś.

Harry, który służył już we dworze kilka ładnych lat, uśmiechnął się.

— Panienka może mi zaufać.

Gytha była zbyt wzburzona, by odwzajemnić uśmiech. Czekała z niecierpliwością aż otworzy jej drzwi, by móc wyjść z domu. Powietrze na zewnątrz było przejmująco zimne, a po zachodzie słońca jeszcze bardziej się ochłodziło. Gytha poczuła, że tego właśnie teraz potrzebuje — mroźnego, świeżego powietrza. Ruszyła w lewo piaszczystym dziedzińcem w stronę sklepionego przejścia. Prowadziło ono prosto do stajni.

Otworzyła drzwi i weszła do środka. Jej ukochane konie pozamykano już na noc w przestronnych boksach. Niektóre jadły nachylone nad żłobem, inne wylegiwały się na świeżym sianie, które stajenny Abbey codziennie wymieniał. Gytha weszła do boksu swego ulubieńca, Ważki. Poklepała go, a on czule otarł się o nią nosem. Powiedziała:

— Och, Ważko, co mam począć? Pomóż mi... przecież nie mam nikogo. Nie mogę i za żadne skarby nie poślubię mężczyzny, którego nie kocham.

Przypomniała sobie, jak bardzo szczęśliwi byli ze sobą rodzice. Po śmierci ojca, dla matki zgasła iskierka radości i w jej życiu na zawsze zapanował zmrok.

— Pragnę kochać kogoś tak mocno jak ona, Ważko — szepnęła Gytha.

Koń gwałtownie zastrzygł uszami, co znaczyło, że słucha i rozumie.

Nagle dobiegły ją odgłosy czyichś kroków w przejściu do stajni. Był to Hawkins, ordynans ojca. Po wojnie sprowadził się razem z Gythą i jej matką do posiadłości dziadka.

— Usłyszałem panienki głos — rzekł — i postanowiłem zajrzeć do środka, by przekonać się czy nie mógłbym w czymś pomóc.

Hawkins znał Gythę od dziecka i doskonale wiedział, że zawsze gdy była przygnębiona przychodziła do koni, by znaleźć pocieszenie i ukojenie w bólu. Ale w tej chwili, nawet jemu, nie była w stanie powiedzieć co czuje. Podejrzewała jednak, że lokaj, który opiekował się dziadkiem, opowiedział już całej służbie, o tym co tak bardzo ją zasmuciło.

Hawkins wszedł do boksu i widząc łzy w oczach Gythy rzekł:

— Proszę się nie martwić, panienko Gytho. Przyszedłem powiedzieć, że jutro odbędzie się zabawa, na którą dostała panienka zaproszenie.

— Co za zabawa? — spytała z zainteresowaniem.

Przypomniała sobie jednak, że przecież nazajutrz po południu przyjeżdżają jej kuzyni.

— Dowiedziałem się również — odpowiedział Hawkins — że w sąsiedniej posiadłości lorda Locke’a organizowane są jutro wyścigi konne. Jeśli udałoby się nam rano wymknąć z domu, moglibyśmy znaleźć sobie jakiś dobry punkt obserwacyjny.

Gytha słuchała z zaciekawieniem.

— Wyścigi, Hawkins? Czy chcesz powiedzieć, że jego lordowska mość wrócił już? Myślałam, że jest jeszcze za granicą.

— Podobno już przyjechał — rzekł Hawkins — i na przywitanie organizuje wyścigi konne. Zaprasza przyjaciół z Londynu, którzy będą się ścigać na najwspanialszych koniach, jakie kiedykolwiek widziano w naszych okolicach.

— Och, Hawkins! Skąd ty to wszystko wiesz?

— Właśnie dowiedziałem się od jednego z lokajów z Locke Hall, który przyszedł dziś do karczmy Green Man na piwo.

Zamilkł na chwilę, lecz widząc zainteresowanie Gythy kontynuował:

— Podobno jego lordowska mość wydawał w Londynie bardzo huczne przyjęcia, więc na pewno i jutro zjedzie się mnóstwo gości, a stajnie będą po brzegi wypełnione wspaniałymi ogierami pełnej krwi.

Gytha roześmiała się.

— Och, Hawkins, jak wspaniale! Koniecznie musimy to zobaczyć! Ale nie zdradzaj nic pozostałym domownikom, bo gdy ten podły lokaj dziadka dowie się co planujemy, zaraz mu wszystko opowie i będę musiała zostać w domu.

— Nie pisnę nikomu ani słówka!

Gytha znów się zaśmiała. Doskonale wiedziała o tym, że między lokajem dziadka a resztą służby od lat trwał zażarty konflikt. Uważali go, zresztą słusznie, za szpiega. Powtarzał swemu panu wszystko, co zasłyszał.

— Powiemy domownikom, że jedziemy na krótką przejażdżkę, jak zwykle, i wrócimy na lunch. Spojrzała na niego i dodała:

— Na wypadek gdybyśmy zgłodnieli, poproś kucharkę, by przygotowała kilka kanapek.

— Wszystkim się zajmę, panienko Gytho — odpowiedział Hawkins. — I mógłbym pójść o zakład, że to jego lordowska mość wygra jutrzejsze wyścigi.

— Też tak myślę — zgodziła się Gytha. — Cudownie będzie znów widzieć go na koniu. Ciekawa jestem, czy zmienił się w ciągu ostatnich dwóch lat.

— Postarzał się — rzekł Hawkins — lecz stajenny w karczmie Green Man rozpływał się w pochwałach dla niego. Opowiadał, że lord Locke jest w świetnej formie i w ostatnich zawodach pokonał bezbłędnie całą trasę.

Gytha westchnęła z zachwytem. Przypomniała sobie, jak ostatni raz widziała lorda Locke’ a na polowaniu. Pomyślała wówczas, że nikt nie wygląda w siodle równie wspaniale jak on. Lord i jego koń tworzyli harmonijną całość. Choć posiadłości dziadka i Locke’a sąsiadowały ze sobą, Gytha nigdy nie miała przyjemności go poznać. On również nigdy nie gościł w ich dworze. Przyczyną takiego stanu rzeczy był długotrwały i zajadły spór o graniczny las. Ojciec lorda twierdził stanowczo, że jest on jego własnością, natomiast sir Robert obstawał przy tym, że las bezspornie stanowi część jego majątku. Obaj gentlemani wezwali adwokatów, którzy przeanalizowali stare mapy, ale niestety nie doszli do żadnego satysfakcjonującego wniosku. Panowie obrazili się na siebie śmiertelnie i przestali widywać, nawet gdy w grę wchodziły interesy hrabstwa. Rodzina lorda Locke’a mieszkała w Locke Hall kilka pokoleń dłużej niż rodzina Sullivanów w swej posiadłości. Locke zajmował się organizacją wyścigów konnych oraz patronował wielu instytucjom dobroczynnym. Sir Robert zaś patronował wystawom rolniczym, a także wspierał finansowo lokalne organizacje charytatywne. Lord Locke zyskał sobie dużo większą sympatię sąsiadów niż sir Robert, ale była grupa ludzi, która postanowiła utrzymywać dobre stosunki z obydwoma gentlemanami. Nie chcieli znaleźć się między młotem a kowadłem.

Kiedy obecny lord Locke został dziedzicem, zdążył odznaczyć się jako znakomity żołnierz. Po zakończeniu działań wojennych, lord stał się najbardziej podziwianym i cieszącym się największym wzięciem młodym mężczyzną w beau monde. Był doskonałym jeźdźcem, a także bokserem, porównywanym z zawodnikami z „Gentleman Jackson’s Boxing Academy" na Bond Street.

Rozsławił swe imię jako wyśmienity szermierz, który pokonał dwóch europejskich mistrzów. Sprawdził się również jako świetny myśliwy i wyborowy strzelec.

Legendy o lordzie Locke’u krążyły, opowiadane nieustannie przez mieszkańców obu posiadłości. Dla Gythy był bohaterem, odkąd tylko usłyszała o nim po raz pierwszy. Niestety, nigdy nie miała przyjemności poznać lorda Locke’a. Widywała go jednak czasem, co wystarczyło, by rozbudzić jej dziewczęcą wyobraźnię tak, by stał się obiektem jej marzeń.

Po wojnie lord Locke udał się w podróż dookoła świata. Było to bardzo podobne do niego, że zamiast spędzać czas w damskich buduarach odwiedzał dalekie kraje. Gytha słyszała, że w ogóle nie planował małżeństwa. Pragnął pozostać kawalerem. W jej wyobraźni czyniło go to jeszcze bardziej pociągającym.

Nie wyobrażała sobie, aby mógł uganiać się w życiu tylko za pieniędzmi, jak to czynili jej kuzyni lub usilnie wkradać się w łaski bogatego starca, tylko po to, by wyciągnąć od niego majątek.

— Zrobię wszystko, żeby zobaczyć tę gonitwę — rzekła do Hawkinsa. — Wejdziemy na wzgórze nie opodal Lasu Monk. Stamtąd doskonale będzie widać całą trasę wyścigów.

— Słyszałem, że jego lordowska mość udoskonalił technikę skoku od ostatnich wyścigów.

— W jaki sposób?

— Skoki są dużo wyższe i bardziej sprężyste.

— Chciałabym być tak dobra jak on — powiedziała rozmarzona.

Zdawała sobie jednak sprawę, że choć może obserwować lorda i podziwiać jego nadzwyczajne zdolności, to nigdy nie dostąpi zaszczytu poznania go osobiście.

Rozmowa o wyścigach odwróciła jej myśli od nieszczęścia, jakim były dla niej plany matrymonialne dziadka. Wróciła do domu uśmiechnięta. Nie myślała już o sobie, tylko o lordzie Locke’u.

Następnego dnia, ku radości Gythy, niebo było przejrzyste. Rankiem, gdy otworzyła okno, odetchnęła mroźnym powietrzem i dostrzegła, że trawy przyprószone są szronem. Później rozpogodziło się i wyjrzało słońce.

Gythą nie zajmowała się obecnie żadna guwernantka. Nikt więc na szczęście nie zadawał pytań i nie chciał wiedzieć, gdzie się wybiera. Gytha była pewna, że dziadek nie pojawi się na dole przed jedenastą. Gdy tylko zjadła śniadanie, pędem pobiegła do stajni. Hawkins czekał już na nią. Dziewczyna wskoczyła na Ważkę, a on dosiadł równie wspaniałego konia o imieniu Samson. Ruszyli lekkim kłusem, chcąc, by wszyscy myśleli, że wybierają się na zwykłą codzienną przejażdżkę i nie mają w zanadrzu żadnych innych zamiarów.

— Proszę trzymać się z dala od głównej drogi, panienko Gytho — rzekł stajenny, gdy odjeżdżali.

— Dlaczegóż to? — spytała Gytha udając zdziwioną.

— Będzie zatłoczona, gdyż mnóstwo powozów przyjedzie dzisiaj do posiadłości Locke’ów.

— W takim razie będziemy jej unikać — odrzekła Gytha niby od niechcenia.

Gdy odjeżdżali, ujrzała błysk radości w oczach Hawkinsa.

Był on niemłodym już mężczyzną, o szczupłej i wysportowanej sylwetce.

Jej ojciec często mawiał, że Hawkins był jedynym człowiekiem, na którym mógł polegać bez reszty, a w dodatku lokaj troszczył się o niego i był bardzo oddany. Hawkins był gotów spełnić każdą zachciankę swego pana, czy chodziło o uduszenie kaczki na obiad, czy też przygotowanie posłania w chlewie.

Matka Gythy śmiała się słysząc jak to mówi. Następnie odpowiadała z żalem w głosie:

— Kochanie, czemu to ja nie mogę pojechać z tobą na wojnę? Wiem, to nie wypada, bym zachowywała się jak markietanka.

— Ty, moja droga — odpowiadał — jesteś dla mnie całym światem i chcę, byś zawsze czekała na mnie w naszym domu. Ale obiecuję, że wrócę do domu najszybciej, jak to będzie możliwe.

Patrzył na nią oczami, które wyrażały ogromną, dozgonną miłość.

Następnie padali sobie w ramiona. Gytha po cichu wymykała się z pokoju, wiedząc że rodzice w takiej chwili zapominali o całym świecie.

Niestety, ojciec nigdy nie powrócił z wojennej wyprawy. Dom, w którym byli tak szczęśliwi, umarł razem z nim. Pozostały ciemne, ponure pokoje i rozbrzmiewający echem zżędliwy głos, dziadka, nieustannie szukającego zaczepki.

Podniecenie, jakie rosło w Gycie na myśl o wyścigach, pozwoliło jej zapomnieć o problemach i smutkach życia. Znów ujrzy bohatera fantazji jakie snuła wieczorami, gdy zdmuchnęła już świece przy łóżku i ułożyła się do snu.

Ruszyli przez park drogą, którą zwykle kierowali się na ranną przejażdżkę. Następnie na wypadek, gdyby ktoś z domowników ich obserwował zawrócili przez las i pomknęli ostrym cwałem. Minęli pola, skąd jakieś dwie mile dzieliły ich od granicznego lasu, będącego przedmiotem zaciekłego, długoletniego zatargu między sir Robertem i lordem Locke’em. Ów spór zatruł całkowicie stosunki między dwoma rodami, które żyły obok siebie przez tyle lat, i bez których trudno byłoby wyobrazić sobie to hrabstwo.

— Co za bezsensowna wojna! — powiedziała raz matka Gythy. — Odkąd mieszkam w majątku ojca, chciałabym żyć w zgodzie ze wszystkimi sąsiadami, również z Locke’ami.

— Do tego muszę doprowadzić, gdy dziadek zostawi mi w spadku swój majątek — przyrzekła sobie Gytha.

Następnie uświadomiła sobie wszystkie konsekwencje.

Słońce chwilowo zaszło i wokół niej rozpostarła się mgła, przez którą z trudem mogła się przedrzeć. Postanowiła zapomnieć o wszystkich problemach i cieszyć się widokiem lorda Locke’a zwyciężającego w wyścigach.

Jechali wolnym truchtem przez las. Gdy wynurzyli się po drugiej jego stronie, Gytha zdała sobie sprawę, że są już na miejscu. Znaleźli się na wysokim wzgórzu, które gwałtownie opadało ku dolinie. To właśnie tam miała odbyć się tak długo wyczekiwana gonitwa. Dziewczyna dostrzegła w oddali grupę widzów, którzy zgromadzili się przy przeszkodach. Dokładnie tak jak mówił Hawkins, przeszkody były znacznie wyższe i było ich dużo więcej niż kiedyś. Kilku jeźdźców na koniach kręciło się już przy linii startu. Wszyscy ścigali się dziś na wspaniałych wierzchowcach czystej krwi. W siodłach siedzieli eleganccy młodzi mężczyźni, którzy na pewno przyjechali specjalnie na tę okazję z Londynu. Nawet z tak dużej odległości Gytha dostrzegła wysokie kapelusze, idealnie skrojone kurtki, wzorowo zawiązane krawaty i wyczyszczone na błysk buty.

 

Przyglądała się jeźdźcom, przenosząc wzrok z jednego na drugiego. Nagle z oddali wyłonił się czarny ogier i podbiegł kłusem do linii startu. Z drżeniem serca Gytha rozpoznała siedzącego na nim lorda Locke’a. Nikt nie wyglądał w siodle tak dostojnie jak on i nikt nie miał tak wspaniałego wierzchowca. Uznała, że nie zmienił się od czasu, gdy widziała go przed rokiem. Był teraz nawet jeszcze przystojniejszy niż kiedyś.

Dawno temu, podczas polowania, minęła go przy bramie. Miała okazję ujrzeć z bliska jedną z najbardziej niezwykłych twarzy, jakie do tej pory oglądała. Lord był nie tylko bardzo przystojny, ale w jego rysach było również coś dzikiego. Miał twarz pirata, korsarza, człowieka, który potrafi rozkoszować się życiem i czerpać z niego jak najwięcej.

Zastanawiała się, skąd tak dużo wie o mężczyźnie, z którym nigdy nie zamieniła nawet słowa. Zawsze gdy patrzyła na lorda Locke’a, miała wrażenie, że różni się on od innych mężczyzn. Wszyscy ci przystojni panowie, którzy przybyli z Londynu, nie mogli się z nim równać. Gytha obserwowała jak rozmawiali z nim i śmiali się. Jasnym było, że to on wydaje polecenia, a oni je wypełniają.

Wreszcie zawodnicy ustawili się w szeregu, a widzowie przyglądali im się bacznie.

Nagle na komendę lorda dał się słyszeć strzał i konie ruszyły pędem. Gytha wstrzymała oddech. Była tak podekscytowana, że nagle, zupełnie bezwiednie, puściła konia naprzód galopem. Pomknął w dół, aż do samego toru wyścigów.

Wszyscy jeźdźcy pokonali właśnie pierwszą przeszkodę, a przy drugiej jeden koń odpadł. Gdy dobiegli do trzeciej przeszkody, Gytha spostrzegła, że czarny ogier lorda prowadzi. Wprawdzie, powstrzymywany przez lorda, tylko nieznacznie wyprzedził inne konie, lecz jednak był pierwszy.

Gytha dostrzegła, że na usta lorda wkradł się zwycięski uśmiech. Wynik wydawał się z góry przesądzony.

Konie pokonały wodne przeszkody, a następnie przeskoczyły żywopłot, znacznie wyższy od pozostałych. Dalej zawodnicy przesadzili dwa wodospady i kolejny koń wypadł z trasy. Jeźdźcy pokonywali już ostatnie jardy wyścigu.

Gytha dokładnie widziała, jak ogier lorda bez wysiłku bierze przeszkody. Konie mknęły bez wytchnienia, aż znalazły się na prostym odcinku prowadzącym do mety. Teraz właśnie Gytha spostrzegła, że lord puścił konia swobodnie. Pozostało mu wyminięcie jeszcze trzech zawodników. Finisz był niesamowicie zacięty. W ostatniej chwili lord ściągnął cugle i czarny ogier poderwał się naprzód.

Zwyciężył w tym szaleńczym wyścigu, wygrywając o całą długość.

Gytha bacznie śledziła gonitwę. Wstrzymywała oddech przy każdej przeszkodzie, którą pokonywał wierzchowiec lorda. Gdy przemierzał ostatni fragment trasy, wprost zaparło jej dech w piersiach. Teraz, gdy gonitwa zakończyła się, czuła się tak wyczerpana, jakby to ona sama brała w niej udział.

— A nie mówiłem, panienko Gytho — rzekł Hawkins. — Wiedziałem, że jego lordowska mość zwycięży. Nikt nie może się z nim równać.

Gytha przytaknęła. Przez chwilę jednak nie mogła wydobyć z siebie słowa, więc Hawkins kontynuował:

— Jaka szkoda, że nie możemy powiedzieć mu jak bardzo emocjonujący był ten wyścig. Pragnąłbym również obejrzeć z bliska jego konia.

— Ja także bardzo żałuję — odpowiedziała Gytha.

— Przykro mi — ciągnął Hawkins wpadając w rozmowny nastrój — iż jego lordowska mość nie jest mile widziany we dworze, mimo że panienki ojciec uratował mu życie.

Po raz pierwszy od początku wyścigu Gytha odwróciła głowę i spojrzała na Hawkinsa. Jej oczy wyrażały zdziwienie.

— Co masz na myśli?

— Nigdy pan nie opowiadał panience? — zapytał Hawkins.

— Nie wiem o czym mówisz — rzekła Gytha. — Kiedy to się stało?

— To było w Portugalii; pierwsza bitwa, w jakiej walczył lord Locke po wstąpieniu do pułku.

— Opowiedz mi, co się wówczas wydarzyło? — poprosiła Gytha.

— Nieoczekiwanie natknęliśmy się na oddział Francuzów i zanim zorientowaliśmy się, co się dzieje, koń lorda Lockę’a został śmiertelnie raniony.

Gytha wydała dziwny pomruk, ale nie przerywała mu.

— Wróg miał sześciokrotną przewagę — ciągnął Hawkins — więc ojciec panienki wydał rozkaz odwrotu. Nic więcej nie można już było zrobić. Gdy porucznik Locke runął na ziemię z koniem, podjechał do niego ojciec panienki, nachylił się i krzyknął:

— Wskakuj za mną na siodło, przyjacielu, i czym prędzej uciekajmy stąd!

Pan podał lordowi rękę, pomógł mu wsiąść na konia i ruszyli galopem pośród świszczących kul.

Gytha westchnęła.

— To bardzo podobne do taty.

— To musiał być cud, panienko. Pan mógł polec jak reszta żołnierzy. Wszyscy z wyjątkiem niego posłuchali rozkazu i wycofali się.

Hawkins roześmiał się i dodał:

— Jestem przekonany, że gdy jego lordowska mość wspomina tę chwilę jest niezmiernie wdzięczny pani ojcu, za to, iż wciąż żyje. Szczególnie gdy odnosi zwycięstwo w gonitwie, tak jak dziś.

— Masz rację — rzekła Gytha cicho.

Popatrzyła na lorda. Przyjmował właśnie gratulacje od tłumu, który zgromadził się wokół niego.

Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Był on ryzykowny i niezwykle śmiały. Przeraziła się, gdy zdała sobie sprawę, co naprawdę oznacza.