Lord i aktoreczkaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Lord i aktoreczka - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Najpiękniejsze mifości

Przekład

Izabela Matuszewska

Saga

Lord i aktoreczka - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTłumaczenie Izabela Matuszewska Tytuł oryginału Earl Rings a BellZdjęcie na okładce: Shutterstock Projekt okładki: grafiskstue.dk Copyright © 1986, 2020 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711770573

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

Od Autorki

W czasach średniowiecza akrobaci i muzykanci zabawiali panów wielkich rodów w warowniach. Minstrele wędrujący z miejsca na miejsce przenosili wiadomości o zwycięstwach i porażkach pomiędzy klanami.

W Londynie istniały słynnepleasure gardens1 , których tylko wokół samego Wielkiego Londynu było prawie dwieście. Stały się one, jak na przykład Vauxhall Gardens, ulubionym miejscem dla dandysów, elegantów i innego rodzaju śmiałków w tamtych czasach.

Do 1820 roku powstały niezliczone tawerny, jak „Coal Hole” i „Cider Cellars”, w których wykonywano piosenki, skecze, sztuczki kuglarskie, a także pokazy striptizu nazywane plastic poses. Do 1860 roku największym uznaniem cieszyła się „Song and Supper Room” Evansa w Covent Garden.

Afisze zmieniano zwykle co tydzień i wkrótce z supper rooms wyłoniły się music-halle, w których nie było już stolików do jedzenia i picia, lecz wyłącznie miejsca siedzące na widowni.

W 1850 roku, początkowo w Ameryce, wprowadzono trykoty i natychmiast wywołały one okrzyki grozy. Ludzie protestowali przeciwko nim, potępiając je jako niewyobrażalnie bezwstydne.

Publiczny krzyk oburzenia był głośny i długotrwały. Trykoty stały się synonimem grzechu. Gdy w końcu dotarły do Londynu, wykorzystywano je w sprowadzonych z kontynentu poseplastique. Kobietom pozującym w tych przedstawieniach nie wolno było się poruszać, dopóki nie zaakceptowały trykotów. Nie trzeba dodawać, że nie spotykała się z nimi, ani nawet nie rozmawiała żadna kobieta, która uważała się za damę.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

ROK 1896

W chodząc do domu, Donela czuła się szczęśliwa. Cudowna przejażdżka po parku sprawiła jej ogromną przyjemność.

Nie ma nic bardziej uroczego — pomyślała — niż wschodzące pod drzewami żonkile, niż fiołki i pierwiosnki przytulone w mchu.

Gdy minęła drzwi wejściowe, zbliżył się do niej kamerdyner.

— Sir Marcus życzy sobie z panią rozmawiać, panno Donelo — rzekł.

Donela bezwiednie zesztywniała. Gorączkowo zastanawiała się, czym mogła narazić się na gniew ojczyma, gdyż w przeciwnym razie nie wzywałby jej w taki sposób przez służącego.

Wiedziała, że będzie czekał w swoim gabinecie. Ten pokój przywodził jej na myśl niemiłe skojarzenia. Kiedy sir Marcus chciał skarcić służbę lub ją samą, zawsze robił to w gabinecie. Mimo to darzyła go sympatią za przywrócenie szczęścia jej matce.

Śmierć kapitana Angusa Colwyna, który zatonął wraz ze swoim statkiem podczas niezwykle gwałtownego sztormu w Zatoce Biskajskiej, złamała serce jego żonie. Była tak zatrwożona, że omal nie podążyła za nim na tamten świat. Poza stratą ubóstwianego męża i wstrząsem, jaki przeżyła, pozostała z bardzo niewielką ilością pieniędzy. Pensja kapitana marynarki była skromna, a wdowa po nim oraz dzieci otrzymywały jedynie szczupłą rentę.

— Nie wyobrażam sobie, co my zrobimy, Donelo — powiedziała wówczas ze smutkiem matka.

— Jakoś sobie poradzimy — odparła Donela. — Tatuś byłby bardzo niezadowolony, widząc jak płaczesz i tracisz zdrowie.

Pani Colwyn przez wzgląd na córkę uczyniła nadludzki wysiłek, aby się pozbierać. Kochała ją i wiedziała, że wkrótce stanie się bardzo atrakcyjną młodą kobietą. Często rozmyślała, jak dużo traci, mieszkając w wynajętym mieszkaniu w okolicach portu morskiego.

Niewiele tu było dużych domów, a na ludziach, którzy w nich mieszkali, kapitan marynarki i jego żona nie robili szczególnego wrażenia.

Pani Colwyn pochodziła z licznej rodziny zamieszkałej w Northumberland, gdzie jej ojciec był wpływowym i szanowanym właścicielem ziemskim.

Jako debiutantka bywała na niezliczonych balach i chociaż nigdy nie odwiedziła Londynu, by złożyć ukłon królowej, poznała wiele osób z towarzystwa. Ponieważ była urocza, ojciec miał nadzieję, że dobrze wyjdzie za mąż — najlepiej za jednego z bogatych, dystyngowanych sąsiadów.

Na nieszczęście dla niego, na balu wydanym w jednym z arystokratycznych dworów, Mary Acton, bo tak się wówczas nazywała, poznała kapitana Angusa Colwyna. W chwili, gdy ją ujrzał, całkowicie stracił głowę i po raz pierwszy w życiu zakochał się bez pamięci.

Pomimo protestów ojca, Mary i Angus pobrali się, zanim on powrócił na morze. Przeprowadzili się na południe, aby Mary mogła czekać w każdym porcie, do którego powracał statek męża.

Gdy dowiedziała się o jego śmierci, mieszkała z córką w Portsmouth. Wynajmowała tam mały umeblowany domek do czasu, kiedy — podążając za swoim mężem — przeniosłaby się w inną część wybrzeża.

Po śmierci męża pani Colwyn nie potrafiła znieść życia w pobliżu morza. Jak mogła obserwować wpływające do portu statki, jeśli na żadnym nie było jej męża?

Zatem bez szczególnego powodu, poza wiadomością, że jest tam tanio, przeniosła się do Worcestershire. Wynajęły mały, lecz bardzo przyjemny, elżbietański, czarno-biały domek. Stał na krańcu przepięknej wioski, gdzie wśród mieszkańców znalazły przyjaciół.

Zupełnie przypadkiem pani Colwyn zaprzyjaźniła się także z wielkim łowczym, znamienitym lordem Coventry.

Ponieważ była kobietą bardzo piękną, lord użyczał jej swoich koni do przejażdżek, polowała także parfors z jego sforą wyżłów — Crome Pack.

Kiedy mieli zbyt mało kobiet przy stole podczas obiadu, lord i jego żona zapraszali często panią Colwyn. Cieszyły ją te wyjątkowe okazje, były bowiem ogromnym urozmaiceniem w jej nieco monotonnej egzystencji.

Właśnie na przyjęciu wydawanym z okazji wystawy kwiatów, spotkała sir Marcusa Graysona. Podobnie jak Angus Colwyn, zakochał się w niej w jednej chwili.

Był wdowcem od ponad dziesięciu lat, a mając lat pięćdziesiąt pięć nie sądził, że się kiedykolwiek ponownie ożeni. Lecz nie zdołał się oprzeć Mary Colwyn. Nim zdążyła pomyśleć o nim jako o swoim konkurencie, poprosił ją o rękę.

Ona jednak wciąż opłakiwała męża. Czuła, że nigdy nie będzie mogła oddać swego serca nikomu innemu, więc pod wpływem pierwszego odruchu odrzuciła oświadczyny. Ponieważ sir Marcus z uporem trwał w swoim zamiarze, pomyślała o córce.

Lordostwo Coventry — choć miała szczęście się z nimi zaprzyjaźnić — nie mieli dziecka w wieku Doneli. Nie zaproponowali też nigdy, by na uroczystości, które organizowali, przyprowadziła córkę. Gdy opowiadała hrabinie o Doneli, oczywiste było, że w istocie rzeczy jej to nie interesowało.

Piąty baronet, sir Marcus Grayson, był mężczyzną bogatym, bardzo znaczącym, a przy tym wyjątkowo dumnym ze swoich ogromnych posiadłości. Opisywał Mary wspaniały dom, który należał do niego, położony w północnej części Hertfordshire.

Spędzał także część czasu w Londynie, podejmowany przez wszystkie znamienite panie domu. Przynajmniej dwa lub trzy razy w roku królowa zapraszała go do Windsoru.

Mary Colwyn pomyślała o Doneli i o jej edukacji pozostawiającej wiele do życzenia. Nie mogła bowiem pozwolić sobie na takich guwernerów, jakich ona miała w młodości. Dzięki nim dorównywała wykształceniem swoim braciom, którzy uczyli się w Eton i Oksfordzie.

W końcu, ponieważ kochała córkę, uległa prośbom sir Marcusa, zadowolonego, że — zgodnie ze swoimi oczekiwaniami — postawił na swoim.

Pobrali się natychmiast. Ślub był cichy, gdyż sir Marcus chciał uniknąć plotek i krytyki ze strony przyjaciół. Nikt nie został zaproszony na ceremonię, nawet Donela.

— Chcę cię mieć wyłącznie dla siebie — powiedział sir Marcus nowo poślubionej żonie. — I jeśli jestem najszczęśliwszym mężczyzną na świecie, a za takiego się uważam, nie będę dzielił swojego szczęścia z nikim.

Wyjechali, aby spędzić miesiąc miodowy, Donela zaś została wysłana do najbardziej eleganckiej i ekskluzywnej szkoły dla młodych dam w Londynie. Była tam rok.

Potem, ponieważ podejrzewała, że ojczym nie chce, by spędzała wakacje w domu, pojechała do renomowanej szkoły dla dziewcząt we Florencji, tak zwanej „finishing school”. Zawsze pragnęła podróżować, więc była niezwykle podekscytowana tą myślą. Nie lubiła jednak opuszczać matki.

— Kocham cię, mamo — powiedziała ze łzami w oczach. — Kiedy żył tatuś, zawsze byłyśmy razem. Będzie mi tego brakowało.

— Wiem, kochanie — odrzekła Mary Grayson — ale twój ojczym jest zazdrosny, jeśli zajmuję się kimkolwiek, poza nim samym.

— Ale ty jesteś także moja — zaoponowała Donela — a ja byłam pierwsza.

Mary Grayson zaśmiała się łagodnie, patrząc pełnym czułości wzrokiem.

 

— Rozumiem dokładnie, co masz na myśli, najdroższa — odpowiedziała — ale muszę robić to, czego życzy sobie twój ojczym, a ponieważ zapewnienie ci odpowiedniego wykształcenia kosztuje go mnóstwo pieniędzy, powinnaś okazać mu wdzięczność.

— Jestem wdzięczna — powiedziała Donela — ale kiedy byłam w Londynie, mogłam przynajmniej przyjeżdżać do domu na wakacje. Teraz sir Marcus postanowił, że mam zostać we Florencji półtora roku, w ogóle się z tobą nie widując.

Głos jej się załamał. Lady Grayson objęła córkę i mocno przytuliła.

— Kiedy dorośniesz — powiedziała — wszystko ułoży się inaczej. Będziesz miała własnych przyjaciół — odpowiednich przyjaciół, jakich zawsze dla ciebie pragnęłam, a twój ojczym obiecał wyprawić dla ciebie bal w Londynie i na wsi.

— Ale... to nie to samo, co być razem z tobą, mamo — zaszlochała Donela.

Lady Grayson nie powiedziała wszystkiego, o czym myślała. Sądziła bowiem, że do czasu, gdy Donela wróci do Anglii, sir Marcus przestanie być wobec niej tak zaborczy jak teraz.

Półtora roku we Florencji mijało powoli. Donela była dość mądra, by wiedzieć, iż szansa, jaką otrzymała, mogła się nigdy nie powtórzyć.

Sir Marcus okazał się bardzo hojny w opłacaniu jej edukacji. Uczyła się zatem kilku języków, które poza tańcem i jazdą konną znalazły się dodatkowo w programie nauczania.

Znajdowała także przyjemność w obcowaniu z dziewczętami różnych narodowości, od których dowiadywała się o innych krajach i ich obyczajach równie dużo jak z książek.

Gdy w końcu na Wielkanoc wróciła do Anglii, miała osiemnaście lat i choć nie zdawała sobie z tego sprawy, była dużo lepiej wykształcona niż większość angielskich dziewcząt. Po swoim ojcu odziedziczyła zarówno inteligencję jak i zamiłowanie do przygody.

W czasie pobytu za granicą wydoroślała, stała się jeszcze piękniejsza, niż zapamiętała ją matka.

Olbrzymie zielone, nakrapiane złotem oczy dominowały w małej, szpiczasto zakończonej twarzy, a płomienne refleksy światła odbijały od jasnych pukli włosów, które odróżniały ją od większości angielskich kobiet i były przedmiotem podziwu florenckich dziewcząt.

— Jak ty wypiękniałaś, kochanie! — wykrzyknęła z zachwytem lady Grayson. — Och, jak bym chciała, żeby twój ojciec mógł cię teraz widzieć!

— Pomyślałby, że jestem bardzo podobna do ciebie, mamo — odpowiedziała Donela.

— Twoje włosy są wspanialsze od moich, a oczy bardziej zielone — odrzekła lady Grayson. — Ale kiedy twój ojciec zobaczył mnie po raz pierwszy, powiedział, że już nigdy nie mógłby spojrzeć na inną kobietę.

Głos jej drżał, gdy to mówiła. Nawet teraz, po tak długim czasie nie mogła spokojnie rozmawiać o swoim pierwszym mężu. Czasami w nocy myślała o nim. Pragnęła, by lata mijały jak najszybciej, aby mogła znowu się z nim połączyć.

Wyrzucała przy tym sobie, że jest niewdzięczna, bo sir Marcus świata poza nią nie widział. Był bardzo dumny ze swojej żony i natychmiast spełniał każde jej życzenie. Szkatułkę na biżuterię miała wypełnioną cennymi podarunkami, którymi ją obsypywał.

Jeśli jechał do Londynu, a ona mu nie towarzyszyła, nigdy nie wracał bez nowej brylantowej broszki, pierścionka lub naszyjnika.

— Rozpieszczasz mnie! — protestowała. — Jak mam ci dziękować?

— Pragnę tylko twojej miłości — odpowiadał sir Marcus porywczo. — I chcę mieć ją wyłącznie dla siebie. Jestem zazdrosny o każdą myśl, o każdy twój oddech.

Domyślał się — wiedziała o tym — że ona wciąż opłakuje pierwszego męża. Starała się nigdy go nie wspominać, nie rozmawiała o nim nawet z córką, jeśli sir Marcus był obecny.

Zarazem miała bolesną świadomość, podobnie jak Donela, że oto sir Marcus znowu był zazdrosny, tym razem o każdą chwilę, którą spędzała z córką.

Mary Grayson wiedziała, że mimo niezwykłej hojności dla Doneli, skrupulatnie liczy, kiedy będzie mógł wydać ją za mąż i wreszcie się od niej uwolnić.

Zmierzając w stronę gabinetu, Donela próbowała sobie przypomnieć, co zrobiła, czym mogła rozdrażnić ojczyma. Poprzedniego wieczoru jedli obiad sami. Później, aby nie przeszkadzać sir Marcusowi w rozmowie z matką, usiadła do fortepianu.

Grała bardzo dobrze. W szkole dziewczęta kilka razy w roku urządzały konkursy śpiewania popularnych w ich krajach nowoczesnych piosenek. Zawsze wygrywały Francuzki prezentujące wesołe, beztroskie piosenki. Te, które śpiewały Niemki, były zdecydowanie zbyt poważne. Tylko Włoszki miały szansę wygrać z Francuzkami, a Donela pozostawała na upokarzająco dalekim miejscu.

W końcu napisała do matki, prosząc o przysłanie popularnych w ostatnim czasie piosenek. Lady Grayson zadała sobie dużo trudu. Odkryła utwory śpiewane w Londynie w miejscach nazywanych music-hallami. Powstały one z dawnych supper rooms, w których podawano jedzenie i napoje, a różnego rodzaju wykonawcy zabawiali gości. Byli wśród nich akrobaci, komedianci, muzykanci-profesjonaliści i amatorzy.

Kiedy piosenkarze stawali się popularni, ich piosenki śpiewano i gwizdano na ulicach Londynu. Gdy pojawiali się w music-hallach, publiczność witała ich brawami, wznosiła okrzyki, śpiewając razem z nimi. „Szampański Charlie” i „Leszek Orzeszek” należały do piosenek gwizdanych przez każdego chłopca na posyłki.

Takie właśnie piosenki lady Grayson wysłała do Florencji. Swoimi rytmicznymi melodiami urzekły one Londyn, oczarowały także arystokratyczne uczennice florentyńskiej szkoły. Po raz pierwszy Angielka wygrała konkurs.

Być może ojczym uważał, że to, co grałam wczoraj wieczorem, było zbyt frywolne — pomyślała Donela otwierając drzwi gabinetu. — Dzisiaj będę trzymała się muzyki klasycznej.

Weszła i od razu spostrzegła, że sir Marcus nie siedzi za biurkiem, jak się spodziewała, lecz stoi przy oknie spoglądając na ogród.

Był mężczyzną wysokim, przystojnym, choć w zupełnie innym stylu niż jej ojciec. Bez wątpienia jednak wyglądał bardzo dystyngowanie.

— Powiedziano mi, że chciałeś się ze mną widzieć, ojcze — odezwała się dość cicho.

Sir Marcus odwrócił się i Donela z ulgą spostrzegła, że się uśmiecha.

— Czy miałaś przyjemną przejażdżkę, Donelo? — zapytał.

— Cudowną! — odparła. — Twoje konie są wspaniałe, a dosiadanie ich jest prawdziwą rozkoszą!

Sir Marcus podszedł do kominka i stanął do niego plecami. Chociaż był już kwiecień i świeciło słońce, wciąż było dość chłodno. W dużym domu z olbrzymimi, wysokimi pokojami mogłoby być nawet zimno, gdyby każdego ranka nie rozpalano w kominkach.

— Usiądź, Donelo — powiedział sir Marcus — chcę z tobą porozmawiać.

— O czym, ojcze? — zapytała. — Mam nadzieję, że nie zrobiłam nic niewłaściwego.

— Nie, nie. Wprost przeciwnie, jesteś młodą kobietą, którą spotkało ogromne szczęście — odrzekł sir Marcus.

Donela spojrzała na niego pytająco.

— Czy dlatego, że moge jeździć na twoich wspaniałych koniach?

— Chodzi o coś ważniejszego — odparł.

Czekała na jego wyjaśnienie, zastanawiając się, co też to mogło być.

Milczał przez chwilę, jakby szukał odpowiednich słów. W końcu rzekł:

— Dziś rano odwiedził mnie lord Waltingham, który jechał do Londynu i wstąpił tu po drodze. Odbyliśmy długą rozmowę.

Donela zastanawiała się, co ona mogła mieć z tym wspólnego. Lord Waltingham był bliskim przyjacielem ojczyma, a zarazem bardzo znaczącym człowiekiem. Zajmował wysokie stanowisko na dworze i reprezentował królową jako namiestnik królewski hrabstwa Hertford. Był niezwykle bogaty i pochodził ze znakomitej rodziny. Donela wiedziała, że imponowało to sir Marcusowi, który był nadzwyczaj dumny z własnego pochodzenia, lecz przodek lorda Waltinghama otrzymał tytuł para od królowej Elżbiety I. Przez całe wieki członkowie jego rodu wiernie służyli państwu i za swój trud byli nagradzani.

— Zapewne zdziwi cię, gdy się dowiesz — mówił sir Marcus — że lord Waltingham chciał mówić o tobie.

— O mnie? — wykrzyknęła zaskoczona Donela.

Lord Waltingham przyjechał wczoraj na lunch i teraz próbowała sobie przypomnieć, co takiego do niej mówił, co mogłoby w jakiś sposób dotyczyć ojczyma. Lecz pamiętała tylko opowieść o suce labradorce, wiernie towarzyszącej mu, podczas pobytów na wsi; właśnie się oszczeniła.

Uśmiechnęła się wołając:

— Wiem, dlaczego przyjechał, żeby się z tobą zobaczyć! Chce ofiarować mi jednego ze swoich szczeniaków, ale mam przeczucie, ojcze, że nie życzyłbyś sobie tego.

— Nie — powiedział sir Marcus — nie po to przyjechał. A ja z pewnością nie chcę w domu innych psów niż moje własne.

— W takim razie... czego chciał? — zapytała Donela z zaciekawieniem.

— Może to być dla ciebie niespodzianką, podobnie jak było dla mnie — odpowiedział sir Marcus — ale, jak powiedziałem, jesteś bardzo szczęśliwą młodą kobietą, ponieważ lord Waltingham chce, byś została jego żoną.

Przez chwilę Donela sądziła, że się przesłyszała. Wpatrywała się w sir Marcusa w całkowitym osłupieniu, aż wreszcie wyrzuciła z siebie pierwsze słowa, jakie przyszły jej do głowy:

— A... ale... on jest stary... o wiele za stary...!

Sir Marcus wyprostował się i rzekł ozięble:

— Jego Lordowska Mość jest w tym samym wieku co ja, a ja nie uważam się za starego.

— Nie... oczywiście, że nie... ojcze — powiedziała szybko Donela — ale ty jesteś mężem mojej matki... a lord Waltingham jest tak stary, że mógłby być moim... ojcem.

— Nie sądzę, aby wiek miał naprawdę znaczenie — odrzekł sir Marcus. — Lord Waltingham jest jednym z najbardziej dystyngowanych mężczyzn w hrabstwie, niezwykle majętnym, podziwianym i poważanym przez wszystkich ludzi, z którymi się spotyka. — Przerwał na chwilę, po czym dodał: — Powinnaś paść na kolana, Donelo, i dziękować Bogu, że los dał ci możliwość poślubienia takiego mężczyzny.

— Ale ja... nie mogę... za niego wyjść! — zaprotestowała Donela. — Ja... go prawie nie znam... i... nie kocham.

Miała właśnie powiedzieć: „I nie mogłabym pokochać kogoś tak starego”, gdy przypomniała sobie, jak ojczym jest wrażliwy na punkcie swojego wieku. W ostatniej chwili zaniechała tego.

— Czy mam wierzyć — zapytał oschle sir Marcus — że odrzucasz tę propozycję?

— Jak już... powiedziałam — odparła Donela — nie... kocham lorda Wallinghama... a nie mogłabym poślubić żadnego mężczyzny... którego bym nie kochała.

— Miłość! Miłość! — zawołał sir Marcus. — Co młoda kobieta może wiedzieć o miłości? Miłość do mężczyzny takiego jak Jego Lordowska Mość przyjdzie po ślubie. Oczywiście, że przyjdzie!

— A... jeśli... nie? Co... mi wtedy pozostanie? — dopytywała się Donela.

Nastała cisza. Z wyrazu twarzy ojczyma poznała, że ogarnia go złość.

Nie zamierzam spierać się z tobą na ten temat, Donelo. Otóż powiedziałem już lordowi Waltinghamowi, że twoja matka i ja z wdzięcznością powitamy go jako twojego męża. — Spojrzał na nią, by sprawdzić, czy słucha, po czym ciągnął dalej: — Przyjeżdża jutro po południu, aby ci się oficjalnie oświadczyć i ty wyrazisz zgodę!

— A jeśli... jeśli odmówię? — zapytała niepewnie.

— Nie ma mowy, żebyś mogła zrobić coś tak głupiego! — odrzekł sir Marcus.

— Jak... już... powiedziałam... — zaczęła Donela.

— Posłuchaj, ty niemądre dziecko — przerwał jej — powinnaś wiedzieć, skoro mieszkałaś za granicą, że wśród arystokratów małżeństwa zawsze są planowane. Tak samo jest w Anglii. Twoja matka i ja, jako twoi opiekunowie, możemy zmusić cię do poślubienia każdego, kogo wybierzemy na twojego męża, a ty musisz okazać posłuszeństwo!

Donela poderwała się na równe nogi.

— Jak mógłbyś zmusić mnie do zrobienia czegoś, co by mnie unieszczęśliwiło? — spytała. — Mama poślubiła tatę, ponieważ go kochała. Nie wierzę, że zmusiłaby mnie do poślubienia mężczyzny, do którego nie żywię... żadnych uczuć i do którego, jestem pewna, czułabym niechęć, gdyby... został moim mężem.

— Rozmawiasz w histeryczny, bezsensowny sposób! — zagrzmiał sir Marcus. — Pozwól, że przedstawię sytuację jasno. Jeśli nie zrobisz, jak każę, możesz opuścić mój dom i troszczyć się o siebie sama. — Jego głos stał się jeszcze bardziej szorstki. — Skąd twoim zdaniem pochodzą pieniądze na ubrania, które nosisz, jedzenie, które spożywasz, i kosztowną edukację, którą otrzymałaś?

— Czy... chcesz powiedzieć, że... nie będziesz mnie... utrzymywać? — spytała Donela.

— Do ciebie należy wybór — odpowiedział sir Marcus. — Albo poślubisz jednego z najbogatszych mężczyzn w Anglii, albo będziesz musiała utrzymywać się jako guwernantka lub dama do towarzystwa jakiejś zdziwaczałej starej arystokratki!

 

Donela zdawała sobie sprawę, że dla kobiety nie było innej perspektywy. Szlochając cicho, podeszła do okna. Stała odwrócona plecami do pokoju, jak poprzednio ojczym. Na zewnątrz słońce oświetlało ogród. Wiosenne kwiaty tworzyły połyskujący kolorami dywan na tle zieleni trawników.

Wszystko, co należało do jej ojczyma, było tak doskonałe dzięki jego pieniądzom. Przypomniała sobie, z jakim trudem łączyły koniec z końcem w małym, czarno-białym domku po śmierci ojca.

Ujrzała teraz lorda Waltinghama w innym świetle. Był potężnym mężczyzną o szerokich ramionach i wysokim czole, z którego włosy — na skroniach siwe — zaczynały wycofywać się na tył głowy. Głębokie bruzdy podkreślały oczy i biegły od nosa w kierunku ust. W młodości na pewno był przystojny, gdyż nadal można było określić go mianem postawnego mężczyzny.

Jednak był stary. Wystarczająco stary, by nigdy, nawet przez moment nie przyszło jej do głowy, żeby ją dotknął lub pocałował. Wzdrygnęła się. Na myśl, że mogłaby zostać jego żoną, miała ochotę krzyczeć z przerażenia. Jak mogła spędzić resztę życia związana z nim? Budził w niej odrazę, choć nie umiała wyjaśnić dlaczego!

Ja... nie mogę tego zrobić... nie mogę — powiedziała do siebie w duchu.

Zza pleców dobiegł ją głos ojczyma.

— Posłuchaj, Donelo — powiedział — nie jest moim zamiarem denerwować cię. Wiem, to był dla ciebie szok. Ale jesteś mądrą dziewczyną i jestem pewien, że gdy to przemyślisz, uświadomisz sobie, jakie szczęście cię spotkało.

Po chwili milczenia ciągnął dalej:

— Spotkał cię zaszczyt, że lord Waltingham ze wszystkich kobiet, jakie zna, wybrał na swoją żonę właśnie ciebie.

Donela nie odpowiedziała, a on kontynuował:

— Przypuszczam, że wiesz, iż był on niegdyś żonaty, ale jego żona ciężko zachorowała i po kilku latach wyniszczającej choroby, na którą lekarze nie mogli znaleźć lekarstwa, umarła.

Donela nadal stała odwrócona i nie odzywała się, więc sir Marcus mówił dalej:

— Wtedy właśnie Waltingham sercem i duszą oddał się pracy dla swego kraju. W każdej misji dyplomatycznej, którą podejmował w imieniu Jej Wysokości i Ministerstwa Spraw Zagranicznych odnosił olśniewające sukcesy. Niestrudzenie pracował także dla hrabstwa Hertford.

Sir Marcus skończył mówić i po chwili Donela odwróciła się.

— Myślę... ojcze — powiedziała — że powinnam... porozmawiać o tym z mamą.

Twarz sir Marcusa rozjaśniła się.

— Oczywiście, moja droga — to bardzo rozsądna postawa — dokładnie tak powinnaś uczynić. Twoja matka tak samo jak ja jest zachwycona znaczącą pozycją, którą zajęłabyś zarówno na dworze, jak i tutaj — na wsi.

— Pójdę teraz do... niej — powiedziała Donela słabym głosem i nie patrząc na ojczyma wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi.

Sir Marcus uważał, że wszystko poszło zadowalająco i dokładnie po jego myśli. Oczywiście dziecko, bo trudno było uważać jąza dorosłą, uświadomi sobie, że nigdy w życiu nie otrzymałaby lepszej propozycji. Poza tym, im prędzej wyjdzie za mąż, tym szybciej się jej pozbędzie. Jednocześnie nikt nie mógł oskarżać go, że nie zapewnił swojej pasierbicy najlepszej przyszłości.

Kiedy jutro przyjedzie Waltingham — pomyślał siadając za biurkiem — przedyskutujemy sprawę ślubu i oczywiście umowy przedmałżeńskiej.

Zamknąwszy za sobą drzwi gabinetu, Donela pobiegła korytarzem i schodami na górę. Nie poszła do matki, jak spodziewał się sir Marcus, lecz weszła do swojego pokoju, zamknęła drzwi i rozebrała się z butów oraz kostiumu do konnej jazdy.

Potem rzuciła się na łóżko, żeby spokojnie pomyśleć. Jak to było możliwe, że nagle, jak grom z jasnego nieba, spadła na nią wiadomość, stawiająca ją w obliczu małżeństwa. Zaledwie tydzień temu przyjechała do Anglii, a powrót do domu był dla niej tak emocjonujący. Cieszyła się też na myśl o balu w Londynie, który obiecał jej ojczym. Byłoby takie zabawne — poznać angielskie dziewczęta w jej wieku. Wiele z tych, które były z nią w szkole, miało być w tym roku przedstawionych u dworu.

Oczywiście rozmawiały o tym, kogo poślubią, i wyrażały nadzieję, że będą miały wiele propozycji.

— Moja siostra pierwszego sezonu miała sześciu konkurentów — chwaliła się jedna z dziewcząt — a poślubiła siódmego.

— Czym on się różnił od pozostałych? — zapytała jedna z Francuzek.

— Jest synem markiza! — odparła Angielka.

Po tej odpowiedzi nie było już żadnych pytań. Donela wiedziała, że byłby to towarzyski i społeczny sukces, który zachwyciłby całą jej rodzinę. A gdyby opowiedziała dziewczętom ze szkoły o lordzie Waltinghamie, zrobiłaby ogromne wrażenie. Była jednak pewna, że niektóre zrozumiałyby jej wstręt przed poślubieniem dużo starszego mężczyzny.

Powiedziałam, że mógłby być moim ojcem — dumała — ale wydaje się tak stary, że równie dobrze mogłam powiedzieć: moim dziadkiem.

Jej ojciec, być może dlatego, że zawsze był na morzu, nawet tuż przed śmiercią wyglądał na młodego człowieka. Nie miał siwych włosów ani żadnych głębokich zmarszczek na twarzy.

— Ja... nie mogę tego zrobić...nie mogę — mruknęła Donela.

Dużo czasu minęło, nim odzyskała równowagę. W końcu przebrawszy się w jedną z pięknych, kosztownych sukni, które matka posłała jej do Florencji, opuściła sypialnię.

Z niechęcią szła korytarzem w kierunku buduaru matki. Był to uroczy pokój sąsiadujący z sypialnią lady Grayson. Tutaj codziennie rano siadała, by zająć się sprawami domu. Kiedy weszła Donela, studiowała właśnie spis potraw na weekend. Podniosła wzrok i wiedziała doskonale, co czuje w tej chwili jej córka.

Przez krótką chwilę Donela stała w drzwiach patrząc na matkę. Potem, gdy lady Grayson wstała, rzuciła się do niej i ukryła twarz w jej ramionach. Matka przytuliła ją mocno.

— Wiem, kochanie — powiedziała łagodnym głosem — to był dla ciebie szok, ale twój ojczym nalegał, by przekazać ci tę wiadomość osobiście.

— Jak mogę... poślubić... człowieka, który jest tak... stary... starszy od tatusia? — zapytała Donela.

Matka nie odpowiedziała. Po chwili Donela podniosła głowę i zapytała:

— Czyja... muszę go poślubić... mamo?

Lady Grayson poprowadziła ją w stronę sofy i posadziła obok siebie.

— Obawiałam się, najdroższa — powiedziała — że to cię rozstroi.

— Ja... ja nigdy nie sądziłam... nawet mi się nie śniło, że będę... zmuszona do małżeństwa, gdy tylko powrócę do Anglii — odparła Donela. — Tak się cieszyłam, że będę... z tobą... w Londynie... i bale... poza wszystkim innym, to byłaby taka radość, gdybyś ty tam była.

— Wiem — odpowiedziała lady Grayson z nutą bólu w głosie. — Ale twój ojczym jest tak zachwycony myślą o poślubieniu cię przez lorda Waltinghama, że nic nie mogę powiedzieć.

— On chce się mnie pozbyć! — zawołała buntowniczo Donela.

— To nie jest jedyny powód — odpowiedziała matka. — Twój ojczym naprawdę uważa, że poślubienie lorda Waltinghama jest największym szczęściem, jakie mogłoby cię spotkać. On go podziwia. Byli razem w szkole i zawsze bardzo się przyjaźnili.

— Ale... to nie on wychodzi za niego za mążrzekła Donela z goryczą — tylko ja.

— Byłabym szczęśliwa, gdybym mogła ci pomóc — powiedziała matka. — Sugerowałam, że powinnaś poczekać, aż sezon się skończy, na wypadek, gdybyś spotkała kogoś innego, kogo mogłabyś pokochać.

— I... co na to... powiedział ojczym? — zapytała Donela, choć znała odpowiedź..

— Tylko się rozzłościł — powiedziała lady Grayson bardzo słabym głosem.

Donela wiedziała, że matka bała się trochę sir Marcusa — nie dlatego, żeby się na nią kiedykolwiek gniewał — ale ponieważ tak dużo mu zawdzięczała, uważała, że nie powinna w żaden sposób się przeciwstawiać.

— Z pewnością, mamo — powiedziała Donela — możesz przekonać ojczyma, że powinnam... poczekać, chociaż... dwa miesiące lub do końca lata. Większość dziewcząt jest przez długi czas zaręczona.

Matka nie odpowiedziała, więc Donela ciągnęła:

— Prawda, jak sądzę, jest taka, że... on jest o mnie... zazdrosny i chce się mnie... pozbyć z domu tak szybko, jak to możliwe.