Diona i dalmatyńczykTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Diona i dalmatyńczyk - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tłumaczenie Agnieszka Ciepłowska-Kwiatkowska

Przełożyła MARTA KAMIŃSKA

Saga

Diona i dalmatyńczyk - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tłumaczenie Agnieszka Ciepłowska-Kwiatkowska

Tytuł oryginału Diona and a Dalmatian

Język oryginału angielskiego

Cover image: Shutterstock

Cover layout: Grafiskstue.dk

Copyright © 1983, 2021 Barbara Cartland i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711770290

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

Rok 1819

Sir Hereward Grantley z trudem sadowił się w ogromnym fotelu. Krzywiąc się i sapiąc, dźwignął opuchniętą stopę na taboret i ostrożnie próbował znaleźć oparcie dla obolałych pleców.

W tej samej chwili w radosnych susach ruszył ku niemu młody dalmatyńczyk. Nagle, potrącona psim ogonem, szklanka brandy zsunęła się ze stolika. Sir Hereward wpadł we wściekłość:

— Pilnuj swego przeklętego psa! — krzyknął na bratanicę i dodał z pretensją w głosie:

— Mówiłem ci już, że nie ma prawa tutaj przebywać. Nie życzę go sobie w domu. Jego miejsce jest w psiarni.

Diona pospiesznie zbierała z dywanu kawałki szkła.

— Bardzo przepraszam, stryju Herewardzie. Syriusz zrobił to niechcący. Chciał tylko przywitać się z tobą. Wiesz przecież, że cię lubi.

— Mam dostatecznie dużo własnych psów. Albo pójdzie do budy, albo trzeba będzie go zastrzelić.

Diona, przerażona, krzyknęła, a z drugiego kąta pokoju odezwał się głos:

— Sądzę, ojcze, że to dobra myśl! W domu psy sprawiają tylko kłopot. Niedawno też widziałem, jak Syriusz polował w lesie, gdzie bez wątpienia wystraszył wysiadujące ptaki...

— To nieprawda! — zaprotestowała Diona. — Syriusz nigdy beze mnie nie wychodzi. Wiem, że jest pora lęgowa, więc trzymamy się z dala od lasu.

— Widziałem na własne oczy!

Diona wiedziała, że kuzyn Simon kłamie i domyślała się powodu jego zachowania.

Odkąd zamieszkała w wielkim, brzydkim domu stryja, Simon prześladował ją zalotami, a gdy je odrzuciła, stał się złośliwy. Teraz zaś wtrącił się do sporu zapewne powodowany chęcią zemsty za domniemaną zniewagę. Dwa dni temu bowiem, spotkawszy Dionę na schodach, usiłował ją pocałować. Broniła się, a kiedy zrozumiała, że jest od niej silniejszy, nadepnęła mu na nogę tak mocno, że jęknął z bólu.

Wyrwała się kuzynowi, wołając:

— Zostaw mnie w spokoju! Nienawidzę cię! Jeżeli jeszcze raz ośmielisz się mnie dotknąć, powiem stryjowi Herewardowi!

Simon tylko czekał na stosowną okazję. Wstał od stołu, przy którym łapczywie pochłaniał obfite śniadanie, mimo że pora porannego posiłku już dawno minęła, i podszedł do ojca.

— Koniecznie trzeba zabić tego psa — stwierdził, wycierając usta. — Powiem Heywoodowi, żeby go zastrzelił, tak jak starego Rufusa, kiedy przestał się już do czegokolwiek nadawać.

— Nie tkniesz mojego psa! — krzyknęła gniewnie Diona. — Jest młody, a szkodę wyrządził nieumyślnie! To pierwsza rzecz, którą stłukł w tym domu!

— Pierwsza, którą zauważyliśmy! — warknął Simon.

Diona spojrzała na stryja.

— Bardzo proszę. Wiesz jak ogromnie kocham Syriusza, jak wiele dla mnie znaczy. Tylko on pozostał mi po ojcu...

Raptem uświadomiła sobie, że mówiąc w ten sposób postępuje nierozważnie. Wszak sir Hereward Grantley nie znosił młodszego brata. Ojciec Diony był o wiele bardziej popularny w hrabstwie, znacznie lepszy w różnych dziedzinach sportu i, w dodatku, o wiele przystojniejszy.

Czasami Diona miała wrażenie, że stryj jest w gruncie rzeczy zadowolony, iż młodszy brat przypłacił życiem upadek z porywistego ogiera, gdy koń brał wysoką przeszkodę.

Wypadek taki nie powinien był się zdarzyć jeźdźcowi równie doświadczonemu jak jej ojciec.

Całe hrabstwo opłakiwało Harry’ego Grantleya i Diona zrozumiała, że właściwie wtedy umarła także jej matka! Pani Grantley z każdym dniem robiła się coraz słabsza, a w rok później i ją również pochowano. Od tej pory stryj stał się prawnym opiekunem bratanicy. Diona musiała opuścić strony, gdzie tak szczęśliwie upływało niegdyś jej życie.

Rodzinny dom zdawał się zawsze wypełniony słońcem, podczas gdy należący od trzystu lat do Grantleyów dwór był ogromny, ciemny i ponury.

Wkrótce też Diona pojęła, że kuzyn Simon przyczyni jej wielu zmartwień. Sir Herewardowi wydawało się, że przynajmniej pod jednym względem był lepszy od nieżyjącego brata — miał dziedzica. Na nieszczęście Simon nie był synem, z którego jakikolwiek ojciec mógłby być dumny. Miał dwadzieścia cztery lata, ale jego rozwój psychiczny zatrzymał się na etapie niedojrzałego nastolatka. Nie wyróżniał się też niczym szczególnym, oprócz nieprawdopodobnego wręcz apetytu. Kuzyn Diony jadł za czterech i wciąż był głodny.

W przyszłości Simon miał zostać szóstym baronetem. Wątła, wiecznie cierpiąca lady Grantley nie mogła mieć więcej dzieci, toteż sir Hereward uwielbiał jedynaka i dogadzał mu we wszystkim. Żywił przy tym nie uzasadnioną nadzieję, że podsycając wrodzony egoizm syna, wychowa Simona na mężczyznę.

Diona, z natury spostrzegawcza, szybko zauważyła niewesołą sytuację stryja i szczerze z nim współczuła. W niczym jednak nie poprawiło to jej własnego losu.

Była nie tylko wyjątkowo ładna, ale też inteligentna. Wkrótce więc zrozumiała, że irytuje stryja, jak niegdyś irytował go jej tragicznie zmarły ojciec. Próby ułagodzenia sir Herewarda spełzały na niczym. Rzadko dzień mijał bez złorzeczeń na wyimaginowane przewinienia bratanicy, zmuszonej cierpliwie znosić wybuchy złości starszego pana.

Żona sir Herewarda całe dnie spędzała leżąc i skarżąc się na okropne bóle. Płakała i narzekała, nigdy nie uczyniła jednak najmniejszego bodaj wysiłku, by pokonać własną słabość.

Zachowanie Simona zaś stanowiło pasmo rozczarowań. Sir Hereward zaczął szukać pociechy w alkoholu. Nadmierne picie powodowało kolejne ataki podagry. Chory cierpiał na srogie bóle gośćcowe, puchły mu nogi i ręce.

Teraz, kiedy gniew osiągnął stan wrzenia, starszy pan warknął do syna:

— Masz rację. Powiedz Heywoodowi, żeby dziś wieczorem zastrzelił to zwierzę. Nie dopuszczę, by przez jakiegoś psa, miały nie udać się jesienne polowania!

Diona uklękła przy fotelu stryja. W jej głosie brzmiało błaganie.

— Nie możesz tego zrobić, stryju Herewardzie! Nie możesz być tak okrutny. Wiesz ile Syriusz dla mnie znaczy.

Przez chwilę miała wrażenie, że sir Hereward ustąpi. I wtedy odezwał się Simon:

— Ten pies poluje na wszystko, co się rusza! Wczoraj widziałem, jak gonił kury i jeśli nie dostaniemy jaj na śniadanie, będzie to jego wina!

— To kłamstwo! Kłamstwo! — krzyknęła Diona.

Jednak zmyślona przez Simona historyjka zaważyła na decyzji sir Herewarda.

— Wydaj polecenie Heywoodowi! — rzekł do syna. — I niech przekaże leśniczym, żeby zastrzelić każdego błąkającego się po lesie kota czy psa!

Diona zrozumiała, że nie ma sensu prosić stryja o litość. Chciało jej się krzyczeć z oburzenia na tę rażącą niesprawiedliwość i bezsensowne okrucieństwo. Naraz dostrzegła błysk złośliwego zadowolenia w oczach kuzyna Simona. Wstała więc i z wysoko podniesioną głową wyszła z jadalni. Dopiero gdy zamknęły się za nią drzwi, rzuciła się jak szalona do swojego pokoju. Dalmatyńczyk pobiegł za nią.

Syriusza ofiarował Dionie ojciec nie na długo przed tragicznym wypadkiem. Piesek był śmieszny i nieporadny. Na białym futerku zaczęły pojawiać się ciemne plamki, gdyż Syriusz skończył właśnie dwa tygodnie. Kiedy patrzył na Dionę z miłością, przytuliła go delikatnie i poczuła, że bardzo go kocha.

Tylko Syriusz potrafił pocieszyć dziewczynę po śmierci rodziców. Lizał jej policzki i tulił się, gdy płakała bezradnie, jakby rozumiał jej rozpacz i samotność. Teraz miała już tylko jego.

Oczywiście żyli jeszcze inni członkowie rodziny Grantleyów, ale niestety mieszkali poza granicami hrabstwa. Nikt z nich jednak nie kwapił się, by udzielić Dionie gościny. Nie miała przecież pieniędzy. Jej ojciec cały swój niewielki kapitał wydał na zakup koni. Liczył, że ujeżdżone będzie można sprzedać z zyskiem. Wyniki treningu pierwszych trzech czy czterech wierzchowców przekroczyły wszelkie oczekiwania, więc zachęcony sukcesem nabył następne.

— Może to ekstrawagancja — powiedział żonie — ale mam okazję za bezcen kupić od znajomego z Irlandii kilka rasowych koni. Głupio przepuścić taką szansę.

— Oczywiście, najdroższy — przytaknęła. — Nie znam nikogo, kto byłby zręczniejszy od ciebie w ujeżdżaniu koni. Jestem pewna, że twój nowy nabytek przyniesie nam wielkie korzyści.

Harry Grantley nawet o tym nie wątpił. Gdy nadszedł oczekiwany przez niego transport, z radością odkrył, że wierzchowce wyglądały znacznie bardziej obiecująco, niż się tego spodziewał. Był jednak świadom, że są na tyle dzikie, iż okiełznanie ich wymagać musi ogromnej cierpliwości i wysiłku.

— Cóż to będzie za przyjemność obserwować pracę nad nimi — mówiła sobie Diona. W obawie o bezpieczeństwo córki ojciec nie pozwalał jej dosiadać nie wytrenowanego konia. A przecież Diona była doświadczoną amazonką. Jeździła konno niemal od chwili, gdy nauczyła się chodzić.

 

I właśnie jeden z irlandzkich wierzchowców stał się mimowolnym sprawcą śmierci jej ojca. Nie ujeżdżone konie sprzedano przygodnemu kupcowi. Mimo, że nie udało się uzyskać za nie dobrej ceny, panie Grantley mogły żyć dość wygodnie podczas smutnych miesięcy, które nastąpiły po śmierci sir Harry’ego.

Wkrótce Diona zauważyła, że matka z dnia na dzień robi się coraz słabsza i trudno ją czymkolwiek zainteresować. Tylko córce poświęcała jeszcze nieco uwagi. Nie śmiała się już jednak nigdy i rzadko na jej twarzy gościł blady uśmiech. W ciągu dnia pani Grantley udawało się zachować pozory opanowania, ale Diona była przekonana, że noce matka musiała spędzać rozpaczając za zmarłym mężem.

Później Diona nie raz zastanawiała się, czy nie mogła, mimo wszystko, uratować matki. Zdawała sobie jednak sprawę, że przyczyną śmierci nie była żadna z chorób ciała. Wdowa po Harry’m Grantleyu po prostu nie potrafiła żyć bez mężczyzny, którego kochała ponad wszystko.

Świadomość, że rodzice byli ze sobą szczęśliwi, dodawała Dionie sił do zniesienia ponurej atmosfery, panującej we dworze stryja. Dopiero teraz zrozumiała, że to nie mury i sprzęty tworzą dom, ale ludzie, którzy w nim żyją!

Właściwie Grantley Hall powinien uchodzić za piękny. Zdobiła go bowiem wyśmienita kolekcja obrazów i mebli, dziedziczonych z pokolenia na pokolenie.

Sir Hereward jednak był człowiekiem trudnym, rozgoryczonym, a w gruncie rzeczy, nieszczęśliwym. Nic więc dziwnego, że cały dom wydawał się Dionie ponury i równie zimny, jak serca jego mieszkańców.

Służący, starzy i zgorzkniali, boleśnie odczuwali sposób, w jaki wydawano im polecenia, lecz ze strachu przed utratą posady nigdy nie odważyli się otwarcie zaprotestować.

Sir Hereward utrzymywał stajnię, słynną z doskonałych koni oraz psiarnię, jedną z najlepszych w hrabstwie. Ale nawet zwierzęta wydawały się Dionie inne niż wierzchowce i psy hodowane w jej rodzinnym majątku. Może dlatego, że nikt nie odnosił się tu do nich jak do indywidualnych istot.

Na początku stryj zgodził się, by Syriusz zawsze jej towarzyszył, a nawet sypiał koło łóżka Diony.

Po pewnym czasie jednak Simonowi udało się nastawić ojca wrogo wobec Syriusza. Sir Hereward przeklinał ulubieńca bratanicy, ilekroć ów wszedł mu w drogę i wykrzykiwał, że „ten pies przeżre wszystko, do ostatniego pensa.”

W taki to właśnie sposób stryj dawał Dionie do zrozumienia, że znalazła się w Grantley Hall na łaskawym chlebie i nie pozwolił bratanicy zapomnieć, iż musiał spłacić długi po jej ojcu.

Nie były to duże sumy, ale nawet niewielkie rachunki rozwścieczały sir Herewarda.

Służących, których zatrudniali jej rodzice, kazał zwolnić i tylko dwoje najstarszych zatrzymał na posadzie dozorców, lecz, jak zapowiedział, jedynie do momentu, kiedy znajdzie się nabywca posiadłości Harry’ego Grantleya.

— A potem — lubił straszyć — o ile nie trafi się jakieś miejsce, pójdziecie do przytułku.

Dionie krajało się serce z rozpaczy, ale nie miała żadnego wpływu na decyzje despotycznego stryja. W głębi duszy żywiła jednak nadzieję, że sir Hereward nie spełni swojej groźby. Natomiast staruszkowie dniami i nocami zamartwiali się o swój niepewny los.

Wyjeżdżając z rodzinnego majątku, Diona zapewniła, że zrobi wszystko, co w jej mocy, aby im pomóc, kiedy dom zostanie sprzedany.

— Myślę, że to mało prawdopodobne — pocieszała ich. — Z pewnością niewiele osób chciałoby mieszkać na takim odludziu i stryj szybko nie znajdzie nabywcy posiadłości. Przecież tatuś tylko dlatego tak bardzo lubił to miejsce, iż trudno o lepsze tereny jeździeckie.

Diona wiedziała też jak ważny dla jej ojca był kontakt z domem, gdzie spędził szczęśliwe dzieciństwo i, przede wszystkim, ze starszym bratem. Za życia dziadka Diony, Harry’ego i jego przyjaciół zawsze w Grantley Hall życzliwie witano. Później ojciec wstąpił do armii, walczył przez wiele lat i w 1802 roku, gdy wreszcie zapanował czas pokoju, ożenił się z kobietą, którą pokochał od pierwszego wejrzenia. Zdecydował się wówczas osiąść w małym dworku i rozpocząć przykładne życie rodzinne.

Chociaż Harry Grantley musiał odczuwać rozczarowanie, że dochował się tylko jednej córki, nigdy jej tego nie okazywał. Marzył zapewne o męskim potomku, który miałby szansę na godność baroneta. W tej sytuacji jako dziedzic rodowego tytułu pozostał jedynie Simon.

Diona musiała przezwyciężyć obezwładniający smutek i zmierzyć się z kłopotami, jakie niosło życie. Gdy stryj stawał się szczególnie dokuczliwy, rozmyślała gorączkowo, czy nie ma jakiegoś sposobu, aby sama mogła zarabiać na swoje utrzymanie. Rozważała też możliwość wyjazdu do innych krewnych. Lecz krewni Diony byli też krewnymi sir Herewarda...

— Jestem twoim opiekunem. Masz robić to, co ci każę — zwykł powtarzać bratanicy. Widać było, że terroryzowanie sieroty po znienawidzonym bracie, sprawia mu wiele przyjemności. Wrażliwą, a zarazem spostrzegawczą dziewczynę raziła nie tyle złośliwość wypowiedzi stryja, co wyraźnie wrogie uczucia.

Chociaż rodzice Diony dobrze znali życie wielkomiejskie, przedkładali jednak wiejskie zacisze nad uroki Londynu. Czasami matka wspominała mimochodem, że gdy córka skończy naukę, trzeba będzie wprowadzić ją w wielki świat i zaprezentować na dworze królewskim. Lecz ojciec zmarł sześć miesięcy przed osiemnastymi urodzinami Diony. Nie zdążyła więc zobaczyć Londynu, ani nie brała dotąd udziału w żadnym balu z prawdziwego zdarzenia. Oczywiście, jako dziecko bywała wraz z matką na przyjęciach wydawanych w hrabstwie, ale gdy podrosła, wolała towarzyszyć ojcu w polowaniach lub obserwować gonitwy, w których uczestniczył. Podczas wypraw myśliwskich poznała szlachtę hrabstwa. Jednak szczególną sympatią darzyli ją, uwielbiający Harry’ego Grantleya, okoliczni farmerzy. Nazywali Dionę „ładną małą panną Grantley”, na jej widok zrywali kapelusze z głów i częstowali smacznym, świeżym wiejskim jedzeniem. Jakkolwiek byli uprzejmi i dobrzy, nie stanowili towarzystwa, o jakim marzyła dla niej matka.

— Chcę, żebyś odniosła taki sam sukces, jak ja, kiedy byłam debiutantką — mówiła pani Grantley. — Nie jestem próżna, moja najdroższa, ale powiem ci, że miałam wielu wielbicieli, czarującychi bogatych młodych ludzi, którzy pytali mego ojca, czy mogą się o mnie starać.

— To znaczy, że chcieli cię poślubić, mamusiu?

— Tak, ale ja ich nie chciałam. Czekałam, choć wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy... Na twojego ojca.

— A w jaki sposób się poznaliście? Jak to się stało?

— Zakochałam się w nim! Był taki przystojny, onieśmielający, niezwykły! — pani Grantley westchnęła. — Szkoda, że nie miałaś okazji zobaczyć go w mundurze! Już sam ten widok wystarczał, aby serce młodej dziewczyny zaczęło bić mocniej!

— A czy on też zakochał się w tobie od pierwszego wejrzenia?

— Tak! Natychmiast! I nie sądzę, żeby jakakolwiek para mogła być od nas szczęśliwsza!

Diona tęskniła za takim szczęściem, czystym i słonecznym. Życie z rodzicami było po prostu cudowne.

Wbiegła do pokoju, a za nią Syriusz. Starannie zamknęła drzwi. Wiedziała, że musi spokojnie zastanowić się, by znaleźć wyjście ze strasznej sytuacji, w której się znalazła.

Uklękła i objęła Syriusza. Łzy spływały jej po policzkach. Pies, wyczuwając rozpacz swojej pani, lizał ją po mokrej twarzy.

Diona wiedziała, że w żadnym wypadku nie może rozstać się z Syriuszem. Po cóż miałaby wtedy żyć? Głaszcząc i tuląc czworonożnego przyjaciela, raptem poczuła przypływ sił i zdecydowania, czego nie doświadczała już od dawna.

Zamieszkawszy w domu stryja, Diona czuła się tak bardzo nieszczęśliwa, iż bez protestu przyjmowała wszystkie upokorzenia. Pretensje, zaczepki i złośliwe uwagi, na które naprawdę ani razu nie zasłużyła, znosiła z anielską cierpliwością. Przepraszała i obiecywała poprawę.

Teraz jednak pojęła, że musi się zbuntować, nie tylko ze względu na siebie, ale i z powodu Syriusza. Przytuliła go mocniej, a pies znów polizał ją w policzek i zamerdał ogonem. Patrzył z niemą prośbą, jakby proponował wyjście na spacer.

— Tak zrobimy, Syriuszu. Pójdziemy i nie wrócimy więcej. Och, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam...

Wstała i przekręciła klucz w drzwiach, by nikt nie zaskoczył jej podczas przygotowań. Musiała być dyskretna. Rozłożyła na łóżku ogromny jedwabny szal, który należał ongiś do jej matki. Na szalu zaczęła układać wszystko, co uznała za absolutnie niezbędne. Starała się nie wybierać rzeczy ciężkich. Przecież sama będzie musiała nieść węzełek. Zapakowała drobiazgi i dwie cieniutkie, muślinowe suknie. Mimo to, pakunek okazał się całkiem spory.

Diona zawahała się przez moment. Potem zmieniła suknię na najlepszą, jaką miała, włożyła nowe buciki i elegancki czepeczek, który należał dawniej do jej matki.

Od miesiąca nie nosiła już żałoby. Sir Hereward w przypływie złego humoru oznajmił, że nienawidzi lamentujących mu po domu „czarnych wron”.

Miała ładne stroje, gdyż stryj zmuszony był dać jej trochę pieniędzy na zakupy. Było to na samym początku pobytu Diony w Grantley Hall. Kiedy stanęła przed sir Herewardem w eleganckim stroju, kupionym w pobliskim miasteczku, przyjrzał się jej z niechętną aprobatą. Wkrótce jednak zaczął znowu narzekać, wypominając Dionie poniesione wydatki. Ale dziewczyna nie zwracała na to uwagi. Suknie były nowe, a to znaczyło, że starczą na wiele lat.

Teraz zaś Diona martwiła się przede wszystkim brakiem pieniędzy. Żałowała, że musi zostawić tyle nowych rzeczy, ale na szczęście mogła wziąć ze sobą odziedziczoną po matce biżuterię: zaręczynowy pierścionek, wysadzaną diamentami broszę — prezent od Harry’ego z okazji narodzin córki i raczej brzydką, ale wartościową, bransoletę po babce.

— Bransoletę można spieniężyć — pomyślała. — Jeśli ją sprzedam, będę miała za co kupić jedzenie dla Syriusza.

Włożyła pieniądze i biżuterię do torebeczki, podniosła tobołek i szepnęła do Syriusza, by szedł za nią. Cicho zamknęła za sobą drzwi. Pies przekonany, że idzie na spacer, zaczął radośnie podskakiwać, ale Diona uspokoiła go gestem dłoni. Zrozumiał w lot. Wychowywała go od szczeniaka i nauczyła spełniać różne polecenia. Syriusz nigdy nie zachowywał się nieposłusznie, toteż kłamstwa, które rozpowiadał o nim Simon, tym bardziej ją oburzały. Nie było w nich nawet ziarna prawdy!

Syriusz ruszył za swoją panią. Przemknęli się do bocznej klatki schodowej, do tylnego wyjścia. Diona nie chciała przechodzić koło kuchni. O tej porze, a była już jedenasta, służba miała wolny czas na drugie śniadanie. Jedynie w hallu na parterze mogła zostać zauważona, ale, na szczęście, nikogo nie spotkała.

Znalazłszy się na podjeździe, skierowała się ku niewidocznej z frontowych okien ścieżce. Niemal biegła. Syriusz, węsząc za królikami, od czasu do czasu znikał w zaroślach, ale posłusznie wracał, gdy wołała go przyciszonym głosem.

Po mniej więcej dziesięciu minutach dotarła do niedużej bramy. Było to boczne wejście, nie tak okazałe jak główny wjazd. Diona wiedziała, że zastanie bramę otwartą. Para staruszków--dozorców zamykała ją tylko na wyraźny rozkaz. Nie było ich teraz nigdzie widać, lecz Diona, mijając stróżówkę, przyspieszyła kroku.

Wybiegła na zakurzoną drogę. Przez chwilę zastanawiała się, w którą stronę się skierować, ale uświadomiła sobie, że właściwie nie ma wyboru. Droga w prawo prowadziła do wioski. Zwróciła się więc w lewo i w tym momencie dostrzegła nadjeżdżającą dwukółkę. Dziewczyna zaniepokoiła się, czy to przypadkiem nie ktoś, kogo powinna się wystrzegać. Wkrótce jednak, ku swej uldze, rozpoznała właściciela powoziku. Gdy dwukółka podjechała bliżej, pomachała mu przyjaźnie.

Wszyscy we wsi znali starego Teda. Dostarczał paczki, mleko, a czasami nawet podwoził podróżnych.

Ted ściągnął lejce tłustemu pstrokatemu koniowi i powozik zatrzymał się koło Diony.

— Dobry dzień, panienko! Mogę w czym pomóc?

— Och, tak! Czy możecie mnie zabrać ze sobą?

Stary zdziwił się. — A dokąd to panienka życzy jechać?

— Za chwilę wam powiem.

Podała mu tobołek i wspięła się na dwukółkę, a Syriusz wskoczył w ślad za nią. Cały tył powozu zajmowały klatki z młodymi kogucikami, więc Diona usiadła koło woźnicy.

— Dawno nie widziałem panienki, ale widzę, panienka i pies zdrowi — zagadnął Ted.

Tymczasem Syriusz, zbyt podniecony, by leżeć spokojnie na podłodze, zdołał wcisnąć się na ławeczkę obok Diony. Pies rozglądał się bacznie, a jego pani objęła go opiekuńczym gestem, jakby chciała ochronić ulubieńca przed czyhającymi niebezpieczeństwami.

 

Przez jakiś czas jechali w milczeniu. Wreszcie dziewczyna zdecydowała się zapytać: — Dokąd jedziecie? Chyba daleko?

— A daleko — odparł Ted. — Zabieram te koguciki do jednej farmy w majątku jego lordowskiej mości. To szmat drogi. Potrzeba całego dnia, żeby tam dojechać.

— Jego lordowskiej mości? — zdziwiła się Diona.

Ted skinął głową.

— Do markiza Irchester. One tam będą...

Mówił coś jeszcze, ale Diona już nie słuchała. Znała nazwisko markiza Irchester, ale nigdy nie spotkała go osobiście. Słyszała, że jego dobra leżały gdzieś w sąsiednim hrabstwie, bliżej Londynu.

— Markiz Irchester — powtórzyła zamyślona. Ojciec czasem opowiadał o koniach wyścigowych markiza. Niedawno też czytała w gazecie, że Irchester wygrał wielki wyścig w Newmarket. Poza tym nic o nim nie wiedziała.

Znów przez jakiś czas jechali w ciszy. Słychać było tylko stąpanie konia i skrzypienie piast dwukółki.

— Jak sądzicie? Czy jest nadzieja, żebym dostała jakieś zajęcie na którejś z farm należących do markiza?

— Zajęcie, panienko? Czemu panienka miałaby pracować?

— Bo uciekłam!

— Chce panienka tam pojechać i harować jak biedni ludzie?! Ojciec panienki to by sobie chyba tego nie życzył.

Zamilkł, smutno kiwając głową. Po dłuższej chwili mówił dalej.

— Dobry koniarz był z ojca panienki. Wielem go razy widział, a to na polowaniu, a to jak jechał do Grantley Hall. Nikt nie siedział w siodle lepiej niż on.

— Tak, tak — przytaknęła Diona. — Ale zrozumcie, ja musiałam uciekać! Stryj Hereward kazał zastrzelić Syriusza!

Ted spojrzał jej w oczy z niedowierzaniem. — Nie może być! To młodziutki pies! Dlaczego go zabijać?! — wykrzyknął.

— Tatuś dał mi go tuż przed śmiercią. Nie mogę stracić Syriusza! Nie mogę! — Diona miała łzy w oczach. — Nie pozwoliłabym go zabić nawet, gdyby był stary i niedołężny!

— Jasne, że nie! — zgodził się Ted. — Ale może by go panienka komuś oddała?

— Nie. Zawsze mieszkał ze mną. Zamartwiałabym się tylko, czy jest należycie traktowany i żywiony. To byłoby nie do zniesienia!

Rozpacz, brzmiąca w jej głosie, powiedziała Tedowi więcej niż słowa. Zrozumiał, w jak trudnej sytuacji znalazła się jego młoda pasażerka.

— Ale przecie panienka sama sobie nie poradzi. Nie może panienka jechać do jakichś krewnych?

— Myślałam o tym, ale jestem pewna, że stryj Hereward zmusiłby mnie do powrotu. Straciłabym szansę na ocalenie Syriusza.

Ted zamyślił się.

— Więc co panienka chce robić? — zapytał po chwili zatroskanym tonem.

— Mogłabym pracować na farmie.

— Ale panienka nie ma pojęcia o... krowach!

— Nauczę się.

Srokaty koń spokojnie przemierzał dobrze znaną trasę. Diona dalej snuła swoje rozważania, jakby chciała przekonać nie tylko Teda, lecz i samą siebie.

— Znam się dobrze na koniach i psach — oświadczyła.

— Tak, jego lordowska mość trzyma psy. Zdaje się spaniele. Nawet ładne — zauważył stary.

Diona spojrzała na Teda z nieukrywaną radością.

— Może potrzebuje kogoś do opieki nad nimi?

— Tam już jest chłopak od psów.

— A nie może być dziewczyna od psów? — zapytała z uśmiechem.

— Ale tam, panienka żarty sobie stroi. Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

Diona uchwyciła się jednak tej myśli.

— Och, jest mnóstwo zajęć, które kobiety mogą wykonywać równie dobrze jak mężczyźni! — starała się przekonać Teda. — Mogłabym opiekować się szczeniakami i chorymi zwierzętami. Mogłabym też tresować psy nie gorzej niż niejeden mężczyzna!

— W żadnym z domów, które znam — odezwał się powoli Ted — gdzie są jakieś konie czy psy, nie widziałem, żeby zajmowała się nimi kobieta!

— Ale to nie znaczy, że właściciel majątku nie zatrudniłby kobiety, gdyby nadarzyła się taka okazja! — upierała się Diona. — Rolnicy mają dziewki do krów. Dlaczego nie mogłoby być dziewczyny do psów i koni?

Ted przełożył lejce do jednej dłoni i wolną ręką podrapał się po głowie. Był zakłopotany.

— Po prawdzie, to sam nie wiem. Może panienka ma rację. Tylko, jak żyję, nigdy czegoś podobnego nie widziałem...

— Jednak spróbuję — oświadczyła Diona, ale już znacznie mniej pewnym głosem. — Jeżeli powiedzą: nie, będziemy musieli wymyślić coś innego... to znaczy ja będę musiała coś wymyślić.

Diona nagle uświadomiła sobie, że natknięcie się na dwukółkę Teda było nieprzewidzianym łutem szczęścia. Jednak, gdy dojadą już na miejsce, będzie zdana tylko na samą siebie. W tej samej chwili, Ted, jakby czytając w jej myślach, powiedział:

— Jeśli mogę, dam panience radę. Niech panienka wraca do stryja i jeszcze raz go poprosi. Czuję, że inaczej napyta sobie panienka biedy...

— Biedy? Myślicie o zabójcach, złodziejach? Syriusz mnie obroni!

— Zdarzają się gorsze rzeczy, panienko Diono.

— A co, na przykład?

Ted nie chciał dać odpowiedzi, albo nie dosłyszał. Przejechali kawał drogi, zanim znów się odezwał:

— Mnie tam panienka nie przeszkadza, ale myślę sobie, że panienka źle robi, odjeżdżając tak daleko od domu.

— Zaoszczędziliście mi długiego spaceru. A ja, i tak nie mam zamiaru wracać! — odparła.

Jechali już dość długo. Diona poczuła głód. Na śniadanie zjadła mało, a i to było kilka godzin temu.

— Miałem przegryźć coś „Pod Zielonym Człowiekiem” w Little Ponders End, ale jeśli panienka nie chce, żeby ją ktoś zobaczył, pojedziemy mimo karczmy.

— Ale ja też jestem głodna — smętnie zauważyła Diona. — A poza tym w Little Ponders End byłam tylko raz. Na polowaniu. Nie sądzę, żeby mnie tu ktoś poznał.

Po chwili namysłu dodała:

— Jeśli zdejmę kapelusz i owinę głowę szalem, możemy udawać, że jestem dziewczyną ze wsi, która prosiła o podwiezienie...

— Dobry pomysł, panienko Diono — ucieszył się Ted. — Wezmę sera i chleba. Panienka nie musi nawet wysiadać. Znam karczmarza. Jest prawie ślepy, pewnie nawet na panienkę nie popatrzy.

Z dala majaczyły domki Little Ponders End. Diona odwiązała wstążki kapelusza, który po chwili wsunęła pod ławeczkę. Rozsupłała tobołek i wyciągnęła należący niegdyś do matki, bladobłękitny jedwabny szal. Nie był ozdobny, więc z pewnej odległości mógł uchodzić za wiejską chustkę.

Miała nadzieję, że zdoła go udrapować na wzór nakryć głowy noszonych przez miejscowe dziewczęta.

Wjechali do wsi. Było pusto, tylko po stawie pływało stadko kaczek, a nieco dalej szczypały trawę dwa osły.

Zatrzymali się przed karczmą. Ted pozwolił koniowi swobodnie skubać trawę, a sam wszedł do środka. U wejścia do „Zielonego Człowieka” stała drewniana ława, którą popołudniami zajmowali mężczyźni z wioski. Teraz jednak nie było tu nikogo. Diona przysiadła na ławie i czekała.

Wkrótce pojawił się Ted. Niósł dwa talerze z plastrami sera i kromkami świeżego, jeszcze ciepłego, chleba.

Diona jadła z apetytem. Dawno już nic jej tak nie smakowało.

Ted znów zniknął w karczmie. Tym razem wrócił z dwoma cynowymi kubkami. Dla Diony przyniósł jabłecznik, sobie zaś piwo.

Jedli w pośpiechu, nie chcąc ściągać na siebie uwagi.

Gdy skończyli, stary poszedł zapłacić, a dziewczyna usadowiła się w dwukółce. Syriusz usiadł obok niej.

I znów ruszyli w drogę. Po chwili milczenia Diona zwróciła się do Teda:

— Proszę mi powiedzieć, ile jestem wam winna?

— Panienka jest moim gościem. Skoro panienka uciekła, powinna oszczędzać każdego pensa dla siebie i dla pieska.

— Ależ nie mogę się na to zgodzić! — wykrzyknęła speszona.

— Zapłaci mi panienka, kiedy już się wzbogaci. Mam nadzieję, że uda się to panience niebawem — powiedział z uśmiechem.

— Ja też mam taką nadzieję — westchnęła Diona.

Podróż w nieznane naraz wydała jej się smutna i przerażająca. Lecz przecież zdanie się na łaskę stryja było jeszcze gorsze. Sir Hereward niechybnie rozkazałby zarządcy Heywoodowi zabić Syriusza. A bez ukochanego psa samotność stałaby się nie do zniesienia.

Diona pocieszała się w duchu, że sprosta wszystkim przeciwnościom. Najważniejsze, to nie rozstawać się z Syriuszem. Miała uczucie, iż ojciec będzie nad nimi czuwał.