Hinduska bogini - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Po śmierci rodziców tak bardzo była przygnębiona, że do niczego nie przykładała wagi i pogodziła się z faktem, że jedyną jej własnością jest garderoba należąca do niej i do matki. Ponieważ stryj nie dawał jej pieniędzy, nosiła przez dwa ostatnie lata rzeczy matki, choć nie były one odpowiednie dla młodej dziewczyny. Jemu zaś wydawało się, że taki stan będzie trwał wiecznie, i bardzo się zdziwił, kiedy go poprosiła o nowe suknie na wyjazd do Indii.

Na kupno nowej garderoby dostała bardzo mało pieniędzy i mogła sobie tylko pozwolić na najtańsze materiały, ale mając dobry gust, wybrała takie, które najbardziej pasowały do jej urody. Przypomniała sobie teraz, jak matka opowiadała jej, że indyjscy krawcy potrafią zręcznie skopiować wybrany fason i siedząc na swoich werandach są w stanie wyczarować każdą suknię z najlichszego materiału.

Ta wiadomość bardzo ją pocieszyła, ponieważ wiedziała, że nie dostanie od stryja więcej pieniędzy i że nie będzie go wcale obchodziło, że jego bratanica wygląda niczym szary wróbelek pośród kobiet w bajecznie kolorowych toaletach.

Dziwnym zbiegiem okoliczności zaczęła myśleć teraz o Indiach zupełnie inaczej i żałowała, że tak niewiele wie o tym kraju, do którego się wybierają. Ponieważ podczas przygotowań do podróży stryj był dla niej szczególnie opryskliwy i ponieważ wściekał się na nią każdego dnia, gdy już znaleźli się na statku, nie była w stanie myśleć o niczym innym jak tylko o tym, by jej znowu nie spoliczkował. Żałowała, że nie utonęła razem z rodzicami podczas wycieczki. Przypadek sprawił, że tego fatalnego dnia popłynęli bez niej. Wydarzyło się to podczas letnich wakacji, które spędzali w Devonshire u przyjaciela ojca, który zostawiał mu na ten okres nie tylko swój dom, ale też żaglówkę.

— Przykro mi, Rajmundzie, ale łódka nie jest w najlepszym stanie — powiedział do ojca, kiedy przyjechali — i nie bardzo się już nadaje do dalekich morskich podróży. Zamierzam zebrać pieniądze i kupić nową łódź, wtedy będziesz mógł z niej korzystać, gdy tylko zechcesz.

— Bardzo ci jestem wdzięczny — odrzekł ojciec. — Mam nadzieję, że miło spędzisz czas w Spey i nałowisz sporo ryb.

Właśnie z powodu tych wypraw na ryby do Szkocji, odbywanych raz do roku, przyjaciel ojca jeszcze z czasów wspólnej służby w Indiach oddawał jej rodzicom do dyspozycji dom i łódź. Zapewne przez cały rok oszczędzał, żeby tylko móc wyjechać i spędzić wakacje na północy, tak samo jak jej rodzice robili oszczędności na podróż do Devonshire i na kupno jakiegoś podarku, żeby wyrazić swoją wdzięczność.

Ojciec cieszył się jak chłopiec, kiedy przybyli na miejsce, i od razu pobiegł na przystań, żeby obejrzeć żaglówkę. Natychmiast też zabrał się do jej naprawy, żeby już następnego dnia była gotowa do wypłynięcia w morze. Codziennie żeglowali wszyscy wzdłuż brzegu, zatrzymując się na posiłki w różnych miejscach: u stóp klifu lub też zjadając na wodzie kanapki przygotowane przez matkę. Kiedy któregoś dnia zaczął padać deszcz, Sita podczas śniadania zapytała:

— Pewnie dziś nie zabierzecie mnie ze sobą?

— Myślę, że będzie lepiej, jeśli dziś zostaniesz w domu — odrzekł ojciec — nie chciałbym, żebyś przemokła, bo mogłabyś się zaziębić.

Sita nie zmartwiła się tym zbytnio, ponieważ umówiła się z dziewczynką, której rodzina mieszkała w sąsiednim domu, że gdy tylko będą miały czas, pójdą malować rybackie chaty stojące nad brzegiem zatoki.

— Możemy dziś po południu pójść nad morze malować — rzekła do siebie — a jeśli zacznie padać, będziemy malować kwiaty w wazonie. Udają mi się lepiej niż Jennifer.

Tak się złożyło, że przed południem szkicowały w domu kwiaty, a po południu, kiedy deszcz przestał padać, wybrały się nad zatokę. Znalazły osłonięte miejsce, w którym wiatr nie rozwiewał im kartek papieru, i tak zajęły się swoją pracą, że dopiero po dłuższym czasie Jennifer zauważyła:

— Już dawno nie widziałam tak wysokich fal! Spójrz tylko! One całkiem zalewają przycumowane łodzie.

Morze w istocie było bardzo wzburzone, a jednocześnie niezwykle piękne.

— Chciałabym je namalować! — zawołała Sita, lecz Jennifer stwierdziła, że byłoby to zbyt trudne, i dodała:

— Twoi rodzice mogą mieć trudności z powrotem do domu.

Dopiero w środku nocy Sita zaniepokoiła się, że jeszcze nie wrócili. Wkrótce dowiedziała się, że łódź rozbiła się na skałach, a rodzice utonęli. Z ich śmiercią skończyło się jej beztroskie dzieciństwo i kiedy stryj przybył, żeby ją zabrać do Londynu, nic już nie było tak jak dawniej.

I teraz płynąc statkiem i wpatrując się w spokojne morze Sita pomyślała, że być może w przyszłości tak będzie wyglądało jej życie: spokojne, gładkie, łagodne, a nie, tak jak w ciągu ostatnich dwóch lat, przerażające.

— Zbyt wiele się spodziewam — powiedziała do siebie, a potem usłyszała niski głos mówiący:

„Musi pani uwierzyć!”

Czuła się tak, jakby on jej tę wiarę nakazał, i z tymi myślami odwróciła się i zeszła na dół kierując się w stronę mesy. Zdawało jej się, że on o niej myśli, tak jak ona wciąż wraca myślami do ich spotkania.

Rozdział 2

Kiedy Sita pojawiła się w mesie, przekonała się, że stryj zjadł już śniadanie i wyszedł, co oznaczało, że jest w złym humorze. Poczuła jednak ulgę, że nie będzie podczas posiłku robił jej złośliwych uwag, i dlatego jedzenie smakowało jej tym razem jak nigdy dotąd. Po śniadaniu udała się do swojej kajuty, aby zabrać się do przepisywania rękopisu, którego nie tknęła ubiegłego wieczora. Potem weszła do kabiny stryja i zastała go przy stole zastępującym mu biurko. Czekał na nią z groźnym wyrazem twarzy.

— Spóźniłaś się dziś rano — powiedział ostrym tonem. — To niepojęte, że w twoim wieku nie możesz przyjść na czas, ja zawsze jestem punktualny.

— Przepraszam, stryju Harveyu — rzekła — ale po prostu zaspałam.

— Śpij! Śpij! Wszyscy młodzi tylko o tym myślą! — powiedział ze złością. — A teraz bierz się do pracy, ponieważ mamy dużo do zrobienia.

Sita położyła rękopis na biurku.

— Przykro mi, ale ubiegłego wieczora nie mogłam pracować — rzekła.

— A to co takiego! — wrzasnął. — Co to wszystko ma znaczyć!

Chwycił rękopis i przekonał się, że od wczoraj Sita nie przepisała swoim starannym i wyraźnym pismem, tak bardzo różniącym się od jego nieczytelnych bazgrołów, ani jednej strony. Patrzył na kartki i wprost oczom nie wierzył.

— Tam do licha! — wrzasnął podnosząc się z miejsca. — Jak śmiesz tak się lenić zamiast pracować?!

Wykrzykiwał to wściekłym tonem, więc Sita instynktownie cofnęła się kilka kroków i czuła, że zaczyna drżeć na całym ciele.

— Przepraszam, stryju Harveyu — powiedziała. — Postaram się to nadrobić.

— Nie próbuj mnie uspokajać — krzyknął. — W tekście, który przepisywałaś wczoraj, jest wiele błędów. Nawet dziecko ze szkoły podstawowej napisałoby lepiej.

Złapał leżące na jego biurku kartki i podszedł do miejsca, w którym stała Sita.

— Popatrz tylko na to! — zawołał. — Chyba jesteś niespełna rozumu, że nie wiesz, co to słowo znaczy.

Trzymał przed nią rękopis i pokazywał popełnione błędy.

— Karmię cię, odziewam,bo jesteś biedną sierotą, a ty, zamiast być mi wdzięczna, pracujesz byle jak.

Słuchając jego wrzasków, Sita poczuła, że łzy napływają jej do oczu. Kiedy już zupełnie straciła panowanie nad sobą, stryj wręczył jej papiery mówiąc:

— Popraw to wszystko natychmiast, ty oślico! A potem zabierz się do pracy, którą miałaś wykonać wczoraj, a jeśli znów narobisz błędów, to cię zbiję, aż się nauczysz pilności!

Mówiąc to podniósł rękę, żeby ją uderzyć, lecz w tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi. Stryj zatrzymał się, chciał powiedzieć: „proszę”, lecz zanim to uczynił, drzwi się otworzyły i do kajuty wszedł lekarz okrętowy. Był to mężczyzna w średnim wieku, jowialny i postawny, którego wszyscy pasażerowie bardzo lubili. Sita spojrzała na niego zapłakanymi oczami i domyśliła się, że jest on świadom tego, co się wydarzyło, i że nie mógł się powstrzymać, żeby nie wejść do kabiny słysząc groźby jej stryja.

— Czego pan sobie życzy? — zapytał Harvey Arran.

— Przepraszam, że panu przeszkodziłem — rzekł lekarz — lecz chciałbym dowiedzieć się o zdrowie pańskiej bratanicy. Zauważyłem, że nie zeszła dziś rano na śniadanie razem z panem, i zaniepokoiłem się, czy nie jest przypadkiem chora.

— Chora? A to czemu miałaby być chora? — zdziwił się Harvey Arran. — Spóźniła się, bo jest leniwa jak wszyscy młodzi ludzie w dzisiejszych czasach.

— Byłbym rad, gdyby to było jedyne wytłumaczenie — rzekł doktor. — Pragnąłbym obejrzeć pannę Arran jeszcze z innego powodu.

— Co to ma znaczyć? — zapytał ostrym tonem Harvey Arran.

Lekarz zamknął drzwi i wszedł do kajuty.

— Zwróciło moją uwagę, że być może panna Arran nabawiła się choroby objawiającej się wyrzutami na twarzy.

Sita ze zdumieniem przypatrywała się lekarzowi. Nagle uświadomiła sobie, że mówi on o czerwonych śladach, jakie pozostawiły na jej twarzy uderzenia stryja, a zwłaszcza to wczorajsze. Kiedy ubierała się dzisiejszego ranka, zauważyła, że bardzo wyraźnie widać pręgę na jej białej skórze. Wczoraj ślad ten był jeszcze wyraźniejszy i mężczyzna, który ją uratował, na pewno był zaszokowany, że stryj ją bije.

— Nic mi nie jest — próbowała się usprawiedliwiać, lecz jej głos zagłuszyły gwałtowne słowa stryja:

— Moja bratanica jest zupełnie zdrowa i proszę mi nie sugerować, że jej coś dolega. Ma wprawdzie na twarzy czerwony ślad, ale to nie pańska sprawa.

— Przykro mi, panie Arran — rzekł doktor — ale moim obowiązkiem jest troszczenie się o zdrowie pasażerów na tym statku, szczególnie gdy chodzi o jakąś chorobę zakaźną.

 

— Bzdury! — wymamrotał Harvey Arran.

Ponieważ jednak poczuł się zakłopotany, usiadł przy biurku i zaczął kartkować strony rękopisu, jakby dając do zrozumienia, że nie ma chęci kontynuować rozmowy. Lekarz spojrzał na Sitę i uśmiechnął się do niej.

— Nie chciałbym straszyć panią niepotrzebnie, panno Arran — rzekł — lecz proszę zrozumieć moją sytuację — muszę się upewnić, że pasażerowie nie mają żadnych podstaw do obaw.

— Tak, to oczywiste, doktorze Johnson — odrzekła Sita. — W zupełności się z panem zgadzam.

— Czy możemy zatem przejść do pani kajuty, żebym mógł panią zbadać? — zapytał lekarz.

— Może pan ją zbadać tutaj! — wtrącił się Harvey Arran. — Nie życzę sobie żadnych konszachtów za moimi plecami.

— Mogę pana zapewnić, że chodzi tu tylko o rutynowe badanie — odparł doktor. Uśmiechnąwszy się do Sity, dodał: — Proszę podejść do światła, żebym mógł obejrzeć pani policzek.

W oczach Sity zapaliły się iskierki. Była przekonana, że lekarz zdaje sobie sprawę, że czerwona pręga jest skutkiem uderzenia. Stanęła twarzą do okienka i doktor przyjrzał się śladom, a potem dotknął delikatnie jej policzka.

— Czy to boli? — zapytał.

— Troszeczkę.

— Z tego może się zrobić bardzo brzydki siniak, ale to nie potrwa dłużej jak dzień lub dwa.

Sita uważała, że badanie skończone, lecz lekarz powiedział:

— Myślę, że nie weźmie mi pani tego za złe, lecz chciałbym obejrzeć pani plecy. Choroby zakaźne często rozpoczynają się od wyprysków za uszami i na plecach. Muszę zapewnić tych, którzy wyrazili zaniepokojenie pani wyglądem, że wszystko jest w porządku.

— Tak, oczywiście — odrzekła, bo nie pozostawało jej nic innego.

Odwróciła się do lekarza plecami i zaczęła rozpinać guziki bawełnianej sukienki.

— Proszę pozwolić, że ja to zrobię — powiedział. — Jestem żonatym mężczyzną i znam się na tym.

Sita stała nieruchomo, podczas gdy on rozpiął sześć guzików przy jej sukni. Była pewna, że na plecach są widoczne ślady uderzeń linijką, jakie wymierzył jej stryj wczorajszego wieczora, ponieważ kładąc się do łóżka czuła na skórze pieczenie, a rano bolały ją plecy. Lekarz delikatnie rozchylił jej suknię i to mu wystarczyło, żeby dostrzec czerwone pręgi, po czym zapiął na powrót guziki.

— Nie są to oznaki choroby zakaźnej, lecz proszę mnie wysłuchać uważnie, panno Arran, bo jest to niesłychanie ważne.

— Słucham, doktorze.

— Gdyby takie uderzenie spowodowało uszkodzenie skóry, proszę przyjść do mnie natychmiast, ponieważ w tym klimacie może się wdać zakażenie.

— Rozumiem.

— Nawet bardzo maleńka ranka może być niebezpieczna, dlatego proszę się nie wahać i przyjść do mnie natychmiast. Czy mi to pani obieca?

— Ma się rozumieć, doktorze. Dostosuję się do pańskich wskazań.

Doktor Johnson patrząc wymownie na Harveya Arrana, który przeglądał papiery na biurku, powiedział powoli akcentując każde słowo:

Mam nadzieję, panno Arran, że niedługo skończą się pani cierpienia.

Uśmiechnął się do niej, wyrażając w ten sposób swoje współczucie i zrozumienie, i ruszył w stronę drzwi, a gdy otwierał je, powiedział zupełnie innym tonem:

— Do widzenia, panie Arran!

Nie usłyszawszy odpowiedzi, opuścił kajutę zamykając drzwi za sobą. Po wyjściu lekarza zapanowała niezręczna cisza, której Sita nie ośmieliła się przerwać, natomiast Harvey Arran wrzasnął:

— No, dalej, bierz się do roboty! Na co czekasz?

Sita zbliżyła się do biurka i chciała pozbierać porozrzucane przez stryja papiery, kiedy rozległo się pukanie i drzwi znów się otworzyły.

— Zapomniałem powiedzieć — odezwał się doktor Johnson — że przenoszę pannę Arran do innej kajuty. Obejrzałem tę, którą teraz zajmuje, i doszedłem do wniosku, że jest zbyt ciemna i duszna, by w tym klimacie można w niej było pracować.

— Nie stać mnie na żadne zmiany — krzyknął Harvey Arran — więc nie ma o czym mówić.

Doktor Johnson rozejrzał się wymownie po dużej, widnej i przestronnej kajucie, w której się znajdowali, i odezwał się uprzejmym tonem:

— Wziąłem to oczywiście pod uwagę i nie będzie pan musiał wnosić dodatkowych opłat, gdyż na tym, samym pokładzie w Port Saidzie zwolniła się kajuta, więc panna Arran będzie mogła tam się przenieść. Jest to pomieszczenie znacznie wygodniejsze i zdrowsze.

I nie czekając na odpowiedź zamknął z powrotem drzwi.

— To bardzo miło z pana strony — wyszeptała Sita czując, jak jej serce skacze z radości.

Przeniesie się do kajuty, z której będzie mogła spoglądać na morze. Była też przekonana, że stryj już jej więcej nie uderzy. Odetchnęła z ulgą i zbierając papiery pomyślała z wdzięcznością o osobie, która to wszystko zaaranżowała.

Harvey Arran „utraciwszy twarz”, jak to określają Chińczycy, przez resztę dnia był jeszcze bardziej opryskliwy niż zazwyczaj, lecz choć pokrzykiwał i złościł się, Sita już się go nie bała: wiedziała, że jej więcej nie uderzy.

Kiedy wyszła od stryja i udała się do swojej kajuty, zaczęła analizować wszystko, co się wydarzyło. Bardzo pragnęła wyrazić wdzięczność człowiekowi, który się o nią zatroszczył.

— Jak on to wszystko zręcznie obmyślił? — zapytywała samą siebie.

Bo któż inny mógłby przysłać doktora, żeby obejrzał jej twarz i ślady uderzeń na plecach. Zdumiało ją jednak, że mężczyzna podróżujący na dolnym pokładzie i odziany jak Hindus należący do niższej kasty mógł wydawać jakieś polecenia.

— Jestem przekonana, że on się ukrywa, a jego strój to tylko przebranie — powiedziała do siebie przypominając sobie, iż dała słowo honoru, że nie będzie na jego temat z nikim rozmawiać.

Mimo to chciała mu podziękować i zostawiając rękopis stryja w kajucie pospieszyła na górny pokład, żeby stamtąd spojrzeć na pokład rufowy i sprawdzić, czy go tam przypadkiem nie ma. Ujrzała wielu ludzi, którzy siedzieli na pokładzie ze skrzyżowanymi nogami w sposób dla Europejczyka trudny do naśladowania, zażywając świeżego powietrza. Niektórzy grali w karty, rzucali kości lub opiekowali się swym licznym potomstwem. Nigdzie jednak nie zauważyła człowieka, którego szukała. Stała tak przez jakiś czas zastanawiając się, w jaki sposób uda jej się z nim skomunikować. Żałowała, że kiedy on zapytał ją o imię, nie dowiedziała się, jak się nazywa.

„Może ujrzę go jutro”, pomyślała, lecz miała przeczucie, że jeśli on nie będzie chciał się z nią zobaczyć, do spotkania nie dojdzie. Wróciła do kabiny i pracowała pilnie. Kiedy nadeszła pora kolacji, przebrała się w matczyną suknię, o której inni pasażerowie mogliby śmiało powiedzieć, że pamięta lepsze czasy. Wprawdzie z pieniędzy skąpo wydzielonych przez stryja sprawiła sobie dwie skromne wieczorowe sukienki, jednak chciała w nich się pokazać dopiero w Indiach. Z napomknięć stryja domyśliła się, że będą obydwoje zapraszani na liczne przyjęcia. Jednak stryj nie raczył jej nawet poinformować, gdzie się zatrzymają, gdy przybędą do Hajdarabadu.

Sita w ciągu dwóch lat przebywania ze stryjem nauczyła się nie zadawać mu pytań. Wiedziała, że to go drażni. Nie była też zbytnio zainteresowana wyjazdem do Indii, który uważała za przedłużenie cierpień, jakie musiała znosić w domu w Wimbledonie.

Podczas kolacji stryj jak zwykle nic nie mówił, robił tylko uwagi na temat jedzenia. Wprawdzie zostali zaproszeni do kapitańskiego stolika, jednak stryj odmówił i teraz Sita z zazdrością przysłuchiwała się wesołym śmiechom dobiegającym stamtąd. Choć zgromadzeni wokół kapitana goście nie byli już młodzi, jednak ich towarzystwo było z pewnością bardziej atrakcyjne niż stryja, przy którym nawet ust nie mogła otworzyć bez narażenia się na kąśliwe uwagi.

— Wracaj już do pracy — odezwał się do niej stryj po skończonej kolacji. — Wszystko do rana musi być gotowe.

— Postaram się, stryju Harveyu, lecz wątpię, czy uda mi się skończyć całość jeszcze przed śniadaniem.

Ponieważ znajdowali się w miejscu publicznym, stryj musiał pohamować cisnące mu się na wargi wściekłe słowa, jakich użyłby z pewnością, gdyby byli sami. Udał się do palarni uwalniając ją od swego towarzystwa. Sita zawahała się przez moment, a potem wyszła na pokład. Było tam sporo osób spacerujących powoli w gorącym i wilgotnym powietrzu lub też stojących przy balustradzie i wpatrujących się w wodę. Ponieważ było jej przykro, że nie ma towarzystwa, wspięła się na wyższy pokład, gdzie znajdowały się łodzie ratunkowe i gdzie ludzie zachodzili z rzadka, ponieważ nie było tam płóciennego daszka osłaniającego przed słońcem czy wiatrem.

Zgodnie z jej przewidywaniami na pokładzie znajdowało się tylko kilka par siedzących blisko siebie i obejmujących się czule. Minąwszy ich, Sita zajęła ustronne miejsce, w którym już była kiedyś. Usiadła i zaczęła wpatrywać się w gwiazdy podziwiając ich piękno, jednocześnie przyszło jej na myśl, że w porównaniu z nimi ludzka istota wydaje się zupełnie bez znaczenia. Siedziała tak już prawie godzinę, rozmyślając o własnych sprawach i o człowieku, który uratował jej życie wczorajszego wieczora i opowiadał jej o reinkarnacji.

— Czy to możliwe, żebym już wcześniej żyła na tym świecie? — zapytywała samą siebie. — A jeśli tak, to musiałam mieć sporo grzechów, skoro w obecnym życiu muszę za nie pokutować, znosząc złe humory stryja Harveya.

Gdy tylko o tym pomyślała, przyszło jej do głowy, że cierpienia, ciągłe przezwyciężanie niepomyślnych okoliczności, znajdują swój koniec dopiero w grobie. Według religii chrześcijańskiej człowiek po śmierci dostaje się do bliżej nieokreślonego raju, który musi być już bardzo zatłoczony, jeśli przez tysiąclecia bez przerwy napełnia się duszami wiernych.

— To wszystko jest takie niepojęte — powiedziała do siebie głośno.

— Co mianowicie? — usłyszała za sobą słowa.

Wzdrygnęła się, bo właśnie czekała na człowieka, który je wypowiedział, i miała nadzieję, że go spotka. Z radości, że go znów widzi, zapomniała o konwenansach ani też nie starała się pohamować własnych emocji.

— To pan! — zawołała. — Myślałam o panu przez cały dzień i bardzo pragnęłam pana zobaczyć. Rozglądałam się wszędzie, ale na próżno.

Wydało jej się w nikłym świetle gwiazd, że się uśmiechnął. Gdy przyjrzała mu się uważniej, dostrzegła, że bez turbanu wygląda zupełnie inaczej.

— Jak się pani miewa? — zapytał.

— Domyślam się, że to pan przysłał doktora, aby mnie zbadał — rzekła. — Chciałabym też podziękować za przeniesienie mnie do wygodniejszej kajuty.

— Wydaje mi się, że przypisuje mi pani zasługi, do których się nie przyznaję.

— Jest pan jedyną osobą, która mogła to zrobić — powiedziała po prostu. — Jestem panu za to bardzo wdzięczna.

Wpatrywała się w jego twarz, choć w ciemnościach trudno było cokolwiek zobaczyć. Czuła jednak instynktownie, że przygląda jej się życzliwie i chce jej dopomóc w miarę swoich możliwości.

— Jak pan mnie odnalazł? — zapytała. — Skąd pan wiedział, że tu będę?

— Domyśliłem się, że w tak piękną noc zechce pani wyjść z kajuty, a znając pani nieśmiałość, przyszło mi do głowy, że nie znajdę pani wśród spacerujących na głównym pokładzie.

— Tak było w istocie. Jednak to dziwne, że pan to odgadł.

— Próbowałem wczuć się w pani myśli.

— Czy to jest trudne? — zapytała, a po chwili dodała: — Jest pan bardzo tajemniczym człowiekiem. Nigdy jeszcze nie spotkałam kogoś podobnego. Uratował mnie pan dwukrotnie: raz przed utonięciem, a drugi raz przed okrucieństwem mojego stryja, trudno więc się dziwić, że pana osoba zaintrygowała mnie.

— Sądzę, że stryj już więcej pani nie uderzy — rzekł, potem uśmiechnął się i dodał: — Proszę zapomnieć choć na chwilę o kłopotach. Chciałbym, żeby się pani poczuła szczęśliwsza i żeby spojrzała pani z ufnością w przyszłość.

— Nigdy dotąd nie myślałam o przyszłości — odrzekła. — Dopiero teraz zaczęłam sobie przypominać, co mi ojciec opowiadał o Indiach, które bardzo kochał. Spróbuję też je pokochać.

— Bardzo chciałbym, żeby tak się stało. Byłbym rozczarowany, gdyby Indie nie spodobały się pani i gdyby nie dostarczyły pani wspaniałych duchowych przeżyć.

— Czy spotkam tam pana?

— Jestem przekonany, że się jeszcze zobaczymy.

— Ale kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach?

— Najlepiej będzie, gdy pozostawimy to naszemu przeznaczeniu. Kiedy pani lepiej to wszystko zrozumie, przekona się, że nic nie dzieje się przez przypadek, lecz wszystko, co robimy i co nas spotyka, jest częścią określonego planu.

— To bardzo pocieszające — powiedziała Sita po chwili.

 

— Pragnąłbym bardzo, żeby pani w to uwierzyła.

— Dlaczego?

— Bo wówczas wiedziałaby pani, że każdego dnia i o każdej porze rozwija się pani i doskonali. — Przerwał na chwilę, a potem dodał: — Czy widziała pani kiedyś wodospad spływający ze stoku góry? Zaczyna się od maleńkiej strużki, a kiedy znajdzie się na dole, przemienia w strumień, który stale rośnie, staje się rzeką toczącą powoli, lecz niestrudzenie swoje wody aż do morza.

Sita westchnęła.

— Rozumiem, co chce pan przez to powiedzieć, lecz obecnie nie czuję się jak wodospad! Raczej wydaje mi się, jakbym była malutką kropelką, która wpadła do niego przez przypadek.

Mężczyzna roześmiał się.

— Zbyt mało pani ceni siebie. Nawet mała kropla, jeśli stale dąży naprzód i naprzód, dociera wreszcie do morza. — Zapanowało milczenie, po czym dodał: — Oczywiście w czasie drogi spotka panią wiele przygód, lecz chyba właśnie dlatego życie jest tak fascynujące.

— Ale nie dla ludzi, którzy stykają się z nędzą, cierpieniem, strachem.

— Te przeżycia też są nieuniknione. W naszym życiu bywają złe i dobre okresy. Przypomina ono fale na morzu, które raz idą do góry, aby potem opaść na dół. Trzeba tylko wierzyć, że tak właśnie się stanie.

— Znów mówimy o wierze — rzekła Sita. — A jeśli ktoś nie ma w sobie wiary, co wtedy?

— Należy tę wiarę odnaleźć. Właściwie ona stale w nas jest, tylko trzeba ją rozbudzić.

— Tego wieczora, zanim podszedł pan do mnie — powiedziała Sita patrząc na gwiazdy — rozmyślałam nad tym, że moja osoba nie ma absolutnie żadnego znaczenia wobec ogromu wszechświata.

— A teraz?

— Teraz w sposób dla mnie wprost niepojęty sprawił pan, że czuję, jakby moje życie miało jakąś wartość, choćby tylko jego celem było dopłynięcie do morza.

— Każde istnienie jest ważne — odrzekł. — Dopiero u kresu życia, kiedy się pani cofnie, przekona się, na ilu ludzi wywarła pani wpływ, ilu ludziom pomogła zmieniając ich los. Nawet teraz, choć wydaje się to nieprawdopodobne, pani życie być może zmienia historię świata.

Sita roześmiała się rozbawiona jego słowami.

— Mówi pan tak — powiedziała — jakbym nagle miała stać się drugą Joanną d’Arc, która uratowała Francję od nieprzyjaciół.

— A czemuż by nie? Na świecie dzieją się rzeczy bardziej nieprawdopodobne.

— W moim przypadku to absolutnie niemożliwe, jednak dzięki pańskim słowom odzyskam wiarę.

— Kiedy tak się stanie — odparł — okaże się, że stać panią na rzeczy, o jakich się nawet pani nie śniło. Będzie pani wręcz zdumiona własnymi możliwościami.

— Jeżeli czegoś pragnę, to tego, żeby zadziwić pana — rzekła. — Proszę mi powiedzieć, gdzie się spotkamy. Byłabym też rada, gdyby mi pan przed rozstaniem wyjawił swoje nazwisko.

Spojrzała na niego błagalnie, lecz on potrząsnął tylko głową.

— Nie — odpowiedział — dała mi pani słowo honoru, że nikomu nie wspomni, że mnie widziała i rozmawiała ze mną. Kiedy się znów spotkamy, będę dla pani obcą osobą, której zostanie pani oficjalnie przedstawiona.

— Ale ja chciałabym teraz myśleć o panu.

— Nic nie stoi temu na przeszkodzie, ja też mogę myśleć o pani, choć nic o niej nie wiem.

— Chciałabym, żeby pan myślał o mnie — rzekła z prostotą. — Jednocześnie chciałabym mieć pewność, że gdybym pana potrzebowała, przybyłby mi pan na ratunek.

— Musi pani wierzyć, że nasze losy są połączone i że gdy nastąpi taki moment, pojawię się na pewno.

— A do tego czasu?

— Już i tak złamałem wszystkie moje zasady i zjawiłem się tu, żeby porozmawiać z panią. Chciałem się przekonać, czy czuje się pani szczęśliwsza i czy pani sprawy przyjęły lepszy obrót.

— Oczywiście, że wszystko potoczyło się lepiej... jestem panu za to niezmiernie wdzięczna. Pragnę panu dziękować bez końca, lecz czuję, że wkrótce pana utracę.

Była przekonana, że uśmiecha się do niej.

— Wydaje mi się to niemożliwe. Dobranoc, Sito, dbaj o siebie i bądź dzielna.

Podniósł jej rękę do ust i złożył na niej pocałunek, a ona czuła się tak, jakby ją na wskroś przeniknęło księżycowe światło. Zniknął tak samo cicho, jak się pojawił, aż trudno jej było uwierzyć, że ich rozmowa nie była tylko snem. Spojrzała w niebo i uświadomiła sobie, że ofiarował jej to, czego tak bardzo potrzebowała: wiarę w przyszłość.

Następnego dnia wieczorem po całym dniu pracy nad rękopisem stryja Sita znów wyszła na górny pokład, lecz choć spędziła tam prawie dwie godziny, nikt się nie pojawił. Była bardzo rozczarowana i odczuwała to niemal jak fizyczny ból, lecz kiedy wróciła do swojej niewielkiej, ale wygodnej kajuty, nie opuszczało jej przekonanie, że on o niej myśli.

— Dlaczego nie przyszedł, żeby się ze mną zobaczyć? — pytała.

Zastanawiała się kolejny już raz, czemu on podróżuje w taki właśnie sposób. Była przekonana, że powodem nie jest brak pieniędzy. Jego przebranie miało na pewno jakiś ukryty powód. Przypomniała sobie nagle, jak ojciec kilka lat temu opowiadał jej o zawiązanej w Indiach organizacji o nazwie „Wielka Gra”.

— Jest to swego rodzaju tajna służba — tłumaczył jej ojciec. — Ludzie, którzy do niej należą, narażają się na niebezpieczeństwa, a nawet na śmierć tylko z tego powodu, że kochają Indie.

— Lecz kto jest ich przeciwnikiem, tatku?

— W chwili obecnej Rosjanie — odparł ojciec. — To oni dokładają wszelkich starań, żeby podburzać plemiona na naszej północno-zachodniej granicy. To oni dostarczają im broni i szkolą ich, jak wciągać w zasadzkę naszych żołnierzy. To oni wreszcie wywołują zamieszki, które powodują straty w ludziach.

— A czemu oni to robią?

— Ponieważ sami mają zakusy na Indie. Zazdroszczą nam naszej pozycji w świecie i chcieliby nam zaszkodzić. — Ojciec przerwał na chwilę, a potem mówił dalej jakby do siebie: — Oni są wszędzie, podburzają jedną kastę przeciwko drugiej, hinduistów przeciwko muzułmanom. Bardzo trudno ich wytropić i powstrzymać, zanim zdołają wywołać rozruchy w różnych częściach kraju.

— Czy należałeś do „Wielkiej Gry”, tatku?

Ojciec potrząsnął przecząco głową.

— Nie, ale pomagaliśmy im. Trzeba jednak przyznać, że chłopcy działający tam są bardzo inteligentni, właściwie nie wiadomo, kim oni są. Radzą sobie sami, chyba że znajdą się w sytuacji wymagającej pomocy wojska.

Sita była tym bardzo zaintrygowana i prosiła, żeby jej więcej opowiedział, lecz wkrótce przekonała się, że ojciec nie wie niczego ponadto, co już powiedział. Wspomniał jeszcze, że osoby zaangażowane w „Wielką Grę” występują anonimowo i zamiast pseudonimów mają numery.

— Czy tylko Anglicy należą do „Wielkiej Gry”? — zapytała.

— Oczywiście, że nie! — odparł ojciec. — Pomagają im Hindusi wszelkich kast, którzy zdają sobie sprawę, że gdyby Indie zostały podbite przez Rosjan, źle by się to skończyło.

— Czy są jakieś książki o „Wielkiej Grze”? — dopytywała się Sita.

— Nigdy nie miałem żadnej w ręku — rzekł ojciec. — Lepiej nie mówić ani nie pisać o tej sprawie, bo byłoby to niebezpieczne dla członków tej organizacji.

Sita prawie zapomniała o tej rozmowie aż do obecnej chwili. Teraz doszła do przekonania, że człowiek, który ją wyratował, zapewne należy do „Wielkiej Gry”. To on w ciągu dwóch krótkich rozmów zmienił jej całe nastawienie do życia.

— Tak wiele muszę się jeszcze nauczyć — rzekła do siebie, lecz wiedziała, że gdyby tajemniczy znajomy był obok, powiedziałby, że to Indie ją wszystkiego nauczą.

Przez następne kilka dni stryj był szczególnie nieprzyjemny, Sita domyślała się, że ogarnął go niepokój, czy zostanie powitany tak, jak się tego spodziewał. Dowiedziała się, że statek zmierza do Kalkuty, gdzie mieści się siedziba wicekróla Indii. Od czasów Kompanii Wschodnioindyjskiej, a już w szczególności od czasów powstania sipajów Indie stały się najcenniejszym klejnotem brytyjskiej korony. Dlatego też protektorat nad Indiami stanowił podstawowy punkt imperialnej brytyjskiej polityki.

Kiedy statek zawinął do Kalkuty, Sita nie wiedziała, co ją czeka, i nawet w najśmielszych oczekiwaniach nie przewidziała, że będą przyjmowani z takimi honorami. Gdy tylko statek przybił do nabrzeża, na pokładzie pojawił się adiutant, żeby powiadomić stryja Harveya, że zanim uda się w dalszą podróż do Hajdarabadu, spędzi kilka dni w gościnie u wicekróla. Z wyrazu twarzy stryja i ze sposobu, w jaki dziękował, Sita domyśliła się, że bardzo był zaszczycony tym zaproszeniem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?