Drzewo miłości - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Drzewo miłości - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Nąjpiękniejsze mitości

Przełożyła

ANNA DENYSENKO

Saga

Drzewo miłości - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTłumaczenie Anna Denysenko

Tytuł oryginału

Escape from Passion

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Projekt okładki: Grafiskstue.dk

Copyright © 1976, 2020 Barbara Cartland i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711770771

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

Rok 1942

Fleur wyszła na korytarz. Po ciężkiej i dusznej atmosferze pokoju, w którym leżała martwa hrabina de Sardou, powiew chłodnego powietrza był jak orzeźwiający łyk zimnej wody.

Podeszła do okna i odsunęła grube zasłony. Na zewnątrz pierwsze promienie bladego słońca rozwiewały białą mgłę snującą się po zielonych trawnikach ogrodu.

Fleur westchnęła opierając na chwilę rozpalone czoło o szarą futrynę. Pod jej oczami zarysowały się sine pręgi po nie przespanych nocach. Spokój, który odczuwała, wydał się jej dziwny.

W oddali nad horyzontem widać było smugę dymu, prawie czarną na tle zamglonego błękitu nieba. Unosiła się ze zgliszcz po wczorajszym popołudniowym nalocie bombowców RAF-u. Przez kilka godzin słychać było huk silników i eksplozje w fabryce oddalonej o dwadzieścia mil, w której Francuzi od tygodni produkowali setki ciężarówek dla niemieckich okupantów.

Dom drżał w posadach przy każdym wybuchu. Kiedy hrabina usłyszała, co się wydarzyło, wyszeptała cicho:

— To dobrze. Tylko Brytyjczycy mogą nam przynieść wolność.

— Cyt, madame! — upomniała ją Marie. — Nierozsądnie jest mówić takie rzeczy.

Fleur uśmiechnęła się przepełniona dumą. Tak, to jej rodacy przyniosą wyzwolenie ujarzmionemu i zastraszonemu narodowi francuskiemu.

Patrząc na gęsty dym wzbijający się w niebo, pomyślała o Lucienie... o tym, jak triumfalnie wznosił się do chmur po to tylko, by spaść na dół, roztrzaskać się i spłonąć jak wielu innych odważnych ludzi, choćby wczoraj. Jej oczy wypełniły się łzami.

Dziwne — pomyślała — w takiej chwili opłakuję Luciena, a nie jego matkę. Może dlatego, że umarła jak bohaterka klasycznego dramatu w teatrze?

Fleur z zaskoczeniem przyłapała się na tym spostrzeżeniu i przypomniała sobie leżącą w łóżku dystyngowaną, starszą panią z arystokratycznego rodu, o subtelnych, doskonałych rysach twarzy — ucieleśnienie wielkiej damy. U jej boku stał ksiądz w duchownych szatach i poważny, siwowłosy doktor. Marie szlochała głośno, oparta o wiekowe łoże, ozdobione baldachimem i kotarami, w którym pokolenia rodziny de Sardou przychodziły i odchodziły z tego świata.

Obraz ten, nierealny, jakby trochę zainscenizowany, wydawał się nie wzbudzać w Fleur żadnego wzruszenia ani smutku, ani nawet strachu. Teraz, gdy wszystko się skończyło, odczuwała tylko ogromną ulgę.

Dotychczas żyła w napięciu, niespokojnie wyczekując czegoś przerażającego, co nigdy nie nadejdzie. Nie widziała przedtem nikogo umierającego. Myśl o śmierci była dla niej niewypowiedzianie odstraszająca, dopóki nie odkryła, że jest ona tylko zamknięciem oczu i złożeniem rąk.

Nie zawsze jednak bywa taka. Nie było tak w wypadku Luciena. Być może dla niego śmierć była szybka, czysta i chwalebna. Schwytała go nagle, w walce, w chwili triumfu. Strącił właśnie samolot nieprzyjaciela. Widział, jak płonął jego przeciwnik, a po chwili doświadczył takiego samego losu... Lucien — wesoły, żywy, żartujący... spadający z rozświetlonego słońcem nieba na swą ukochaną francuską ziemię.

Fleur wzdrygnęła się. Odwróciła się od okna i ruszyła do swego pokoju. Nawet po blisko dwóch latach trudno jej było myśleć o Lucienie bez bolesnego uczucia niemal fizycznej straty części siebie samej.

W pokoju przemyła twarz i zabrała się za zdejmowanie pomiętej sukienki, którą miała na sobie przez całą noc. Na pół rozebrana, usłyszała stukanie do drzwi. W progu stała Marie ze szklanką jakiejś białej mikstury.

— Co to? — zapytała Fleur.

— Monsieur doktor przysłał mnie z tym — odparła służąca. — Będzie pani po tym spać. Potrzebuje pani snu, moje biedactwo. Wszyscy go potrzebujemy.

Fleur przełknęła gorzkocierpką ciecz wykrzywiając się mimowolnie.

— Zajrzę do pani później, mademoiselle — uśmiechnęła się Marie, zasłoniła okna i cicho wyszła.

Pokój pogrążył się w szarym półmroku. Fleur przytuliła twarz do poduszki i zamknęła oczy. Ogarnęło ją przyjemne uczucie odprężenia. Tonąc w miękkiej, puchowej pościeli, czuła, jak wszystkie jej mięśnie wyzwalają się nareszcie od ciągłego napięcia.

Obudziła się nagle, zaniepokojona. Obok łóżka stała Marie. Trzymała tacę z ciasteczkami i filiżanką gorącej kawy.

— Wspaniale mi się spało, Marie. Która godzina?

— Prawie trzecia po południu.

— Tak późno?! Och, nie powinnaś mi pozwalać spać tak długo.

Marie uśmiechnęła się. Jej stare oczy zapuchnięte były od płaczu, ale Fleur wydawało się, że wyglądała na mniej przygnębioną niż poprzedniego dnia.

— Jak sobie radziłaś beze mnie?

— Kazałam przenieść madame do kaplicy. Pozostanie tam do pojutrza, kiedy odbędzie się pogrzeb.

Fleur usiadła na łóżku i wyciągając rękę po filiżankę z kawą, zawołała:

— Ależ, Marie! To nasza najlepsza kawa z zapasów i ciastka madame!

— Co w tym złego? — zapytała wyzywająco służąca. — Dla kogo je trzymać? Dla Niemców?! Dla jej krewnych, którzy nie raczyli nawet zjawić się, żeby ją pożegnać?! Nie! Proszę zjadać wszystko, mademoiselle! Madame na pewno byłaby tego samego zdania. Co do innych, to wystarczy, jeżeli zadowolą się resztkami!

Marie wyrzuciła z siebie te słowa z pogardą, zaciskając drżące pomarszczone dłonie.

— Nie wolno nam potępiać kuzynów madame, Marie — upomniała ją Fleur. — Może nie mogli się tu dostać. Wiesz przecież, jak trudno jest zdobyć przepustki.

— Jestem pewna, że nawet nie próbowali, mademoiselle! — odparła Marie. — Zapomnieli o madame, odkąd odszedł od nas monsieur Lucien, a teraz z pewnością się tu zjawią po swoje. Zobaczy pani, zlecą się jak sępy na ucztę!

— Czy to możliwe, Marie? — zapytała Fleur. — Przecież lekarz zawiadomił ich kilka tygodni temu o chorobie madame, a dotychczas nie było żadnej odpowiedzi. Może dostałaś od nich jakąś wiadomość?

Marie potrząsnęła przecząco głową.

— Nie, ale wiem, że się zjawią! — powtórzyła z uporem.

— A więc tylko my dwie zostałyśmy tu, by ich przywitać. — Fleur podparła w zamyśleniu policzek na ręce. — Będę musiała cię opuścić, Marie... Łatwo było oszukiwać Niemców, ale nie uda się to z rodziną madame.

— Dokąd pani pójdzie, mademoiselle?!

— Jeszcze nie wiem.

Fleur sięgnęła po jedno z ciastek obsypanych cukrem, które przez długie miesiące przechowywane były wyłącznie dla madame. Nagle zdała sobie sprawę, że jej sytuacja w pałacu jest bardzo niepewna.

Dotychczas tygodnie mijały cicho i monotonnie jak w letargu. Niemcy zaglądali do rezydencji od czasu do czasu, jednak hrabina umiała sobie z nimi poradzić. Odpierała ich żądania wyniosłą dumą i oziębłą pogardą znacznie skuteczniej niż jakimikolwiek złorzeczeniami, gniewem czy oburzeniem.

Pałac położony był z dala od uczęszczanych dróg, nie przeznaczono go więc na kwatery dla wojska i nikt nie niepokoił jego mieszkańców. Niemcy zabrali wprawdzie część zapasów żywności, niektóre narzędzia, a także samochód Luciena, lecz poza tym dom był jakby omijany przez wojnę.

Dokończyła powoli śniadanie, delektując się smakiem kawy i każdym kawałkiem ciastka. Marie odsłoniła zasłony. Blask popołudniowego, gorącego słońca wypełnił pokój.

— Czy zauważyłaś dzisiaj jakieś samoloty, Marie?

Służąca potrząsnęła głową.

— Żadnego. Fabian wrócił niedawno z wioski i mówił, że te diabły strąciły wczoraj dwa. Jeden spadł dziesięć mil stąd, na pole. Wieśniacy próbowali pomóc, ale było za późno. Tylko jeden z tych dzielnych chłopców ocalał. Niemcy zabrali go do siebie.

— Czy był ciężko ranny?

— Tego nie wiem. Byłoby lepiej dla niego, żeby znalazł się w rękach Stwórcy niż na łasce tych potworów.

Fleur odgarnęła włosy z czoła nerwowym ruchem. Tysiące razy zastanawiała się, czy byłaby szczęśliwsza, gdyby Lucien został jeńcem wojennym, zamiast bezpiecznie spoczywać, jak powiedziała Marie, w rękach dobrego Stwórcy.

Fleur trudno było pogodzić się z myślą, że Lucien zginął w pierwszym tygodniu wojny, wówczas gdy świat dopiero uświadamiał sobie jej wybuch.

Pierwszy tydzień! Ów dzień powracał do niej tak żywo, jakby to było wczoraj. Wciąż przeżywała na nowo tę chwilę niewiarygodnego zaskoczenia i swoje własne zdumienie, bardziej niż ból, gdy usłyszała, że samolot Luciena został zestrzelony nad Linią Maginota. W tamtym momencie zniknęła oziębłość między nią a matką Luciena, runęły wszelkie dzielące je bariery. Szlochały w swych objęciach, złączone bólem rozpaczy jak nigdy za jego życia.

Fleur odczuwała lęk przed hrabiną odkąd tylko ją poznała. Nie była przygotowana na spotkanie z kimś takim jak matka Luciena. Dopiero teraz, po dwóch latach przebywania z nią, zrozumiała tajemnicę otaczającą jej własną babkę, której imię nosiła. Zdała sobie sprawę, iż przyczyną tego, że jej matka mówiła o niej raczej z szacunkiem niż miłością, było arystokratyczne pochodzenie Fleur de Malmont.

 

Hrabina de Sardou i moja babka, arystokratki! — pomyślała Fleur. — Czy którakolwiek kobieta z mojego pokolenia mogłaby rywalizować z nimi pod względem wyniosłości, dostojności, manier i opanowania? Nie mamy możliwości ani czasu być zachwycającymi i zrównoważonymi istotami. Każe się nam chwytać zachłannie wszystko, czego pragniemy, żeby kto inny nie sprzątnął nam tego sprzed nosa.

Myśl ta wywołała w pamięci Fleur obraz Sylwii z jaskrawoczerwonym lakierem na paznokciach, umalowanymi, wykrzywionymi grymasem ustami i pewnym siebie spojrzeniem... Sylwii snującej się aż do obiadu po domu w obdartym, niegustownym szlafroku i starych, przydeptanych kapciach... Sylwii rozczochranej, niechlujnej i czasem brudnej, a mimo to zawsze triumfalnie pięknej, zmysłowej i lubieżnej, której nie można było zignorować. Sylwii wulgarnej, krzykliwej, a jednak pożądanej...

Fleur wciąż wzdrygała się na wspomnienie dnia, w którym jej ojciec przyprowadził Sylwię do domu. Pamiętała jej kpiny z urządzenia pokoi, z ukochanych pamiątek po matce, które Fleur troskliwie przechowywała od dzieciństwa. Z bólem przypominała sobie, co Sylwia zrobiła z ich domu; wywróciła wszystko do góry nogami i wypełniła go niedopałkami papierosów, popielniczkami, hałaśliwymi swawolnymi przyjaciółkami i swym szyderczym śmiechem.

Do tej pory Fleur nie mogła pogodzić się z faktem, że taka kobieta zajęła miejsce jej matki. Starała się jednak zrozumieć ojca, a przynajmniej wytłumaczyć jego zaślepienie i ogłupienie. Mimo nienawiści do macochy umiała dostrzec i docenić jej powaby wzbudzające zwierzęce instynkty u mężczyzn.

Początkowo czuła się oszołomiona obecnością Sylwii. Zamknęła się w sobie broniąc się przed nią obojętnością i powściągliwością. Jednakże z czasem, gdy zdała sobie sprawę z bezmiaru zdeprawowania macochy, poczuła się całkiem bezsilna i przerażona przyszłością ojca u jej boku. Zanim to zrozumiała, doświadczyła siły Sylwii na sobie.

Spotykała się wówczas z pewnym młodym mężczyzną, którego dwa czy trzy razy zaprosiła do domu. Dała się zwieść życzliwemu nastawieniu macochy do tych odwiedzin i uprzejmości, z jaką przyjmowała jej gościa. Mężczyzna zaczął wkrótce unikać towarzystwa Fleur niezręcznie się tłumacząc. Fleur, najpierw bez przekonania, potem zaś z zażenowaniem, uświadomiła sobie, co było tego przyczyną.

Na zawsze pozostały jej w pamięci chwile, gdy wymykała się z domu załamana, błądząc w strugach deszczu wzdłuż klifów niepomna na niebezpieczeństwo ani przemoczone ubranie. Z bólem tolerowała obecność Sylwii. Kochała ojca.

Artur Garton znał się znakomicie na literaturze, lecz był żałosnym głupcem, jeśli chodziło o kobiety. Mając czterdzieści pięć lat osiadł w Seaford, gdzie zajął się pisarstwem, golfem i budową domu. Był wówczas szczęśliwy. Podziwiał wyżyny kredowe, pisał książki w wygodnym fotelu przy kominku i usiłował poprawić swoją sytuację materialną. Zapewne do starości prowadziłby ten tryb życia po śmierci matki Fleur, gdyby nie spotkał Sylwii. Ta niezaspokojona kobieta szukała kogoś, kto płaciłby jej rachunki, i znalazła właśnie Artura Gartona — idealistę, który przyjął ją pod swój dach.

Pobrali się zaledwie w miesiąc od pierwszego spotkania, a Fleur dowiedziała się o wszystkim po fakcie. Za późno było na protesty z jej strony, za późno nawet na przypomnienie ojcu matki, która poświęciła mu dwadzieścia lat swego życia i umierając kochała go nadal. Sylwia dostrzegła niebezpieczeństwo płynące ze wspomnień. Była sprytna i inteligentna. Uprzedzała posunięcia Fleur wyczuwając zagrożenie zawczasu i usuwając przeszkody stojące na jej drodze.

Po czterech latach pożycia z Arturem Gartonem przestała przejmować się Fleur. Pewna siebie i bezpieczna, zaczęła go lekceważyć nie szanując jego uczuć i nie dbając o przyzwoitość. Kiedy w końcu pozbawiła go całkiem złudzeń, gdy miał pewność, że go zdradza, o co podejrzewał ją od dawna, wyszedł pewnego poranka popływać w morzu. Był sierpień. Przypadkowi spacerowicze nie dostrzegli nic niezwykłego w widoku rozbierającego się mężczyzny, który ułożył ubranie w schludnym porządku i skoczył do wody. Nie zostawił żadnej notatki, żadnego pożegnania. Dla ludzi bez wyobraźni był to po prostu wypadek. Tylko Fleur świadoma była bolesnej prawdy.

Na kilka dni przed owym fatalnym porankiem poznała Luciena. Bawił w Londynie ze swym przyjacielem. Przedstawiono go jej przez przypadek. Gdy podali sobie ręce, a Lucien pochylił głowę witając ją z niepowtarzalnym wdziękiem, typowym dla Francuzów, wiedziała już wszystko. Czuła, że coś podniecającego i nieuchwytnego wypełnia jej serce. Z trudem wydobywała z siebie słowa. Jej oczy lśniły jak latarnie morskie śląc wiadomość o stanie jej ducha wprost w oczy Luciena. Być może wyczuwał nawet drżenie jej palców. W tamtej chwili doznali tego samego cudu i piękna rodzącej się między nimi miłości i nie mogli się jej oprzeć. W krótkim czasie upewnili się w swym uczuciu dając się porwać zachwytowi i ekstazie, tym silniejszym, że zagrożonym rychłym wyjazdem Luciena. Był pilotem wojskowym. Przebywał w Londynie z misją zleconą przez Ministerstwo Obrony i wkrótce musiał wracać do Francji, by zdać z niej raport.

— Kiedy cię znów zobaczę?

— Niebawem... już niedługo, ukochana.

— To znaczy kiedy? — nalegała.

Wzruszył ramionami i odpowiedział pocałunkiem. Nie uwierzyłaby w tamtej chwili, że wkrótce los miał ich rozdzielić na zawsze.

Lucien wyjechał. Fleur wróciła do Seaford dowiadując się, że jej ojciec utonął. Straciła głowę. Szok doprowadził ją niemal do szaleństwa. Jak obsesja nawiedziła ją myśl o wyrwaniu się z miejsca, które kiedyś nazywała domem, a które teraz było schronieniem dla kobiety odpowiedzialnej za jego śmierć. W końcu zdecydowała się.

Bez słowa opuściła Seaford i jak w letargu podróżowała przez kanał La Manche, znikając bez śladu. Wymęczona, gnana pragnieniem ucieczki silniejszym niż strach i rozsądek, pojawiła się nagle w domu Luciena, a on przywitał ją z radością i zrozumieniem. Jeśli nawet był zaskoczony tym nie zapowiedzianym, niekonwencjonalnym przybyciem Fleur, to potrafił tego nie okazać. Jego zachowanie nie kryło w sobie cienia wymówki. Trzymał ją długo w ramionach obiecując, że się pobiorą. To jej wystarczyło. Była szczęśliwa. Zawładnęło nią niewymowne uczucie uniesienia i zachwytu.

Spędzili ze sobą dokładnie dwanaście godzin, zanim Lucien znów został wezwany przez Ministerstwo Obrony. Nie zaniepokoiło to ani Fleur, ani jego matki. Mało uwagi poświęcały problemom stosunków międzynarodowych i niepewnej sytuacji w Europie, a kiedy Anglia z Francją wypowiedziały wojnę Niemcom, wiadomość ta spadła na nie jak grom z jasnego nieba. Dopiero wówczas zaczęło docierać do ich świadomości, co oznaczało to dla Luciena... dla nich wszystkich. Kilka dni później Lucien de Sardou zginął...

Fleur zapięła zegarek i wstała z łóżka.

— Jestem gotowa, Marie. Chodźmy na dół!

— Czy chce pani zobaczyć madame?

— Oczywiście... — głos Fleur załamał się — ale najpierw zerwę trochę kwiatów... białych róż, które tak lubiła.

Gdy wyszły na korytarz, dobiegł je dźwięk samochodu wjeżdżającego na długi, zaniedbany podjazd przed domem. W jednej chwili obie znieruchomiały. Ich oczy spotkały się w niemym przerażeniu.

Fleur podbiegła do okna wychodzącego na drogę. Marie natychmiast znalazła się przy niej. Fleur odruchowo odszukała jej dłoń i mocno zacisnęła wokół niej palce.

Samochód stojący przed rezydencją niewątpliwie należał do niemieckiego sztabu wojskowego. Stały przez chwilę jak sparaliżowane. Z limuzyny zwinnie wyskoczył na żwir żołnierz i otworzył tylne drzwi, zza których wyłoniła się przysadzista, męska sylwetka w czarnym, cywilnym ubraniu. Mężczyzna odwrócił się i pochylił na moment, mówiąc coś swemu towarzyszowi pozostającemu wciąż w samochodzie. Po chwili wyprostował się i unosząc wyciągniętą rękę do góry wykrzyknął:

— Heil Hitler!

Zanim echo rozniosło okrzyk po zakamarkach pałacu, Fleur usłyszała ostry dźwięk dzwonka u drzwi wejściowych.

Rozdział 2

Marie powoli przemierzyła hol szurając nogami po marmurowej posadzce. Odblokowała zamki, zdjęła ciężkie łańcuchy z ogromnych drzwi i nie spiesząc się, otworzyła je przy zgrzytach i piskach starych zawiasów. Na podłogę padł jasny snop światła. Stojący na zewnątrz mężczyzna zdecydowanie przekroczył próg, jakby zniecierpliwiony oczekiwaniem.

— Jestem Pierre de Sardou — oznajmił wyniośle, przeszywając ostrym, nieprzyjemnym głosem olbrzymi hol. — Co z hrabiną? — zapytał po krótkiej chwili wpatrując się w Marie na pół skrytą za otwartymi wciąż drzwiami.

— Madame nie żyje.

— No tak!

Mężczyzna wszedł do środka. Fleur słuchając go, odniosła wrażenie, że przyjął tę wiadomość bez zdziwienia. Była pewna, że wiedział o śmierci madame jeszcze przed przybyciem do pałacu. Zastanawiała się od kogo. Na pierwszy rzut oka monsieur Pierre de Sardou nie przedstawiał się imponująco. Nie był wprawdzie tak niski, jak wydawał się obserwowany z okna pierwszego piętra, lecz jego krępe ciało wykazywało skłonność do otyłości. Trudno było uwierzyć, że tak wygląda krewny Luciena. Monsieur Pierre nie miał w sobie nic z arystokraty, a jego arogancja i ostentacyjny ton były bardziej pozerstwem niż wrodzoną cechą.

Czarne oczy gościa dopiero teraz dostrzegły Fleur stojącą w półmroku. Na jego twarzy pojawiło się niemiłe zaskoczenie.

— Z kim mam przyjemność...? — zwrócił się raczej do Marie niż do Fleur.

— Z żoną panicza Luciena — odpowiedziała pewnie Marie.

Serce Fleur zabiło nerwowo. Stała jednak nadal w bezruchu i czekała w milczeniu na bieg wydarzeń, nie czyniąc nic, co mogłoby go przyspieszyć.

— Żona?! — zdumiał się monsieur Pierre. — Dlaczego powiadamia się nas o tym dopiero po jego śmierci?

Odpowiedziała mu niczym nie zmącona cisza. Ruszył raptownie w stronę Fleur długimi krokami.

— Czy to prawda? — zapytał. — Jest pani żoną Luciena?

Fleur wzięła głęboki oddech i ze ściśniętym gardłem skłamała:

— Tak, jestem żoną Luciena.

— Madame!

Poczuła, jak jej ręka unosi się i spoczywają na niej usta monsieur Pierre’a.

— Musi mi pani wybaczyć to zaskoczenie — tym razem jego słowa zabrzmiały uprzejmiej. — Nie miałem o tym pojęcia. Sądziłem, że moja ciotka, hrabina, żyła samotnie w pałacu w otoczeniu służących. No cóż, myliłem się. Czy są, proszę mi wybaczyć, że o to pytam, czy są dzieci z waszego związku?

Fleur z trudem oparła się pokusie wymierzenia mu policzka. Nie wiedziała dlaczego, ale było coś w uśmiechu, w wyrazie oczu Pierre’a Sardou, co sprawiło, że pytanie zabrzmiało obraźliwie i co więcej, przeraziło ją. Była zbyt zaskoczona i oszołomiona jego wizytą, by się opanować. Czuła jednak, że musi zachować zimną krew, gdyż z pewnością stojący przed nią mężczyzna był jej wrogiem i każde nieostrożne słowo z jej strony oznaczało zagrożenie.

— Nie mam dzieci — odpowiedziała spokojnie. — Czy zechce pan przejść do salonu? Może napije się pan czegoś po podróży, może kawy?

— Dziękuję, jestem po obiedzie.

Weszli do salonu. Popołudniowe słońce zaglądało przez żaluzje, rzucając na ogromny dywan złote pręgi przypominające kraty. Fleur spojrzała na Marie zamykającą drzwi. Twarz służącej wyraźnie ostrzegała ją przed niebezpieczeństwem.

— Czy długo tu pani przebywa? — zwrócił się monsieur Pierre do Fleur, rozglądając się wokół.

— Bardzo długo.

— Nie rozumiem, dlaczego moja szacowna ciotka nie powiadomiła mnie o tak ważnym wydarzeniu, jak ślub Luciena. Wypadało uczcić je przynajmniej jakimś prezentem.

— Pobraliśmy się na krótko przed jego śmiercią — wyszeptała zdrętwiałymi ustami Fleur.

— Oczywiście! To wszystko wyjaśnia. Szok... rozpacz... To musiało być straszne, a jednak zdobyła się na powiadomienie nas o tej stracie. Otrzymałem od niej list. Pisała w nim niemało z dumą o Lucienie. Dziwne, że nie wspomniała o jego żonie... Cóż, chyba zapomniała. Tak, to jest wytłumaczenie, lecz trochę nieprawdopodobne, nie sądzi pani? Ciotka bardzo przestrzegała etykiety... we wszystkim. Zapewne zdążyła się pani o tym przekonać. Kiedy zmarła?

— Dzisiaj rano, o wpół do siódmej. Czy chciałby ją pan zobaczyć?

— Będzie na to sporo czasu. Zostaję tu na noc. Pogrzeb odbędzie się jutro?

— Pojutrze.

— A zatem wypada nam cieszyć się swoim towarzstwem aż do wtorku. Być może do tego czasu zjawi się reszta rodziny. Nie wiem. W każdym razie czeka mnie tu sporo pracy. Sama pani rozumie, jestem teraz głową rodu.

 

— Ach tak?

— Tak. Mam prawo do tytułu hrabiego de Sardou, lecz nasza generacja nie dba o takie subtelności. Wolę, by tytułowano mnie zwyczajnie — wystarczy „monsieur”. Jestem demokratą jak zapewne i pani?

— Oczywiście.

— To dobrze. Widzę, że mamy wiele wspólnego. Czy zapoznała się już pani z testamentem?

— Nie, nic mi o nim nie wiadomo — odpowiedziała w końcu. — Jeżeli jest jakieś rozporządzenie w sprawie majątku, musi być w rękach adwokata.

— Oczywiście! — Pierre de Sardou odetchnął z ulgą, podszedł do okna, po czym odwrócił się i znów zbliżył do Fleur. — Czy mogę zapalić, madame?

— Ależ, proszę! Zapomniałam zaproponować.

— Tak bywa, gdy zbyt długo jest się pozbawionym męskiego towarzystwa — zapalił papierosa. — Czy była tu pani, kiedy zginął Lucien?

— Tak.

— Gdzie się pobraliście?

Fleur zadrżała. Obawiała się tego pytania. Odkrycie prawdy przez monsieur Pierre’a było teraz tylko kwestią czasu.

— W Paryżu.

— W Notre Dame?

— Nie, w Madeleine — nie wiedziała, dlaczego czuła osobliwą przyjemność zaprzeczając swemu rozmówcy.

— Coś takiego?! Wszyscy de Sardou brali ślub w Notre Dame!

— Lucien chciał być wyjątkiem.

— Czy wybaczy pani, że zapytam o jej panieńskie nazwisko?

Fleur uśmiechnęła się. Była znów na bezpiecznym gruncie. Nie musiała kłamać. Mogła podać mu tytuł swej babki pochodzącej z dużego, arystokratycznego rodu.

— Fleur de Malmont.

— Ach tak! Znam tę rodzinę.

W jego głosie pojawiła się nuta szacunku, lecz Fleur wiedziała, że ta wiadomość nie usatysfakcjonowała go. Wciąż był podejrzliwy, zdawało się, że nawet bardziej niż przedtem. Nagle uświadomiła sobie, iż popełniła błąd. Nie powinna wymieniać nazwiska de Malmont. Jedynym logicznym wytłumaczeniem zawarcia ślubu z Lucienem w sekrecie mógł być fakt, że brał sobie za żonę kogoś nic nie znaczącego, dziewczynę o wątpliwym pochodzeniu, której, być może, nie zaakceptowałaby jego rodzina. Cóż, teraz nie mogła już zmienić swej odpowiedzi. Biernie oczekiwała na kolejne pytanie, gdy usłyszała skrzypnięcie otwieranych drzwi. Było ono jak odroczenie wyroku.

Do salonu weszła Marie z kawą, a raczej jej żałosną namiastką, którą można było kupić w mieście.

— Kawy, monsieur? — zapytała gościa.

— Dziękuję, proszę postawić. Za moment sam się obsłużę.

Fleur domyśliła się, że jego nos na odległość wyczuł zawartość filiżanki. Oczywiście podniebienie monsieur Pierre’a, obcującego ze swymi niemieckimi przyjaciółmi, było przyzwyczajone do bardziej szlachetnie pachnących napojów niż te, którymi raczyli się jego mniej zaradni rodacy.

Marie odwróciła się i skierowała się do wyjścia. Gdy była przy drzwiach, Pierre de Sardou odezwał się do niej władczym tonem:

— Chcę posłać z wiadomością do miasta. Czy jest ktoś, kto może tam pójść?

— Nie, monsieur. Zostałam tu tylko ja i madame Fleur.

— Nonsens! Jest chyba jakiś lokaj lub ogrodnik?

— Nie ma nikogo poza nami, monsieur. Przed wybuchem wojny było wielu chętnych do służby w pałacu. Teraz służą naszym niemieckim opiekunom.

Z ust monsieur Pierre’a wyrwał się nieokreślony dźwięk na dowód zniecierpliwienia.

— Zatem, sam się tam pofatyguję. Muszę się zobaczyć z lekarzem, księdzem i... — zawahał się.

„Adwokatem” — dokończyła za niego w myślach Fleur.

— Czy mogę już odejść, monsieur? — Marie stała ostentacyjnie, zdecydowana w niczym nie być mu pomocną.

— Tak!

— Dziękuję, monsieur.

— Czy mówiła prawdę? — monsieur Pierre zwrócił się do Fleur. — Nie ma tu nikogo więcej? Nikogo, kto mógłby wezwać tych ludzi do mnie?!

— Niestety nie, nie mamy też żadnego środka lokomocji.

— A więc ruszam w drogę. Mahomet do góry — roześmiał się sztucznie Pierre de Sardou. — Do zobaczenia, madame. Nie zabawię długo w mieście.

Rzucił jej spojrzenie, które miała odczytać jako szarmanckie, po czym opuścił pokój niczym Casanova, przeświadczony o swym uwodzicielskim uroku.

Fleur stała w bezruchu, dopóki nie zamknęły się za nim drzwi frontowe, nie ucichły jego kroki na żwirze i nie nastała niczym nie zmącona cisza. Wówczas opadła ciężko na sofę i przyłożyła rękę do rozpalonego czoła. Czuła, jak powoli ustępuje męczące ją napięcie.

Co powinna zrobić? Jak uciec z tej pułapki, która powoli zamykała się wokół niej? Dlaczego Marie przedstawiła ją jako żonę Luciena? Gdyby Pierre de Sardou zażądał dokumentów, wówczas kolejne wykręty i kłamstwa uczyniłyby go bardziej podejrzliwym. Lecz... czy Marie mogła powiedzieć coś innego?

Dlaczego nie uciekłam stąd wcześniej? — Fleur robiła sobie wymówki. — Jak mogłam być tak szalona i zostać tu?

Czuła jednak, że nie umiałaby zostawić umierającej hrabiny samej. Stały się sobie bliskie, chociaż matka Luciena nadal wzbudzała w niej lęk i nie zawsze rozumiały się. Fleur nie potrafiła pojąć mentalności kogoś z innego środowiska, innej narodowości. Mimo to madame była ostatnim ogniwem łączącym ją z Lucienem. Trzymała się więc jej kurczowo, szczęśliwa, że może mieszkać w domu, gdzie przyszedł na świat. Nie mogła stąd odejść, zostawiając to, co było dla niej najdroższe w życiu.

Teraz groziło jej tu niebezpieczeństwo. Sytuacja wkrótce się zmieni. Miejsce hrabiny zajmie monsieur Pierre, który był człowiekiem zupełnie innego pokroju. Hrabina doskonale potrafiła podporządkować sobie ludzi. Dzięki swej pozycji cieszyła się dużym autorytetem u okolicznej ludności.

Fleur uśmiechnęła się mimo woli na wspomnienie jednej z wizyt mera w pałacu. Zjawiał się regularnie, by wysłuchiwać komend hrabiny. Tego dnia ten niepozorny z wyglądu człowiek, sklepikarz z zawodu, stał w salonie hrabiny z czołem zroszonym potem. Obracał nerwowo kapelusz, który zdjął z głowy w oczekiwaniu na jej dyspozycje.

— Panie merze — usłyszał w końcu głos hrabiny — nasz ukochany kraj kolejny raz przeżywa inwazję barbarzyńców. Nasza ziemia znów jest zbrukana, a krew rodaków woła o pomstę do nieba. Chyba pan temu nie zaprzeczy?

— Nie, madame, ale... proszę mi wybaczyć, byłoby lepiej tak głośno o tym nie mówić...

Hrabina uśmiechnęła się.

— Jestem stara, panie merze, i niewiele mam do stracenia. Mój syn poświęcił się dla Francji... Niczego się już nie boję.

— To bardzo odważnie z pani strony, madame...

— Zatem rozumiemy się i nie muszę nic więcej dodawać — ciągnęła hrabina. — A teraz chciałabym przedstawić panu moją synową. Fleur, poznaj mera naszego miasteczka. Panie merze, to jest Fleur de Sardou.

Przez chwilę mały człowieczek wyglądał na zdumionego, lecz w lot zrozumiał wszystko.

— Jestem zaszczycony, madame. Moje gratulacje — wymamrotał, wiedząc już, czego się od niego oczekuje.

— Mojej synowej — mówiła dalej hrabina — przytrafił się mały wypadek. Miałyśmy tu wczorajszej nocy pożar. Nic groźnego. Udało się go ugasić, lecz nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności jej dokumenty spłonęły wraz z dowodem tożsamości. Nie pozostało z niego nic, nawet numer serii. Służba uprzątnęła wszystko bardzo dokłdnie…

— Rozumiem, madame. Postaram się o zastępczy dokument.

— Dziękuję, to bardzo uprzejme z pana strony, monsieur maire...

Hrabina wyciągnęła łaskawie rękę. Mer złożył na niej pocałunek i wizyta dobiegła końca. Następnego dnia jego syn Fabian przyjechał na rowerze z kartą tożsamości dla Fleur, na której widniało jej nowe nazwisko, a data wydania dziwnym trafem była nieczytelna.

Fleur dostrzegła teraz niebezpieczeństwo w tym drobnym oszustwie. Przede wszystkim jednak żałowała, że pozwoliła hrabinie spalić swój brytyjski paszport.

Fleur wyrwała się z zamyślenia i podeszła do okna. W ogrodzie było cicho i kolorowo. Nieprawdopodobne wydało jej się, że wokół szalał terror, przemoc i głód, ginęli ludzie, a obozy koncentracyjne wypełniały jęki niewinnych ofiar wojny.

— Boję się — szepnęła do siebie, lecz czuła, że w jakiś sposób uda jej się przed tym uciec, że przetrwa.