ImperiumTekst

Z serii: Star Force
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Imperium
Imperium
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Imperium
Audio
Imperium
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90  24,35 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 9

Przez kilka kolejnych godzin robiliśmy porządki. Zniszczyliśmy około trzydziestu techników makrosów, dokonujących różnych aktów sabotażu. Maszyny próbowały wyłączyć systemy obronne, które nam pozostały, w przygotowaniu na jakiś większy atak.

Martwiło mnie około dziewięciu krążowników, jakie im pozostały. Miały dość czasu, aby wyhamować i zawrócić. Mieliśmy tylko kilka godzin do powrotu głównej floty, ale zapowiadało się, że będą to długie i pełne niepokoju godziny.

– Co teraz, pułkowniku? – spytał Welter.

– Niedługo się dowiemy – powiedziałem. Nie dodałem jednak, w jaki sposób. Uznałem, że zdobędziemy jakieś informacje, gdy tylko makrosy znowu dadzą o sobie znać. Nasza sytuacja taktyczna była fatalna i głęboko się niepokoiłem. Kiedy w końcu zebraliśmy naszą szkieletową załogę, marines cieszyli się, ale ja uważałem, że prezentujemy się dość żałośnie. Przeżyło nas tylko dziewięcioro – plus Marvin. Makrosy zapewne nie uważały nas już nawet za wart uwagi cel.

– Kyle, mam dość mocy, żeby uruchomić główne przekaźniki. Czy nie możemy skontaktować się z flotą i dać im znać, że wciąż żyjemy?

Spoglądałem na Sandrę przez chwilę, po czym pokręciłem głową.

– Na razie lepiej siedzieć cicho i używać tylko pasywnych sensorów. Udawać martwych. Gdy przylecą nasze okręty, dopiero wtedy damy im znać.

– A co, jeśli to nie nasze przylecą?

Wzruszyłem ramionami i uśmiechnąłem się.

– Wtedy nie przestaniemy siedzieć cicho.

To, że nie wiedzieliśmy, co się stało, martwiło nas wszystkich. Nie mieliśmy pojęcia, czy makrosy nie poleciały dalej, w stronę planet wewnętrznych. Zniszczyliśmy większość z nich, ale wciąż były dość silne, by nam zaszkodzić.

– Powiem wam, co zrobimy – oznajmiłem, rozglądając się po brudnych, przygnębionych twarzach. – Sandra, Marvin i dwaj marines, idźcie do uszkodzonej sekcji komunikacyjnej i ustawcie antenę. Byle tak, żeby nie zauważyły tego makrosy. I, na litość boską, nic nie nadawajcie! Przy odrobinie szczęścia odbierzemy transmisje floty i przynajmniej będziemy wiedzieli nieco więcej o sytuacji.

Pomysł wszystkim się spodobał. Przynajmniej dałem im coś sensownego do roboty. Natychmiast przystąpili do pracy.

– Reszta niech idzie z Welterem. Komandorze, spróbujcie naprawić baterie dział. Zacznijcie z systemami uszkodzonymi przez impuls elektromagnetyczny. Powinny być nietknięte, nie licząc braku nanitów i zasilania. Makrosy nie interesowały się nimi podczas bitwy.

Zajęło to kilka godzin, ale w końcu udało nam się uruchomić część z systemów. Ciężkie lasery były zniszczone, ale daliśmy radę naprawić jedno z dział elektromagnetycznych. Sandra i Marvin skonstruowali antenę z prętów zbrojeniowych. Mimo że wyglądała dość prowizorycznie, działała całkiem dobrze.

Wróciłem na mostek, który był nieźle chroniony i połączony ze wszystkimi systemami stacji. Odzyskaliśmy nieco zasilania i mniej więcej połowa ekranów świeciła. Holotank wciąż był jednak martwy, a większość monitorów pusta, bo nie działały połączone z nimi kamery.

Kilka godzin przed planowanym przybyciem posiłków odebraliśmy strzępki transmisji z floty. Wsłuchaliśmy się w nie uważnie.

– …jest nowa siła… zdecydowanie wroga…

Wszyscy przestali pracować i słuchali nagrania, nie licząc Marvina, którego widziałem na monitorze. Był na zewnątrz kadłuba i regulował naszą prowizoryczną antenę. Jego cienkie ramiona przesuwały ją delikatnie, kierując w stronę ruchomego źródła transmisji.

– …konfiguracja okrętów nieznana. Przybyli przez pierścień i zbliżają się do martwej stacji. Przekazać do wszystkich dowódców, mamy nowe kontakty…

Antena przez jakiś czas szumiała niezrozumiale. W końcu nie mogłem już tego znieść.

– Marvin, czy możesz zidentyfikować źródło transmisji?

– Wydaje mi się, że to niszczyciel Berlin.

– Czyli nasze posiłki?

– Zdecydowanie, sir.

– Pracuj dalej nad sygnałem. Złap, co możesz.

Odwróciłem się do reszty załogi mostka. Wszyscy pobledli. Mimo że nikt się nie odzywał, praktycznie słyszałem ich myśli. Nadlatują nowe okręty? Byliśmy w zasadzie bezbronni.

– Z pewnością lecą, by dokonać abordażu stacji – powiedziałem. – To oznacza, że będą musieli zwolnić i podlecieć bardzo blisko. Mamy jedną działającą baterię i musimy jej użyć z jak najmniejszej odległości.

– Potrzebujemy czasu, żeby wystrzelić sporo stali w przestrzeń, pułkowniku – powiedział Welter. – Jeśli zaczniemy teraz strzelać w kierunku pierścienia, może uda nam się trafić w parę ich okrętów przechodzących przez portal.

Pokręciłem głową.

– Teraz jesteśmy ślepi i możemy w nic nie trafić. Nie mamy aktywnych sensorów. Będziemy musieli celować na oko, gdy podejdą bliżej.

– Będziemy mieli szansę tylko na jedną lub dwie salwy, zanim nas rozwalą.

Wziąłem głęboki oddech.

– Pewnie masz rację. Ale z tej odległości, jeśli trafimy w ich okręty, zrobimy w nich spore dziury. To lepsze, niż jeśli nie trafimy w nic i zostaniemy zmiażdżeni przez ich rakiety.

Po krótkiej dyskusji zgodzili się w końcu na mój plan. Uznaliśmy, że najlepiej poświęcić pozostały nam czas na uruchomienie kolejnej baterii. Gdybyśmy zadali wrogowi dostateczne obrażenia, moglibyśmy pokrzyżować jego plany i nadal oddychać, kiedy przybędzie kawaleria.

Pracowaliśmy w pocie czoła i zanim obce okręty odpaliły silniki hamujące w pobliżu stacji, udało nam się uruchomić drugą baterię. Wycelowaliśmy oba działa w stronę pierścienia i czekaliśmy, aż upewnimy się co do trajektorii i prędkości wroga. Nie było wątpliwości – okręty przymierzały się do dokowania przy naszej zdewastowanej stacji.

– Trzynaście tysięcy kilometrów – oznajmił Welter.

– Jeszcze nie – rozkazałem.

Wszyscy pociliśmy się w skafandrach. Czułem też od dziesięciu minut swędzenie czoła. Doprowadzało mnie to do szału, ale nie mogłem zdjąć hełmu.

– Jedenaście tysięcy, gwałtowna deceleracja.

Obserwowaliśmy jeszcze mocniejszy rozbłysk silników każdego z nadlatujących okrętów. Zastanawiało mnie, czy w ogóle dysponują reflektorami grawitacyjnymi.

– Dziewięć tysięcy.

– Marvin, oblicz coś dla mnie. W którym momencie będą mieli mniej niż sekundę ostrzeżenia, zanim dotrą do nich pociski z naszych dział elektromagnetycznych?

– Zważywszy na obecną prędkość i zakładając stałą decelerację, sześć sekund temu.

Spojrzałem na niego z ukosa.

– Mówisz mi, że już są w tej odległości?

– Trudno obliczyć to dokładnie przy nieprecyzyjnych danych, ale powiedziałbym, że będą mieli zero przecinek sześćdziesiąt dziewięć sekund…

– Welter, strzelaj ze wszystkiego!

Stacja zatrzęsła się, gdy wystrzeliliśmy w stronę przeciwnika wszystko, co mogliśmy. Okręty nadlatywały bardzo szybko. Niemal zmarnowałem szansę, myśląc, że wciąż mamy czas.

To starcie było dość dziwne. Czułem się jak kapitan lotniskowca w dawnych czasach, z prymitywnymi czujnikami i kontaktem radiowym z obserwatorami. Trudno było siedzieć tak z łokciem na rozbitej konsoli. Zaciskałem zęby aż do bólu.

– To chyba eksplozje po trafieniu. Mamy dwa, nie, trzy, Kyle – mówiła podekscytowana Sandra. Przydzieliłem ją do jednej z baterii. Wszyscy znajdowali się teraz na stanowiskach – na mostku pozostaliśmy tylko ja i Welter.

– Mam jednego, przy dolnej krawędzi pola widzenia. Przegrupowują się. Coraz trudniej ich trafić.

Przywaliłem pięścią w rozbity mózg nanitowy. Wygiął się i uleciał z niego pył złożony z martwych mikrorobotów.

– Raportujcie, ile ich tam zostało? Odpowiadają ogniem?

– Chyba nie – odparł sierżant Sanchez, najbardziej doświadczony z moich działonowych. – Po prostu biorą to na klatę. Dziwne.

Cała ta sytuacja była dość dziwna.

– Sierżancie, między salwami podaj mi liczbę wrogich jednostek.

Czekałem przez parę sekund, które wydawały się wiecznością. W końcu odezwał się:

– Trafiliśmy siedem z nich. Druga bateria chyba też. Jeśli miałbym zgadywać, osiem okrętów się przedarło.

– Jak to się przedarło? Gdzie one są? Przeleciały obok stacji?

– Nie, sir. Powinny właśnie docierać do zewnętrznego kadłuba.

Wtedy usłyszałem huk, który zatrząsł całą stacją. To nie były głośne wybuchy rakiet uderzających w kadłub, ale dźwięk przywierających do niego okrętów desantowych.

– Baterie jeden i dwa, jesteście w stanie w nich wycelować?

– Nie, sir. Nawet ich nie widzimy. Są za nisko.

– W takim razie wycofajcie się do wnętrza stacji. Będziemy walczyć o każdą gródź.

Skinąłem na Weltera, który z wyraźną niechęcią chwycił za ciężki miotacz. Zdecydowanie wolał strzelać do wroga z większej odległości, poprzez kosmiczną pustkę. Ja zaś uśmiechałem się na myśl, że wreszcie będę miał okazję zmierzyć się z najeźdźcami w bezpośrednim starciu.

Zebraliśmy oddział. Z Marvinem na tyłach wyglądaliśmy całkiem groźnie. W pełnym rynsztunku bojowym robot prezentował się jeszcze dziwaczniej niż zwykle. Wydawał się równie skory do jego wypróbowania, co ja do przekonania się, z czego zrobieni są nasi przeciwnicy.

Marvin wciąż wyglądał mniej więcej jak Marvin – miał kilka nanitowych ramion i sporo kamer. Ale poza tym jego bojowa wersja była inna. Głowę zastąpiło sześć ciężkich miotaczy, a tułów spoczywał na reflektorach grawitacyjnych. Unosił się jakieś trzydzieści centymetrów nad pokładem i zgniatał wszystko, co stanęło mu na drodze. Musiałem pamiętać, żeby uważać przy nim na stopy. Z całym tym wyposażeniem wyglądał jak mały czołg. Ponad nim kręciły się we wszystkie strony kamery.

Ruszyliśmy w stronę najbliższego miejsca desantu wroga, w środkowej części stacji. Znowu w okolicy naszych złącz zasilających. Cóż, miało to sens. Gdy tylko zobaczyli, że się nie poddajemy, musieli uznać, że łatwiej rozbroją nas, odłączając zasilanie, niż strzelając w nasze baterie.

 

Przeciwnik zapłacił za zdobycie stacji wysoką cenę i zamierzałem sprawić, aby kosztowało go to sporo więcej. Pospieszyliśmy do jednego z centralnych korytarzy, dość szerokich dla transportu ciężkiego sprzętu. Miał cylindryczny kształt i jakieś sześć metrów średnicy. Moi marines zajęli pozycję na jednym z jego końców i zaczęliśmy strzelać, gdy tylko zobaczyliśmy siły wroga.

Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony – my czy Skorupiaki. Bo właśnie je ujrzeliśmy, pełznące przez korytarz w pełnych wody skafandrach. Gdy nasze lasery je przecinały, wylatywały z nich kłęby pary, które w rozszczelnionym korytarzu szybko zmieniały się w lód.

Odpowiedzieli ogniem w mało zorganizowany sposób. Nie wiem, kto ich wyszkolił, ale wyglądało na to, że niektórzy strzelają swoim w plecy. Nadal mieli jednak przewagę liczebną, więc musieliśmy wycofać się do bocznego tunelu. Straciliśmy dwóch naszych, w tym sierżanta Sancheza.

– Poczekamy tutaj i zaatakujemy, gdy wyjdą zza rogu – rozkazałem dyszącym z wysiłku marines.

Sandra odłożyła swój lekki miotacz i wyjęła dwa noże bojowe. Skinąłem głową, na co dziko się uśmiechnęła. Wiedziała, że nie mamy dużych szans, ale jej odmieniona część cieszyła się perspektywą walki. Zetknęliśmy się hełmami i wyznaliśmy sobie miłość bez nadawania tego przez radio.

Nagle nad naszymi głowami zobaczyliśmy ruch ciemnego metalu. Cokolwiek nad nami przeleciało, było spore. Gdy nas minęło, wstaliśmy poobijani, z uniesioną bronią.

W głównym korytarzu błyskały miotacze i huczały eksplozje gazów. Podeszliśmy bliżej i przyjrzeliśmy się polu bitwy, nie opuszczając broni. Zobaczyłem tam, jak coś dużego kosi Skorupiaki. Od razu domyśliłem się, co to, i obejrzałem się przez ramię, potwierdzając swoje podejrzenia. Marvin nie pilnował już naszych tyłów.

– Szalony robot – stwierdziła Sandra. – Myślisz, że przetrwa tę szarżę?

– Nie wiem – odparłem, opierając się plecami o ścianę. –

Ale jeśli pożąda chwały, może ją otrzymać. Wszyscy przerwać ogień. Marvin, co u ciebie?

– Pułkowniku Riggs, mój rynsztunek bojowy jest wysoce skuteczny. Zabiłem trzydzieści sześć jednostek wroga.

– Wykończ resztę i daj znać, jeśli będziesz potrzebował pomocy – odpowiedziałem. Rozciągnąłem się i sprawdziłem broń. Łyknąłem wody z systemu odzyskiwania wilgoci.

– Nie powiesz mu nawet, że złamał szyk i sprzeciwił się rozkazom? – spytała Sandra.

Wzruszyłem ramionami. Trudno było to zrobić w metalowej zbroi, ale przy odpowiedniej sile okazało się wykonalne. Wyraźnie chciała, żebym zbeształ złego robota, ale nie zdobyłem się na to tym razem.

– Marvin rzadko robi dokładnie to, co się mu każe – odparłem. – A teraz jestem z niego całkiem zadowolony.

Rozdział 10

Gdy przybyły nasze posiłki, było już po wszystkim. Pozostałe okręty Skorupiaków wycofały się. Dowiedzieliśmy się z raportu, że wrogi drednot krótko po przybyciu został trafiony przez nasze latające miny. Nie zarejestrowaliśmy tego, ale nasze okręty tak.

Prawie zapomniałem o minach, z których sporo nadal automatycznie okrążało Hel. Najwyraźniej tak mocny atak z zaskoczenia zdenerwował makrosy. Po utracie sporej części krążowników i drednota wycofały się. Dlatego gdy poszliśmy się rozejrzeć, pole bitwy było już puste.

Wtedy do gry wkroczyły homary. Uznawszy, że jesteśmy praktycznie martwi, Skorupiaki ruszyły przez pierścień prosto na pozornie nieaktywną stację. Mogłoby im się nawet udać ją zdobyć, gdyby nie dobrze rozmieszczone działa elektromagnetyczne i ich niedoświadczeni żołnierze. Marvin rozbił ich, działając jak opancerzony wóz bojowy.

Wyglądało na to, że ten etap bitwy dobiegł końca, ale nie cieszyły mnie nasze perspektywy. Podczas gdy marines świętowali zwycięstwo nad niezdarnymi Skorupiakami, ja nie byłem do tego taki skory. Homarom prawie się udało. Następnym razem będą lepsi. Jeśli ci akademicy byli w czymś dobrzy, to w uczeniu się na błędach. Podejrzewałem, że nas obserwują i imitują nasz sprzęt i taktykę. Starcie z kompetentnym wrogiem stanowiło jedynie kwestię czasu.

Co ważniejsze, stało się już jasne, że makrosy zastąpiły ludzkość nowym mięsem armatnim. Zostawiliśmy Skorupiaki same i zwróciły się przeciwko innym biotom. Cóż, można było to wybaczyć. Ziemia zrobiła w końcu to samo w ramach wynegocjowanego przeze mnie traktatu. W obliczu zagłady każdy gatunek robił to, co musiał, by przetrwać.

Nadeszła dłuższa cisza przed kolejną burzą. Odparliśmy atak i zmęczyliśmy wroga. Wiedziałem jednak, że odbudowuje siły. Następnym razem zapewne przylecą z dwukrotnie liczniejszą flotą. Potrzebowałem posiłków.

– Sandra? – zawołałem, otwierając właz do naszej kajuty i budząc ją. Ostatnio sypiała w łóżku, gdy ja w nim byłem –

ale nie kiedy była sama. Wolała leżeć zwinięta w kulkę na różnych rzeczach – tym razem na modularnej kabinie prysznicowej z tyłu kajuty. Kabina była cylindryczna, z rurami dopływowymi i odpływem. Najwyraźniej wygodnie jej było wśród rur. Pokręciłem głową. Co z nią zrobiły te cholerne mikroby, że tak się zmieniła? Pewnie nigdy się nie dowiem.

– Kyle? Znowu nas atakują?

– Nie, spokojnie – odparłem.

Rozciągnęła się w swoim obcisłym kombinezonie. Jej ciało zawsze było przyjemnym widokiem i obecnie nie zmieniało się niezależnie od tego, co robiła czy jadła. Cóż, musiałem to wszystko brać z dobrodziejstwem inwentarza. Moja dziewczyna była może dziwadłem, ale atrakcyjnym.

– To dlaczego mnie budzisz?

– Po pierwsze, chciałem podziękować za uratowanie nam tyłków.

Mrugnęła, zaskoczona.

– Niby jak? Czyżbym lunatykowała?

– Pamiętasz naszą sesję w sali bilardowej i latające miny, które wtedy wymyśliliśmy? Zadziałały. Twoje miny dorwały drednota makrosów.

Uśmiechnęła się tak, że wyglądała, jakby miała zacząć się lizać jak kot, ale jedynie przygładziła włosy.

– Więc to takie uczucie?

– Co masz na myśli?

– Uratować świat. Ty robisz to co chwila.

Roześmiałem się.

– Tak. Podoba ci się?

– Chyba tak. Ale mam nadzieję, że nikt nie będzie tego ode mnie oczekiwał za każdym razem. To był przynajmniej w połowie przypadek.

Skinąłem głową.

– Tak, to dokładnie to uczucie.

– Co teraz zrobimy?

– Chyba czas wypuścić nasze okręty.

Słysząc to, zeskoczyła ze swojego legowiska i podeszła bliżej. Oczy jej się świeciły.

– Zróbmy to. Chcę usmażyć te homary. Pewnie będą dobrze smakować z masłem i czosnkiem. I solą, mnóstwem soli. Zaatakujemy Harvard czy Princeton? Chcę ugotować ich oceany.

– Spokojnie, dzisiaj nie będzie żadnego ludobójstwa.

– Ale, Kyle, oni nas zaatakowali. Zdradzili żywych na rzecz maszyn. Nigdy im nie wybaczę.

– Robale nam wybaczyły.

Dziwnie na mnie spojrzała.

– Chyba nie rozumieją do końca, co im zrobiliśmy – odparła scenicznym szeptem.

– Może masz rację. Tak czy siak, nie chcę atakować. Chcę polecieć na Ziemię. Potrzebujemy wsparcia. Nie damy rady walczyć tutaj i tracić ludzi bez uzupełnień. To chyba plan Crowa: powoli nas wykończyć brakiem wsparcia. Nie musi tu przylatywać, żeby stłumić bunt. Wystarczy, że zostaniemy na pograniczu, powoli tracąc siły. Bez posiłków nie wytrzymamy tu bez końca.

Sandra wykrzywiła usta i zaczęła krążyć po pomieszczeniu, zamyślona.

– Dobrze rozumiem? Zamiast przywalić makrosom i Skorupiakom, gdy są słabe, wolisz rozpocząć teraz walkę z Ziemią?

– Mamy moment na odetchnięcie, kiedy możemy przejąć inicjatywę i wykonać własny ruch. Rozbudujemy się, naprawimy stację. Ale nie chcę zmiażdżyć Skorupiaków. Myślę, że dogadamy się z nimi w przyszłości. Przekonamy, żeby się do nas przyłączyli, jak reszta.

– Dobra, niech ci będzie – stwierdziła, zaczynając zdejmować mi zbroję. Pozwoliłem jej na to, chociaż byłem raczej w nastroju na dowodzenie okrętem niż kontakt fizyczny.

– Co kombinujesz? – spytałem.

– Nie lubię dawać wrogom chwili oddechu. Powinniśmy wykorzystać naszą przewagę, póki ją mamy. Niech Skorupiaki się poddadzą i przysięgną wierność. Niech staną się naszymi wasalami, zamiast poddanymi makrosów.

Przez chwilę rozważałem ten pomysł. Coś w nim było. Ale pokręciłem głową.

– Nigdy nie chciałem imperium. Wolę federację. Sojusz.

– Nie miałam cię za marzyciela. Jak grupa obcych gatunków może dobrze współpracować? Czy możemy im ufać? Nawet w ludzi ciężko jest uwierzyć.

Nie mogłem się z nią nie zgodzić. Ale właśnie zdjęła mi hełm, a mój generator leżał już na podłodze. Zmarszczyłem brwi, patrząc na jej kocie ruchy.

– Powiedz mi jeszcze raz, jak ocaliłam układ Edenu – powiedziała.

– A jeśli odmówię?

– To nie pozwolę ci wziąć ze mną prysznica.

– Kłamczucha – stwierdziłem. Oboje się uśmiechaliśmy. Wzięliśmy prysznic na tyle intensywny, że kabina niemal się przewróciła.

Gdy już skończyliśmy, czułem, że trzeba wracać do pracy. Na razie mieliśmy chwilę oddechu, ale nie mogło to trwać wiecznie. Znajdowaliśmy się między wrogimi siłami, mieliśmy mało danych i zero wsparcia. Na dłuższą metę nie dało się tego utrzymać.

* * *

Mniej niż tydzień później Sandra i ja staliśmy na platformie orbitalnej wokół Edenu-6, najcieplejszej z trzech planet, które podarowały nam Centaury. W dziewięćdziesięciu procentach pokrywał ją ocean. Na biegunach nie było czap lodowych, a z lądów miała głównie małe archipelagi. Wyspy były jednak piękne i pokryte bujną roślinnością, o wulkanicznych plażach z białym, fioletowym czy nawet lawendowym piaskiem.

Większość form życia oczywiście zamieszkiwała ocean. Ciepła woda miała w okolicy równika w miarę stałą temperaturę około trzydziestu ośmiu stopni Celsjusza, a na biegunach około osiemnastu. Głębokie, ciepłe wody o kolorze kobaltu były pełne życia.

– Nie mogę się doczekać, aż odwiedzę tę planetę. Ale nie dziś – powiedziałem.

– Kwon mówi, że jest tam pięknie.

– Niestety, będziemy musieli zakończyć jego małe wakacje. Kiedy dołączy do floty?

Spojrzała na mnie nieśmiało.

– Jeszcze nie powiedziałam mu o nowym przydziale.

– Co? Kazałem przekazać rozkazy parę godzin temu. Na co czekasz?

Sandra dotknęła mojego pancerza, ale tego nie poczułem.

– Przekażmy je osobiście.

Zmrużyłem oczy. Wyraźnie coś knuła. Co nie znaczyło, że jej się nie uda. Ale byłem dumny z tego, że chociaż wiedziałem, kiedy mną manipuluje.

– Zejście na ląd w środku wojny?

– Zawsze jesteśmy w środku wojny. Chcę iść na plażę, do cholery!

Skrzywiłem się. Otworzyłem usta, żeby kazać jej wezwać Kwona na platformę, ale Sandra dotknęła mojego hełmu i zatrzasnęła wizjer. Mój głos rozległ się echem wewnątrz niego. W związku z tym sam połączyłem się z planetą.

– Tu Kwon – usłyszałem po chwili.

Tym razem Sandra krzywo na mnie spojrzała.

– Kwon, potrzebuję cię. Lecimy na Ziemię.

– Do czego mnie pan potrzebuje, sir?

Jeszcze mocniej zmarszczyłem brwi. Czemu wszyscy zarazili się lenistwem? Otworzyłem usta, żeby powtórzyć rozkaz, tym razem biorąc głęboki oddech, żeby gniewnie ryknąć.

Ale najpierw spojrzałem na Sandrę. To był błąd. Skrzyżowała ręce i miała rozczarowany wyraz twarzy. W tym momencie zmiękłem i w jakiś sposób od razu to poznała. Wyraźnie się ożywiła.

– Kwon, zmieniłem zdanie. Lecę na planetę, żeby dokonać osobistej inspekcji.

– Świetnie, sir. Spodoba się panu. Zaraz rozpalę grilla.

Zdjąłem hełm, zastanawiając się, co też Kwon zamierzał piec. Stwierdziłem, że lepiej nie pytać. Cokolwiek chciał nam zaserwować, na pewno było pyszne.

Sandra ucieszyła się, gdy zdała sobie sprawę, że postawiła na swoim. Już mówiła o ręcznikach i piknikach, i o tym, jak będzie na niej leżeć strój kąpielowy. Zobaczyła mój wyraz twarzy i przyszła się przytulić. Odkąd podobnie jak ona zostałem zmieniony przez mikroby, znowu staliśmy się sobie bliscy. Zapewne podniecało ją to, że byłem teraz takim samym dziwadłem, jak ona.

– Potrzebujemy przerwy – szepnęła. – Nie jesteśmy gotowi do ofensywy. Fabryki na planetach wewnętrznych budują teraz więcej okrętów, żeby zastąpić te, które straciliśmy, a reszta odbudowuje stację. Potrzebują czasu.

Westchnąłem i przemyślałem jej argumenty. Miała rację – chociaż to był czas na ofensywę, jednak najpierw musieliśmy się zorganizować.

– Dobra – powiedziałem. – Zobaczmy, jak nasi sprawują się na tych wyspach.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?