Książka o dworzaninie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Natomiast te wasze praktyki, do których tak wielkie nadzieje przywiązujecie, są moim zdaniem bardzo niebezpieczne, a czasami nawet mogą okazać się zgubne w skutkach; jeżeli bowiem ignoranci rozpowszechniają nagminnie jakiś błąd w mówieniu, to jak mi się zdaje, wcale nie powinien być on z tego powodu przyjmowany jako norma i naśladowany przez innych ludzi. Co więcej, przyzwyczajenia bywają rozmaite i nie ma takiego zacnego miasta w Italii, które by nie miało swoistego sposobu wyrażania się, odmiennego od wszystkich innych. Skoro jednak nie macie ochoty sami siebie ograniczać stwierdzeniem, że któraś spośród tych manier jest najlepsza, to każdy mógłby przyjąć za tak samo poprawny sposób mówienia bergamaski jak i florencki, a to przecież – jak sami twierdzicie – nie byłoby żadnym błędem. Sądzę zatem, że każdemu, kto pragnie uniknąć jakichkolwiek wątpliwości i całkiem się upewnić, że czyni dobrze, trzeba by zalecić naśladowanie jednego tylko wzorca, który w zgodnej opinii wszystkich uznany by został za dobry, a ten niechby stał się mu na zawsze przewodnikiem oraz tarczą do obrony przed wszystkimi, którzy mieliby ochotę czynić temu komuś zarzuty. Nie uważam przy tym, aby ten wzorzec (mam na myśli wymowę potoczną57), miał być różny od języka Petrarki i Boccaccia; a ktokolwiek od tych dwóch by odchodził, byłby jak człowiek pozbawiony światła, błąkający się w ciemności i często mylący drogę. My wszakże jesteśmy tak zuchwali, że nie raczymy czynić tego, co robili zacni Starożytni, a mianowicie przestrzegać zasady naśladowania, bez czego, jak twierdzę, nie da się pisać pięknie58. Sądzę, że doniosłym tego poświadczeniem jest przykład Wergiliusza, chociaż bowiem geniusz jego przepotężny i osąd boski odebrał potomnym nadzieję, iżby kiedykolwiek potrafili dobrze go naśladować, to jednak przecież sam wolał skwapliwie naśladować Homera”.

XXXI

Odezwał się na to pan Gaspar Pallavicino: – „Cała ta dyskusja o pisaniu zaiste zasługuje na to, by się jej przysłuchiwać; niemniej wszelako bliższe by to było postanowieniu, któreśmy tu przyjęli, gdybyście zechcieli nas pouczyć o tym, jakim stylem powinien przemawiać dworzanin, myślę sobie bowiem, że jemu właśnie taka wiedza najbardziej jest potrzebna, częściej wszak zdarza się mu posługiwać mową aniżeli pismem”. – Il Magnifico na to odpowiedział: – „Owszem, nie ma co do tego wątpliwości, że dworzanin tak znakomity i doskonały koniecznie musi znać się i na jednym, i na drugim oraz że bez opanowania tych obu umiejętności znajomość wszystkich innych zapewne nie zasługiwałyby na uznanie, skoro jednak hrabia chciałby wypełnić swoją powinność, to powinien nauczyć tego dworzanina nie tylko jak przemawiać, ale też i jak dobrze pisać”59. – Na to hrabia: – „Panie Magnifico, tego w żadnym razie się nie podejmę. Wielką bowiem głupotą z mojej strony byłoby chcieć nauczać innych tego, na czym sam się nie znam, a nawet jeślibym coś o tym wiedział, to głupstwem by było wyobrażać sobie, że potrafiłbym w niewielu słowach osiągnąć to, co za cenę tak wielkiego starania i wysiłku potrafili z trudem uczynić ludzie najuczeńsi, ich to zatem dzieła poleciłbym naszemu dworzaninowi, gdybym mimo wszystko został przymuszony do uczenia go pisania i przemawiania”. – Odezwał się wtedy pan Cezar: – „Pan Magnifico ma na myśli mówienie i pisanie w języku potocznym, a nie po łacinie, zatem owe pisma ludzi uczonych nie mają związku z naszą rozmową. Trzeba wszakże, byście nam powiedzieli, jakiej to mianowicie wiedzy wam brakuje, skoro mamy was uznać za całkiem usprawiedliwionego”. – Hrabia odrzekł: – ­„O tym już wam mówiłem, a skoro rozmawiamy o języku toskańskim, to pewnie panu Magnifico wypadałoby bardziej, aniżeli komukolwiek innemu, swój sąd na ten temat wyrazić”. – Na to odpowiedział Magnifico: – „Nie mogę, ani też zgodnie z rozsądkiem nie powinienem nawet zaprzeczać temu, kto twierdziłby, że język toskański jest jakoby najpiękniejszy spośród innych. Prawdą jest zaiste, że u Petrarki i Boccaccia znajduje się wiele takich słów, które dzisiaj wyszły już z użycia; wszak i ja nigdy bym się nimi nie posługiwał ani w mowie, ani w piśmie. Sądzę też, że i oni sami, gdyby dożyli naszych czasów, także by już dzisiaj nie robili z nich użytku”. – Na to odezwał się pan Fryderyk: – „Ależ przeciwnie, właśnie że by ich używali; wy zaś panowie Toskańczycy, powinniście za ich przykładem odnowić wasz język i nie pozwolić mu się zatracić, jak to czynicie; bowiem już teraz można powiedzieć, że we Florencji mniej się o nim wie aniżeli w innych okolicach Italii”. – Rzekł tedy pan Bernard: – „Te wyrażenia, których się już nie używa we Florencji, przetrwały pomiędzy wieśniakami, a jako zużyte i ze starości zmurszałe, zostały odrzucone przez szlachtę”.

XXXII

Wtedy księżna pani przemówiła tymi słowy: – „Nie odbiegajmy od naszego pierwotnego tematu, zaś hrabia Ludwik niech uczy dworzanina dobrze przemawiać i pisać, czy by to było po toskańsku, czy w jakimkolwiek innym dialekcie, jaki się spodoba”. – Odpowiedział jej hrabia: – „Powiedziałem już, o pani, co wiem na ten temat, i twierdzę, że te same zasady, które służą do nauczania jednej umiejętności, posłużą także do uczenia tej drugiej. Ale skoro żądacie tego ode mnie, odpowiem tak samo, jak chciałbym odpowiedzieć na to, co powiedział pan Fryderyk, który twierdzi coś innego niż ja; może zresztą powinienem omówić tę kwestię nieco obszerniej, niż wypada. W każdym razie będzie to wszystko, co mam do powiedzenia. Po pierwsze więc twierdzę, że wedle mojego rozeznania ów nasz język, który nazywamy pospolitym (vulgare) wciąż jeszcze jest delikatny i świeży, choć przecież już od dawna pozostaje w użyciu. Od czasu bowiem, kiedy barbarzyńcy zaczęli nie tylko napadać i rabować Italię, ale też ją zasiedlać, pod ich wpływem język łaciński ulegał zepsuciu i zniekształceniu, z tych zaś zniekształceń utworzyły się inne języki. A tak jak owe rzeki, które od wierzchołków Apeninów rozdzielają się i wpadają do dwóch mórz, tak też i te języki się rozdzieliły, a niektóre z nich zabarwione łacińskością dotarły rozmaitymi drogami, ten do jednego kraju, tamten do drugiego, inny zaś napiętnowany barbarzyństwem pozostał w Italii. Tak więc nasz język przez długi czas pozostawał nieforemny i nieuporządkowany, nie było bowiem nikogo, kto by o niego zadbał, albo kto by używał go do pisania, czy wreszcie, kto by się postarał przydać mu piękna i jakiegokolwiek bodaj wdzięku; później jednak zaczęto go uprawiać w Toskanii cokolwiek lepiej aniżeli w innych miejscach Italii; zaś jego rozkwit zdawał się tam początkami swymi sięgać czasów najdawniejszych przez to, że właśnie lud tutejszy lepiej od innych zachował w użyciu dźwięczny akcent w wymowie i porządek gramatyczny tam, gdzie to było stosowne; wydał poza tym trzech zacnych pisarzy, którzy genialnie wyrażali swoje myśli za pomocą takich słów i wyrażeń, którymi posługiwano się zwyczajowo w ich czasach; tym zaś, który – jak sądzę – z większym niż tamci powodzeniem pisał o sprawach miłosnych, był Petrarka. Później nie tylko w Toskanii, ale z czasem w całej Italii wśród ludzi szlachetnych i dobrze obytych na dworach, znających się zarówno na sprawach militarnych, jak i na literackich, wzbudziło się zainteresowanie mówieniem i pisaniem bardziej wytwornym, aniżeli bywało w tamtym pierwszym wieku prostactwa i nieokrzesania, kiedy pożar klęsk wzniecony przez barbarzyńców nie został jeszcze ugaszony60; posługiwanie się wieloma wyrażeniami zarzucono zarówno w samej Florencji, jak i w pozostałych częściach Italii, zaś ich miejsce zajęły inne, czyli dokonała się w tym wypadku ta sama zmiana, która zdarza się we wszystkich sprawach ludzkich, a która również zawsze następuje w przypadku innych języków. Dzięki temu, że owe najdawniejsze łacińskie pisma starożytne przetrwały do dzisiaj, możemy się przekonać o tym, że Evander61 i Turnus62, a także inni pisarze łacińscy im współcześni wyrażali się inaczej, aniżeli później ostatni królowie rzymscy i pierwsi konsulowie. Już choćby z tego dowiedzieć się możemy, jak bardzo owe wiersze, które śpiewali Saliowie63 dla potomnych, były prawie niezrozumiałe, ponieważ jednak miały taką właśnie, a nie inną formę nadaną im przez pierwotnych ich twórców, to nie zmieniano jej właśnie przez wzgląd na szacunek dla religii. Natomiast mówcy i poeci stopniowo odchodzili od wielu wyrażeń używanych przez ich przodków; zatem Antoniusz64, Krassus65, Hortenzjusz66 i Cycero67 oddalali się znacznie od słownictwa Katona68, zaś Wergiliusz69 dystansował się od Enniusza70, a tak samo postępowali również inni. Choć bowiem wszyscy oni żywili wielki szacunek dla starożytności, nie czcili jej przecież aż tak bardzo, aby przyzwalać na krępowanie nią siebie samych w ten sposób, w jaki wy chcecie nas ograniczać obecnie. Przeciwnie, odnosili się do niej krytycznie tam, gdzie wydawało się im to słuszne, jak to czynił Horacy71, gdy pisał, że jego przodkowie nierozsądnie wychwalali Plauta72, sam zaś uważał, że ma prawo sięgać po nowe wyrażenia. Cycero zaś w wielu miejscach gani licznych swoich poprzedników i, by potępić Galbę73, utrzymuje, że jego mowy trąciły staroświecczyzną; powiada także, że sam nawet Enniusz lekceważył pod niektórymi względami swoich poprzedników. Tak więc, gdybyśmy chcieli naśladować Starożytnych, tak postępując, właściwie naśladować ich nie będziemy. Wszak, jeśli Wergiliusz, jak tu powiadacie, naśladował Homera, to nie naśladował go w jego języku.

 

XXXIII

Przeto gdy o mnie chodzi, staram się unikać owych starożytnych wyrażeń, z wyjątkiem jednak pewnych okoliczności, a i to czynię rzadko; wydaje mi się, że ten, kto posługuje się nimi w inny sposób, popełnia błąd nie mniejszy od kogoś, kto by, pragnąc naśladować Starożytnych, chciał się żywić żołędziami, mając pod dostatkiem pszenicy. A skoro mówicie, że wyrażenia antyczne samym tylko dostojeństwem swojej starożytności przydają ozdoby każdemu tematowi, czegokolwiek by on dotyczył, tak iżby wypowiedź o nim zasługiwała na pochwałę, to twierdzę, że nie tylko owe słowa starodawne, ale też i wszystkie inne ładne wyrażenia, jeżeli cała wypowiedź nie zawiera w sobie substancji pięknej myśli w niej zawartej, nie sprawią, iż ktokolwiek rozumnie będzie tę mowę pochwalał. Albowiem oddzielanie myśli od słów jest oddzielaniem duszy od ciała, czego i w jednym, i w drugim przypadku nigdy uczynić nie można bez unicestwienia. Tym więc, co, jak sądzę, jest zasadniczo ważne i konieczne dla dworzanina, jeśli ma on pięknie mówić i pisać, jest posiadanie wiedzy. Ten bowiem, kto nie ma wiedzy, albo też kto w umyśle swoim nie ma nic takiego, co zasługiwałoby na zastanowienie, nie może ani mówić, ani też o tym pisać. Następnie powinien ktoś taki uporządkować sensownie to, co ma zamiar powiedzieć albo napisać, potem zaś dopiero dobrze to wyrazić słowami, które – jeżeli się nie mylę – winny być właściwe, dobrane, błyskotliwe i poprawnie ułożone, jednak przede wszystkim takie, jakimi posługuje się także lud. Tak bowiem dobrane wyrażenia przyczyniają się do wzniosłości i do uroczystego charakteru wypowiedzi, jeśli tylko mówca ma odpowiednie wyczucie i dołoży staranności, a także, jeśli wie, jak wyszukiwać słowa najlepiej oddające to, co ma zamiar powiedzieć, jak je uwznioślić oraz podzielić i uporządkować, aby przystawały niczym stopiony wosk do jego myśli; musi też sprawić, aby odsłaniały już na pierwszy rzut oka i pozwalały w sobie rozpoznać ich dostojność i wspaniałość, niczym malowidła umieszczone w odpowiednim i naturalnym oświetleniu. A to, co mówię, dotyczy zarówno pisania, jak i przemawiania; w mowie jednak potrzebne są niektóre rzeczy, które nie są konieczne w pisaniu: a mianowicie dobry głos, ani zbyt cienki i łagodny jak u kobiet, ani też tak surowy i chropawy jak to bywa u wieśniaków, lecz dźwięczny, jasny, przyjemny i dobrze ustawiony, z wyraźną dykcją; ważne jest także odpowiednie zachowanie i gestykulacja; te zaś, moim zdaniem polegają na stosownych ruchach całego ciała, niezbyt afektowanych ani gwałtownych, lecz opanowanych, a także na utrzymaniu spokojnego wyrazu twarzy i na takich poruszeniach oczu, które przydają mowie wdzięku i współgrają ze słowami oraz – jak to tylko możliwe – uwydatniają znacząco na równi z gestami intencje i uczucia tego, kto przemawia. Jednak wszystkie te rzeczy będą daremne i niewiele znaczące, jeżeli myśli wyrażane słowami nie będą piękne, błyskotliwe, cięte, wytworne i ważkie, stosownie do potrzeby”.

XXXIV

„Jeżeli ów dworzanin będzie przemawiał z taką elegancją i powagą – powiedział na to pan Morello – wątpię, czy znajdzie się między nami ktokolwiek, kto by go nie zrozumiał”. – „Owszem, zrozumie go każdy – odrzekł hrabia – bowiem przystępność wcale nie jest sprzeczna z elegancją. Nie chciałbym także, aby dworzanin mówił zawsze tylko o sprawach ważkich, lecz niechby też czasami zatrącał o rzeczy przyjemne, żartował i opowiadał dowcipy stosownie do okoliczności; wszystko to jednak musi być dorzeczne, wyrażone przytomnie, z użyciem przejrzystego słownictwa; a w żadnym natomiast przypadku nie można okazywać próżności ani chłopięcego błazeństwa. Kiedy zaś przyjdzie mu rozprawiać o rzeczach niejasnych i trudnych, chciałbym, żeby zarówno w słowach, jak i w myślach wyraziście określonych wyłuszczył subtelnie swoją intencję, wszystkie zaś dwuznaczności wyjaśnił i wyprostował ze starannością w pewien sposób daleką od męczącej pedanterii. Zarazem, gdy będzie po temu sposobność, niechby umiał przemawiać z godnością i mocą, wzbudzając emocje, które skrywają się w naszych sercach, zapalając je lub poruszając wedle potrzeby; niekiedy zaś też i z ową prostotą, która sprawia, iż można mieć wrażenie, że to przemawia sama natura rzeczy. Powinien też wiedzieć, jak zmiękczyć i jakby odurzyć słuchacza słodyczą i ową swobodą, tak, aby słuchający pomyślał sobie, że i on sam przy niewielkim wysiłku potrafiłby osiągnąć ten poziom, zaś kiedy tego spróbuje, żeby jednak zrozumiał, jak faktycznie daleko mu do tego. Chciałbym, aby nasz dworzanin nie tylko wyrażał się i pisał w takim właśnie stylu, i żeby łowił we wszystkich krainach Italii słowa błyskotliwe i eleganckie, ale też bym ja sam miał powód go chwalić, gdy będzie używał niektórych określeń i francuskich, i hiszpańskich, na które dzisiaj nasz obyczaj językowy przyzwala. Nie miałbym zatem nic przeciw temu, gdyby czasem mówił primor74, accertare75, avventurare76 albo ripasse una persona con ragionamento77, kiedy by zapragnął podkreślić zamiar poznania człowieka i traktowania go z wielką uwagą; aby też użył wyrażenia: un cavalier senza rimproccio78, attillato79, creato d’un principe80 oraz innych tego rodzaju określeń, z nadzieją jednak, że zostanie zrozumiany. Czasami życzyłbym sobie, aby używał on niektórych słów w innym niż ich własne znaczeniu, przenosząc je sensownie, jakby je przeszczepiając niby gałązkę drzewa, do bardziej odpowiedniego pnia, czyniąc je jeszcze wdzięczniejszymi i piękniejszymi, a także umieszczając przedmioty, o których mówi, w zasięgu naszych oczu czy, jak się to mówi, na dotknięcie ręki ku przyjemności słuchacza lub czytelnika. Nie chciałbym też, aby się lękał wyszukiwania wciąż nowych i nowych figur mowy, wywodząc je w pięknym stylu od autorów łacińskich, tak jak starożytni łacinnicy przejmowali je od Greków.

XXXV

Gdyby zatem wśród ludzi wykształconych, światłych i rozsądnych, których pomiędzy nami nie brakuje, znaleźli się takowi, którzy by podjęli trud pisania stylem, o którym tu była mowa i tymże językiem, i to o rzeczach godnych czytania, to niebawem przekonalibyśmy się, jak oto staje się wyszukanym i jak obfitującym w piękne wyrażenia i figury, zdolnym do tego, by nim się posługiwać w piśmie tak samo sprawnie jak każdym innym językiem; a jeśliby to miała nie być czysta stara toskańszczyzna, to byłby to język włoski, powszechny, żyzny i urozmaicony niczym rozkoszny ogród pełen rozmaitych kwiatów i owoców. Nie byłoby w tym zresztą nic nowego, bowiem pisarze greccy, wybierając z każdego spośród czterech dialektów, którymi mieli zwyczaj się posługiwać, wyrażenia, formy i figury, jak który uważał za stosowne, doprowadzili do powstania jeszcze jednego języka, nazwanego „wspólnym”81, potem zaś wszystkie one otrzymały jedną nazwę języka greckiego; chociaż zaś dialekt attycki był bardziej od innych elegancki, czysty i płodny, to przecież dobrzy pisarze, którzy nie byli rodowitymi ateńczykami, nie silili się na to, aby po sposobie pisania i jakby po zapachu oraz po właściwościach ich naturalnej mowy, nie byli rozpoznawani i aby też ich z tego powodu nie lekceważono; przeciwnie, ganiono takich, którzy starali się wyglądać na nazbyt ateńskich. Z kolei spośród pisarzy łacińskich wysoko ceniono w swoim czasie również wielu niebędących Rzymianami, chociaż nie znajdowano u nich owej czystości właściwej językowi rzymskiemu, którą w rzadkich tylko przypadkach udawało się osiągnąć pisarzom innej narodowości. Ani zatem nie potępiano całkowicie Tytusa Liwiusza, chociaż ktoś twierdził, że doszukał się w nim „padewskości”82, ani też nie zarzucano Wergiliuszowi, że nie mówił po rzymsku; przecież, jak wiecie, czytano i uznawano w Rzymie wielu pisarzy pochodzenia barbarzyńskiego. My jednak, znacznie bardziej surowi aniżeli Starożytni, niepotrzebnie narzucamy sami sobie nowe prawa, a mając przed sobą drogi ubite, usiłujemy chodzić ścieżkami polnymi, bowiem jak idzie o nasz własny język, którego zadaniem – jak i każdego innego – jest poprawne i jasne wyrażanie myśli, rozkoszujemy się mętnością, a nazywając to językiem pospolitym, silimy się, gdy nim mówimy, by używać wyrażeń – zarówno dla pospólstwa, jak też dla ludzi szlachetnych i wykształconych – niezrozumiałych, których już nigdzie się nie używa; a wszystko to bez refleksji o tym, iż przecież wszyscy zacni pisarze starożytni ganili wyrażenia odrzucone przez obyczaj. Tego zaś, moim zdaniem, nie pojmuje się poprawnie; jeśli bowiem ktoś twierdzi, że jakiś błąd w mówieniu przyjął się szerzej między ignorantami, to uważam, że wcale to jeszcze nie powód, aby go uznać za zwyczaj, ani też by go akceptować jako zasadę mowy. Wedle zaś tego, co usłyszałem, kiedyście przemawiali innym razem, wolelibyście, aby zamiast Capitolio mówiło się Campidoglio, zamiast Hieronimo – Girolamo, miast aldace – audace i padrone zamiast patrone, a tak samo chcielibyście używać innych jeszcze wyrażeń podobnie zepsutych i zniekształconych, jeśli tylko ktoś stwierdzi, że zostały zapisane przez jakiegoś starodawnego Toskańczyka nieuka, i że tak właśnie aż do dzisiaj mówią toskańscy wieśniacy. Tymczasem, jak sądzę, dobry zwyczaj mówienia pochodzi od ludzi obdarzonych talentem, którzy dzięki nauce i doświadczeniu nabyli w tej kwestii dobrego rozeznania i dlatego właśnie przystają na te wyrażenia i skłonni są je akceptować, jeśli uważają je za dobre, co rozpoznają za pomocą naturalnego osądu, nie zaś na zasadzie sztuki czy jakiejś reguły. Czyż nie wiecie, że owe figury mowy83, które przydają wypowiedzi tak wiele wdzięku i blasku, wszystkie one są naruszeniem reguł gramatycznych, ale jednak zostały uznane i przyjęte w użyciu, chociaż bowiem nie sposób inaczej tego uzasadnić, to przecież się podobają i zdają się dostarczać naszemu zmysłowi słuchu przyjemności i słodyczy? I to właśnie, jak sądzę, niechby było dobrym zwyczajem, którego świadomi potrafią być Rzymianie, Neapolitańczycy, Lombardczycy i inni jeszcze w tej samej mierze, co i Toskańczycy.

XXXVI

Prawda to oczywista, że w każdym języku niektóre rzeczy są zawsze dobre, jak sprawność wypowiedzi, dobre jej uporządkowanie, bogactwo, piękne myśli, rytmiczne klauzule84; złe są natomiast przeciwne tym pierwszym praktyki jak afektacja i inne jeszcze podobne jej wady. Jeśli zaś idzie o wyrazy, to są takie, które przez czas jakiś sprawują się dobrze, potem jednak się starzeją i tracą cały swój wdzięk; inne z kolei nabierają mocy i stają się bardziej cenione, gdyż tak samo jak pory roku, które ogołacają ziemię z kwiatów i owoców, aby ją potem następnymi przyodziać i zapełnić, czas sprawia to, iż pierwotne wyrażenia murszeją, zaś potrzeba użyteczności sprawia, że w ich miejsce rodzą się inne, ona zaś przydaje im wdzięku i powagi, aż do czasu, gdy i one wciąż i wciąż od nowa przeżuwane zazdrosnymi ukąszeniami czasu dożywają swojego końca; wszystko bowiem jest w końcu śmiertelne jak wszystkie nasze sprawy, a i my sami też śmiertelni. Zważcie wszak, że nie mamy już dzisiaj żadnych przekazów o języku oskańskim85. Co zaś do prowansalskiego, o którym można powiedzieć, że był ceniony przez znakomitych poetów86, nie jest teraz zrozumiały dla mieszkańców tamtej krainy. Myślę przeto, że jak powiedział słusznie pan Magnifico, gdyby Boccaccio i Petrarka żyli dzisiaj, nie używaliby teraz wielu spośród tych wyrażeń, które spotykamy w ich pismach; dlatego też nie wydaje mi się rzeczą dobrą, żebyśmy i my teraz je naśladowali. Pochwalam natomiast w najwyższym stopniu tych, którzy wiedzą, jak naśladować to wszystko, co na naśladowanie zasługuje, nie mniej jednak nie wierzę, że w ogóle nie można dobrze pisać bez naśladowania; to zaś odnosi się zwłaszcza do naszego języka, bowiem w jego przypadku wspierać nas w tym może to, że się nim ciągle posługujemy – tego zaś powiedzieć nie śmiem o łacinie87”.

 

XXXVII

Na to odrzekł pan Fryderyk: – „A czemuż to byście mieli cenić bardziej uzus w języku pospolitym niż w łacinie?” – „Ależ wprost przeciwnie – odrzekł hrabia – doceniam uzus88 jako mistrza zarówno jednego, jak i drugiego. Odkąd jednak tych ludzi, dla których łacina była językiem naturalnym, tak jak język pospolity89 jest nim teraz dla nas, już nie ma na świecie, potrzeba, abyśmy na podstawie ich pism nauczyli się tego samego, czego już się nauczyliśmy od zwyczaju; ani też o mowie starożytnych nie sposób jest powiedzieć nic innego, jak tylko to, że istnieje starożytny usus mówienia, a byłoby to wielkim głupstwem chcieć posługiwać się mową Starożytnych tylko na tej zasadzie, żeby chcieć mówić, tak jak ludzie zwykli byli kiedyś mówić, nie zaś tak jak się mówi”. – „W takim razie – odrzekł na to pan Fryderyk – czyżby Starożytni nie naśladowali?” – „Uważam – odpowiedział hrabia – że bardzo wielu spośród nich naśladowało, ale nie w każdym przypadku. A jeśli Wergiliusz naśladował we wszystkim Hezjoda90, to go nie przewyższył, jak również nie przerósł Cycerona, Krassusa ani Enniusza91 – swoich poprzedników; zważcie, iż Homer jest tak bardzo starożytny, że przez wielu uważany jest za pierwszego poetę heroicznego wszech czasów, tak samo jak pierwszorzędny jest i pod względem doskonałości wypowiedzi; a kogóż to waszym zdaniem on naśladował?” – „Kogoś innego – odpowiedział pan Fryderyk – jeszcze dawniejszego niż on sam, o kim nie mamy pojęcia z powodu jego zbyt odległej starożytności.” – „To w takim razie – powiedział hrabia – kogo waszym zdaniem, kto żyłby na świecie tuż przed nimi, by tak rzec, naśladowali Petrarka i Boccaccio?” – „Nie wiem – odpowiedział pan Fryderyk – ale możemy przypuszczać, że nawet ich umysły miały skłonność do naśladowania, chociaż nie mamy pojęcia, kogo”.

Hrabia odrzekł: – „Możemy sądzić, że ci, których naśladowano, przewyższali tych, którzy ich naśladowali; a jeżeli zasługiwali oni na podziw, byłoby to nazbyt dziwne, gdyby ich imiona i sława miały tak prędko zostać wymazane. Jednak wierzę, że ich rzeczywiste mistrzostwo polegało na ich uzdolnieniach i na ich naturalnym rozeznaniu; i nikt nie powinien się temu dziwować, ponieważ zawsze szczyty wszelkiej doskonałości osiągnąć można, podążając bardzo rozmaitymi drogami. Nie ma też niczego takiego, co by nie zawierało w sobie wielu rzeczy tego samego rodzaju, a jednak niepodobnych do siebie, które by zarazem nie zasługiwały na to, aby je cenić na równi. Popatrzcie na przykład muzyki, której współbrzmienia raz są poważne i powolne, innym zaś razem bardzo żwawe, wedle nowszej mody i zwyczaju; tym niemniej wszystkie się podobają, chociaż z rozmaitych powodów; co widać choćby w sposobie śpiewania Bidona92, tak bardzo profesjonalnym, wypracowanym, żarliwym, pełnym emocji i tak różnorodnie melodyjnym, że umysły wszystkich go słuchających doznają wzruszenia i płoną, a przez to wydają się jakby unoszone do nieba. Tak i nasz Marchetto Cara93 porusza nas nie tyle swoim śpiewem, ile raczej jego łagodniejszym współbrzmieniem; on to bowiem łagodnością i pełnią tęsknej słodyczy przenika umysły, napełniając je rozkoszną namiętnością. Także inne rozmaite rzeczy podobają się naszym oczom do tego stopnia, iż nie sposób jest orzec, które z nich mogłyby być najwdzięczniejsze. Wszak wiecie, iż w malarstwie najznakomitsi to Leonardo da Vincio94, Mantegna95, Rafael96, Michel Angelo97, Georgio da Castel Franco98; tym niemniej żaden z nich nie jest podobny do drugiego, a to w taki sposób, że żadnemu, jak się zdaje, nie brakuje niczego, gdy idzie o styl, zaś każdego z osobna – co do sposobu malowania – uważa się za najdoskonalszego. To samo dotyczy wielu poetów greckich i łacińskich, którzy, choć różnią się sposobami pisania, uznawani są – każdy z osobna – za godnych jednakowego uznania. Mówców z kolei charakteryzowało tak wielkie zróżnicowanie, bowiem prawie każdy wiek ukształtował i cenił innych rodzaj oratorów stosownie do ich czasu; ci zaś nie tylko od swoich poprzedników i następców się różnili, ale też – choć współcześni sobie – różnili się jeden od drugiego; tak właśnie pisano, gdy chodzi o Greków, na temat Isokratesa99, Lizjasza100, Ajschinosa101 i wielu innych, wszystkich uważano za znakomitych, a przecież żadnego z nich nie postrzegano jako podobnego do kogokolwiek innego niż tylko do siebie samego. Potem zaś gdy idzie o pisarzy łacińskich – Carbo102, Leliusz103, Scipio Afrykański104, Galba105, Sulpicjusz106, Cotta107, Gracchus108, Marek Antoniusz109, Krassus110 i tak wielu innych, których długo by trzeba wymieniać – wszyscy znakomici a przecież jeden od drugiego najróżniejsi; tak więc gdyby można było brać pod uwagę wszystkich mówców, jacy tylko pojawili się na świecie, to ilu by było mówców, tyle by się stwierdziło odmian sposobów przemawiania. Wydaje mi się także, iż pamiętam, jak to Cycero w pewnym miejscu111 słowami Marka Antoniusza, skierowanymi do Sulpicjusza stwierdza, iż wielu jest takich, którzy nie naśladują nikogo, a przecież osiągają najwyższy poziom doskonałości; wspomina też i o takich, którzy wprowadzili nową formę i figurę mowy, piękną, lecz nieużywaną przez innych mówców im współczesnych, nie naśladując w tym nikogo innego jak tylko samych siebie; dlatego też przyznaje, że mistrzowie powinni uwzględniać naturę swoich uczniów, a przyjmując to jako wskazówkę dla siebie, winni kierować ich i wspierać w obieraniu drogi, ku której skłania się ich talent i naturalna dyspozycja. Przeto więc sądzę, mój panie Fryderyku, że jeżeli człowiek nie odczuwa sam z siebie powinowactwa umysłowego z jakimś autorem, to nie powinien być zmuszany do jego naśladowania; sprawność bowiem jego umiejętności wtedy słabnie i staje się oporna, gdy się ją odwodzi ze szlaku, na którym odniosłaby sukces, jeżeli tylko ta droga nie wiodłaby na manowce. Nie wiem przeto, w jaki sposób miałoby się ulepszać język, jeżeli miast wzbogacać go i przydawać mu ducha, wielkości i światła, raczej go zubożając, czyniąc go wątłym, niskim i niejasnym, starając się przy tym wtłaczać go w tak ciasne ramy, iż nikomu nie pozostałoby nic innego jak tylko naśladować Petrarkę i Boccaccia. To samo bym powiedział w sprawie języka, gdyby miano nie dowierzać również takim jak Poliziano112, Wawrzyniec Medici i Franciszek Diacceto113 i niektórym innym jeszcze, też będącym toskańczykami, wcale nie gorsze mającym wykształcenie oraz nie słabszy osąd rzeczy aniżeli Petrarka i Boccaccio. I zaiste wielka by to była szkoda, gdyby zakreślać granice i nie kroczyć dalej aniżeli ten, kto pierwszy jako pisarz tam dotarł, zaprzeczając twierdzeniu, iż tak wielu ludzi obdarzonych tak znakomitymi zdolnościami nie zdobyłoby się na wynalezienie więcej niż jednej pięknej formy wyrazu w tym języku, co jest dla nich właściwe i naturalne. Dzisiaj jednak nie brak swego rodzaju skrupulatów, którzy do tego stopnia terroryzują na swój sposób każdego, kto daje im posłuch kultem i tajemniczością nieopisaną owego ich języka toskańskiego, że wprawiają wielu ludzi nawet szlachetnie urodzonych i wykształconych w taki lęk, iż ci nie ośmielają się otworzyć ust i wyznać, że nie potrafią mówić w języku, którego się nauczyli od piastunki w kołysce. Aliści co do tego, uważam jednak, żeśmy zbyt już dużo na ten temat powiedzieli, powróćmy zatem do naszej rozmowy o dworzaninie”.


XXXVIII

Odrzekł mu pan Fryderyk: – „Chciałbym jednak jeszcze dopowiedzieć co nieco, a to mianowicie, że nie przeczę, iż opinie i uzdolnienia ludzi nie różnią się od siebie, ani też nie sądzę, jakoby dobrze było, gdyby ktoś, z natury krzepki i pobudliwy, zabrał się do pisania na tematy odprężające, ktoś inny natomiast, surowy i zasadniczy, pisał żarty; w tej bowiem materii wydaje mi się rozsądne, aby każdy się kierował swoim własnym instynktem. Uważam, że to właśnie miał na myśli Cycero, kiedy twierdził, że mistrzowie powinni brać pod uwagę naturę swoich uczniów, aby ci nie postępowali jak owi kiepscy rolnicy, którzy na ziemi nadającej się tylko pod uprawę owoców i winorośli sieją czasami zboże. Nie mieści mi się w głowie, dlaczego gdy idzie o konkretny język, który nie jest właściwy wszystkim ludziom w taki samym stopniu jak mowa i myśli i inne jeszcze rozmaite działania, lecz wynalazkiem poddanym określonym zasadom – otóż dlaczego nie byłoby rozsądniej naśladować tych, którzy mówią lepiej, aniżeli się wypowiadać od przypadku do przypadku; podobnie jest z łaciną, gdzie trzeba się wysilić, aby bardziej się upodobniła do języka Wergilego i Cycerona aniżeli do łaciny Siliusza114 czy Korneliusza Tacyta; tak więc i w języku pospolitym czyż nie jest lepiej naśladować język Petrarki i Boccaccia niż kogokolwiek innego? Zatem dobrze wyrażać nasze własne pomysły i tym samym zaufać, jak poucza Cycero, swojemu naturalnemu instynktowi; a tak się okaże, iż owo zróżnicowanie pomiędzy dobrymi mówcami, o którym rozprawiacie, polega na pomysłach, nie zaś na języku”. – Na to hrabia: – „Obawiam się, że wpłyniemy na rozległe morze, a porzucimy nasz temat główny, czyli dworzanina. Mimo to pytam was: na czym polega doskonałość tego języka?” – Odpowiedział pan Fryderyk: – „Na dokładnym przestrzeganiu jego właściwości, na posługiwaniu się nim sensownie, na używaniu takiego stylu i takiej rytmiczności, jak to czynili wszyscy, którzy dobrze pisali”. – „Chciałbym – rzekła hrabia – wiedzieć, czy ten styl i ta rytmiczność, o której mówicie, biorą się z myśli czy też ze słów”. – „Ze słów” – odrzekł pan Fryderyk. – „A zatem – powiedział hrabia – czyż wam się nie wydaje, że słowa Siliusza i Korneliusza Tacyta115 byłyby w waszym mniemaniu te same, których używa Wergiliusz i Cycero, i że miałyby być użyte w tym samym znaczeniu?” – Odpowiedział na to pan Fryderyk: – „Z pewnością są te same, niektóre jednak z nich niewłaściwie albo w innym znaczeniu zastosowane”. – Odrzekł na to hrabia: – „A jeżeli z księgi Korneliusza czy z dzieła Siliusza usunięto by wszystkie te wyrażenia, których użyto tam w znaczeniu innym niż to, którymi posługiwali się Wergiliusz i Cycero, a których byłoby bardzo mało, czyż wtedy byście nie powiedzieli, że Korneliusz pod względem języka dorównuje Cyceronowi, Siliusz zaś równać się może z Wergiliuszem i że dobrze by było naśladować ich właśnie sposób mówienia?”.