Anglik w Paryżu - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Anglik w Paryżu - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Saga

Anglik w Paryżu - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandPrzełożyłaTeresa OlczakTytuł originału A Knight in ParisCover illustration: Shuttestock Cover design: grafiskstue.dkCopyright © 1989, 2019 Barbara Cartland i SAGA EgmontWszystkie prawa zastrzeżoneISBN: 9788711771907

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od Autorki

Ze smutkiem patrzę na opustoszałe francuskie zamki, których umeblowanie podczas rewolucji zostało sprzedane, a właściciele zgilotynowani lub wygnani.

To właśnie Anglicy stali się beneficjentami rewolucyjnych wyprzedaży. Książę Walii, przyszły król Jerzy IV, oraz jego przyjaciel lord Yarmouth, późniejszy trzeci markiz Hertford założyli podwaliny pod wspaniałe zbiory osiemnastowiecznego francuskiego rzemiosła artystycznego w naszym kraju. Można je teraz oglądać w kolekcji Wallace’a, a także w Windsorze oraz pałacu Buckingham.

W marcu 1791 roku francuski antykwariusz Daguerre urządził w salonach Christies wielką wyprzedaż francuskich mebli.

Również po klęsce pod Waterloo wielu zbiedniałych napoleońskich notabli musiało z kolei pozbyć się swojej własności.

Wkrótce po zawarciu pokoju lord Yarmouth pospieszył do Paryża. Wracając do kraju musiał wynająć specjalny jacht, aby przewieźć przez kanał La Manche zakupione eksponaty. Następnie podzielił się swoją zdobyczą z księciem regentem. Temu ostatniemu dostała się piękna szafka wykonana przez Boulle’a, będąca nadal w zbiorach pałacu Buckingham.

ROZDZIAŁ 1

Rok 1802

Hrabia Charncliffe jadąc z właściwą sobie zręcznością zatłoczonymi ulicami miał świadomość, że stanowi przedmiot ogólnego zainteresowania, i nie był tym wcale zdziwiony. Powoził czwórką świetnie dobranych karych koni, a jego nowy powóz miał barwę jaskrawożółtą. Wyróżnianie się było jego stałą ambicją. Wiedział jednak z doświadczenia, że nie upłynie nawet kilka miesięcy, a większość elegantów zaopatrzy się w powozy tego samego koloru. Zrobią tak, jak zrobili niegdyś z podpatrzonym u niego sposobem wiązania krawata. Postarają się, żeby krawcy szyli im ubrania o kroju identycznym jak jego stroje, a służący polerowali równie starannie wysokie buty, jak to zauważyli u hrabiego.

Hrabia bardzo dbał o swoją powierzchowność, co w połączeniu z męską urodą przyciągało uwagę wielu kobiet. Miał opinię donżuana i był dumny z tego powodu, choć w głębi duszy zdawał sobie sprawę, że częściej to jego zdobywano, niż pozwalano być zdobywcą.

Obecnie po raz pierwszy to on starał się o względy zamiast być przedmiotem zabiegów. Odziedziczył tytuł wraz z ogromnym majątkiem w wieku, który jego krewni określali jako niezwykle młody. I od tego momentu zaczęto wywierać na niego naciski, żeby się ożenił.

Pałac Charn, jego rodzinne gniazdo, zbudowany za panowania Elżbiety I, stanowił przykład najdoskonalszej włoskiej architektury. Materiały do budowy pochodziły z całej Europy, o czym hrabia lubił opowiadać swoim gościom. „Budulca dostarczyły — mawiał — okoliczne lasy, cegły zrobiono we własnych cegielniach, dachówki sprowadzono z Walii, szyby z Hiszpanii, a kamień z kamieniołomu z okolic Bath.”

Nie musiał już dodawać, że kamieniarzy i rzeźbiarzy ściągnięto z Włoch, żeby ozdobili pałacowe komnaty. Na zamku znajdowały się wybitne prace najznakomitszych artystów gromadzone przez wiele stuleci. Pałac stanowił doskonałe tło dla hrabiego, a on sam wyglądał, jakby wyszedł z ram obrazu, aby pojawiać się w snach młodych panienek na wydaniu.

Przedarł się przez ruch uliczny i dotarł do spokojniejszej drogi prowadzącej z Londynu na północ. Udawał się do przebywającej u swojego dziadka Elaine Dale, która złowiła jego serce. Dom Elaine znajdował się w odległości dziesięciu mil od centrum miasta, za które hrabia wraz z przyjaciółmi uważali ulicę Św. Jakuba.

Elaine była córką lorda Williama Dale. Jej ojciec, najmłodszy syn księcia Avondale, tonął wprost w długach. Jego starszy brat, dziedzic tytułu i majątku, opływał we wszystko, natomiast młodsi członkowie rodziny musieli się zadowolić skromnym dożywociem. Taka kolej rzeczy była czymś normalnym wśród arystokracji, więc kiedy lord William skarżył się, że rodzina traktuje go niesprawiedliwie, nikt go nie słuchał.

Działo się tak, dopóki nie spostrzegł, że posiada skarb niezwykłej wartości w osobie córki Elaine. Słowo „piękna” nie wystarczało na opisanie jej urody. Kiedy dzięki wielkim wyrzeczeniom rodzice przywieźli Elaine do Londynu, jej pojawienie się w salonach można było porównać do pojawienia się meteoru.

Po matce Irlandce odziedziczyła błękitne oczy. Po skandynawskich przodkach jasnozłociste włosy. Była nieco starsza od innych debiutantek, ponieważ z powodu żałoby nie mogła być wcześniej przedstawiona w pałacu Buckingham. Miała przyjemny głosik i choć niezbyt wykształcona, była dość inteligentna, żeby przyciągać uwagę mężczyzn.

Członkowie klubu Św. Jakuba piali wprost z zachwytu, gdy tylko ją ujrzeli. Choć unikali debiutantek, by nie zostać zmuszonym do małżeństwa, tym razem zrobili wyjątek i okrzyknęli ją jako „Niezrównaną” już w pierwszym tygodniu jej bytności w Londynie. Kręciło się koło niej wielu elegantów strzegących dotychczas pilnie swojego kawalerskiego stanu.

Hrabia początkowo nie zwracał uwagi na to, co mu opowiadano o Elaine. Spotkał ją jednak przypadkowo na balu, na którym towarzyszył aktualnej damie swego serca, niezwykle atrakcyjnej ambasadorowej. W przeciwieństwie do niej, osoby kuszącej i prowokującej, Elaine wydała się hrabiemu niczym kropla zimnej wody na pustyni.

Hrabia został jej przedstawiony i uległ jej urokowi jak wszyscy pozostali. Zastanawiało go tylko, czemu Elaine traktuje go całkiem obojętnie. Był przyzwyczajony, że każda nowo poznana kobieta wpatruje się w niego z nie ukrywanym zainteresowaniem i stara się wywrzeć na nim wrażenie.

Elaine przywitała się z nim grzecznie, a potem wróciła do przerwanej rozmowy z pewnym dżentelmenem. Hrabia zaprosił ją do tańca. Nie wiedziała, że jest to przywilej, jakiego udziela tylko najbardziej znanym pięknościom. Odrzekła mu obojętnym tonem, że jej karnecik jest już zapełniony. Hrabia był zaintrygowany, a jednocześnie jego miłość własna została boleśnie zraniona.

Jak to możliwe, żeby dziewczyna, która zaledwie kilka dni temu przyjechała z prowincji i której ojciec jest absolutnym bankrutem, ośmieliła się potraktować go w taki sposób? Pocieszał się jednak myślą, że nie on jeden spotkał się z odprawą, lecz że inni panowie również doznali porażki.

Było zupełnie nie do pomyślenia, żeby osoba tak młoda zachowywała się tak, jakby była gwiazdą, która spadła z nieba pomiędzy zwykłych śmiertelników, lecz nie zamierzała nawiązywać z nimi bliższych kontaktów.

Zafrapowany takim zachowaniem hrabia postanowił odszukać jej ojca, lorda Williama. Należał on do członków klubu White’a, choć z powodu braku pieniędzy rzadko przyjeżdżał do Londynu. Hrabia zastał go w pokoju karcianym, gdzie z kieliszkiem w dłoni przypatrywał się grającym, sam nie biorąc udziału w grze.

— Właśnie miałem przyjemność poznać pańską córkę — zagaił hrabia.

— Prawda, że ładna? — zauważył lord William.

— Myślę, że właściwiej byłoby powiedzieć „piękna” — rzekł hrabia. — Nigdy pan o niej nie wspominał.

— Nie było powodu — odrzekł lord William — gdy była jeszcze w wieku szkolnym. — Wypróżnił kieliszek szampana, potem mówił dalej: — Powiem coś panu, Charncliffe, córki diabelnie drogo kosztują. Prawie tak jak konie!

— To prawda — zgodził się hrabia.

Chciał jeszcze o coś zapytać, lecz spostrzegł, że lord William jest już mocno zawiany. Widoczne było, że ma ochotę na następny kieliszek szampana, który tu podawano bezpłatnie.

— Wie pan, co powiedziałem dziewczynie, Charncliffe — rzekl konfidencjonalnie lord William. — Oświadczyłem jej, że powinna jak najszybciej wyjść za mąż, a im szybciej, tym lepiej dla mnie.

— Znalazł się pan w tarapatach? — zapytał współczująco hrabia.

— Wierzyciele depczą mi po piętach! — wyznał ponuro. — Na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą! Potem otrzeźwiawszy nieco i uświadomiwszy sobie, do kogo mówi, oświadczył: — Jeśli chce się pan ożenić z Elaine, to dam panu moje błogosławieństwo, Charncliffe!

Hrabia spostrzegł, że sprawy idą zbyt daleko i zbyt szybki przybierają obrót, więc się oddalił. Zorientował się jednak, że lord William liczy na znalezienie bogatego zięcia, jak się wyraził, „im szybciej, tym lepiej”. Ponieważ cała sprawa go rozbawiła, zaczął przyglądać się pannie Dale. Przewidywał, że tak długo będzie przebierać w adoratorach, aż w końcu znajdzie odpowiednią partię. Wiedział, że sam mógłby być kandydatem numer jeden do jej ręki.

Plotki opowiadane o jego bogactwie nie były wcale przesadzone. Posiadał majątek Charn obejmujący pięć tysięcy akrów dobrej uprawnej ziemi. Był właścicielem największego i najpiękniejszego pałacu przy Berkeley Square. Miał dom w Newmarket, gdzie ćwiczył swoje wyścigowe konie, a także dużą posiadłość ziemską wraz z domem w Epsom.

Ponieważ nie miał okazji zatańczenia z Elaine tego wieczora, poświęcił czas pani ambasadorowej i właściwie przestał już myśleć o Elaine, aż raptem usłyszał dyskusję na jej temat w klubie. Sposób, w jaki ją wychwalano, był dosyć zabawny. Tego samego wieczora posadzono ją obok niego na kolacji w Devonshire House. Zdumiało go, że została dopuszczona do tak znakomitego towarzystwa. Jednak wkrótce przypomniał sobie, że lord William należy do grona bliskich przyjaciół księżnej.

 

— Jak się pani bawiła na balu u Beauchampów wczorajszego wieczora? — zapytał.

Mówiąc to uświadomił sobie, że jest istotnie bardzo ładna. Trudno byłoby nawet wytłumaczyć komuś, kto jej nie widział, jak bardzo wyróżnia się z grona innych kobiet obecnych na przyjęciu, a były to uznane piękności. Ta młoda dziewczyna miała w sobie coś takiego, że przyciągała oczy wszystkich mężczyzn.

Hrabia spodziewał się, że Elaine odpowie mu, że bardzo jej przykro, iż nie mogła z nim wczoraj zatańczyć. Ku jego wielkiemu zdumieniu rzekła:

— To pan tam był?

Zdawało mu się przez moment, że źle ją zrozumiał. Wydawało mu się to niepodobieństwem, że rozchwytywany w towarzystwie kawaler nie został dostrzeżony przez dziewczątko przybyłe z prowincji.

— Nie tylko tam byłem — rzekł — lecz usiłowałem zaprosić panią do tańca!

— Czyżby? — zapytała. — Musiałam odmówić wielu tancerzom i trudno mi pamiętać ich wszystkich.

Zabrzmiało to jak wyzwanie. Hrabia poczuł, że musi koniecznie wywrzeć wrażenie na pannie Dale. Nieoczekiwanie dla siebie zrozumiał, że nie będzie to łatwe zadanie. Słuchała go wprawdzie, śmiała się z opowiadanych przez niego dowcipów i zachowywała się bardzo miło, jednak pod koniec kolacji uświadomił sobie, że brak w jej oczach wyrazu, jakiego oczekiwał. Nie starała się przyciągnąć jego uwagi, nie stosowała dobrze mu znanych kobiecych sztuczek. Za to dama siedząca po jego drugiej stronie zrekompensowała mu to wszystko w nadmiarze.

W tydzień później hrabia wybrał się do klubu White’a. Gdy tylko wszedł, jeden z przyjaciół zapytał:

— Czy już oglądałeś zakłady, Darrilu? Plasujesz się za Hamptonem.

— O czym ty mówisz? — zapytał hrabia.

— Myślałem, że już ci o tym powiedziano. Robimy zakłady, czy tobie, czy Hamptonowi uda się zdobyć złoty puchar, to znaczy rękę „Niezrównanej Elaine”.

— Co ty, u diabła, wygadujesz?! — zawołał hrabia.

— To wszystko jest bardzo proste — odrzekł przyjaciel. — Wystawiono „Księgę zakładów” i my wszyscy obstawiamy albo ciebie, albo Hamptona. Chodzi o to, który z was do końca czerwca włoży jej obrączkę na palec!

Hrabia podszedł do miejsca, w którym wystawiona była wspaniała „Księga zakładów”. Kartkując jej stronice mógł się przekonać, kto, ile i na kogo postawił. W chwili obecnej plasował się na drugim miejscu i poczuł się niemal obrażony. Był przecież bogatszy od swego rywala i już z tego powodu każda kobieta powinna przyznać mu pierwszeństwo.

Zdawał sobie jednak sprawę, że markiz jest synem księcia Wheathampton. Był to niezbyt przystojny młodzieniec lubiący zaglądać do kieliszka i wywołujący po pijanemu awantury. Niemniej cieszył się powodzeniem u płci pięknej. Zdobywał szturmem wszystkie „fortece” i nie zrażał się długim oblężeniem, jeśli która wpadła mu w oko.

„Jeśli chce kogoś takiego, niech go sobie bierze!” pomyślał hrabia.

Gdy jednak przekonał się, że jeden z jego najbliższych przyjaciół postawił na Hamptona, poczuł się urażony. Tego popołudnia wybrał się więc z wizytą do Elaine Dale. Na tle niewielkiego, skromnego domku wynajętego przez lorda Williama na okres sezonu wyglądała jeszcze ponętniej. Powitała go nie kryjąc zdumienia. Hrabia odniósł wrażenie, jakby w ogóle o nim zapomniała, jakby jej nawet nie przyszło do głowy, że mógłby chcieć ją odwiedzić.

— Pan do mnie, czy do papy? — zapytała.

Mówiła to z taką szczerością, jakby rzeczywiście nie wiedziała. Był niemile zaskoczony, że traktowała go tak, jakby był rówieśnikiem jej ojca. Niemniej postanowił, że będzie dla niej miły, i nie szczędził jej komplementów. Gdy się żegnał, nie zapytała go, kiedy się znów zobaczą. Był przekonany, że po jego wyjściu zupełnie o nim zapomniała.

Dla hrabiego było to niezwykłe doświadczenie, więc postanowił za wszelką cenę zdobyć względy Elaine. Nie mieściło mu się wprost w głowie, że mógłby zostać pokonany przez Hamptona. Zaczął więc wysyłać jej kwiaty, a jego gorliwość zdumiała wszystkie znajome panie.

Jego sekretarz na Berkeley Square mógł zaświadczyć, ile listów słano do hrabiego każdego dnia. Większość z nich pochodziła od zamężnych kobiet. Zawsze pod drzwiami można było spotkać lokai w różnych liberiach wręczających służącemu hrabiego bilecik pachnący gardenią, heliotropem czy rozmarynem.

Teraz dla hrabiego nadszedł czas, kiedy to on sam zaczął pisywać miłosne bileciki, a posłańcy zanoszący je do małego domku w dzielnicy-Islington naśmiewali się z niego do woli.

— Nieźle musiał zostać trafiony! — mówił jeden.

— Nic dziwnego! Przy niej bledną wszystkie inne kobiety! — odpowiadał drugi.

Gdyby hrabia mógł usłyszeć ich pogwarki, wpadłby we wściekłość.

W trzy tygodnie po pierwszym spotkaniu z Elaine hrabia uznał, że nadszedł już czas, by zadeklarował się bardziej wyraźnie. W klubie White’a powstał rumor, że Hampton oświadczył się jej na kolanach, lecz ona odrzekła mu, że musi się jeszcze zastanowić.

„Musi sprawdzić — pomyślał hrabia — czy ja także staję do zawodów.”

Wiedział, że reputacja, jaką się cieszył, mogła sprawić, że nie potraktowała jego zabiegów poważnie. Miała prawo przypuszczać, że gdy chodzi o ślubną obrączkę może się wycofać w ostatniej chwili. Ponieważ większość członków klubu tego się właśnie po nim spodziewała, liczba głosów oddanych przeciwko niemu wydłużała się i Hampton zwyciężał.

Przewracając się w łóżku przez całą noc, hrabia postanowił podjąć decyzję. Nie miał właściwie ochoty się żenić, gdyż cenił sobie wolność, zależało mu jednak na posiadaniu potomka. Elaine, kobieta niezwykłej piękności, była partią odpowiednią. Pochodziła z równie dobrej co on rodziny. Nie ulegało wątpliwości, że na niej rodowa biżuteria będzie prezentować się wspaniale. Już widział, jak inne kobiety zielenieją z zazdrości widząc na jej głowie brylantowy diadem ogromnej wartości. On wprawdzie wolał komplet z szafirów tak pięknie dobranych, że doskonalszego nie ma nawet królowa.

Jako wytrawny znawca kobiecego stroju hrabia zauważył, że choć Elaine prezentuje się znakomicie, nie posiada wielu sukien, lecz ozdabia te same na różny sposób, co uchodzi uwagi mniej spostrzegawczych osób. Wszyscy wpatrzeni są wyłącznie w jej twarz, błękitne oczy, urocze usteczka. Hrabiemu przyszło na myśl, że chciałby ją pocałować. Dotychczas całował tylko jej rękę, zbyt dobrze znał kobiety, żeby w tak krótkim czasie domagać się czegoś więcej. Mógłby dostąpić tego zaszczytu, gdyby ukląkł przed nią, złożył jej swoje serce i poprosił, żeby została jego żoną.

— Do diabła, zrobię to! — powiedział do siebie.

Postanowił następnego dnia złożyć jej wizytę i oświadczyć się. Dowiedział się jednak, że Elaine niespodzianie opuściła Londyn, udając się do swojego dziadka księcia Avondale. W pierwszej chwili hrabia poczuł się rozczarowany, potem pomyślał, że oświadczyny na wsi mogą wypaść jeszcze bardziej romantycznie. Przecież salonik w Islington wyglądał tak nieciekawie.

Kazał zaprząc nowe, specjalnie kupione konie do żółtego powozu i udał się do Avondale House. Jadąc rozmyślał, że nie ma dziewczyny, której serce nie zadrżałoby na jego widok. Kochanki mówiły mu, że wygląda niczym Apollo. Powtarzały mu ten komplement tak często, aż uwierzył że tak jest naprawdę. Nawet gdyby Elaine nie wiedziała, kim był Apollo, nie przypuszczał, żeby mogła pozostać nieczuła na jego widok.

Hrabia nie był zarozumiały, lecz znał swoją wartość. Wiedział, że na całej ulicy Św. Jakuba nie znajdzie się nikt, kto powoziłby równie perfekcyjnie jak on. Był przekonany, że w tej umiejętności pokona każdego przeciwnika. Dotarcie do Avondale House zajęło mu niewiele ponad godzinę. Pałac nie zrobił na nim wielkiego wrażenia. W porównaniu z jego własnym był nieciekawy. Niemniej, pomyślał kwaśno, „co książę, to książę”. Być może to właśnie tytuł książęcy przeważał szalę na rzecz Hamptona. Wspomniał jego nieładną twarz i pomyślał, że porównywanie się z nim jest po prostu śmieszne.

Hrabia wysłał wcześniej posłańca, żeby powiadomił Elaine o jego przybyciu. Podjeżdżając do głównego wejścia był przekonany, że oczekuje na niego z niecierpliwością. Dwóch lokajów odzianych w sfatygowane liberie podbiegło, żeby rozłożyć przed nim na schodach czerwony zniszczony chodnik. Stajenny hrabiego zeskoczył ze swojego miejsca z tyłu powozu i podszedł do koni. Hrabia oddał mu lejce i wysiadł z powozu. Stary kamerdyner ukłonił mu się, gdy mijał drzwi wejściowe. Hrabia wręczył lokajowi cylinder i rękawiczki i rozejrzał się po holu wyglądającym dość ponuro. Następnie udał się za kamerdynerem do salonu, w którym ku jego zdumieniu nie było nikogo.

W przeszłości złożył wiele podobnych wizyt. Zawsze dama, do której przyjeżdżał, stała w głębi salonu na tle wazonów z kwiatami ubrana w najpiękniejszą swoją kreację. Gdy anonsowano jego przybycie, wydawała okrzyk zdumienia. Po zamknięciu drzwi przez służbę rzucała się w jego ramiona ze słowami:

— Och, Darrilu... marzyłam, żebyś przyiechał obawiałam się, że mogłeś zapomnieć lecz …

— Jakże mógłbym' zapomnieć? — odpowiadał.

— Kocham cię, Darrilu!

Słowa te wypowiadane były namiętnym szeptem. Usta garnęły się do jego ust, a całe ciało domagało się uścisków. Wszystko to było mu tak dobrze znane, iż nieraz odnosił wrażenie, że występuje na scenie i odgrywa bezbłędnie swoją rolę.

Lecz Elaine na niego nie czekała. Pomyślał cynicznie, że jest mądrzejsza, niż przypuszczał. Pięć minut później weszła do salonu. Dobrze zdawał sobie sprawę, że każe mu na siebie czekać, nie było to jednak tak długo, żeby go rozzłościć. Wyglądała prześlicznie w sukni, którą miała na sobie w ubiegłym tygodniu, tyle że teraz była ozdobiona różowymi, a nie niebieskimi wstążkami. Jej włosy były ułożone w sposób modny, lecz naturalny. W ręku trzymała koszyk pełen róż. Zatrzymała się w drzwiach i powiedziała:

— Przepraszam, że musiał pan czekać, bo choć powiadomił mnie pan o swoim przybyciu, jednak nie sądziłam, że pojawi się pan tak wcześnie.

Jej słowa brzmiały naturalnie, nie wierzył jednak, żeby była w ogrodzie i zrywała róże. Postawiła koszyk na krześle i podeszła do kominka. Nie palił się w nim ogień, lecz znajdowały się tam różowe kwiaty pasujące do szarf przy jej sukni.

— Wygląda pani cudownie! — powiedział.

Nie zapłoniła się, tylko spuściła wzrok, jakby była zawstydzona. Było to działanie rozmyślne, a nie spontaniczna reakcja. Pomyślał, że niepotrzebnie odnosi się do niej tak krytycznie. Przecież nie lubi niepewnych siebie dziewcząt.

— To bardzo miło z pana strony, że pan przyjechał! — rzekła.

— Nie było to dla mnie aż tak uciążliwe — powiedział. — Moje nowe konie uporały się z drogą bez trudu. Może chciałaby je pani zobaczyć?

— Tak, oczywiście.

Z tonu jej głosu wywnioskował, że tak naprawdę to nie jest wcale zainteresowana. Chciał jej powiedzieć, że Hampton nie ma pojęcia o powożeniu i jeździec z niego też raczej kiepski. Pomyślał jednak, że nie czas teraz wspominać o Hamptonie, lecz że powinien przystąpić do sprawy bezzwłocznie.

— Przyjechałem, Elaine — rzekł — gdyż mam pani coś do powiedzenia.

Uniosła ku niemu błękitne oczy i zapytała:

— Cóż to takiego, że nie mógł pan poczekać do mojego powrotu do Londynu?

— Myślę, że wieś — powiedział hrabia — którą kocha pani zapewne tak jak i ja, będzie właściwym miejscem dla odbycia tej rozmowy.

Przemknęło mu przez głowę, że nic mu nie wiadomo na temat jej wiejskich upodobań. Poznał ją przecież w Londynie. Zapomniał jednak o wszystkim, kiedy dostrzegł jej oczy wpatrujące się w jego twarz i jej rozchylone wargi. Zapragnął je całować.

— Przyjechałem, żeby zapytać cię, Elaine — powiedział — czy wyszłabyś za mnie za mąż?

Jego oświadczyny nie były zbyt wymowne, lecz zabrzmiały naturalnie. Elaine zrobiła wielkie oczy i rzekła ze zdumieniem:

— Nie miałam pojęcia, że myśli pan o mnie poważnie.

— Ale to prawda.

Mówiąc to otoczył ją ramieniem, lecz ku jego zaskoczeniu wysunęła się z jego objęć.

— Proszę tego nie robić — rzekła — nie powinien pan mnie całować.

— Czemu?

— Ponieważ jeszcze nie zdecydowałam, czy przyjmę pańskie oświadczyny. Muszę się nad tym wpierw zastanowić.

— Zastanowić? — zapytał hrabia.

W najśmielszych oczekiwaniach nie przypuszczał, że kobieta, której zaproponuje małżeństwo, nie przyjmie jego deklaracji ochoczo.

 

— Nie sądziłam, że pańskie zabiegi są poważne — powtórzyła.

— Oczywiście że są! — rzekł hrabia. — Są aż nadto poważne i jak mniemam, Elaine, będziesz ze mną szczęśliwa.

Pomyślał, że przecież nie może być inaczej, kiedy dowie się, ile przeznacza dla niej pieniędzy.

— Jest pan bardzo miły i jak wiem, papa lubi pana — powiedziała — lecz byłoby to wielkim błędem z naszej strony, gdybyśmy śpieszyli się z małżeństwem nie poznawszy się najpierw bliżej.

Hrabia był oszołomiony.

— Widujemy się przecież często przez ostatnie tygodnie — rzekł.

— Ale nigdy nie jesteśmy sami — powiedziała. — Zawsze dokoła kręci się wielu ludzi. — Nic nie odpowiedział, a ona dodała spuszczając oczy: — Opowiadano mi oczywiście o pańskich podbojach i o tym, że wiele kobiet kocha się w panu.

— Nie powinna pani zajmować się wysłuchiwaniem plotek! — przerwał jej hrabia. — Przysięgam, że nigdy dotąd nie prosiłem o rękę żadnej kobiety.

— Czuję się tym pochlebiona — powiedziała — jednak muszę mieć trochę czasu na zastanowienie.

Podeszła do okna i stanęła w słońcu. Hrabia patrzył na nią przez chwilę, potem zbliżył się i powiedział:

— Niech pani będzie rozsądna, Elaine. Kocham panią i sprawię, żeby pani mnie pokochała. Proszę się zgodzić na ogłoszenie naszych zaręczyn i zawarcie ślubu jeszcze przed zakończeniem sezonu.

— Muszę to wszystko sobie przemyśleć!

— O czym tu myśleć? — zapytał hrabia.

— O panu! Ma się rozumieć, że o panu!

— Co tu jest do myślenia?

— Chciałabym mieć pewność, absolutną pewność, że będziemy się kochać wystarczająco mocno, żeby się pobrać.

— Nie prosiłbym panią o rękę, gdybym nie był pewien, że tego właśnie pragnę — rzekł hrabia. — Myślę, kochanie, że pałac Charn spodoba ci się i że będzie stanowił właściwą oprawę dla twojej urody. Będziesz najpiękniejszą hrabiną, jaka kiedykolwiek w nim zamieszkiwała.

— Dziękuję — wyszeptała.

— Zamówimy u Romneya twój portret i powieszę go w swoim gabinecie.

— Byłabym bardzo rada.

— Zatem odpowiedź brzmi „tak”.

Znów hrabia usiłował ją objąć, lecz bez skutku.

— Namyślę się jeszcze, lecz z przyjemnością zobaczyłabym Charn, jeśli zechciałby pan mnie zaprosić.

— Możemy wybrać się tam choćby jutro i zabrać ze sobą, kogo sobie życzysz.

— Jest pan bardzo uprzejmy — rzekła Elaine — lecz jutro odbywa się w Londynie bal, w którym obiecałam wziąć udział.

— Musisz się oswoić z tą myślą, kochanie, że jako twój mąż jestem ważniejszy od każdego balu.

— Lecz ten jest szczególny.

— Czemu? — zainteresował się hrabia.

— Ponieważ będzie to bal wydany na moją cześć.

— Przez kogo?

— Przez markiza Hamptona.

— Markiz wydaje dla ciebie bal?! — zawołał hrabia.

— To tylko niewielki bal, lecz ponieważ papy nie stać na to, żeby wyprawić go dla mnie, może pan sobie wyobrazić, jak bardzo jestem przejęta.

— To zrozumiałe — rzekł hrabia. — Mam nadzieję, że zostałem zaproszony?

— Myślę, że James pana zaprosi, jeśli go o to poproszę.

— Nie rób sobie kłopotu — odrzekł hrabia, a ponieważ zabrzmiało to opryskliwie, dodał po chwili: — Hampton musi zrozumieć, że jako moja narzeczona nie możesz wziąć udziału w balu beze mnie. Chyba że wymyślisz jakieś usprawiedliwienie, żeby odrzucić jego propozyqcję.

— Nie mogę tego zrobić! — zawołała Elaine. — To byłoby niegrzecznie!

— A teraz posłuchaj mnie, Elaine — odezwał się hrabia poważnym tonem. — Kocham cię i jestem zdecydowany cię poślubić. Wydam na twoją cześć bal w moim domu przy Berkeley Square i w Charn. — Elaine wydała okrzyk, który uznał za oznakę radości, a potem mówił dalej: — Zapomnij o Hamptonie i tych wszystkich dżentelmenach. Myśl tylko o mnie i o szczęściu, jakie nas czeka, kiedy zostaniesz moją żoną.

— Jest pan naprawdę bardzo miły — powtórzyła Elaine. — Umieram wprost z chęci zobaczenia Charn.

— A więc pojedź ze mną.

— Kiedy pan się tam wybiera?

— Jak można najszybciej.

Elaine spojrzała na ogród.

— Papa opowiadał mi często o Charn — rzekła — a także dziadek, który był przyjacielem pańskiego ojca.

— Chyba w istocie przyjaźnili się — zgodził się hrabia czując, że oddalają się od tematu.

— Dziadek mówił — kontynuowała Elaine — że w Charn jest wszystko, co w wielkopańskim domu być powinno, z wyjątkiem jednej rzeczy.

— Jakiej mianowicie? — zapytał hrabia odrobinę opryskliwie.

— Właśnie dzisiaj rano dziadek powiedział mi, że chociaż pańska kolekcja obrazów nie ma sobie równej i choć pańskie angielskie meble są doskonałe, brak tam francuskich dzieł sztuki.

— Francuskich? — zdziwił się hrabia. — A czemu miałbym je mieć?

— Książę Walii na przykład zdołał zgromadzić ogromną kolekcję francuskich mebli w swoim pałacu Carlton House.

— Tak, wiem o tym — rzekł hrabia. — Jego Królewska Mość wysłał swojego ochmistrza, Francuza, do Francji, żeby kupił wszystko, co zostało wystawione na sprzedaż z wyposażenia Wersalu.

— Widziałam tę kolekcję w ubiegłym tygodniu — zauważyła Elaine — i bardzo mi się podobała.

— Jeśli chcesz mieć francuskie umeblowanie, będziesz je miała! — oświadczył hrabia.

Dostrzegł błysk w jej oczach.

— Mówi pan poważnie?

— Oczywiście że tak! Wiele z tych rzeczy jest nadal do kupienia w Londynie.

— Będzie je można kupić również we Francji, jeśli pokój zostanie podpisany.

Hrabia spojrzał na nią.

— Chcesz, żebym pojechał do Francji po meble?

— A mógłby pan to zrobić? Zdecydowałby się pan na to dla mnie?

— Uczynię wszystko, czego sobie życzysz — rzekł — lecz jest to życzenie dość niezwykłe.

— Ponieważ w pańskiej siedzibie Charn nie ma francuskich mebli, byłabym bardzo rada, gdyby pan za moją przyczyną tam je sprowadził.

Hrabiemu cała ta sprawa wydała się bardzo dziwna.

— Pojadę natychmiast do Francji — powiedział i przywiozę cały zestaw mebli z Wersalu czy też z innego pałacu.

Przypomniał sobie, jak mu mówiono, że wyprzedaż Wersalu już się skończyła. Miał nadzieję, że pozostało jeszcze umeblowanie w innych zamkach. Elaine patrzyła na niego i opromieniona słońcem wydała mu się szczególnie piękna.

— Jeśli mam się wybrać do Francji, tak jak sobie tego życzysz, pozwól przynajmniej, żebyśmy ogłosili nasze zaręczyny przed moim odjazdem.

Elaine potrząsnęła przecząco głową, a w jej oczach dostrzegł figlarne błyski.

— Przecież pan zaraz wyjeżdża — rzekła. — Pańska nieobecność da mi czas do namysłu, a kiedy pan przyjedzie z pięknymi meblami, wrócimy do naszej rozmowy.

— Zaskakujesz mnie, Elaine — rzekł hrabia.

— Usiłuje pan mnie poganiać — odrzekła — a ja postanowiłam wypróbować siłę pańskiej miłości.

Spuściła oczy.

— Wydaje mi się, że posyłasz mnie, żebym zabił smoka czy też wykonał jedną z herkulesowych prac, żeby zasłużyć sobie na twoją rękę.

Elaine klasnęła w dłonie.

— Właśnie mi o to chodzi — rzekła. — Niech pan jedzie do Francji, a kiedy pan wróci, podejmiemy naszą rozmowę.

— Jesteś pewna, że tego właśnie pragniesz?

— Absolutnie pewna! Mam nadzieję, że odniesie pan sukces.

Hrabia zbliżył się do niej.

— Chyba mnie pocałujesz na pożegnanie.

Kiedy jednak zbliżył usta do jej ust, przykryła je dłonią i w końcu pocałował ją w policzek. Chciał ją objąć, lecz wyślizgnęła mu się i pobiegła w stronę drzwi.

— Do widzenia i niech panu Bóg pomaga — rzekła.

Nie zdołał nawet pomyśleć o jej dziwnym zachowaniu, kiedy zatrzasnęła za sobą drzwi. Zobligowała go do wyjazdu do Francji, czy chciał tego, czy nie.

— A niech to wszyscy diabli! —powiedział głośno. — Cała ta sprawa wygląda idiotycznie.