Diamentowa gwiazdaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Diamentowa gwiazda

Saga

Diamentowa gwiazdaTytuł oryginału: Touch a StarPrzełożyła: Maria NowakowskaCover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’Copyright © 1982, 2019 Barbara Cartland i SAGA EgmontWszystkie prawa zastrzeżoneISBN: 9788711771594

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od Autorki

Rosyjscy książęta pod koniec ubiegłego stulecia zapoczątkowali w Europie zwyczaj wydawania niezwykle kosztownych przyjęć. Ich ekstrawagancja rozpoczęła się w Rosji za panowania Mikołaja I, który wierzył, iż potęgę najlepiej demonstruje się poprzez splendor. Car zatrudniał tysiące robotników przekształcając ogrody w orientalne pałace lub sale balowe w ogrody pełne sztucznych skałek i antycznych ruin. Bajecznie bogata szlachta wysyłała swoich rządców do Drezna i Sevres, w celu zakupienia stołowych zastaw obiadowych na kilkaset osób; przewożono je pieczołowicie wozami po to, by po gargantuicznej uczcie, użyć je jako tarczy strzeleckiej.

Książęta z rodziny królewskiej szokowali widowiskowymi ekscesami w Paryżu i Baden-Baden, obwieszając swe faworyty klejnotami, a gdy udawały się one z wizytą do Rosji, ozdabiali ich sanie szmaragdami.

Francuzi zostali już przeszkpleni w sztuce ekstrawagancji na dworze Drugiego Cesarstwa. Kora Pearl, Angielka, posiadała klejnoty warte miliony franków i wydawała kolacje, podczas których brzoskwinie i winogrona spoczywały na paterach wyłożonych fiołkami parmeńskimi sprowadzonymi za niebotyczne sumy. Tańczyła na podłodze zasłanej egzotycznymi orchideami, a jeden z kochanków posłał jej pewnego dnia wielkiego srebrnego konia wypełnionego biżuterią i złotem.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

ROK 1899

Wracając spacerem do domu przez las lady Lina Cressington-Combe nuciła cicho swoją ulubioną melodię.

Był kwietniowy słoneczny dzień, krzewy zaczynały już pokrywać się zielonymi pączkami i pierwsze przebiśniegi ukazywały listki pomiędzy kępkami trawy.

Lina czuła się szczęśliwa i na krótką chwilę zapomniała o wszystkich kłopotach, jakie oczekiwały na nią w zamku; nie miała także ochoty pamiętać o całym mnóstwie spraw, które powinna załatwić po powrocie.

Wymknęła się zaraz po śniadaniu, gdyż jej ojciec po wypiciu zbyt wielu trunków poprzedniego wieczora cierpiał na jeden ze swych napadów złego humoru.

Odkąd dwa lata temu zmarła jej matka, ojciec pocieszał się po stracie żony często zaglądając do kieliszka i uprawiając hazard.

Ten pierwszy nałóg — jak Lina powtarzała mu dosyć często — rujnował jego zdrowie, jeśli chodzi o drugi, wiedziała, że nie było ich stać na przegrane przy stoliku do gry.

— Proszę, papo, bądź rozsądny! — prosiła go tysiące razy.

Kiedy był w dobrym humorze, obiecywał, że już nie pojedzie do Londynu, co niezmiennie kończyło się finansową klęską przy stoliku, ani nie będzie przesiadywał w zamku z sir Hectorem Śtandishem.

Lina z całego serca nienawidziła tego człowieka, gdyż miał zły wpływ na jej ojca, a jąprześladował w sposób, który zaczynał stawać się nie tylko kłopotliwy, ale wręcz groźny.

Wdowiec od co najmniej dziesięciu lat, wydawał się całkiem zadowolony z wolnego stanu, dopóki pół roku temu po raz pierwszy nie zwrócił uwagi na Linę.

Przedtem była zaledwie dzieckiem, które gładził po głowie podczas wizyt składanych jej ojcu i czasem pamiętał, by przynieść trochę brzoskwiń ze szklarni albo pudełko czekoladek.

Lina świetnie wiedziała, iż był na tyle wielkim snobem, by cenić sobie towarzystwo zubożałego hrabiego. On sam odziedziczył tytuł barona po swoim ojcu, który zarobił nań handlem, ale nigdy nie został zaakceptowany przez szlacheckie rody hrabstwa.

Po śmierci ojca sir Hector doszedł do wniosku, że ukończenie uniwersytetu i odziedziczone ogromne bogactwo powinny mu zapewnić uznanie tych, którzy poprzednio okazywali jedynie chłodną uprzejmość. A dwa miesiące temu nagle uświadomił sobie, że bilet do uzyskania upragnionej pozycji leży w rękach młodej i — jak zdał sobie teraz sprawę — pięknej córki człowieka, którego uważał za najbliższego przyjaciela. Kiedy oświadczył się, dziewczyna popatrzyła na niego z niedowierzaniem, myśląc, że chyba się przesłyszała. Czterdziestoletniego sir Hectora zawsze uważała za starego człowieka, rówieśnika ojca, i nigdy nie przyszło jej do głowy potraktować go jak jednego z wielbicieli, którzy według przepowiedni matki pewnego dnia mieli ją otoczyć.

— Będziesz bardzo ładna, kochanie — powiedziała matka w dniu szesnastych urodzin Liny — i modlę się o to, aby było nas stać na wydanie dla ciebie balu. Obawiam się, że nie będzie on taki wielki jak mój pierwszy bal — westchnęła — niemniej jadalnia w naszym zamku wygląda bardzo atrakcyjnie w blasku świec, a kiedy już zaczniesz bywać w wielkim świecie, jestem pewna, że mnóstwo ludzi zechce przyjmować cię u siebie.

— Z pewnością, mamo — uśmiechnęła się Lina — ale najpierw musisz wyzdrowieć. Potem zaczniemy oszczędzać.

Jednak matka słabła coraz bardziej i pod koniec roku pożegnała się z życiem, a Linie wydało się, że wraz z jej odejściem zamek pogrążył się w ciemności i... długach.

— Wolę raczej umrzeć z głodu niż poślubić sir Hectora! — powiedziała sobie po wysłuchaniu oświadczyn.

Potem zadrżała ze wstrętu, gdyż wyobraziła sobie, iż nie da on za wygraną mimo odmownej odpowiedzi. I rzeczywiście, prawie codziennie przyjeżdżał ze swego nowo wybudowanego ostentacyjnie wielkiego domu. Przywoził jej prezenty, których nie chciała przyjąć, mimo że wiedziała, iż rozgniewa tym ojca.

— Standishjest dobrym przyjacielem, więc nie obrażaj go! — ostrzegł, gdy Lina zaczęła narzekać na te częste wizyty.

— Nie lubię go, papo.

— Cóż, mnie na nim zależy — zdecydowanie oświadczył hrabia.

Lina popatrzyła na ojca z niepokojem.

— Co chcesz przez to powiedzieć, papo? Czy pożyczasz od niego pieniądze? Och, proszę, nie rób tego!

— Nie wtrącaj się w moje sprawy! — zganił ją hrabia.

Jednak unikał spojrzenia, więc Lina nabrała pewności, że pieniądze na opłacenie służby i kilku najbardziej naglących rachunków nie pochodziły z banku, lecz że źródła, do którego ojciec nigdy by się jej nie przyznał.

Nic mu nie powiedziała o oświadczynach sir Hectora, mając nadzieję, iż ojciec nie ma pojęcia o zainteresowaniu, jakim obdarzył jąjego „przyjaciel”.

Myślała, że sir Hector ze względu na znaczną różnicę wieku między nimi obawia się, iż hrabia nie poprze jego matrymonialnych zamiarów. Jednocześnie zdawała sobie sprawę, że w ciągu ostatniego miesiąca finansowa pozycja ojca pogorszyła się. Gdy prosiła go o pieniądze na pensje dla służby oraz na uregulowanie rachunków u miejscowych sklepikarzy, zbywał jąobietnicami „jutro”, „w przyszłym tygodniu”, „w końcu miesiąca”. Widziała jednak, że niemal każdego wieczoru udaje się do Standish Towers na kolację i powraca do domu nad ranem, niewątpliwie po całonocnym hazardzie z prostackimi przyjaciółmi sir Hectora.

Nie musiała słuchać plotek, by wiedzieć, że są to stali bywalcy torów wyścigowych, ludzie nie stroniący od kieliszka, tacy, jakich nie zaaprobowałaby jej matka.

Bywali tam również goście z Londynu z damami, które z pewnością nie zostałyby przyjęte przez żony szacownych obywateli w hrabstwie. Kiedyś sir Hector powiedział do niej pogardliwie:

— Wiem, że te zawsze skrzywione, ciasno zasznurowane stare krowy nie akceptują mnie. Ale to ulegnie zmianie, gdy się pobierzemy. Towers potrzebuje pani domu z klasą, a ty doskonale spełnisz tę rolę.

Jakkolwiek młoda i prostolinijna, Lina pojęła, że adoracja jego nie wypływała jedynie z uznania dla jej urody, ale z faktu, iż pochodziła z ogólnie szanowanej rodziny. W całym hrabstwie nikt nie był kochany bardziej od jej matki, w żyłach zaś jej rodziny płynęła błękitna krew, tak że Wallinghamsowie byli cenieni przez tych, którzy nie pozwoliliby sir Hectorowi Standishowi i jego przyjaciołom przestąpić progu swego domu.

— Musimy gdzieś zakreślić linię — usłyszała Lina, jak księżna Dorset powiedziała do jej matki. — I niezależnie od wielkości jego wkładu w polowania czy dobroczynność, wyjaśniłam całkiem jasno mojemu mężowi, iż nie będę przyjmować tego prostackiego mężczyzny o czerwonej twarzy.

Jej matka zgodziła się z opinią księżnej, lecz była zbyt łagodna, by okazać się niedelikatną czy niemiła wobec kogokolwiek. Jednak sir Hector nie był zapraszany na wydawane przez nią przyjęcia i dopiero po jej śmierci zaczął często u nich bywać, a wówczas nie dało się go już utrzymać z daleka.

Lina przypomniała sobie, że poprzedniego dnia był on szczególnie natrętny.

— Zamierzam poślubić cię, Lino — oświadczył. — Więc im szybciej podejmiesz decyzję, tym lepiej!

— Przykro mi, ale zna pan moją odpowiedź! — odparła Lina.

— Dobry Boże, dziewczyno! Czyż zdajesz sobie sprawę, co mogę ci ofiarować? — zapytał. — Suknie z najlepszych domów mody w Londynie, klejnoty, na widok których innym kobietom oczy wyjdą na wierzch z zazdrości, i konie najlepszej krwi tak drogie, że nie jest w stanie kupię ich j akakolwiek inna kobieta w hrabstwie.

 

— Musi pan zrozumieć, sir Hectorze — spokojnie odrzekła Lina — że jeśli wyjdę za mąż, to nie z powodu tego, co dostanę, ale dlatego że będę zakochana.

— Jesteś zbyt młoda, by wiedzieć coś o miłości — zaoponował. — Ale nauczę cię, jak mnie kochać.

Powiedział to w ten sposób, że Lina zadrżała. Patrząc na jego szorstką twarz, czerwoną od nadużywania alkoholu, pobrużdżoną zmarszczkami, dostrzegła, że jego włosy zaczęły siwieć na skroniach. Pomyślała, że jest już starym człowiekiem, i sama myśl o poślubieniu go wywołała w niej trudne do ukrycia uczucie wstrętu.

— Wiem, że chce pan być miły — zmusiła się do uprzejmości — ale proszę przyjąć moją odpowiedź jako odmowną i nie przynosić mi więcej prezentów.

Zaczął tłumaczyć jej, nieomal krzycząc, że nie zdoła mu się wymknąć, więc ńie mogąc tego dłużej znieść, uciekła z pokoju. Teraz zastanowiła się, czy nie powinna była raczej powiedzieć ojcu prawdy i prosić, by trzymał z dala od niej swego przyjaciela.

Las się skończył i Lina ujrzała przed sobą zamek. Mieli tylko jednego starego ogrodnika, służącego u nich od czterdziestu lat, więc ogrody były zarośnięte i zaniedbane. Jednak pod drzewami rosły złociste żonkile i krokusy posadzone przed laty przez jej matkę. Wyglądały jak barwny kobierzec rozpostarty na kwietnych grządkach, które jeszcze nie zdążyły zarosnąć chwastami. Lina przyglądała się zamkowi myśląc, że stoi tak od stuleci, podczas których Wallinghamowie zapisywali swoją stronę w historii Anglii. Wciąż nuciła uszczęśliwiona, aż dotarła do szarego muru. Zbliżywszy się do okna w bibliotece, usłyszała głosy. Instynktownie zatrzymała się pod otwartą szybą o sześciokątnych kwaterach, gdy doszedł ją głos ojca:

— Nie miałem pojęcia, że czujesz coś do Liny!

— Nie powiedziała ci, że zaproponowałem jej małżeństwo?

— Nie.

— Cóż, to sprytna mała bestyjka, „gra o dużą stawkę”. Niezależnie od mojej reputacji, będę dla niej dobrym mężem i zapiszę jej dwadzieścia pięć tysięcy funtów w dniu ślubu.

Lina wstrzymała oddech. Jej palce zaciskały się tak mocno, że aż paznokcie wbiły się w ciało.

— Co więcej — kontynuował sir Hector — spłacę twoje długi i dam ci znaczną kwotę, która umożliwi ci odrestaurowanie tej walącej się starej rudery.

Nastąpiła pauza, podczas której Lina modliła się, by ojciec odpowiedział, iż nie można go przekupić i że sir Hector nie ma prawa wyrażać się o zamku tak pogardliwie.

Jednak hrabia milczał, a po chwili sir Hector ponowił propozycję:

— Słuchaj, jestem hojny i wiesz o tym dobrze! Poprzedniej nocy przegrałeś dwa tysiące funtów do Davidsona, a wiem, że jesteś jeszcze winien ponad tysiąc czy więcej Hattonowi. Oczekujątych pieniędzy za miesiąc, jeśli nie wcześniej.

— Prześladował mnie pech — przyznał gorzko hrabia.

— Za dużo pijesz, by być dobrym graczem — stwierdził sir Hector. — Tak czy inaczej rzeczywiście ostatnio nie miałeś szczęścia. Ale pociesz się! — Zaśmiał się i dokończył: — Jako mój teść dostaniesz niewątpliwie znaczny kredyt!

Z biblioteki doszedł dźwięk, który wydał się Linie skrzypieniem krzesła. Pomyślała, że zapewne sir Hector zaraz opuści zamek.

— Muszę już iść — zakończył rozmowę. — Powiedz Linie, że pobierzemy się na początku czerwca. To da jej czas na skompletowanie wyprawy, za którą — rzecz jasna — zapłacę!

— Wydajesz się bardzo pewny siebie! — W głosie hrabiego zabrzmiała nuta, która powiedziała Linie, że jej ojciec mimo wszystko czuje się urażony zachowaniem sir Hectora.

— Oczywiście, że jestem pewny siebie — odrzekł. — Co innego możesz zrobić, przyjacielu, jak tylko wyrazić zgodę? Byłbyś niewątpliwie głupcem, gdybyś nie dostrzegł płynących dla ciebie korzyści.

Ostatnie słowa doszły do niej z daleka, więc Lina zdała sobie sprawę, iż sir Hector opuścił bibliotekę i kieruje się do hallu. Odczekała jeszcze kilka sekund, zanim przebiegła pod oknem biblioteki, weszła do domu kuchennym wejściem i pośpieszyła na pierwsze piętro do swej sypialni.

Zawsze sypiała w pokoiku usytuowanym w jednej z wież, gdyż wieże fascynowały ją od dziecka, więc teraz mając do wyboru cały zamek, pozostała w małym, lecz uroczym pomieszczeniu, które nieodmiennie kochała. Były tu dwa okna, z których jedno wychodziło na ogród i las, a drugie z widokiem na frontowe wejście do zamku oraz aleję obsadzoną starymi dębami.

Przeszła przez pokój i — ukryta za zasłoną — spojrzała w dół.

Na dziedzińcu sir Hector gramolił się z trudem na grzbiet świetnego pełnokrwistego konia, przytrzymywanego przez stajennego, który mu zawsze towarzyszył, wioząc prezenty, które sir Hector ofiarowywał Linie. Siedząc już na koniu, zwrócił się do hrabiego stojącego na szczycie schodów pod gotyckim lukiem frontowych drzwi.

— Do widzenia, Wallingham — pożegnał go sir Hector — i nie zapomnij powtórzyć Linie naszej rozmowy.

Mówiąc to dotknął brzegu kapelusza batem i z uśmiechem triumfu, jak uznała Lina — odjechał. Gdy obserwowała jego konia kłusującego podjazdem, zawładnęło nią gwałtowne i trudne do opanowania uczucie nienawiści do tego mężczyzny. Potem czując, że drżą jej kolana, opadła na łóżko i spróbowała zebrać myśli.

Uśmiech na twarzy sir Hectora o wiele bardziej przeraził ją niż słowa. Był to uśmiech zwycięstwa, uśmiech mężczyzny, który osiągnął dokładnie to, co zamierzył, usunąwszy wszelkie przeszkody.

— Nie mogę go poślubić! Nie mogg! powiedziała sobie Lina.

Potem przypomniała sobie o długach ojca i zrobiło się jej niedobrze. Jak ojciec mógł zniżyć się do tego, by być płatnym pachołkiem człowieka takiego jak sir Hector Standish? Zawsze była świadoma faktu, że ojciec miał słaby charakter, chętniej przyjmował od życia upominki, niż obstawał przy swoich zasadach. To dzięki jej matce cieszył się poważaniem w hrabstwie, mimo trudnej sytuacji finansowej w ich rodzinie. To dzięki niej mieli tylu przyjaciół. Po śmierci matki zaproszenia nie były już tak częste jak dawniej, wobec czego ojciec chętnie zaakceptował gościnność tak szczodrze zaofiarowaną przez Standish T o wers.

— Wykorzystał ojca! — pomyślała z goryczą Lina. — A teraz chciałby wykorzystać mnie!

Jednocześnie w oczach sir Hectora dostrzegła błysk, w głosie zaś, gdy się jej oświadczał, ton, który sprawił, że wyczuła — choć wiele na ten temat nie wiedziała — iż nie żywi do niej prawdziwej miłości.

— Nienawidzę go! Nienawidzę! — powtórzyła gwałtownie i wstała z łóżka, by przyjrzeć się w lustrze swemu odbiciu.

Lina nie była zarozumiała, ale nie mogła nie zauważyć, jak bardzo wyładniała w ostatnim roku. Odznaczała się dużym podobieństwem do matki, uznanej swego czasu za piękność. Na swym pierwszym balu matka Liny podbiła serca wielu młodych ludzi, lecz zrezygnowała z okazji zrobienia wspaniałej partii, gdyż zakochała się w hrabim Wallinghamie.

Rodzice młodej dziewczyny wahali się przed wyrażeniem zgody na to małżeństwo, z tej prostej przyczyny, że hrabia był raczej ubogim człowiekiem, podczas gdy dwaj inni kandydaci do ręki córki mieli do zaoferowania jej fortunę.

Ostatecznie, nie chcąc stać na drodze do szczęścia córki, zgodzono się, by poślubiła hrabiego, i wbrew wszelkim przewidywaniom ich życie ułożyło się szczęśliwie. Niestety po urodzeniu Liny jej matka nie mogła mieć więcej dzieci, więc hrabia został pozbawiony syna mogącego odziedziczyć tytuł i zamek, który sir Hector nazwał „walącą się ruderą”.

Niemniej jednak należał do nich, Lina kochała ten dom i nie chciała go opuścić, chyba że dla mężczyzny, który znaczyłby w jej życiu tyle, co ojciec dla matki.

Teraz w jej wielkich oczach malował się lęk i pomyślała, że gdyby ujrzała w lustrze odbicie twarzy sir Hectora, wolałaby umrzeć.

— Co robić, mamo? — zapytała głośno, stając przed portretem matki wiszącym na ścianie.

Był to zaledwie szkic wykonany przez nieznanego artystę, który mieszkał w sąsiedztwie i przychodził do zamku, błagając hrabinę, by mu pozowała, twierdząc, że jest najpiękniejszą istotą jaką widział.

Rozbawiona zgodziła się, a on uchwycił — być może dlatego, że zakochał się w malowanym przez siebie obiekcie — piękno, którego może nie dostrzegłby bardziej doświadczony malarz.

Owalna twarz o trójkątnym podbródku bardzo przypominała Linę. Miała te same wielkie oczy, mały prosty nosek, szerokie czoło i jasne włosy, które miękko otaczały splotami kształtną główkę.

Był to tylko szkic węglem, nie ukazywał więc dziwnej barwy oczu, jaką Lina również odziedziczyła po matce.

Nie były, jak się można było spodziewać, błękitne, ale zielone ze złotymi plamkami „niczym strumień lśniący w słońcu” — jak poetycznie określił je artysta.

Lina podniosła wzrok ku twarzy matki.

— Pomóż mi... mamo — poprosiła. — Wiesz, że nie mogę... poślubić takiego mężczyzny jak... sir Hector. Ocal mnie, proszę... ocal!

Czekała i nagle, jakby usłyszała głos matki, wiedziała już, co ma zrobić.

Następnego ranka Lina wyruszyła do Londynu pociągiem odchodzącym z najbliższej stacji kolejowej parę minut po szóstej. Nie mogła wprost uwierzyć, jakie to wszystko okazało się proste.

Przez resztę dnia po wyjściu sir Hectora unikała ojca, jednak wiedziała, że pił, najpierw w swoim gabinecie, a potem w miejscowej karczmie, gdzie zawsze był mile witany przez przesiadujących tam stałych bywalców. Zapomniał o zaplanowanym na wieczór niewielkim przyjęciu, na które został Zaproszony doktor i jego żona oraz urocza para, która niedawno zamieszkała w Manor House.

Pułkownik Graham, służąc w pułku grenadierów, odwiedzał zamek parokrotnie, a teraz wprowadził się do dworku odziedziczonego przez żonę po ojcu, który niedawno zmarł.

Lina wyłożyła strój wieczorowy ojca w jego sypialni i zaledwie na pół godziny przed kolacją zeszła na dół do gabinetu i tam zastała go ze szklaneczką w dłoni.

— Jesteś, Lino! — odezwał się. — Gdzie byłaś? Chcę z tobą porozmawiać.

— Teraz nie mam czasu, papo — odparła Lina. — Czy zapomniałeś o tym, że dzisiaj przychodzą na kolację Grahamowie i Emersonowie?

— Nie zapraszałem ich.

— Ależ tak, papo, przypomnij sobie, zaprosiłeś Grahamów, a ja poprosiłam Emersonów. — Zerknęła na zegar i dodała: — Musisz się pośpieszyć, przyjdą za pół godziny. Na dole już wszystko gotowe.

— Chcę się zobaczyć z Grahamem — przyznał hrabia — ale muszę też pomówić z tobą, Lino.

— Obawiam się, że trzeba będzie z tym poczekać do jutra, papo — zaoponowała Lina.

Uśmiechnęła się i wymknęła z pokoju, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

Bardzo starannie zajęła się obiadem, pomagając kucharce, leciwej już osobie, i upewniła się, że nieliczne butelki dobrego wina, jakie pozostały w piwnicy, mają odpowiednią temperaturę.

Jak się tego spodziewała, jej ojciec świetnie się bawił w towarzystwie pułkownika i doktora, który potrafił być bardzo wesoły, a kiedy się pożegnali, z łatwością udało jej się powiedzieć szybko dobranoc i wymknąć do pokoju nie pytając, co ojciec ma jej do powiedzenia. Ponieważ późno wrócił poprzedniej nocy i sporo pił w ciągu dnia oraz przy kolacji, była pewna, że zapomniał o rozmowie, którą miał zamiar z nią odbyć.

Tak czy inaczej, będzie mógł później szczerze powiedzieć sir Hectorowi, iż nie poinformował jej o oświadczynach, a wobec tego przyjaciel nie będzie go obwiniał za jej zniknięcie.

Z dużym trudem Lina żnalazła pieniądze na podróż oraz na utrzymanie się w Londynie, dopóki nie znajdzie sobie jakiegoś zatrudnienia. Na szczęście był początek miesiąca i wciąż miała trochę pieniędzy, jakie ojciec jej dał po wygranej w Standish Towers.

Ubiegłego roku odkryła, że był szczodry tylko wtedy, kiedy wygrał w karty. Ostatnim razem wręczył jej piętnaście funtów, z czego została jej tylko połowa.

Posiadała także kilka własnych suwerenów zachowanych na czarną godzinę oraz kilka sztuk biżuterii matki. Obawiała się jednak, że niewiele zdoła uzyskać, gdyby chciała ją sprzedać, a zresztą ciężko byłoby się jej rozstać z tymi pamiątkami. Jej ojciec nigdy nie przyznał się, że spieniężył pierścionek imały sznur pereł matki; oświadczył, iż zdeponował je w sejfie.

Lina była dogłębnie zraniona, gdy się zorientowała, że cenne klejnoty matki posłużyły na spłatę karcianych długów, więc później nigdy mu nie przypominała, iż pozostał jeszcze pierścionek z szafirem, który często matka nosiła, i brosza wysadzana szafirami.

 

— Należą do mnie — powiedziała sobie stanowczo. — Nie pozwolę, aby zmarnowano je na hazard.

Jednocześnie zdała sobie sprawę, że w przypadku honorowego długu, a takim był dług karciany, raczej sprzedałaby klejnoty, niż pozwoliłaby się ojcu poniżyć. Pomyślała teraz, że skoro zniknie, z pewnością sir Hector będzie jej szukał, jednakże wierząc, iż w końcu jąpoślubi, spłaci długi jej ojca.

— Muszę ukryć się tam, gdżie nigdy mnie nie znajdzie — postanowiła.

To oznaczało, iż nie może zwrócić się o pomoc do żadnych krewnych, gdyż ojciec oczywiście poda sir Hectorowi ich nazwiska i adresy.

Podczas gdy pociąg jechał, Lina błędnym wzrokiem wpatrywała się w ókno. Szukała w myślach najlepszego miejsca, gdzie mogłaby się w Londynie zatrzymać. Było oczywiste, że musi zarobić pieniądze. Zdawała sobie sprawę, że będzie to trudne zadanie.

Jej matka przywiązywała dużą wagę do wykształcenia córki, aczkolwiek nie było to naprawdę łatwe, gdyż mieszkali na prowincji. Jednakże dzięki uporowi hrabiny zadanie to zostało częściowo zrealizowane. Lina miała nauczycieli różnych przedmiotów.

— Nie chcę powierzyć cię jednej guwernantce, od której się oczekuje, że zna się na wszystkim, i płaci grosze za jej usługi.

Lina dowiedziała się, że tak działo się w większości domów, gdzie w rodzinie były dziewczęta. Jedynie synów wysyłano do szkół publicznych i uniwersytetów oraz angażowano dla nich nauczycieli na okres wakacji.

— Ja miałam w tym względzie szczęście — mówiła hrabina — i dlatego pragnę i tobie dać szansę.

Szczęście jej matki polegało na tym, że jeden z jej braci był zbyt chorowity, aby mógł podjąć naukę w szkole. Wobec tego do domu przychodzili nauczyciele, a ponieważ rodzina osiadła niezbyt daleko od Oksfordu, zaangażowano najlepszych. Siostra pobierała lekcje z bratem.

Hrabina zjeździła całą okolicę w poszukiwaniu emerytowanych nauczypleli i albo oni przychodzili do zamku, albo Lina jeździła do nich. Matce przede wszystkim zależało na tym, aby córka płynnie władała językami. Najmniejszy problem był z francuskim, gdyż niedaleko zamku mieszkała wdowa po angielskim dyplomacie, pochodząca z dobrej francuskiej rodziny. Kiedy umarł jej mąż, uznała, że jest zbyt stara, by powrócić do ojczyzny.

— Nigdy nie lubiłam tego chłodnego kraju — mawiała — ale tu spędziłam całe życie i tu chcę umrzeć, mimo że czasami doskwiera mi samotność i często się nudzę.

Matka Liny śmiała się.

— Myślę, madame, że to dlatego, iż nie ma pani nic do roboty. Może więc spróbowałaby pani nauczyć moją córkę mówić jak rodowita Francuzka. Naprawdę wierzę, że polubiłaby pani te lekcje, tak samo jak ona.

Wdowa, z początku mocno zaskoczona propozycją, niezbyt chętnie na nią przystała, ale słowa hrabiny okazały się prorocze. Nie tylko Lina polubiła lekcje, ale także jej nauczycielka. I Lina — zgodnie z oczekiwaniami matki — zaczęła znakomicie mówić po francusku, a potem już nieco mniej płynnie po włosku i niemiecku.

„Być może — pomyślała teraz — mój francuski na coś się przyda”. Nie mogła jednak wymyślić nic konkretnego. Zdawała sobie sprawę, że gdyby dostała pracę guwernantki, to do dzieci, jeśli miałyby nauczyć się bezbłędnie obcego języka, niewątpliwie przychodziłaby na lekcje rodowita Francuzka.

Dopiero gdy przed południem pociąg stanął ha stacji St. Pancras, Lina zaprzestała pesymistycznych rozważań. Portier wyniósł jej bagaż, a kiedy znalazł dorożkę, podała woźnicy adres Biura Pomocy Domowych na Mount Street, prowadzonego przez panią Hunt.

Wiedziała, że jest to najlepsze tego rodzaju biuro w Londynie, gdyż jakkolwiek rzadko zmieniano służbę w zamku, ponieważ ich starzy i wierni służący gotowi byli pracować za niewielkie zarobki, słyszała, jak przyjaciele matki rekomendowali biuro pani Hunt.

Nieraz uskarżali się na trudności z utrzymaniem dobrej służby i denerwowali się, że ilekroć dokonywali zmiany, rzadko dobrze trafiali.

— Powiedziałam pani Hunt — Lina przypomniała sobie słowa jednej z przyjaciółek matki — że dziewczęta, jakie mi ostatnio przysyła, są zuchwałe i aroganckie, i że jeśli dalej tak będzie, zwrócę się gdzie indziej.

— Zawsze słyszałam, że pani Hunt ma najlepsze biuro — zdziwiła się hrabina.

— W rzeczywistości. Lecz ta kobieta jest straszną snobką i najlepsze służące poleca klientom w Londynie, utytułowanym i chwalącym się tym, iż są bywalcami Marlborough House.

W głosie przyjaciółki matki zabrzmiała nuta zazdrości i złośliwości, która nie uszła uwagi Liny. Jednakże zachowała w pamięci opinię na temat pani Hunt. Dzisiejszego ranka napisała sobie doskonałe referencje, postawiła datę sprzed śmierci matki i zaopatrzyła w całkiem dobrą imitację jej podpisu.

Pomyślała z uśmiechem, że przyszłemu pracodawcy trudno będzie odrzucić jej ofertę, w której figurowała jako doskonała guwernantka i nauczycielka; Ale kiedy spojrzała w lustro ogarnęły ją wątpliwości. Wyglądała nazbyt młodo, by powierzono jej opiekę nad dziećmi, i mogła tylko mieć nadzieję, iż pani Hunt nie zda sobie sprawy, że fikcyjna guwernantka hrabiny Wallingham miała zaledwie szesnaście lat, kiedy referencje zostały wystawione.

Kiedy dotarli na Mount Street, Lina zapłaciła dorożkarzowi i poprosiła, by postawił jej mały kuferek i torbę pod drzwiami biura. Zastosował się do polecenia, podziękował za napiwek i rzucił:

— Powodzenia, panienko! Gdybym był bogaty, sam bym panienkę zatrudnił!

— Dziękuję — powiedziała Lina i poczuła się troszkę pokrzepiona komplementem.

Czuła jednak zdenerwowanie przemierzając cały pokój, gdzie kilkoro innych interesantów oczekiwało na twardych ławkach ustawionych przed biurkiem stojącym w przeciwległym kącie.

Siedziała przy nim starsza kobieta o bardzo ostrym spojrzeniu ciemnych oczu w stalowych okularach i Lina uświadomiła sobie, że jej uwagi nie uszedł fakt, iż Lina zostawiła przed wejściem bagaże. Była całkiem pewna, że wykorzysta tę sytuację i określi jąjako osobę zdesperowanąi zdecydowaną na wszystko.

Instynktownie uniosła wyżej brodę. I choć mówiła spokojnie, a jej głos był miękki, nie była świadoma tego, iż zabrzmiała w nim pewność siebie, jakiej nigdy nie okazałaby żadna poszukująca pracy guwernantka.

Kobieta za biurkiem, zapewne pani Hunt, nie odezwała się. Jedynie patrzyła na nią w sposób, który bez wątpienia onieśmieliłby większość interesantek.

— Poszukuję posady guwernantki — zaczęła Lina — a zawsze słyszałam, że pani biuro cieszy się bardzo dobrą opinią — mówiąc to wydobyła z torebki napisany przez siebie list i położyła na biurku. — To są moje referencje od hrabiny Wallingham, u której pracowałam przez wiele lat.

— Nie wyglądasz na tyle dorośle, by dla kogokolwiek pracować przez wiele lat! — odparła ostro pani Hunt.

Niedbale ujęła list najwyraźniej pragnąc okazać, że jego treść nie ma dla niej żadnego znaczenia. Niemniej jednak Lina zauważyła, że starannie przeczytała tłoczony adres i niewątpliwie dostrzegła koronępowyżej.

— Jak się nazywasz?

— Cromer, panna Cromer.

Lina wybrała nazwisko jednej ze swych guwernantek, uroczej nauczycielki, która uczyła na znanej londyńskiej pensji, zanim osiągnęła wiek emerytalny.

Pani Hunt skończyła czytać list, po czym stwierdziła:

— Nie wydaje mi się, abym miała w księgach coś odpowiedniego, ale możesz usiąść i zaczekać, aż przejrzę rejestr.

— Dziękuję — odrzekła Lina.

Odeszła parę kroków i siadła na twardej ławce przodem do biurka obserwując panią Hunt. Ta obróciła się do swej asystentki, drobnej kobietki o niepozornej twarzy i nerwowym tiku powiek. Pokazała jej list, po czym ogromny rejestr został umieszczony na biurku przed panią Hunt, która zaczęła dokładnie wertować kartki.

— Co powiesz o tym? — zapytała.

— Och, nie. Posłałyśmy tam kogoś w ubiegłym tygodniu — przypomniała asystentka.

— Racja.

Przewrócono cztery następne stronice i Lina zaczęła się niepokoić, że może będzie musiała długo czekać na pracę, przychodzić tu codziennie i godzinami przesiadywać na twardej ławce.