Cud w MeksykuTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Cud w Meksyku

Saga

Cud w MeksykuTytuł oryginału: A Miracle in Mexico Przełożyła: Maria Głowacka (forord) Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’ Copyright © 1996, 2019 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711771587

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od Autorki

Pod względem geograficznym Meksyk należy do wyjątkowych krajów. Posiada niebotyczne góry, rozległe, wysoko położone płaskowyże i zielone, porośnięte lasami doliny. Temperatura w Meksyku jak i krajobraz są bardzo zróżnicowane. Opady w niektórych regionach kraju ograniczają się zaledwie do kilku kropli w ciągu roku, dochodząc jednocześnie na południu w rejonie doliny rzeki Grijalva aż do szesnastu stóp.

Historia Meksyku to dwadzieścia wieków najazdów, okupacji i rewolucji. Po inwazji Hiszpanów język hiszpański stał się w Meksyku językiem urzędowym, chociaż angielski jest tu również popularny. W niektórych bardziej odległych rejonach kraju tubylcy posługują się językami dawnych Indian.

Quetzalcóatl — bóg życia, deszczu i gwiazdy porannej — zawsze odgrywał wielką rolę w życiu mieszkańców Meksyku. Ku jego czci wznoszono miasta, a ceremonia ślubna opisywana przeze mnie w tej powieści wciąż jest żywa wśród jego wyznawców.

Benito Juárez — Indianin z plemienia Zapoteków, ukończył szkołę przyklasztorną i dostąpił najwyższych zaszczytów w państwie. Dwukrotnie był prezydentem Meksyku; przez pewien czas przebywał na emigracji w Nowym Orleanie; ku jego czci wzniesiono wiele pomników. Był wielkim człowiekiem znanym z ogromnej prawości, wzniosłych ideałów i dążenia do przeobrażania Meksyku w kraj bogaty i niezależny. Zainicjowany przez niego ruch reformatorski doprowadził do konfiskaty dóbr kościelnych, ustanowienia państwowego nadzoru nad oświatą i wychowaniem oraz proklamowania swobód religijnych, co w praktyce oznaczało rozdział Kościoła od państwa.

Proces wprowadzania wszystkich tych zmian trwał wiele lat, ale zapoczątkował go Juárez, ów wykształcony w szkole przyklasztornej indiański intelektualista, który przyczynił się do rozbudzenia i utrwalenia świadomości narodowej mieszkańców Meksyku.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

ROK 1889

Jeśli mnie nie poślubisz, zabiję się! — dramatycznie zawołał młody mężczyzna, po czym przeszedłszy przez pokój, zatrzymał się przy oknie wychodzącym na Piątą Aleję.

Siedząca na sofie Orina Vandeholt zesztywniała.

— Zlituj się, Clint. Jak możesz mówić takie bzdury! — odezwała się.

— To wcale nie są bzdury — z uporem powtórzył mężczyzna. — Od miesięcy kocham się w tobie i nie ma dnia, żebym setki razy nie błagał cię, abyś wyszła za mnie. Jednak dłużej tego nie zniosę.

Zabrzmiało to tak patetycznie, że Orina gwałtownie wstała.

— Nie mam zamiaru tego słuchać — oświadczyła.

— Błagam, zostań! Kocham cię! Kocham! Nie mogę żyć bez ciebie!

Spojrzała na niego uważnie. Musiała przyznać, że prezentował się znakomicie. Było w nim jednak coś, czego nie cierpiała — jakaś słabość, jakiś zastanawiający brak równowagi. Prawdę mówiąc nie znosiła większości mężczyzn. W ciągu ostatnich dwóch lat, kiedy bezustannie narzucali się jej ze swoimi względami, Orina nabrała do nich ogromnego dystansu i bardzo krytycznie się do nich odnosiła. Gdy rzucali swe serca do jej stóp, podświadomie wyczuwała coś fałszywego, chociaż tak do końca nie potrafiła wyjaśnić dlaczego. Na samo wspomnienie ich umizgów wzdrygała się z obrzydzenia.

Niedawno opuściła mury szkolne, otrzymawszy staranne wychowanie, o które dbały całe zastępy angielskich guwernantek i nauczycieli. Jej wiedza o mężczyznach była więc praktycznie żadna, a o życiu wielkich sfer niewiele większa.

Jej matka, lady Muriel Loth — córka hrabiego Kinloth — zakochała się w pewnym Amerykaninie już podczas swego pierwszego londyńskiego sezonu. Ani ojcu, ani matce lady Muriel nigdy by nie przyszło do głowy, że któraś z ich córek mogłaby uznać przybysza zza oceanu za właściwego kandydata na męża.

W rzeczywistości Dale Vandeholt tolerowany był w Anglii z prostego powodu: posiadał ogromny majątek, a do tego wyjątkową inteligencję. Swoich rozmówców, których bez problemu znajdował również wśród arystokracji, intrygował oryginalnymi rozwiązaniami technicznymi na statkach i kolei. Nawet książę Walii nie krył swego zainteresowania jego pomysłami.

Tak więc Vandeholt uważany był w Londynie za ciekawego i bardzo przystojnego młodego człowieka. Mimo to angielskim rodzicom nawet przez myśl nie przeszło, że ten cudzoziemiec mógłby sięgnąć po rękę którejś z ich córek. Natomiast lady Muriel od pierwszej chwili, gdy tylko ujrzała młodego Vandeholta, stwierdziła, iż w niczym nie przypomina on mężczyzn, którzy zostali jej przedstawieni.

Ojciec Muriel z okazji prezentacji córki na dworze królewskim wydał wielki bal. Od tego czasu dziewczyna miewała same sukcesy i nie było domu, do którego by jej nie zapraszano. Kiedy więc ta bardzo piękna, delikatna młoda kobieta nieoczekiwanie poinformowała, że pragnie poślubić Dale’a Vandeholta, cała jej rodzina wprost osłupiała ze zdumienia. Niezrażona tym Muriel nie dopuszczała nawet myśli o wyrzeczeniu się ukochanego. Ojciec Muriel na wiadomość o decyzji córki rzucał na nią gromy, a matka wylała sporo łez. Wszyscy starali się wyperswadować dziewczynie niefortunny związek, czyniąc przy tym złośliwe uwagi pod adresem jej wybrańca. Jednak Muriel nie zamierzała ustąpić. Oświadczyła nawet, iż ucieknie z domu, jeśli ojciec nie wyrazi zgody na jej małżeństwo. Groźba ta w tym przypadku oznaczała coś więcej niż tylko wyprawę do Gretna Green 1 czy innego zakątka na wyspach brytyjskich. To byłaby ucieczka przez Atlantyk!

W końcu hrabia skapitulował, chociaż jeszcze w drodze do kościoła Św. Jerzego przy Hannover Square, w którym miała się odbyć ceremonia zaślubin, usiłował wpłynąć na zmianę decyzji córki.

Wkrótce po ślubie młoda para wyjechała do Nowego Jorku. Jakby na przekór wyrażanym przez rodzinę Muriel obawom, związek okazał się wyjątkowo szczęśliwy. Dale Vandeholt był człowiekiem o wiele bardziej cywilizowanym, niż Anglicy mogli przypuszczać. Jego dziad wyemigrował kiedyś z Holandii i osiadł na stałe w Ameryce. Matka była Węgierką o wielkiej urodzie i znakomitym wychowaniu, ojciec ambasadorem Węgier w Stanach Zjednoczonych. Podobnie jak lady Muriel, ona również zakochała się i żadne perswazje nie mogły jej skłonić do powrotu do ojczyzny.

Tak więc Dale Vandeholt po swoim ojcu odziedziczył rozum, po matce natomiast urzekający sposób bycia. Oprócz tego był wyjątkowo przedsiębiorczy i bardzo energiczny, co zawdzięczał już swojej nowej ojczyźnie. Wszystko to sprawiało, że mógł niezmiennie podążać własną drogą. Od pierwszej chwili, kiedy ujrzał lady Muriel, zdawał sobie sprawę, że między nimi zaistniało coś, co trudno wyrazić słowami. Jednego był pewien: że bardzo jej pragnie.

Jego ambicją było, aby osiągnąć w życiu jak najwięcej. Piął się więc energicznie w górę, co każdego, kto obserwował jego drogę życiową, przyprawiało wprost o prawdziwy zawrót głowy. Wszystko, czego tylko się dotknął, zamieniało się w złoto. I kiedy w końcu na jego terenach w Teksasie odkryto ropę naftową, jego żona z uśmiechem powiedziała:

— Teraz masz wszystko, kochany, i nie musisz już o nic zabiegać.

— To prawda, ale to tylko dzięki tobie. Chciałaś, abym był wielkim człowiekiem, spełniłem więc twoje życzenie. — Mówiąc to pocałował ją. Czuł, co chciałaby mu powiedzieć.

Zawsze w niego wierzyła i ta właśnie wiara pomagała mu iść jak burza od sukcesu do sukcesu. Jedynym ich zmartwieniem było, iż po urodzeniu pierwszego dziecka — córeczki — lekarze orzekli, że lady Muriel nie powinna mieć już więcej dzieci.

— Kolejny poród może ją zabić — oznajmili mężowi.

Dale Vandeholt marzył o tuzinie synów. Ponieważ okazało się to niemożliwe, musiał zadowolić się córką — Oriną.

Nieoczekiwanie zdarzyło się nieszczęście. Kiedy Orina miała dziesięć lat, lady Muriel zmarła. Stwierdzono u niej zapalenie otrzewnej, na które wówczas nie było ratunku. Medycyna okazała się bezradna. Śmierć nastąpiła szybko i w strasznych męczarniach.

Dale Vandeholt był załamany. Teraz, kiedy utracił ukochaną żonę, wszystko, co zgromadził i o co zabiegał, okazało się bez znaczenia. Gdyby mógł przywrócić Muriel do życia, oddając w zamian cały swój majątek, nie wahałby się ani chwili.

Ojciec lady Muriel, który był wówczas jeszcze w sile wieku, napisał do Vandeholta list z następującą propozycją:

W sytuacji, kiedy nie ma się komu zająć moją wnuczką Oriną, sądzę, iż najlepszym wyjściem jest, abyś wyraził zgodę na jej edukację w Anglii, przynajmniej przez kilka miesięcy w roku. Jestem pewien, iż Muriel, gdyby żyła, chciałaby, aby jej córka stała się kiedyś kobietą wykształconą, wytworną, i czarującą z czym w tak młodym kraju jak twój mogłaby mieć problemy, jak również, aby mogła poznać rodzinę, w której kręgu wzrastała kiedyś jej matka: Znajdzie tu z pewnością przyjaciół jak również przyszłego małżonka, kiedy już zacznie bywać w towarzystwie...

 

Dale Vandeholt doskonale wiedział, co jego teść miał na myśli. W niezbyt subtelny sposób dawał do zrozumienia, że jego córka popełniła błąd wychodząc za mąż za Amerykanina i że jeden Amerykanin w rodzinie zupełnie wystarczy.

Z biegiem lat hrabia pogodził się z tym faktem, gdyż jego córka była bardzo szczęśliwa. Z każdym rokiem jej mąż stawał się coraz bogatszy i coraz bardziej znany w kraju. Będąc człowiekiem o dużym intelekcie i życiowej mądrości, zrozumiał, dlaczego Vandeholt darzył swoją żonę tak wielkim uczuciem. Muriel w niczym nie przypominała krzykliwych i bardzo pewnych siebie Amerykanek, którym po prostu brak było ogłady i tego, co hrabia nazywał „wdziękiem”, a co zdawało się tak typowe dla Angielek.

Zastanowiwszy się głęboko nad propozycją teścia, Vandeholt zdecydował się na duże poświęcenie. Wysłał Orinę do dziadka pod warunkiem jednak, że co najmniej dwa miesiące w roku córka będzie spędzała z nim.

Hrabia nie posiadał się z radości. Zawsze bardzo tęsknił za swoją córką i z uporem powtarzał, że nawet największa fortuna jej męża nie może zmienić faktu, iż wychodząc za mąż za Amerykanina, bardzo obniżyła swoją pozycję towarzyską.

Orina dobrze się czuła w rodowej posiadłości dziadka w Huntingdonshire. Należący od pokoleń do rodziny dom był wyjątkowo okazały i zrobił na młodziutkiej dziewczynie duże wrażenie. Podziwiała wspaniałe, zdobiące ściany obrazy, zdając sobie sprawę, jak wielką przedstawiają wartość, jak również z tego, że wszystko, co się w tym domu znajdowało, było częścią historii rodziny. Szybko też zrozumiała, że antyki, które zdobiły salony przy Piątej Alei, zupełnie nie pasowały, delikatnie mówiąc, do ciężkich domów z piaskowca. Na tle wnętrz, w których je ustawiono, wyglądały jakoś dziwnie obco. Orina często odnosiła wrażenie, że wszystkie te przedmioty z lekceważeniem spoglądają na swoich właścicieli, jakby im miały za złe, że zostały kupione, a nie odziedziczone po przodkach.

Poznała obydwie strony Atlantyku. Lubiła tempo i rozmach Nowego Jorku i cieszyła się, kiedy ojciec za każdym razem pokazywał jej coś nowego. Ale jednocześnie ceniła sobie spokój i stabilizację Anglii, gdzie wszystko było od dawna uporządkowane i toczyło się jakby na zwolnionych obrotach. Kiedy widziała, z jakim ogromnym dostojeństwem babka wita swoich gości, za każdym razem miała wrażenie, że uczestniczy w jakimś niesamowitym przedstawieniu baletowym. Kiedy obserwowała podającą do stołu służbę, która nigdy nie popełniała błędu, wykonując swoje obowiązki, wydawało jej się, że ktoś niewidzialny kieruje każdym ruchem. Zauważyła, że goście zachowywali się tu również zupełnie inaczej niż hałaśliwi i impulsywni Amerykanie, którzy przy stole częściej prowadzili rozmowę z osobami siedzącymi naprzeciw niż z sąsiadami z lewej czy z prawej strony. Jednocześnie przekonała się, że konie na ranczu ojca były bardziej ogniste niż te, których dosiadała w Anglii. Oczywiście nie powiedziała o tym dziadkowi, chociaż dostrzegała różnicę w ich hodowli i treningu. W ten sposób Orina zdobywała edukację, jaka rzadko jest udziałem dziewcząt w jej wieku.

I w Anglii, i w Ameryce zawsze otrzymywała to, co najlepsze. Jej dziadek należał do zamożnych ludzi, ale ojciec był w stanie spełnić każdą, nawet najbardziej kosztowną zachciankę córki. Wysłał jądo Anglii, otwierając jednocześnie dla niej konto bankowe z nieprzyzwoicie wysoką wpłatą, z której mogła korzystać w absolutnie dowolny sposób.

Na prośbę dziadka pierwszy swój sezon Orina spędziła w Londynie i tam przez babkę została zaprezentowana na dworze królewskim. Po czym nastąpiła cała seria zaproszeń na bale. Niewątpliwym wyróżnieniem było, iż podczas wyścigów konnych w Ascot siedziała na trybunie przeznaczonej dla członków rodziny królewskiej i została uznana za najpiękniejszą dziewczynę sezonu.

Oczywiście uroda Oriny to nie jedyny powód, dla którego wprost zalewana była propozycjami małżeństwa. Legendy o fortunie jej ojca oraz to, że była jego jedyną spadkobierczynią zrobiły swoje. Najmniej w tej sytuacji liczyła się sama Orina i mogłoby to źle wpłynąć na jej poczucie własnej wartości, gdyby nagle nie przyszło obudzenie.

W końcu czerwca na polecenie ojca Orina popłynęła do Nowego Jorku. W podróży towarzyszyła jej opiekunka, kurier i pokojówka. Do swej dyspozycji dostała najlepszą kabinę na statku. W Nowym Jorku na jej przybycie oprócz ojca czekała cała rzesza dziennikarzy i fotoreporterów, którzy zachowywali się tak, jakby dziewczyna była co najmniej członkiem rodziny królewskiej.

Dale Vandeholt na przywitanie córki przygotował bal, jakiego Nowy Jork jeszcze nigdy nie widział. W poprzedzającym bal przyjęciu uczestniczyło prawie trzysta osób. Każdy zaproszony gość otrzymał prezent ze złota z wygrawerowanymi inicjałami Oriny. Wynajęto trzy orkiestry: najlepszą i najbardziej cenioną w Nowym Jorku; zespół cygański, który specjalnie na tę okazję został sprowadzony z Węgier; oraz zespół grający muzykę country sprowadzony z rancza Vandeholta. Wszystkie trzy zespoły od roku przygotowywały się do tego występu. To było przyjęcie, o którym długo mówiło się w Nowym Jorku. Vandeholt postarał się, aby pokazano na nim wszystko, o czym można było tylko zamarzyć. Była fontanna, z której zamiast wody tryskały perfumy, specjalne jezioro z pływającymi po nim gondolami, a o północy niebo rozświetliły tysiące ogni sztucznych.

Tak kosztownego i obfitującego w niezwykłe wydarzenia pokazu z pewnością nikt jeszcze nie widział. Nic więc dziwnego, że Orina bawiła się doskonale. W ciągu kilku miesięcy otrzymała więcej propozycji małżeństwa, niż to miało miejsce w Londynie. I nagle w jednej chwili, tak jak zdarzało się to jej ojcu, doszła do wniosku, że ma tego dosyć.

— Jedźmy na ranczo, tatusiu — poprosiła.

Roześmiał się.

— I zostawisz swoich wielbicieli?

— Słyszę od nich to samo w koło — odrzekła Orina. — I kiedy patrzą na mnie z uwielbieniem, w myślach przeliczają pieniądze, które ostatnio zarobiłeś!

Ojciec spojrzał na nią ze zdumieniem.

— W wieku osiemnastu lat taki cynizm? Nie mogę w to uwierzyć!

— Nie jestem cyniczna — zaprzeczyła. — Jestem po prostu realistką tak jak ty, tatusiu. Lepiej widzieć rzeczy takimi jakie są, niż żyć marzeniami.

Ku jej zaskoczeniu ojciec zamiast się roześmiać spojrzał na nią z powagą.

— Marzenia czasami się spełniają — rzekł. — I kiedy spotkam się z twoją matką, moje z pewnością się spełnią.

— Wiem o tym, tatusiu — powiedziała łagodnie. — Pamiętam wszystko, co mama mówiła o tobie. Zawsze powtarzała, że jesteś wspaniały i że pokochała cię od pierwszego wejrzenia. — Rozłożyła ręce w wymownym geście. Niestety nie wierzę, aby kiedykolwiek mnie to spotkało.

— Mylisz się — odrzekł jej ojciec. — Jestem pewny, że któregoś dnia tobie również się to zdarzy, i dlatego pragnę, abyś i ty mi przyrzekła, że wyjdziesz za mąż tylko wtedy, gdy będziesz kochała i gdy będziesz pewna, że miłość, którą ktoś cię obdarzył, jest zupełnie bezinteresowną. — Orina w milczeniu skinęła głową, a jej ojciec dodał: — Zawsze chciałem mieć więcej dzieci, ale ponieważ Bóg pod innym względem obdarzył mnie tak szczodrze, nie mogłem być niewdzięczny i żądać więcej. Co się tyczy ciebie, chciałbym, abyś zawsze pamiętała że ciąży na tobie wielka odpowiedzialność.

— Wiem o tym — rzekła Orina.

— To nie tylko odpowiedzialność za innych — ciągnął Dale Vandeholt. — To również, mój skarbie, umiejętność oddzielania ziarna od plew. A to wcale nie jest łatwe. — Orina westchnęła tylko, a wtedy ojciec, patrząc na nią uważnie, dodał: — Jeśli to sama odkryłaś, to już połowa sukcesu. Mam tylko nadzieję, że nie cierpisz zbyt mocno z tego powodu.

— Nie, oczywiście że nie! — zaprzeczyła Orina, ale jej reakcja wydała się ojcu zbyt gwałtowna.

Po tych słowach pogrążyła się w myślach i Dale Vandeholt umilkł również, starając się uszanować milczenie córki.

Wyjechali na ranczo i Vandeholt od śmierci żony nigdy nie był taki szczęśliwy. Wspólnie odbywali konne przejażdżki i często rozmawiali do późna w nocy.

Któregoś wieczoru zaczął opowiadać Orinie o swoich planach na przyszłość i o interesach, w które ostatnio się zaangażował. Oczywiście nie zamierzał zajmować się wszystkim sam. Energicznie rozglądał się w poszukiwaniu młodych ludzi, których mógłby zatrudnić jako menedżerów. Wierzył, że potrafią odróżnić to, co dobre, od tego, co złe, tak jak on to potrafił.

Podczas kolejnych spędzanych razem z córką wieczorów wprowadzał ją w arkana swoich spraw. Orina była zaskoczona ogromem pracy, jakiej dokonał jej ojciec, pokrywając siecią prowadzonych przez siebie interesów prawie całą Amerykę.

— To wielki kraj, kraj ogromnych możliwości! — stwierdził jej ojciec. — Każdy mądry i zdolny człowiek stoi teraz przed olbrzymią szansą.

— Jakie to więc szczęście, że Ameryka może liczyć na ciebie, tatusiu — zauważyła.

— Jestem dumny z tego, co udało mi się dotychczas osiągnąć — rzekł Vandeholt. — Jednocześnie uważam, iż miejsca wystarczy tu dla każdego i nikt nie musi mi zazdrościć, krzycząc jednocześnie, że Ameryka potrzebuje ludzi, którzy dbać będą nie tylko o własny interes, ale również i o interes narodu. — Pokazał Orinie swoje plany związane z rozwojem kolejnictwa, które jego zdaniem wciąż znajdowało się w powijakach.

Vandeholt był właścicielem zakładów przemysłowych produkujących maszyny w większości wielkich miast. Wysyłał zaufanych ludzi do Europy, aby śledzili i przekazywali mu wiadomości o wszystkich nowinkach technicznych. Mieli oni również za zadanie sprowadzać do Ameryki wszystkich tych, którzy chcieli mieć szansę wprowadzenia swoich pomysłów w życie.

— Jesteś bardzo, bardzo mądry, tatusiu! — powiedziała z dumą Orina.

— Ty też kiedyś taka będziesz — pewnym głosem zauważył Vandeholt.

Spojrzała na niego ze zdumieniem.

— Czyżbyś uważał, że gdyby ci się coś przytrafiło, dałabym sobie z tym wszystkim radę?

— Oczywiście! To przecież twoje przeznaczenie. Nie wyobrażam sobie zresztą, aby mogło być inaczej. Gdybym w to nie wierzył, moje życie nie miałoby sensu.

Orina objęła go za szyję.

— Wciąż jesteś bardzo młody, tatusiu — zauważyła. — Nie chcę nawet myśleć, że mogłabym cię stracić. Ale oczywiście postaram się nigdy ciebie nie zawieść.

Dale Yandeholt pocałował ją.

— Czy to sprawiedliwe, skarbie — zapytał — że jesteś i piękna, i mądra? Chociaż ja uważam, ze to drugie jest znacznie ważniejsze.

Przez jakiś czas zatrzymali się na ranczu, po czym Vandeholt zabrał córkę w objazd po swoim królestwie. Podróżowali własnym pociągiem, odwiedzając najpierw Chicago, następnie wiele innych miast na zachodzie, aż wreszcie dotarli do Waszyngtonu i Miami.

Vandeholt chciał pokazać Orinie należące do niego stocznie, a przy okazji swój jacht, który był już na ukończeniu, a który wyglądem przypominał raczej transatlantyk. Dale chciał go wyposażyć w najnowocześniejsze urządzenia, jakich nie miał jeszcze żaden statek. Łódź posiadała również silnik, dzięki któremu mogła prześcignąć każdy jacht na morzu. Orina była nią zachwycona. Prawdę mówiąc bardziej nawet niż balami i wielkimi przyjęciami specjalnie organizowanymi dla jej ojca w każdej miejscowości, w której się zatrzymywali.

Zbliżał się koniec roku i trzeba było wracać do Nowego Jorku. Orina poprosiła, aby w drodze powrotnej zatrzymali się na ranczu.

— Chciałabym wypróbować jednego z twoich najszybszych koni, tatusiu. Mam nadzieję, że w niczym nie będzie przypominał wierzchowców kłusujących po Central Parku!

Vandeholt roześmiał się.

— Wspaniale, kochanie. Uważam, że to dobry pomysł. Obawiam się tylko, że możesz się rozczarować.

Orina uśmiechnęła się.

Po przybyciu na ranczo ojciec pokazał jej, jak działa zainstalowane niedawno nowe ogrzewanie. Nigdy jeszcze takiego nie widziała. Kiedy ojciec je włączył, w ogromnym domu w krótkim czasie zrobiło się nie do wytrzymania gorąco. Orina pomyślała, że kiedy nadejdzie zima, a z nią mrozy, wewnątrz domu będzie ciepło jak podczas lata.

Boże Narodzenie spędzili na ranczu. Orina otrzymała od ojca wspaniały naszyjnik z pereł, oprócz tego wiele innych jeszcze prezentów, z których każdy godny był królowej. Jednak największą radość sprawiała jej, jak zwykle, jazda na szybkich, na wpół dzikich jeszcze koniach.

Czas szybko mijał i trzeba było wracać do Nowego Jorku. Na dzień przed wyjazdem udali się na konną przejażdżkę. W nocy panował silny mróz i w ciągu dnia temperatura niewiele się podniosła.

 

— Galop powinien nas rozgrzać — powiedział Dale Vandeholt.

— A więc ścigajmy się! — zawołała Orina.

Pędzili z ogromną szybkością. Nagle, kiedy Orina wyprzedziła ojca i była już pewna, że go pokonała, usłyszała jego krzyk, a potem trzask. Potrzebowała trochę czasu, zanim mogła zawrócić. Z przerażeniem ujrzała, że ogier, na którym galopował ojciec, pośliznął się na oblodzonej ziemi i przewracając się, zrzucił jeźdźca. Orina sprowadziła pomoc i Dale Vandeholt został natychmiast zabrany na ranczo. Odniósł jednak liczne obrażenia, w wyniku których nigdy już nie odzyskał świadomości.

Śmierć ojca sprawiła, że cały świat Oriny nagle się zawalił. Pragnęła tylko jednego: pozostać na ranczu. Nie było to jednak możliwe. Przyjaciele, krewni, dyrektorzy rozlicznych należących do ojca przedsiębiorstw, wszyscy uważali, że powinna wracać do Nowego Jorku.

Kiedy tam w końcu dotarła, przekonała się, że ojciec zostawił jej wszystko, co posiadał. Czekała ją ogromna praca. I nie chodziło tylko o podpisywanie dokumentów, czy też ich akceptację, co należało do normalnych obowiązków. Stanął przed nią problem zarządzania całym należącym do ojca majątkiem oraz ciągłego dokonywania wyboru.

Dale Vandeholt nawet przez chwilę nie myślał, że przyjdzie mu umrzeć tak młodo. Jak dotąd do pracy w swoim imperium zdążył wybrać najlepszych pełnomocników i doradców. Orina wiedziała, że do tego właśnie zespołu ludzi powinna się zwrócić i polegać na nim w przyszłości. Dokonywała oceny każdego pracownika w podobny sposób, jak zwykł to czynić jej ojciec, odkrywając jego silne i słabe strony. Na szczęście, przynajmniej początkowo, sfery towarzyskie pozostawiły ją w spokoju. Ale po kilku miesiącach stopniowo życie wracało do normy.

Na początku były tylko przyjacielskie wizyty kilku szczególnie zaprzyjaźnionych z jej matką osób, ożywionych pragnieniem pocieszenia „biednej sieroty”. Z czasem liczba „pocieszających” zaczęła gwałtownie rosnąć. Po sześciu miesiącach żałoby nie mogła już dłużej bronić się przed wszystkim, co związane było z przeszłością, tłumacząc, że pragnie samotności. Skromne lunche i kolacyjki szybko zaczęły się przekształcać w duże przyjęcia.

Orina zdawała sobie sprawę, że jest fetowana nie tyle dla niej samej, ile dla jej pieniędzy. Była najbardziej znanąi najbogatsząkobietąw liczących się sferach amerykańskich. Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji stawała się coraz bardziej cyniczna. Zbyt wielu młodych mężczyzn niemal przy pierwszym spotkaniu składało jej propozycję małżeństwa. I chociaż uparcie powtarzała, że nie ma zamiaru wyjść za mąż, konkurenci nie ustawali w nękaniu jej swymi deklaracjami, aż do znudzenia powtarzając:

— Kocham cię i zrobię wszystko, abyś mnie pokochała!

Orina czuła się tak, jakby wciąż organizowano na nią jakieś wielkie polowanie. „Kocham cię! Kocham cię!” Zdawało się jej, że słowa te słyszy w poszumie wiatru, skrzypieniu schodów czy dźwięku otwieranych drzwi. Zdarzały się deklaracje, które brzmiały szczerze. Zbyt często jednak za pozorną żarliwością kryła się żądza złota, a w oczach delikwenta można było dostrzec podejrzany błysk.

Którejś nocy Orina doszła do gorzkiego wniosku, że nikt nigdy nie pokocha jej dla niej samej. Przypomniała sobie pewien incydent, który wydarzył się podczas jej inauguracyjnego sezonu w Londynie. Usiłowała o tym nie myśleć. Jeszcze teraz, gdy jakiś mężczyzna błagał: „Wyjdź za mnie”, inny głos o wiele silniejszy mówił zupełnie co innego. Z ulgą chodziła więc na liczne przyjęcia, byle tylko znaleźć się jak najdalej od swych prześladowców.

Teraz miała się zmierzyć z najbardziej upartym z nich: Clintem Hunterem, który groził, że się zabije. Przyglądała mu się tak, jakby widziała go po raz pierwszy. Była przekonana, iż nawet gdyby ją błagał przez tysiąc lat, i tak nigdy by nie została jego żoną.

— Posłuchaj, Clint... — odezwała się.

Odwrócił się nagle od okna, a jego oczy byłydziwnie nieprzytomne.

— Wiem, co chcesz powiedzieć! — krzyczał. — I nie będę tego słuchał! Jeśli mnie nie poślubisz, zabiję się, ale na Boga, najpierw zabiję ciebie! Jesteś kusicielką, złym duchem! Wabisz mężczyzn swoją urodą tylko po to, aby ich skazać na wieczne potępienie, kiedy dojdą do wniosku, że nie potrafią dłużej żyć bez ciebie. — Wyciągnął pistolet z kieszeni. — Jeśli cię zabiję — zagroził — żaden mężczyzna nie będzie już musiał tak cierpieć, jak ja teraz cierpię!

— Proszę, Clint, proszę, bądź rozsądny! — powtarzała Orina.

Skierował pistolet w jej stronę, a ona gorączkowo rozważała, co powinna zrobić.

— Daj mi to — powiedziała spokojnie. — Spróbujmy jeszcze raz porozmawiać.

— Nie ma o czym rozmawiać. Wszystko zostało już powiedziane! — krzyczał Clint.

Ręka trzymająca skierowaną w Orinę śmiercionośną broń zadrżała. I wtedy nagle, gdy Orina zastanawiała się, co powiedzieć, zdesperowany mężczyzna przycisnął lufę do swojej piersi i pociągnął za spust. Rozległ się ogłuszający huk. Po czym Clint Hunter bardzo powoli osunął się na podłogę.