Kobiety też mają serca - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kobiety też mają serca - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland
Kobiety też mają serca - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 24,98  19,98 
Kobiety też mają serca - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland
Kobiety też mają serca - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland
Audiobook
Czyta Kasia Kukula
14,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Kobiety też mają serca

SAGA Egmont

Kobiety też mają serca

z prsełożył

Michał Madaliński

tytył oryginału: Women Have Hearts

Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’

Copyright © 1979, 2017 Barbara Cartland i Lindhardt og Ringhof Forlag A/S

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711726471

1. Wydanie w formie e-booka, 2017

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Lindhardt i Ringhof oraz autora.

lindhardtogringhof.dk

Lindhardt og Ringhof Forlag A/S, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

1899

Kelda szła korytarzem, kiedy usłyszała płacz. Zatrzymała się nasłuchując. Płacz dochodził z pokoju Yvette de Villon. Kelda stała nieruchomo, powstrzymując się, by nie zapukać do drzwi i nie zapytać, co się stało. Nie należy wtrącać się w sprawy starszych panienek.

Pani Gladwin uświadomiła jej to bardzo jasno, kiedy awansowała ją z „trochę więcej niż służącej”, czyli dziewczyny do czarnej roboty, której nikt inny nie chciał tknąć, na stanowisko „pomocy nauczycielki”.

— Ponieważ dobrze grasz na fortepianie — powiedziała wtedy swoim twardym głosem, zarezerwowanym specjalnie dla podwładnych — będziesz nadzorować młodsze panienki, gdy ćwiczą i odrabiają zadania. To odciąży nauczycielkę. — Przerwała, jakby zastanawiając się, co by tu jeszcze wrzucić na barki Keldy, i dodała: — Oczywiście, twoje obowiązki w zakresie prania, szycia i naprawiania garderoby pozostają nie zmienione, ale i tak możesz tę zmianę uważać za awans i mam nadzieję, że to odpowiednio docenisz.

— Tak jest, psze pani, dziękuję — powiedziała odruchowo Kelda.

Pani Gladwin spojrzała na nią krytycznym okiem.

— Uważam, że twoja sukienka jest zbyt obcisła. Prawie nieskromna.

— Chyba z niej wyrosłam — powiedziała prżepraszająco Kelda.

— Poszerz ją więc!

— Już to zrobiłam, proszę pani.

— Pretekst, tylko pretekst, żeby wyciągnąć ode mnie pieniądze! — wykrzyknęła pani Gladwin. — Możesz odejść.

Opuszczając wtedy gabinet przełożonej, Kelda czuła na karku jej nieprzychylny wzrok i westchnęła z ulgą, kiedy znalazła się wreszcie na korytarzu.

Wiedziała, że pani Gladwin jej nie lubi, chociaż uważa za użyteczną. Dziwiło ją to, dopóki jedna ze starszych panienek nie wytłumaczyła jej, dlaczego tak jest.

— Schodź z drogi Potwora — ostrzegła ją owa panienka. — Ona wykopała przeciwko tobie wojenny topór. Jesteś za ładna.

Kelda była wtedy zbyt zaskoczona, żeby coś odrzec, ale wieczorem, gdy wreszcie mogła się schronić w pokoiku na poddaszu, gdzie sypiała, spojrzała w małe zszarzałe lusterko nad komodą. Czyżbym rzeczywiście była ładna? — zadała sobie pytanie i — ku własnemu zdumieniu — uświadomiła sobie, że to prawda.

U pani Gladwin znalazła się, kiedy miała piętnaście lat, prosto z sierocińca. Spędziła tam trzy wcześniejsze lata.

Jej rodzice zginęli podczas trzęsienia ziemi w Turcji. Filip Lawrence był archeologiem i Narodowe Towarzys two Geograficzne wysłało go tam z ekspedycją, a ponieważ bardzo nalegał, w drodze wyjątku opłacono również wyjazd żony. Ale Filip wyskrobał jakoś pieniądze i wziął ze sobą także jedyne dziecko. Kelda, przyzwyczajona do tego, że towarzyszyła rodzicom w podróżach, kochała chwile spędzone z nimi. Tego strasznego dnia jednak, kiedy zginęli, zostawili śpiącą córkę w tanim hoteliku, gdzie zatrzymali się na noc. Zawsze tego gorzko żałowała. Miała potem często płakać nie tylko dlatego, że ich straciła, ale że nawet nie pożegnała się z dwojgiem ludzi, których kochała nade wszystko i którzy byli jej całym światem.

Nigdy nie dowiedziała się, kto zdecydował o tym, aby ją umieścić w sierocińcu na przedmieściach Londynu. Przypuszczała, że jeden z misjonarzy, którzy zaopiekowali się nią po śmierci rodziców. Była w szoku, wszystko wydawało się nierealne. Rzeezywisty stał się dopiero ów sierociniec i świadomość, że jest „tą z przytułku”, tak samo jak pięćdziesięcioro innych sierot w różnym wieku. Wiele z nich przebywało tutaj od urodzenia i te były pogodzone z losem, ponieważ nie znały innego życia. Ale dla Keldy, która została wychowana w miłości i zrozumieniu, przyzwyczajona do partnerskiego towarzystwa ojca i łagodnej słodyczy matki, pobyt tam był jak pogrążanie się w otchłani bez widoków na ratunek.

Przez trzy lata pomiatano nią, odmawiano prawa do godności, traktowano jak istotę bez uczuć. Jedzenia dawano skąpo, a na dodatek kiepskie. Zbiorowa sala, w której spała z tuzinem innych dzieci, była w zimie tak zimna, że Kelda drżała pod wytartym kocem, a latem tak przegrzana, że duchota nie pozwalała zasnąć. Jako piętnastolatka z niezmierną ulgą przyjęła wiadomość, że czas opuścić sierociniec i zacząć zarabiać na życie. Wysłano ją na służbę do szkoły dla młodych panien miss Gladwin. Tu wreszcie mogła słyszeć spokojne, kulturalne głosy i jeść coś, co jej wydawało się dobre, chociaż wychowanki nie były zachwycone. A co najważniejsze, mogła podjąć na nowo naukę, którą musiała porzucić z chwilą, gdy znalazła się w sierocińcu. Tam większość dzieci nie umiała czytać ani pisać. Nauczyciel ochotnik przychodził wprawdzie na dwie godziny dziennie, ale nie pomyślano o tych, które umiały coś więcej, lub — jak Kelda — były wybitnie zdolne. Teraz w szkole mogła brać ze sobą podręczniki na noc do pokoju i chociaż często zbyt zmęczona, żeby przerobić wszystko, co sobie postanowiła, stopniowo zdobyła wiedzę prawie taką, jakiej życzyłby sobie dla niej ojciec.

Nauczycielki zmieniały się często, ale zawsze znalazła się jedna czy dwie życzliwe; pożyczały jej swoje własne książki, a czasami nawet wyjaśniały rzeczy, których nie rozumiała.

Nauczycielce francuskiego, starszej pani, Kelda nosiła w sekrecie wieczorem do łóżka filiżankę kawy, ona zaś odwdzięczała się rozmawiając z nią po francusku.

— Masz wrodzony paryski akcent, moje dziecko — mawiała — ale musisz ćwiczyć odmianę czasowników. Anglicy są zawsze leniwi, jeśli idzie o koniugację.

Kelda już wcześniej znała trochę francuski, ale zawzięła się i postanowiła, że będzie mówić równie dobrze jak matka. Potulnie czekała więc wieczorami na mademoiselle i w końcu została nagrodzona. Usłyszała mianowicie:

— Gdyby ktoś cię usłyszał, mógłby wziąć cię za Francuzkę. W ciemności mogłabyś łatwo kogoś nabrać!

Pochwałę tę Kelda nosiła głęboko w sercu, zwłaszcza że był to pierwszy komplement, który w ogóle jej powiedziano.

Pojawienie się w zakładzie Yvette de Villon sprawiło jej wielką radość. Yvette była Francuzką i pochodziła ze sławnej we Francji rodziny.

Keldzie nie wolno było zawierać przyjaźni z panienkami, to było niedopuszczalne. Do jej obowiązków należało obsługiwanie ich, prasowanie i naprawianie odzieży — jednym słowem robienie wszystkiego, z czym sobie nie radziły. Udało się jej jednak zyskać zaufanie Yvette i w rezultacie rozmawiały jak równy z równym.

Teraz wahała się jednak, czy zajrzeć do pokoju Yvette. Nawet uważając się już za jej przyjaciółkę, bała się posunąć za daleko. Yvette, która bywała porywcza, mogłaby być niezadowolona, że się jej przeszkadza w chwili smutku.

Cóż to skłoniło ją do łez? Nie należała przecież do dziewcząt, które szlochają, bo je skarciła nauczycielka, albo — jak nowicjuszki — z tęsknoty za domem. Yvette była dumna i w rezultacie nie miała w zakładzie przyjaciółki od serca, do której mogłaby się zwrócić w rzeczywistych czy wyimaginowanych kłopotach.

Jej szloch brzmiał tak rozpaczliwie, że Kelda nie mogła znieść tego dłużej. Zapukała cichutko i po chwili ciszy za drzwiami rozległ się drżący i pełen wahania głos Yvette:

— K… kto tam?

Kelda nacisnęła klamkę, a nie chcąc, żeby ją ktokolwiek słyszał, szepnęła:

— To ja, Kelda.

— Wejdź.

Wślizgnęła się do pokoju. Był maleńki, tak jak wszystkie pokoiki na pensji, ale kilka ślicznych drobiazgów, które były własnością Yvette, dodawało wnętrzu uroku. Na wąskim łóżku leżała kosztowna koronkowa narzuta, a na krześle poduszka z falbankami. Drzwi szafy były otwarte: wisiało w niej mnóstwo kolorowych sukienek, szytych przez drogich krawców paryskich.

Ale zwykle pogodna twarzyczka Yvette zwrócona teraz ku Keldzie była nie do poznania. Dziewczyna oczy miała zapuchnięte, nosek czerwony, a po jej policzkach płynęły łzy.

— Co się stało?

Kelda spostrzegła w ręce Yvette zmięty list. Druga ręka ściskała mokrą od łez chusteczkę.

— Czy coś złego spotkało kogoś, kogo kochasz?

Kelda zawsze coś takiego podejrzewała, gdy ktoś był głęboko zasmucony, pomna na własne uczucia po utracie rodziców, kiedy to nie było nikogo, kto mógłby ją pocieszyć.

— Nie… to nie to — odrzekła Yvette.

— Powiedz, co cię martwi. — Kelda uklękła przy niej. — Może mogłabym ci pomóc?

— Nikt nie może mi pomóc. — Głos Yvette się załamał.

— Powiedz mi — błagała Kelda.

— Dostałam list. List od mojego wuja.

— I to cię martwi?

— Nienawidzę go! Zawsze go nienawidziłam! A teraz mam do niego jechać i zamieszkać z nim!

Kelda wiedziała, że — tak jak ona sama — Yvette jest sierotą. Miała jednakże liczną rodzinę we Francji. Wakacje zawsze spędzała w Paryżu z ciotkami i wujami, a wszyscy oni byli posiadaczami budzących respekt arystokratycznych tytułów, a także romantycznych châteaux nad Loarą lub rezydencji na południu Francji. Po wakacjach Yvette wracała pełna wrażeń i snuła opowieści o cudownych chwilach tam spędzonych, o przyjęciach, na których bywała. Keldzie wydawało się dziwne, że teraz wpędziło ją to w taką rozpacz, ale nie wyrażała głośno swoich wątpliwości. Powiedziała tylko:

 

— Nie wiedziałam, że nienawidzisz kogoś ze swojej rodziny. Cóż to za wuj, z którym masz zamieszkać?

— To Anglik — odpowiedziała. — Jest okropny. Jeżeli u niego zamieszkam, już nigdy nie zobaczę Francji i nikogo z moich przyjaciół.

Znów wybuchnęła płaczem i Kelda podniosła się, żeby przynieść z komody czystą chusteczkę. Wsunęła ją przyjaciółce w dłoń i kiedy mała Francuzka ocierała oczy, rzekła:

— Nie wiedziałam, że masz wuja Anglika. Nie wspomniałaś o nim nigdy.

— A po co miałabym wspominać? Powiedziałam ci… nienawidzę go, ale to mąż mojej ciotki.

— Mieszka w Anglii? — zapytała Kelda. — To byłoby niezłe. Masz przecież wiele przyjaciółek Angielek, tu, w szkole.

— Nie mieszka w Anglii — powiedziała Yvette — lecz w Senegalu!

Minęła chwila, zanim Kelda przypomniała sobie, gdzie leży Senegal. Doszła do wniosku, że musiała się przesłyszeć.

— Chyba nie masz na myśli Senegalu w Afryce Zachodniej!

Yvette skinęła głową.

— Mój wuj mieszka tam, bo nie znosi ludzi. Jest odludkiem, dziwakiem. Dlaczego zmuszają mnie do zamieszkania z kimś takim?

W jej głosie brzmiała rozpacz.

— Czy koniecznie musisz się temu podporządkować? — zapytała z wahaniem Kelda.

— Mama i tata wyznaczyli go moim kuratorem, zanim umarli — odpowiedziała Yvette. Przerwała na moment, żeby wytrzeć oczy. — Wtedy żyła jeszcze ciocia Ginette, młodsza siostra mojej mamy i, jak sądzę, rodzice uważali, że gdyby coś im się stało, ciocia zastąpi mi mamę. Ale ona zmarła, a wuj Maksym, którego zawsze nienawidziłam, żyje i jestem pewna, że nienawidzi mnie.

— Jeżeli tak jest, to dlaczego chce, żebyś przyjechała i zamieszkała u niego? — zapytała Kelda rozsądnie.

— Myślę, że chce mnie uwięzić w Afryce, gdzie nie będę mogła się widywać z nikim, kogo lubię, gdzie nie będzie przyjęć i żadnych rozrywek, gdzie zestarzeję się i zgorzknieję tak jak on.

— Skąd wiesz, że on naprawdę jest taki? — zapytała Kelda.

— Widziałam się z nim pięć lat temu — odpowiedziała Yvette — a potem widywali go moi krewni i twierdzą, że stał się jeszcze gorszy, niż był przedtem.

Trudno było na to odpowiedzieć. Po chwili Yvette podjęła:

— Łączy się z tym jakaś tajemnica. Zawsze przerywano rozmowę o nim, gdy wchodziłam do pokoju. Często jednak słyszałam, jak kuzyni mówili półżartem, że mam za dużo pieniędzy i pewnie stanę się tak cyniczna jak on.

— Więc jest bogaty — rzekła Kelda. — Pewnie chce ci zapisać cały swój majątek.

— Mam gdzieś jego pieniądze — obruszyła się Yvette — wystarczy mi własnych. Rodzice zostawili mi wszystko, co posiadali. Niestety nie mogę tym dysponować przed ukończeniem dwudziestego pierwszego roku życia, a więc dopiero za trzy lata. Trzy lata, które mam spędzić z wujem Maksymem, prosząc go o każdy grosz na swoje potrzeby!

Wybuchnęła taką fontanną łez, że Kelda mogła jedynie objąć ją i przytulić.

— Może nie będzie tak tragicżnie, jak sobie wyobrażasz — powiedziała, chcąc ukoić jej żal — a zobaczyć Senegal… to może być fascynujące.

Ojciec opowiadał jej o Afryce Zachodniej i chciał tam pojechać. Spędzili niegdyś razem trochę czasu w Algierii, ale to było tak dawno temu, że niewiele pamiętała oprócz słońca i zachwytu rodziców. Algier wydawał jej się zajmującym miastem.

— Zerknę do podręczników geografii, dowiem się czegoś o Senegalu i opowiem ci wszystko — powiedziała.— Gdzie mieszka twój wuj?

— Guzik mnie obchodzi, gdzie mieszka — powiedziała Yvette tonem obrażonego dziecka — pewnie w tak samo ohydnym miejscu jak on sam. Z góry nienawidzę każdej chwili tam spędzonej!

— Może będzie lepiej, niż ci się wydaje — rzekła Kelda. — Powiedz, gdzie to jest.

— Możesz sama sobie przeczytać adres — odpowiedziała Yvette rzucając list na podłogę.

Kelda pochyliła się, aby go podnieść. Zarówno koperta, jak i papier listowy, opatrzone imponującym herbem, były w najlepszym gatunku. Okazało się, że wuj Yvette mieszka w Dakarze. Kiedy Kelda czytała adres, jej wzrok musnął pierwszą linijkę listu, chociaż nie chciała być wścibska. „Droga siostrzenico!” — przeczytała. Uderzył ją ten bardzo formalny zwrot. Powiedziała:

— Myślę, że z książek możemy się sporo o Dakarze dowiedzieć. Z tego, co wiem, to kolonia francuska, więc będziesz miała towarzystwo Francuzów, nie grozi ci więc aż takie osamotnienie, jak sądzisz.

— Chcę mieszkać we Francji — utyskiwała Yvette — chcę żyć w Paryżu, gdzie można tańczyć, gdzie mnie czekają cudowne bale, które mają zostać wydane na moją cześć, kiedy ukończę szkołę.

Kelda wiedziała, że Yvette kończy osiemnaście lat gdzieś na początku przyszłego roku, więc opuści zakład pani Gladwin albo na Boże Narodzenie, albo na Wielkanoc. Lubiła Francuzkę i zdawała sobie sprawę, jak bardzo odczuje jej brak, zwłaszcza że w tej chwili nie było nikogo, kto mógłby zająć jej miejsce.

— Nie wiem, co bez ciebie pocznę — westchnęła ciężko.

— Jak myślisz? Czy gdybym poprosiła, pozwoliliby mi zostać tu dodatkowe sześć miesięcy? — spytała nagle Yvette.

Kelda opuściła wzrok na list, który wciąż trzymała w ręku. Nie wiadomo dlaczego poczuła bijącą zeń nieokreśloną aurę siły i władczości.

— Uważam, że jeżeli twój kurator ci każe, musisz jechać — powiedziała spokojnie.

Yvette zerwała się na równe nogi.

— Dlaczego mam żyć z kimś, kto jest mi nienawistny? Dlaczego ktoś ma mi rozkazywać, nie zapytawszy mnie nawet o zdanie?

Przerwała na chwilę i dodała ze złością:

— Myślę, że wiesz, jaka będzie moja odpowiedź na ten list. Wolę mieszkać w Paryżu w klitce na strychu niż w pałacu w Dakarze.

— On ma pałac? — zdziwiła się Kelda.

— Tak to sobie wyobrażam — powiedziała Yvette — a że z niego taki bogacz i pyszałek, z pewnością obnosi się ze swoim majątkiem przed nieszczęsnymi tubylcami.

Kelda położyła list na stole. Z trudem powstrzymała się, aby nie poprosić o zgodę na przeczytanie go.

W niczym nie mogę jej pomóc, pomyślała ze smutkiem. Właśnie miała powiedzieć, jak jej przykro, gdy zaalarmowało je pukanie do drzwi.

— Kto tam? — spytała Yvette.

Mamselle, przełożona pragnie widzieć panienkę w gabinecie — usłyszały głos jednej z pokojówek. Odeszła, nie czekając odpowiedzi. W korytarzu słyehać było jej ociężały krok.

Yvette spojrzała na Keldę.

— Potwór też dostał list i założę się, że roznamiętnił ją arystokratyczny tytuł wuja Maksyma.

Pani Gladwin była snobką, łaszącą się do tych rodziców, których nazwiska pojawiały się w rubryce towarzyskiej. Wśród wychowanek pensji krążyły zabawne żarty na ten temat. Yvette jednak się nie śmiała. Powiedziała tylko:

— Możesz być pewna, że ona zmusi mnie do spełnienia woli wuja Maksyma.

— Lepiej już zejdź do niej i dowiedz się, co ma ci do powiedzenia — poradziła jej Kelda — ale wpierw umyj twarz.

— Niech mnie taką zobaczy. Spróbuję ją przekonać, żeby napisała do mojej rodziny we Francji i zaprotestowała przeciwko wysyłaniu mnie do tej zapadłej dziury. Chociaż wątpię, czy się zgodzi…

— Tak, sądzę, że to mało prawdopodobne — przytaknęła Kelda. — Może on czuje się samotny?

— Wuj Maksym?! Samotny? Według kuzyna Jacquesa, choć taki z niego samotnik, ma stałą kochankę.

Kelda wyglądała na wstrząśniętą.

— Nie do wiary, że kuzyn powiedział ci coś takiego!

— Nie mnie — uściśliła Yvette — ale odwiedził wuja Maksyma w drodze do Kapsztadu i potem opowiadał o tym bratu, nie wiedząc, że ja słyszę. Kiedy był u niego, zauważył piękną kobietę. „Wyobraź sobie — mówił — podejrzewam, że to métisse”. — Yvette zmarszczyła brwi. — Pytałam ciotkę Jeanne-Marie, co znaczy „métisse”, ale nie chciała mi wyjaśnić.

Kelda wiedziała, że tym słowem określa się dzieci z mieszanych związków białych pracowników przedsiębiorstw kolonialnych z miejscowymi kobietami, ale głośno tego nie powiedziała. Rzekła natomiast:

— Poszukam ci tego w słowniku.

— Już szukałam — powiedziała Yvette — ale nie znalazłam, może nie wiem, jak to się pisze.

— Musisz się pospieszyć — ponaglała Kelda — wiesz, jak złości się przełożona, gdy musi na kogoś czekać.

— A co mnie to obchodzi, przecież opuszczam już szkołę — odparła Yvette.

Kelda uczesała ją i dała świeżą chusteczkę.

— Upiorę je — powiedziała zabierając dwie mokre od łez. — Czy mogę ci pomóc w czymś jeszcze?

— Nie. Chyba, że znasz czarodziejskie zaklęcie, które wyprawi wuja Maksyma na tamten świat.

Przeszła przez pokój i zatrzymała się przy drzwiach.

— A wiesz? To naprawdę świetny pomysł! Myślę, że w Afryce Zachodniej uprawiają czary. Jak tylko tam się znajdę, spróbuję znaleźć jakiegoś czarownika i namówię go, żeby zgładził wuja Maksyma.

Keldzie wyrwał się okrzyk przestrachu.

— Nie wolno tak mówić. Wiem, że nic takiego nie zrobisz!

— Nie bądź taka pewna! — rzuciła gwałtownie Yvette, wypadając na korytarz.

Kelda westchnęła i bezmyślnie zaczęła sprzątać pokój. Żałowała Yvette, ale jednocześnie żałowała, że sama nie ma żadnych szans na podróż do Senegalu ani w ogóle na jakąkolwiek podróż. Nie tak, jak niegdyś z ojcem…

Przekonała się teraz, że najtrudniejsze do zniesienia jest poczucie, że przebywa się w zamknięciu. Przedtem w murach sierocińca, teraz — zakładu naukowego.

Za życia rodziców nigdzie nie zagrzewali długo miejsca. Nawet jeżeli Filip Lawrence nie prowadził ważnej ekspedycji, odwiedzał uniwersytety Anglii, gdzie jeździł z wykładami. Kelda pamiętała, że byli dwa razy w Edynburgu. Ich podróżom daleko było do luksusu, ale takie życie w drodze dostarczało przyjemnego dreszczyku emocji. Szczególnie ekscytujące były wyprawy egzotyczne: jazda na wielbłądzie czy upartym mule, rejsy łodzią o ogromnym żaglu w górę jakiejś rzeki do miejsc, dokąd nie sposób było dotrzeć inną drogą.

Ach, tatusiu, brak mi ciebie — westchnęła Kelda. Te osiem lat od jego śmierci w tej chwili wydawały się sennym koszmarem i prawie uwierzyła, że kiedyś może się z niego obudzić.

Ale spojrzenie w przeszłość przypomniało jej, że w przeciwieństwie do Yvette, która nie skończyła jeszcze osiemnastu lat i dopiero wchodziła w dorosłe życie, ona sama skończy w lipcu dwadzieścia jeden. I nie ma co się spodziewać jakiejś zmiany na lepsze.

Często zastanawiała się, czy gdyby odeszła ze szkoły, znalazłaby inną, bardziej odpowiednią pracę. Szanse były jednak niewielkie, a ona czuła się w pewien sposób związana z panią Gladwin, dzięki której mogła obcować z dziewczętami z kulturalnych domów. Nie traktowały jej oczywiście jak kogoś im równego. Zwłaszcza pani Gladwin nie pozwalała jej zapomnieć o sierocym losie i nieustannie mawiała, że jest niczym więcej jak „tą z przytułku”.

Z początku Kelda nie mogła się z tym pogodzić i przypominała, że jej ojciec był dżentelmenem, a matka damą, choć może nie byli zbyt zamożni. Potem przekonała się, że sprzeciw czyni jej sytuację jeszcze gorszą. Pani Gladwin z upodobaniem poniżała ją, ponieważ — w odróżnieniu od służących pracujących na etatach — nie mogła wymówić i odejść ani odgryźć się jej jak nauczycielki. Nauczyła się więc nie okazywać swoich uczuć i próbowała nie słuchać, kiedy przełożona szukała dziury w całym, oczekując bezgranicznej wdzięczności za dach nad głową i strawę.

Keldzie płacono marnie, dostawała ledwie ćwierć tego co inne służące, ale nic na to nie mogła poradzić. Na dodatek z wypłatami tych mizernych zarobków zalegano. Czuła odrazę do upominania się o to, co jej się słusznie należało, bo każda próba nieodmiennie kończyła się wykładem na temat należnej wdzięczności. Lepiej było więc po prostu nie wspominać o niczym pracodawczyni.

Teraz przecięła pokój, aby zamknąć drzwi do garderoby Yvette, i zerknęła na wiszące wewnątrz suknie. Wiele z nich Yvette miała na sobie ledwo dwa lub trzy razy. Kelda przypomniała sobie, jak ładnie wyglądała zawsze jej matka, pomimo że nie mogła pozwolić sobie na drogie rzeczy.

— Nieważne, ile wydasz na ubranie — mawiała matka — to nie kwestia pieniędzy, lecz dobrego smaku i wyczucia, w czym komu dobrze.

 

Gdybym tylko miała okazję — pomyślała Kelda — też chyba potrafiłabym wykazać dobry gust.

Wystarczyło spojrzenie w lustro, żeby się przekonać, iż w szarej sukienczynie, uszytej z najpodlejszej bawełny, było jej nie do twarzy. Wyglądała na nędzarkę, którą rzeczywiście była.

Był to, rzecz jasna, wybór pani Gladwin, która z uporem wybierała jej wciąż taką samą szarą odzież, jaką Kelda nosiła w sierocińcu, i nie zgadzała sie na coś w jaśniejszych, weselszych barwach.

— Skoro uważa pani, że potrzebuję nowej sukienki — poprosiła Kelda rok temu — to może mogłaby być niebieska lub zielona?

— To kolory nieodpowiednie dla twojej pozycji — ostro ucięła pani Gladwin — a co więcej, widać na nich brud.

— Piorę swoje sukienki co tydzień — szybko odparła Kelda.

— Moim zdaniem za często — pani Gladwin upierała się przy swoim. Wyrażam zgodę tylko na taki strój, jaki ci wybieram, i nie ma dalszej dyskusji.

Odprawiła ją. Kelda wychodząc z gabinetu uświadomiła sobie, że oczekiwać, by pani Gladwin pozwoliła jej wyglądać atrakcyjniej, jest sprawą beznadziejną.

Kiedy teraz zamykała drzwi garderoby, myślała, co też by sobie kupiła, gdyby miała za co. Z pewnością w błękicie i jasnej zieleni byłoby jej do twarzy, podobnie jak matce. Miała takie same złotoblond włosy, te same duże szaroniebieskie oczy o odcieniu porannej mgły, a jej cera była przeźroczyście jasna, chociaż teraz wyglądała zbyt blado i mizernie.

Rzuciła okiem na swoje odbicie w lustrze i odwróciła się. Po co udawać? Będzie wiecznie chodzić w szarościach, a nadchodzące lata będą również wypełnione szarzyzną. Yvette nawet nie wie, jakim szczęściem byłaby dla niej ucieczka do Senegalu lub dokądkolwiek na świecie!

Niezliczone obowiązki wypełniły Keldzie czas aż do pory kolacji. Zgodnie z życzeniem pani Gladwin musiała usługiwać nauczycielkom, które jadały kolację w swoich pokojach. W porze obiadowej musiały doglądać wychowanek w ogólnej sali, więc wymogły sobie prawo spożywania wieczornego posiłku u siebie. Tam mogły urozmaicić sobie szkolny wikt dokupionymi lub przysłanymi przez rodziny smakołykami. Z początku pani Gladwin opierała się takiej innowacji, ale kiedy zabrakło jej argumentów, zaspokoiła swoją dumę, odmawiając przynajmniej przydzielenia służących, które by usługiwały paniom — pod pozorem, że służące wieczorem są zbyt zajęte. Keldzie więc przypadło w udziale przynosić kolację i zmywać po niej. Nie miała zresztą nic przeciwko temu, bo była to okazja do urozmaicenia monotonnego jadłospisu szkolnej kuchni smacznymi kąskami, które pozostawiały jej nauczycielki.

Dzisiejszego wieczoru w pokoju nauczycielskim trafiła na ożywioną rozmowę.

— Powiedziałam jej — oświadczyła panna Dawson, jedna ze starszych wychowawczyń: — „Nie mam zamiaru, proszę pani, spędzać wakacji na podróżach w jakieś zapadłe kąty świata. Nie znoszę, nigdy nie znosiłam i nie mam zamiaru znosić podróży morskich”.

Kładąc ciężką tacę na stoliku w kącie, Kelda usłyszała wybuch śmiechu.

— Co ona na to?

— Odprawiła mnie po prostu i posłała po pannę Jenkins.

— Tyś się zgodziła? — spytał ktoś. — Powiedz no, Jenky, zamieniamy się w słuch.

— Jasne, że nie — odrzekła panna Jenkins, która była instruktorką wychowania fizycznego. — Mam w planie wakacje z narzeczonym u niego w domu i nie zamieniłabym tego nawet na podróż do raju i z powrotem!

Znów wybuch śmiechu. Kelda tymczasem nalewała zupę na talerze i roznosiła ją siedzącym przy stole.

— Z kim próbowała potem? — zainteresował się ktoś.

— Myślę, że przeleciała przez prawie wszystkie — stwierdziła panna Dawson. — Ashton mówiła mi dziś, zanim wyszła, że się nie zgodziła, i myślę, że panna Hart także nie.

— Przełożona tak bardzo chce się przypodobać temu arystokracie — powiedziała panna Jenkins — że dziw, iż nie pojedzie sama. Mogłaby też wysłać Keldę.

Kelda drgnęła na dźwięk swojego imienia. Wszystkie nauczycielki znów się roześmiały.

— Prawdę rzekłszy, właśnie zaproponowałam jej to — kontynuowała panna Jenkins.

— Nie może być! — wykrzyknęła panna Dawson — chyba chciałaś z niej zakpić. Wiecie wszystkie, jak traktuje Keldę.

— Wściekła się. Po to jej to powiedziałam — odrzekła panna Jenkins ze śmiechem. — Wie dobrze, że wszystkie zdajemy sobie sprawę, iż Kelda jest tu jedyną osobą, którą może traktować po wielkopańsku… jakby sama była udzielną księżną. Żadna z nas by tego nie ścierpiała. Naprawdę, Keldo — zwróciła się do dziewczyny — często zastanawiałam się, dlaczego nie odejdziesz.

Kelda, która niosła ostatni talerz zupy do stołu, uśmiechnęła się.

— Odpowiedź jest prosta: nie mam dokąd iść.

— I pewnie nie masz pieniędzy — dodała panna Jenkins.

— Zalega mi z wypłatą za sześć miesięcy — uzupełniła Kelda — a nawet gdybym ją dostała, starczyłoby mi to pewnie na podróż nie dalszą niż do Piccadily Circus.

Roześmiały się wszystkie, jakby było tu z czego się śmiać.

— To woła o pomstę do nieba — powiedziała panna Jenkins — ale nie martw się, może pewnego dnia bogaty wujek, o którym zapomniałaś, pojawi się i zabierze cię stąd do Timbuktu. Nie znamy swojego losu!

— Nadzieję można mieć zawsze — odrzekła Kelda.

Wzięła tacę i wyszła z pokoju. Kiedy zamknęła za sobą drzwi, usłyszała głos panny Dawson:

— To wstyd, jak przełożona traktuje tę miłą dziewczynę.

— Zgadzam się — dodała panna Jenkins — ale nic na to nie poradzimy i sądzę, że i tak jako „ta z przytułku” miała szczęście, że tu trafiła.

Kelda nie czekała, aż usłyszy więcej. Pospieszyła na dół do kuchni i wydawało się, że jej kroki odbijają echem słowa „ta z przytułku”, „ta z przytułku!”. Czuła, że przylepiły się do niej jak etykieta, i że nigdy nie zostanie nikim innym, choćby nie wiem jak mocno się starała. „Tej z przytułku” każdy może chodzić po głowie i nie ma dla niej nadziei na przyszłość!

Zakończywszy zmywanie po kolacji Kelda zrobiła filiżankę kakao i zaniosła ją na górę do Yvette. To było niewątpliwe naruszenie regulaminu, ale pomyślała sobie, że pomoże małej Francuzce zasnąć. Była pewna, że w poczuciu krzywdy Yvette będzie się przewracać z boku na bok przez całą noc.

Otworzyła drzwi. Yvette, już rozebrana, siedziała przed lustrem z posępną miną.

— Przyniosłam ci kakao.

— To miło z twojej strony. Wcale nie mogłam jeść kolacji, taka jestem nieszczęśliwa.

— Jesteś głodna? Zejść i przynieść ci kanapkę?

— Nie, nie chce mi się jeść, ale z przyjemnością wypiję kakao. Osłodziłaś dobrze?

— Trzy łyżeczki — odpowiedziała Kelda. — „Gorące i słodkie” — oto co matka zawsze zalecała wszystkim w ciężkich chwilach.

— Taką właśnie przeżywam.

— Co powiedziała przełożona?

— To co było do przewidzenia: muszę jechać i zamieszkać u wuja Maksyma. Polecił jej przysłać mnie jak paczkę, w eskorcie jednej z nauczycielek, która ma dopilnować, żebym dotarła bezpiecznie na miejsce.

— Wszystkie nauczycielki odmówiły.

— Wiem. Przełożona wezwała mnie do gabinetu po modlitwie i spytała: „Czy masz kogoś w Anglii, kto może cię odwieźć do Dakaru?” Odpowiedziałam: „Nie, proszę pani. A nawet gdybym kogoś miała, to nie zechciałby tam jechać. Nikt wuja nie znosi, podobnie jak ja”.

Kelda zaśmiała się z cicha.

— Na pewno przełożona była wstrząśnięta twoją odpowiedzią.

— Była zbulwersowana! — powiedziała Yvette. — Spojrzała na swój długi nos i powiedziała: „Nie wolno mówić w ten sposób o swoim wuju, Yvette. Jestem pewna, że robi to w twoim najlepiej pojętym interesie”. „Mój najlepiej pojęty interes — odparłam — to zostać we Francji z rodziną, którą kocham i która mnie kocha. Nie życzę sobie jechać do Senegalu i mam wielką ochotę zwiać!”

Śmiech Keldy rozbrzmiał czystym zadowoleniem.

— Ale śmiała jesteś! Że też odważyłaś się tak jej nagadać.

Yvette wzruszyła ramionami.

— Nie może mi teraz zrobić nic gorszego niż wuj Maksym.

— Co ona na to?

— Zrobiła mi dłuższy wykład na temat własności i tego, jaką krzywdę mogę zrobić sobie oraz reputacji szkoły, wyrażając się w sposób zuchwały i niegodny damy.

Mówiąc ostatnie zdanie Yvette umiejętnie udała intonację pani Gladwin i roześmiały się znów.

— A co potem? — spytała Kelda.

— Gadała, aż dostała zadyszki. A ja na to: „Nie dziwię się, że żadna z wychowawczyń nie chce odwieźć mnie do Senegalu. Ja z pewnością nie zgodzę się zostać tam żywcem pogrzebana. Jeżeli nie może pani znaleźć mi nikogo do towarzystwa na tę podróż, to może napisze pani wujowi, że najlepiej będzie zostawić mnie tutaj. Albo proszę pozwolić Keldzie jechać ze mną. Ona przynajmniej jest córką podróżnika i zgodzi się na wyjazd do najczarniejszej Afryki”.