Korona miłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Korona miłości - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tłumaczenie: Magdalena Mazurek

Najpiękniejsze mifości

Saga

Korona miłości - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tłumaczenie: Magdalena Mazurek

Tytuł oryginału: Crowned with Love

Język oryginału: angielski

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Cover layout: grafiskstue.dk

Copyright © 1985, 2021 Barbara Cartland i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711770320

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1
ROK 1876

Giona weszła do salonu. Jej siostra była bez reszty pochłonięta szyciem.

— Mama się spóźnia — niepokoiła się Giona. — Mam nadzieję, że nie spotkało jej nic niemiłego ze strony królowej.

— Niemiłego? — zdziwiła się Chloris. — A to czemuż?

— Z królową nigdy nic nie wiadomo — odparła Giona — a mama zawsze jej się bała.

— Sądziłam, że Jej Królewska Mość darzy mamę sympatią — stwierdziła poważnie Chloris. — W końcu jest jej chrzestną.

Giona nie miała ochoty się kłócić, ale znów nawiedziło ją przeczucie, a jej przeczucia często były wyśmiewane przez rodzinę, że wizyta matki na zamku w Windsorze wcale nie oznaczała radosnej pogawędki.

Jej Królewska Wysokość księżnę Luizę Grecką od dzieciństwa wychowywano w lęku przed groźną, potężną królową Wiktorią.

Opowiadano, że nawet książę Walii drżał przed audiencją u matki, a już z pewnością można tak powiedzieć o mniej ważnych członkach rodziny królewskiej.

Królowa faktycznie okazała swego rodzaju sympatię dla chrześniaczki, gdy ta, zmuszona do opuszczenia swojego kraju, schroniła się z mężem w Anglii. Obdarowała wówczas dożywotnio uciekinierów w dowód łaski i życzliwości skromnym domem, jednakowoż hojność ta nie rozproszyła ich lęku.

Usiadłszy przy oknie, w cieple wpadających przez otwarte okno promieni słonecznych, Giona usiłowała sobie wmówić, że obawy o matkę były nieuzasadnione.

Ale mimo to sądziła, że dar przewidywania, a raczej, jak mawiano, „wyczuwania w powietrzu”, jej nie myli, i że coś jest nie w porządku.

Piękna Giona miała w sobie wiele z ojca. Rysy jej twarzy doskonałością mogły konkurować z obliczami greckich bogiń, zaś oczy zdawały się kryć wszelkie tajemnice, jakie łączono z tym nieszczęsnym i wciąż rozdartym krajem.

Natomiast starsza siostra, nie mniej śliczna, nie miała w sobie nic tajemniczego.

Uroda Chloris była angielska, i to bardzo angielska. Księżniczka odziedziczyła po matce jasne włosy, niebieskie oczy i przepiękną jasną cerę z rumieńcami.

Giona często mawiała, że do siostry nie pasuje greckie imię, i że właściwie powinna nazywać się Rose, Elizabeth czy Edith.

— To tata wybierał dla nas imiona — wyjaśniała w takich razach Chloris — jako Grek, pragnął dać wyraz uczuciom patriotycznym.

— Ale jego matka też była Angielką — zauważyła Giona — więc właściwie jesteśmy tylko ćwierć krwi Greczynkami, choćbyśmy się tym nie wiadomo jak pyszniły.

Chloris zwykle nie odpowiadała, bo nie lubiła się sprzeczać, a zresztą w pojedynkach słownych z młodszą siostrą z reguły przegrywała.

Gionę uważano za najbystrzejszą osobę w rodzinie, a księżna Luiza często wzdychała ze smutkiem, że nie stać jej na nauczycieli przedmiotów, które córka chciałaby zgłębiać.

— Dlaczego nie urodziłam się chłopcem, mamo? — żałowała czasem Giona. — Mogłabym wówczas pójść do dobrej szkoły, na przykład do Eton, a potem może do Oxfordu.

A księżna zamiast się roześmiać, mawiała poważnie:

— Marzyłam o tym, aby dać twojemu ojcu syna. Ale on zawsze był dumny z was, jego pięknych córek, a o tobie mawiał, że jesteś podobna do jego prababki, którą swego czasu okrzyknięto najpiękniejszą kobietą Grecji, wcieleniem Afrodyty.

— To musiało być cudowne, mieć całą Grecję u swych stóp — odparła Giona.

Księżna wysiliła się na uśmiech. Jej młodsza córka stale wprawiała ją w zakłopotanie przypominaniem bolesnej przeszłości.

Żyjąc tak spokojnie, jak zostały do tego zmuszone, licząc każdy grosz, nie bywały na przyjęciach. Nikt ich nawet nie zapraszał, gdyż po prostu nie wiedziano o ich istnieniu.

Jednakże raz los się do nich uśmiechnął, i podczas pewnej dorocznej ceremonii na zamku w Windsorze, jedynej, na którą księżna ze starszą córką zostały zaproszone, pewien młodzieniec zapałał płomienną miłością do Chloris.

Gdy tylko młodszy syn księcia Hull spojrzał na księżniczkę, stwierdził, że żyć bez niej nie sposób.

Zatańczyli razem, a następnego ranka młodzieniec odwiedził ich skromną siedzibę.

Chloris oczekiwała go z roziskrzonym wzrokiem i nieco drżącymi z podniecenia rękami.

Świat wydawał się zakochanym wspaniały i radosny, nic nie mąciło ich wiary, że będą odtąd żyć długo i szczęśliwie.

Jedynie księżna Luiza zdawała sobie sprawę, że małżeństwo może nie dojść do skutku.

Tak bardzo obawiała się poruszyć ten temat przy królowej, że podupadła na zdrowiu.

— Dlaczego książę sam nie przedstawi swojej prośby na dworze, mamo? — pytała Giona. — Nie widzę powodu, abyś tak się zamęczała.

— Lepiej abym to zrobiła ja, jako członek królewskiej rodziny niż miałby powiadomić królową ktoś z zewnątrz — wyjaśniła księżna, a potem, złożywszy ręce, zawołała z rozpaczą w głosie: — Giono, cóż my poczniemy, jeśli królowa nie pozwoli Chloris wyjść za pana Johna? Wiesz, że to złamie serce twojej siostry!

— Jeżeli królowa postąpi tak okrutnie i nieludzko — odparła Giona — to po prostu będą musieli razem uciec.

Księżna wyglądała na wstrząśniętą.

— Oczywiście Chloris nie popełni podobnego czynu — powiedziała z mocą. — To by wywołało okropny skandal, a Jej Królewska Mość nigdy by nam nie wybaczyła!

Na szczęście jej obawy okazały się bezzasadne.

Królowa Wiktoria zezwoliła Chloris poślubić lorda Johna Cressingtona, a księżniczka nie posiadała się z radości.

Pobraliby się niemal natychmiast, gdyby nie żałoba po matce lorda Johna. Przed upływem zwyczajowych dwunastu miesięcy o oficjalnych zaręczynach nie mogło być mowy.

— Tak więc musicie poczekać z tym do początku kwietnia, zaś sama ceremonia może odbyć się latem.

— Muszę wyjść za mąż w maju! — postanowiła Chloris. — Jak można czekać tak długo, mamo? John bardzo pragnie przedstawić mnie swoim krewnym, a królowa nałożyła na nas ten śmieszny nakaz milczenia, żebyśmy nie mogli nikomu się pochwalić.

Księżna nie odpowiedziała. Rozumiała frustracje córki. Zarazem zdawała sobie sprawę, jakie mieli szczęście, że uzyskali zgodę królowej bez zamieszania, towarzyszącego zwykle zamążpójściu poza rodziną królewską.

W rzeczywistości Jej Królewska Mość nie zastosowała tu swej szeroko znanej zasady wyrażania sprzeciwu tylko dlatego, że nie uważała swej chrześniaczki za osobę wpływową. Książę Alfeusz był dość daleko spokrewniony z domem panującym w Grecji, a teraz, kiedy na tronie tego kraju zasiadł Duńczyk, rodzina księcia nie liczyła się wcale ani politycznie, ani nawet towarzysko.

Istotnie, gdy wkrótce po przybyciu do Anglii, książę Alfeusz zmarł, koronowane głowy stawiły się na jego pogrzebie tak nielicznie, że jego żona uznała to za obrazę.

Tak była jednakowoż przygnębiona stratą ukochanego męża, że poczucie zniewagi zachowała dla siebie.

Nie poruszała tego tematu przy córkach, choć Giona domyślała się jej uczuć, i odtąd dokładała wszelkich starań, aby nieść matce ulgę w cierpieniu.

Od razu zauważyła, jak mało liczyły się z siostrą po nie opłakiwanej, wręcz nie zauważonej przez nikogo śmierci ojca.

Lecz teraz Chloris cieszyła się myślą o zaślubinach, z każdym dniem bliższych, a wobec braku środków wszyscy w domu pilnie szyli dla niej wyprawę, może niezbyt wykwintną, ale nieodzowną.

— Jestem przekonana, że gdy zostaną ogłoszone zaręczyny, królowa sprawi ci suknię ślubną — marzyła księżna. — Obdarowała już w ten sposób wiele panien z rodziny królewskiej. Jeśli tego nie uczyni, bardzo trudno nam będzie zakupić naprawdę piękną, drogą suknię.

— Wiem o tym, mamo — odparła Chloris — ale tamte panny wychodziły za królów i książąt krwi.

Nastąpiła cisza, gdyż matka i Giona w duchu przyznawały jej rację.

Praktycznie na każdym europejskim tronie zasiadali potomkowie królowej Wiktorii, a jej poparcie dla ślubu wyrażało się z reguły wytwornym prezentem dla pana młodego i wyprawą dla panny młodej.

— Właściwie jakie to ma znaczenie? —zapytała Chloris po chwili milczenia. — Jeśli królowa nie podaruje mi sukni nie przeszkodzi mi tym w zamążpójściu, a John uważa, że we wszystkim wyglądam prześlicznie.

Giona wmawiała sobie optymistycznie, że przyczyną, dla której matka została dziś wezwana, była wyprawa Chloris. Pozostało tylko trzydzieści dni do chwili, kiedy zaręczyny zostaną ogłoszone w „The London Gazette”, więc jeśli ktoś z otoczenia królowej zwróci na to jej uwagę, czemuż nie miałaby okazać odrobiny serca dla córki swojej chrześniaczki?

— Pewnie o to chodzi, na pewno o to— Giona nie traciła nadziei.

 

Lecz jakiś głos, który nazywała swoim „trzecim okiem” mówił jej, że jest sprawa ważniejsza niż suknia Chloris.

Tyle że nie było sensu mówić o tym głośno i martwić siostry. Zamiast tego siedziała sobie w słońcu, wyglądając na mały, nieszczególnie piękny ogródek przed domem i zastanawiała się, dlaczego matka tak długo nie wraca.

Wreszcie dobiegł ją tętent kopyt i szczęk kół, a za chwilę królewski powóz zaprzężony w dwa białe konie, przysłany z zamku Windsor po matkę, zatrzymał się przed wejściem do domu.

Giona czym prędzej podniosła się i zawołała:

— Jest mama! Nareszcie dowiemy się prawdy.

Wybiegła z pokoju nie czekając na odpowiedź siostry i otwarła drzwi frontowe. Lokaj w kapeluszu z kokardą ledwie zdążył zsiąść z kozła, ale nie zdołał jeszcze uderzyć kołatką w drzwi.

Dopiero podnosił rękę, gdy Giona stanęła w progu.

Uśmiechnął się, jakby ubawiony jej impulsywnością, i pospieszył otworzyć księżnej Luizie drzwi karety.

Księżna wysiadła, po czym z właściwym sobie wdziękiem i taktem podziękowała lokajowi i woźnicy, którzy przywieźli ją z pałacu. Obaj w odpowiedzi podnieśli kapelusze. Potem podeszła do stojącej w wejściu córki.

— Jesteś nareszcie, mamo! — zawołała niepotrzebnie Giona. — Strasznie długo cię nie było!

— — Nie chciałam, abyś się niepokoiła, kochanie — księżna pocałowała ją w policzek.

Nie powiedziała nic więcej, lecz Gionę ogarniał niepokój, gdy w ślad za matką szła do salonu, gdzie Chloris właśnie odkładała szycie, by pobiec ucałować matkę.

— Giona wszczęła już zamieszanie, mamo — skarżyła się Chloris — ale ja domyślam się przyczyny, dla której zabawiłaś u królowej dłużej niż oczekiwałyśmy.

Księżna Luiza zdjęła spowijającą jej szczupłą postać pelerynę. Wręczyła ją Gionie, która miała złożyć ją na krześle. Potem usiadła. Nawet Chloris, nieco przelękniona jej milczeniem, patrzyła na nią z niepokojem na twarzy.

— Co się stało, mamo? Musisz nam powiedzieć — ponaglała Giona. — Czekając na ciebie byłam pewna, że coś jest nie w porządku.

— Nic się nie stało, to znaczy mam nadzieję, że nic — przemówiła księżna.

Giona cały czas nie spuszczała wzroku z matki, a teraz, gdy księżna zdawała się szukać właściwych słów, podeszła i przyklękła u jej boku.

— O co chodzi, mamo? — zapytała niskim głosem.

— To była dość trudna rozmowa — mówiła księżna niepewnie — ale wiem, że zrozumiecie mnie, dziewczęta, gdy powiem, że Jej Królewska Mość nie znosi sprzeciwu.

— O czym mówisz? — zapytała nagle Giona.

Księżna Luiza głęboko westchnęła zanim odpowiedziała:

— Król Slawonii Ferdynand poprosił królową, oczywiście przez swojego ambasadora, o żonę Angielkę, która dzieliłaby z nim tron.

Powiedziała to w taki sposób, że księżniczki oniemiały ze zdumienia. Obie wpatrzyły się w matkę z otwartymi ustami. Nastąpiła cisza. Zdawało się, że dziewczętom odebrało głos. Wreszcie Chloris zapytała prędko:

— Czy Jej Królewska Mość pamięta, że jestem zaręczona?

— Zaręczyny nie zostały oficjalnie ogłoszone, a królowa początkowo sądziła, że będzie najlepiej i najwygodniej dla wszystkich, jeśli o nich zapomnimy.

Okrzyk Chloris rozniósł się echem po pokoju.

— Czy chcesz przez to powiedzieć... mamo... że ona sugeruje, iż nie powinnam wychodzić za Johna?

— Jej Królewska Mość wyraziła się bardzo jasno — odpowiedziała księżna — że w związku z ustaloną linią polityczną, Wielka Brytania wspiera małe państwa bałkańskie, aby zachować ich niepodległość. Zgodnie z zapewnieniami ambasadora Slawonii, królowi Ferdynandowi trudno będzie utrzymać swoje państwo, jeśli Wielka Brytania nie udzieli poparcia, którego dowodem stałaby się żona Angielka.

Chloris znów zaczęła krzyczeć.

— Ale ja muszę... wyjść za Johna... ona już zgodziła się na to małżeństwo! Prędzej umrę niż... poślubię kogoś innego! — coraz bardziej podnosiła głos.

— Nic się nie stało, Chloris! — uspokoiła ją prędko księżna Luiza. — Wreszcie przekonałam Jej Królewską Mość, że ty nie możesz złamać słowa, a ona cofnąć pozwolenia na twój ślub, ale... nie poszło łatwo.

Westchnęła, jakby wspomnienie tej rozmowy było bardzo bolesne, a Giona sięgnęła po rękę matki i mocno ją uścisnęła.

— Czy była dla ciebie niemiła, mamo?

— Tylko trochę apodyktyczna. Przez chwilę myślałam, że nie zdołam ocalić Chloris.

— Ale udało ci się? I mogę wyjść za Johna? — Chloris domagała się potwierdzenia.

Matka skinęła głową.

— Och, dziękuję ci, dziękuję, mamo! Jak można okazać się tak okrutną, tak potworną, i usiłować nas rozdzielić?

— Musisz zdać sobie sprawę, że Jej Królewska Mość musi dbać o politykę europejską.

— Polityka polityką, ale wszyscy jesteśmy ludźmi — w głosie Giony brzmiał bunt — a królowa nie ma prawa traktować nas jak marionetki i manipulować naszymi uczuciami wedle swojego uznania!

Księżna Luiza, dotąd wpatrzona tylko w starszą córkę, teraz spuściła wzrok na siedzącą u jej stóp Gionę.

— Wiem, co czujesz, kochanie — powiedziała — ale musisz zrozumieć, że królewska krew niesie ze sobą nie tylko przywileje, ale i obowiązek ponad wszystko inne.

Giona słyszała to już wcześniej, więc odparła tylko:

— Ale uratowałaś Chloris, mamo, musiałaś być bardzo, bardzo mądra.

— Tak, bardzo mądra! — powtórzyła jak echo Chloris ocierając łzy, które wywołała sama myśl o zerwaniu zaręczyn.

— Tak, jesteś bezpieczna i możesz poślubić Johna — potwierdziła księżna Luiza — a królowa obiecała zapłacić za twoją suknię ślubną, najdroższa, oraz za część wyprawy.

Tym razem okrzyk Chloris wyrażał najwyższą radość. Księżniczka podbiegła do matki, objęła ją za szyję i pochyliła się, by ucałować jej oblicze.

— Mamo, jesteś mądra — łkała. — Cudowna! Nigdy ci się nie odwdzięczę, a John też na pewno podziękuje.

Księżna ociągała się z odpowiedzią, dopiero Giona przerwała milczenie:

— Co się stało, mamo? Widzę, że coś cię jeszcze trapi.

Księżna spojrzała na rękę Giony wciąż ściskającą jej dłoń.

— Jak powiedziałam, uratowałam Chloris — przemówiła łagodnie — ale Jej Królewska Mość wciąż ma zamiar dopomóc Slawonii w zachowaniu niepodległości.

I znowu nastała złowieszcza cisza.

— Jej Królewska Mość zaznaczyła, że nie ma w tej chwili żadnej innej krewnej w odpowiednim wieku, aby oddać ją za mąż królowi Ferdynandowi, poza Chloris i oczywiście tobą, Giono!

Chloris głośno odetchnęła, za to Giona nagle zamarła w bezruchu, jej palce zesztywniały w dłoni matki.

— Mówisz... o mnie, mamo?

— Tak, najdroższa. Uważam, że jesteś za młoda i zwróciłam na to uwagę Jej Królewskiej Mości, ale skoro ona zwolniła z obowiązku Chloris, musiałam się zgodzić, abyś zastąpiła siostrę.

— Nie mogę w to uwierzyć — Giona oddychała z trudem.

Podniosła się z klęczek i podeszła do okna, jakby zabrakło jej powietrza.

Widok jej smukłej i niedojrzałej sylwetki na tle słońca przywiódł księżnej na myśl niedawną rozmowę. Nie sposób było oprzeć się presji królowej.

— Giona jest o wiele za młoda, pani — protestowała — a choć zdaję sobie sprawę, jak wielki zaszczyt ją spotyka, że Wasza Królewska Mość proponuje jej taką partię, wydaje się to niemożliwe.

— Co znaczy niemożliwe? — zapytała ostro królowa.

Księżna starannie dobierała słowa, wiedząc, że każde z nich ma wielką wagę.

— Giona dopiero za miesiąc skończy osiemnaście lat, pani. Wiodła dotychczas bardzo spokojne życie i, jak zapewne Wasza Królewska Mość wie, wcale nie brała udziału w życiu towarzyskim.

Księżna Luiza zamilkła na chwilę, wiedząc, że zainteresowała królową. Lecz wrogie spojrzenie rozmówczyni rozwiało wszelkie nadzieje na zrozumienie.

— Właśnie nosiłam się z zamiarem — szybko ciągnęła dalej —poprosić cię, pani, abyś zezwoliła jej uczestniczyć w którymś przyjęciu, z nadzieją, że dzięki temu zostanie zaproszona na niektóre bale debiutanckie tego sezonu.

Królowa chwilę zwlekała z odpowiedzią.

— Wolałabym, aby to Chloris udała się do Slawonii, ale skoro, jak słyszę, nie może złamać danego lordowi Johnowi Cressingtonowi słowa, muszę posłać tam Gionę.

— Ależ Wasza Królewska Wysokość, ona jest zbyt młoda! — powtórzyła księżna Luiza.

— Nie jest to kwestia młodości, ani w ogóle wieku, moja droga Luizo — odparła królowa— ale dobra tego kraju. — Na chwilę zamilkła wymownie. — Jeśli nie poślemy tam młodej królowej, poddamy tym samym Slawonię ekspansji cesarza Austro-Węgier, który chętnie uczyniłby to państewko swoją kolejną prowincją.

Podczas tej przemowy księżna wiedziała już, że przegrała. Nie pozostało więc nic innego, jak powiedzieć teraz dziewczętom:

— Nie mogłam nic zrobić, musiałam wyrazić zgodę.

— Ależ mamo, jakże mam jechać do Slawonii, przecież to tak daleko od ciebie, jak wyjść za mąż za człowieka, którego nigdy nie widziałam?

— Może go polubisz — podnosiła ją na duchu Chloris. — W końcu on przyjedzie do nas i kto wie, może się w nim zakochasz? Przecież nie jesteś związana innym uczuciem.

Giona pomyślała, że Chloris łatwo tak mówić, skoro ją samą ominął ślub z królem.

Księżna Luiza oparła się o poręcz krzesła, jakby nagle poczuła się zmęczona, i powiedziała:

— Obawiam się, że nie możemy liczyć na przyjazd króla i zawarcie znajomości przed ślubem.

Giona odwróciła się od okna.

— Co ty mówisz, mamo?

— Ambasador Slawonii przekonał Jej Królewską Mość, że sytuacja nagli i że trzeba działać natychmiast. Dlatego królowa postanowiła, abyś wyruszyła do Slawonii, gdy tylko uda się nam wspólnie zebrać wyprawę dla ciebie, zaś ceremonia ślubu odbędzie się w tamtejszej katedrze, aby zapewnić lud o poparciu Wielkiej Brytanii, i oczywiście samej królowej, dla jego monarchy.

Giona nie odrzekła nic, otwarła tylko szeroko swe ogromne oczy.

Księżna popatrzyła na nią i powiedziała łagodnie:

— Wiem, że to dla ciebie wstrząs, najdroższa, ale przysięgam, że musiałam spełnić życzenie Jej Królewskiej Mości i zostaje mi tylko z całego serca modlić się o twoje szczęście.

— Jak mogłabym go zaznać w tych okolicznościach? — zastanawiała się Giona.

— Musisz spróbować — nakazała księżna stanowczo.

— Właściwie dlaczego musimy słuchać królowej? Jak ona może tak rządzić naszym życiem, jakbyśmy były figurkami z drewna czy kamienia i nie miały ludzkich uczuć? — zapytała Giona ze złością.

Czuła, że to wszystko jest okrutne i nieludzkie, że to koszmar, z którego nie można się obudzić.

Nagle tupnęła nogą.

— Nie zrobię tego, mamo! Ucieknę, a ty powiesz królowej, że nie możesz mnie znaleźć.

Jej słowa zdawały się krążyć po pokoju. Po długiej chwili księżna przemówiła bardzo spokojnie:

— W takim razie, Giono, jestem pewna, że Jej Królewska Mość będzie nalegała, aby zgodnie z jej pierwotnym zamiarem do Slawonii udała się Chloris.

Po bezsennej nocy, Giona zeszła na śniadanie z bladą twarzą i podkrążonymi oczyma.

W maleńkim pokoiku przy kuchni, gdzie jadały posiłki, została tylko Chloris. Księżna najwyraźniej już zjadła i wyszła.

Wczorajszego wieczoru, usłyszawszy, że musi wyjść za króla, aby nie narażać Chloris, Giona opuściła pokój i pobiegła na górę do swojej sypialni.

Zamknęła drzwi na klucz i pomimo nalegań matki i siostry odmawiała wyjścia.

Napotykając niespokojny wzrok Chloris poczuła się teraz zakłopotana, toteż wziąwszy z kredensu gorący półmisek z jajkami na bekonie udała się na swoje miejsce ze słowami:

— Przykro mi, Chloris, ale wczoraj nie miałam ochoty z nikim rozmawiać.

— Oczywiście że rozumiem — odrzekła Chloris — i najdroższa, mnie też jest tak strasznie przykro, ale wiesz chyba, że nie mogę wyrzec się Johna.

— Nie, oczywiście że nie możesz — przytaknęła Giona.

— Może nie będzie aż tak źle, jak sądzisz — ciągnęła z nadzieją Chloris — w końcu zostaniesz królową!

Nie doczekała się odpowiedzi.

— Zawsze myślałam, że pozostaniemy tu na zawsze pogrzebane żywcem, nie widząc nikogo oprócz zgrzybiałych sąsiadów z domków obok. A potem stał się cud i poznałam Johna, tak, cud, gdyż John twierdzi, że poszedł na to przyjęcie w zastępstwie chorego ojca, na szczególną prośbę matki, aby jej towarzyszył. W innym przypadku wymyśliłby jakąś wymówkę.

— Wiem dokładnie, o co ci chodzi — powiedziała Giona niskim głosem — ale wolałabym zostać starą panną niż poślubić człowieka, który mógłby równie dobrze być moim ojcem!

 

Chloris prędko podniosła wzrok.

— Co ty mówisz?

— Ty pewnie nie wiesz w jakim jest wieku, a mama bardzo zręcznie unikała tego tematu, ale w rzeczywistości on niedługo skończy pięćdziesiąt dwa lata!

— Nie wierzę! — zawołała Chloris. — Przecież od dawna powinien być żonaty.

— Już raz się ożenił, ale owdowiał dwa lata temu, dlatego teraz może prosić o tak cenną dla narodu królową.

Wobec braku odpowiedzi Giona ciągnęła dalej:

— I tak oto zostanę sprezentowana przez królową wraz z brytyjską flagą, jak nagroda na wystawie bydła. Niczym ozdoba farmerskiego kominka, będę tkwiła na tronie, aby mnie oglądano i podziwiano.

Siostra westchnęła, po czym powiedziała:

— Czy naprawdę nie ma żadnej starszej kandydatki?

Giona potrząsnęła głową.

— Nie, królowa mówiła prawdę. Wczoraj w nocy, kiedy wszyscy spali, zeszłam na dół i przejrzałam książki taty o europejskich rodach królewskich, i oczywiście, herbarz — przerwała na chwilę westchnieniem. — Prześledziłam dokładnie genealogię królewskiej rodziny i wiem, że wszystkie księżniczki są albo już zamężne, albo tak leciwe, że nie nadają się nawet dla króla Ferdynanda.

— Ale w takim razie on byłby za stary również dla mnie. Przecież jestem tylko dwa lata starsza od ciebie — zauważyła Chloris.

— Zgadza się — przyznała Giona — ale wiek się nie liczy, liczy się imperium.

Mówiąc to z goryczą w głosie, odsunęła talerz, gdyż nie mogła jeść dalej.

— Przynajmniej zostaniesz królową — Chloris usiłowała znaleźć jakieś pocieszenie.

— Nie widzę w tym powodu do radości — odpowiedziała Giona. — Pamiętam, jak tata opowiadał mi o Slawonii, kiedy przerabialiśmy historię Bałkanów. Poza pięknem krajobrazu ten kraj niczego nie oferuje.

Po chwili milczenia dodała:

— Gdyby chodziło na przykład o Węgry, to miałabym piękne konie na przejażdżki, gdyby o Grecję — nie posiadałabym się ze szczęścia, choćby mąż był nie wiadomo jak sędziwy. Obcowałabym z cudami przeszłości, wierząc, że mam swój udział w nieprzemijającej chwale.

— Ależ król Grecji jest cudzoziemcem — przypomniała Chloris.

— Tak jak i król Slawonii.

Zdawało jej się, że na twarzy siostry maluje się zaskoczenie, toteż wyjaśniła:

— Jest Austriakiem. Został osadzony na tronie wiele lat temu, najwyraźniej z braku dziedzica z prostej linii.

— Skąd tak szybko dowiedziałaś się tego wszystkiego? — zapytała Chloris.

— Zawsze interesowałam się historią Europy — odparła Giona — a na pewno pamiętasz, jak tata lubił śledzić linie genealogiczne domów królewskich. Spisywał to wszystko i później mi odczytywał.

Westchnąwszy ciągnęła dalej:

— Mówił też, że dobrze jest znać swoich sąsiadów, zwłaszcza graniczących z Grecją. A że nauczył mnie wielu różnych języków, nie będzie mi trudno zapoznać się ze slawońskim.

— Naprawdę chcesz się go nauczyć? — spytała Chloris zaskoczona.

— Oczywiście — odparła Giona. — Co prawda na dworze mówią pewnie po niemiecku, ale mam szczery zamiar rozmawiać też z moimi poddanymi.

Chloris roześmiała się.

— To znaczy z poddanymi króla Ferdynanda! Nie uwierzę, że pozwoli ci o czymkolwiek decydować.

Na chwilę wprawiła siostrę w zakłopotanie.

— I tak zamierzam uczyć się języka — powiedziała Giona — aby móc rozmawiać z prostymi ludźmi. Tata poczynił pewne notatki odnośnie mowy slawońskiej, która najwyraźniej jest mieszaniną serbskiego, którym posługuję się płynnie, albańskiego, który rozumiem, i, możesz wierzyć albo nie, greki!

— To brzmi przerażająco — przestraszyła się Chloris. — Ale przecież nigdy nie byłam ekspertem w dziedzinie języków obcych, i prawdę powiedziawszy nie mam na to ochoty.

Zaśmiała się krótko.

— Dzięki Bogu jedynym językiem, jakim włada John jest angielski!

Odstawiła filiżankę herbaty i powiedziała:

— Giono, kochana, chyba nie muszę ci mówić, jak bardzo jestem ci wdzięczna, że zgodziłaś się na to małżeństwo. Wcale nie przesadzałam twierdząc, że wolę umrzeć, niż wyrzec się Johna. Kocham go do szaleństwa, a on kocha mnie, więc będziemy ubodzy, ale szczęśliwi.

— Z pewnością — potwierdziła Giona — a głupotą okazały się moje marzenia, że pewnego dnia spotkam kogoś takiego jak John, kogo mogłabym pokochać z wzajemnością.

Po chwili ciszy odezwała się Chloris:

— Podejrzewam, że widząc, jak szczęśliwą parą byli rodzice, obie marzyłyśmy o takiej samej przyszłości dla siebie. Och, Giono, to niesprawiedliwe, że jesteś zmuszona poślubić starca, aby zadowolić królową! Jeśli mnie pytasz o zdanie, to królowa jest tylko wielką, tłustą pajęczycą z pałacu w Windsorze, która osnuwa swą nicią całą Europę.

— Policzyłam, że niebawem roztoczy kontrolę nad dwudziestoma czterema krajami — powiedziała Giona — ponieważ dostarczyła im królowe lub regentki.

— Podejrzewam, że daje jej to niemałą satysfakcję — odparła Chloris — ale jest niesprawiedliwe wobec ciebie, i wobec nas wszystkich.

— Oczywiście, że niesprawiedliwe — przyznała Giona — ale musisz uzmysłowić sobie, że nie liczymy się wobec faktu, że właściwa flaga będzie powiewała przed pałacem królewskim w stolicy Slawonii i że powstrzymamy nieco ambicje Austriaków.

— Dzięki Bogu, że zamieszkam w Anglii — odetchnęła Chloris.

Giona nalała sobie kolejną filiżankę herbaty i zapytała:

— Jak myślisz, co się teraz stanie? Czy mama coś mówiła?

— Och, zupełnie zapomniałam — zmieszała się siostra. — Wysyłają cię na ratunek Slawonii tak pilnie, że królowa daje ci wyprawę, a częściowo również i mnie.

— No cóż, to ładnie z jej strony — podsumowała Giona — mimo że nie sądzę, aby podstarzałego króla choć trochę interesowało, jakie noszę suknie.

— Nigdy nic nie wiadomo — upomniała ją Chloris. — Niektórzy mężczyźni do późnej starości mają oko na ładne dziewczęta.

Giona wzdrygnęła się.

— Nie chcę o tym myśleć.

Chloris spojrzała na nią bezradnie, najwyraźniej nie wiedziała, co powiedzieć. W tej chwili drzwi się otworzyły i do jadalni weszła księżna.

— A więc tu jesteś, córko! — zawołała. — Nie wiedziałam, że już zeszłaś i szukałam cię w sypialni.

— O co chodzi, mamo? — zapytała Giona.

— Doręczono mi właśnie wiadomość, że o godzinie dwunastej złoży nam wizytę ambasador Slawonii, w towarzystwie sir Edwarda Bowdena, ambasadora Wielkiej Brytanii w Slawonii, który przyjechał tu zapewne prosić Jej Królewską Mość...

Zamilkła, więc córka dokończyła:

— o żonę dla króla Ferdynanda.

— Zgadza się — przyznała księżna.

— Nie powiedziałaś Gionie, mamo, ile lat ma król. Pięćdziesiąt dwa!

Księżna wyglądała na zakłopotaną.

— Obawiam się, najdroższa — mówiła do Giony — że wydaje się dość stary, choć uważam, że jest w sile wieku.

Giona podniosła się od stołu.

— Myślę, mamo, że dobrze byłoby przejrzeć bibliotekę ojca, może znajdę tam więcej informacji o Slawonii. Gdyby był tu tata, powiedziałby mi wszystko, co powinnam wiedzieć.

— Tak, oczywiście, najdroższa — przytaknęła księżna — i jestem pewna, że twój ojciec byłby z ciebie bardzo dumny, i zapewniłby cię, że postępujesz właściwie.

— Nie mam wielkiego wyboru, prawda, mamo? — zapytała gorzko Giona. — Ale jedno już sobie postanowiłam: nie pojadę do obcego kraju na oślep, nie dowiedziawszy się, co się tam dzieje.

Księżna Luiza wyglądała na zaskoczoną.

— Dlaczego coś miałoby się tam, jak się wyraziłaś, „dziać”?

— Jestem przekonana, że nikt by nas w tak niegodny sposób nie poganiał, gdyby chodziło tylko o nową żonę dla króla Ferdynanda, oraz o pogróżki Austriaków i Niemców.

— Nie rozumiem cię! — księżna była zdezorientowana.

— Sama nie jestem pewna — odparła Giona — ale czuję w kościach, że sytuacja jest o wiele bardziej ponura i groźna niż nam powiedziano, a ambasadorowie, również angielski, z pewnością uczynią co tylko w ich mocy, abym się o tym nie dowiedziała.

— Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć — stwierdziła księżna bezradnie.

Giona uśmiechnęła się po raz pierwszy tego poranka.

— Jeśli tkwi w tym jakaś tajemnica, mam zamiar ją wykryć! Moje „trzecie oko” sygnalizuje mi, że ona istnieje, i że jest skrzętnie skrywana przez wszystkich, nawet przez królową.