ImperiumTekst

Z serii: Star Force
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Imperium
Imperium
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Imperium
Audio
Imperium
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90  24,35 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dlaczego nie wystrzelili więcej rakiet, sir? – spytał Welter, patrząc wraz ze mną na obraz bitwy.

– Przychodzi mi do głowy tylko jeden powód – odparłem. – I wcale mi się nie podoba.

– Chcą przejąć stację, zamiast ją niszczyć – odezwał się Marvin. Jego ton i to, jak wtrącił się do rozmowy, przypominało mi zarozumiałe dzieci z czasów szkolnych.

– Naprawdę tak myślisz? – spytała Sandra.

– Tak – potwierdziłem. – Marvin prawdopodobnie ma rację. Strzelają do naszych broni, ale nie do samej stacji. Muszą mieć powód. Pomyśl o tym z ich punktu widzenia: jeśli przejmą stację, uzyskają permanentną kontrolę nad tym pierścieniem.

– Nie możemy im na to pozwolić, Kyle – oznajmiła stanowczo Sandra.

– Wiem. Jeśli zrobi się naprawdę źle, wysadzimy stację.

Wszyscy na mostku wyglądali dość ponuro, oprócz Marvina, który był zaniepokojony.

– Pułkowniku Riggs?

– Co znowu?

– Czy nie powinniśmy zarządzić wcześniejszej ewakuacji, jeśli plan przewiduje autodestrukcję? Osiągnięcie minimalnej bezpiecznej odległości wymagać będzie kilku minut pod ostrzałem.

Zaśmiałem się gorzko.

– Co jest, robocie? Nie wierzysz w pójście na dno razem z okrętem?

– Nie, sir.

Pokręciłem głową i skupiłem się na holotanku. Musiał być jakiś sposób na wyjście z tej sytuacji – ale żadnego nie widziałem. Czekała nas długa, ciężka bitwa. Gdy zaczniemy porządnie obrywać, zostanie nam niewiele opcji. Nie wyglądało na to, żeby skuteczna ucieczka była możliwa. Ale przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Połączyłem się bezpośrednio z głośnikami na całej stacji przez komunikator w hełmie.

– Ciężki laser jeden, wstrzymać ogień. Powtarzam, wstrzymać ogień.

Wszyscy spojrzeli na mnie ze zdumieniem, ale nikt nie powiedział nic w rodzaju „zwariowałeś?”. Zapewne wiedzieli, że na niewiele się to zda.

– Ciężki laser dwa, jeszcze jeden strzał, a potem wyłączyć się i zamknąć osłonę projektora tak szybko, jak to możliwe. Laser trzy: strzelaj do czasu, aż stacja zostanie trafiona. Wtedy też wyłącz i osłoń działo.

– Co robisz, Kyle? – spytała Sandra.

– Pozoruję zniszczenie naszych laserów. Jeśli pomyślą, że je uszkodzili, nie będą więcej do nich strzelać.

Zmarszczyła brwi, ale wróciła do swoich ekranów.

– Sir, pociski z dział elektromagnetycznych zaczynają docierać do linii wroga – oznajmił Welter. – Główna masa wrogiej floty dość mocno obrywa.

Migający licznik zaczął się zmieniać. Wcześniej powoli odliczał zniszczone okręty wroga i rósł, gdy nowe przelatywały przez pierścień. Teraz, gdy nasze ciężkie działa wreszcie zadały pierwsze ciosy, świecący na niebiesko licznik zaczął gwałtowanie maleć.

Zanim się spostrzegłem, zniszczyliśmy dwadzieścia okrętów. Osiem sekund później – dwadzieścia sześć. Wtedy dopiero wróg wziął nas na poważnie i zmienił taktykę. Tego właśnie się obawiałem.

– Wow – wydusił z siebie Welter, patrząc na zniszczenia. – Miażdżymy ich. Wlatują prosto w naszą linię ognia. Musieli myśleć, że jesteśmy bezbronni.

– To jeszcze nie koniec – mruknąłem.

Wypuścili kolejną, ogromną falę rakiet.

– Wróg zmienił zdanie – stwierdził Marvin. – Chyba już nie chcą przejąć stacji.

Zaśmiałem się gorzko.

– Zgadzam się, Kapitanie Oczywisty. Welter, czas na twoją magię.

Spojrzał na mnie z osłupieniem.

– Sir?

– Odpalić silniki i obrócić tę beczkę.

Welter uśmiechnął się po raz pierwszy tego dnia.

– Doskonały pomysł, sir.

Rakiety wciąż na nas leciały. Okręty wroga były mniej więcej w połowie drogi do stacji i choć zwalniały, było oczywiste, że przelecą obok. Przyleciały przecież tak szybko, że nie mogły wyhamować na tyle, by stracić pęd. W odpowiedzi Welter obrócił stację wokół osi. Całą jej tylną część pokrywał czarny pancerz. Nie aktywowaliśmy tam żadnej broni.

– Dostaniemy lanie – powiedziałem – ale przy odrobinie szczęścia wciąż będziemy mieli zasilanie i wszystkie działa. Gdy przelecą obok nas, znowu będą w zasięgu.

Sandra uśmiechnęła się.

– Jeśli przeżyjemy kolejną godzinę, pocałuję cię i znowu nazwę geniuszem.

– Zanotowano.

Nie musieliśmy długo czekać. Jak wielki głaz, nasza stacja obracała się powoli, ale pewnie. Gdy pierwsze rakiety ominęły nasze lasery obronne, uderzyły w skalną ścianę pokrytą metalem. Stacja trzęsła się i trzeszczała. Mieliśmy poczucie, jakby ktoś walił w ściany wielkimi młotami.

– Z zewnętrznej warstwy skalnej zostało osiemdziesiąt jeden procent – powiedział Welter. – A to tylko pierwsza fala rakiet. Mamy tam jedynie małe lasery obronne. Mogą sobie teraz spokojnie walić w nasz pancerz.

– Nie bardzo – odparłem. – Ruszają się za szybko i nie są w stanie zwolnić. Muszą przelecieć obok albo rozbić się o stację.

– Zbliża się druga fala, pułkowniku.

Wyszczerzyłem zęby pod hełmem.

– Powiedz wszystkim na tyłach stacji, że może się tam zrobić nieco nieszczelnie.

– Chyba już to wiedzą, Kyle – stwierdziła Sandra. – Dlaczego rakiety nie lecą na drugą stronę, żeby rozwalić nasze uzbrojenie?

– Nie mogą – odpowiedziałem. – Za duża prędkość. Mogą co najwyżej walnąć w nasz pancerz z nadzieją, że się przebiją.

– Chyba może im się to udać – wtrącił Welter, trzymając się krawędzi holotanku. – Z zewnętrznej warstwy skał zostało tylko czterdzieści cztery procent.

Pokład zatrząsł się pod nami. Podczas gdy trwało bombardowanie, rozejrzałem się po ścianach. Wyglądały dość solidnie, ale wiedziałem, że to pozory. Jedno bezpośrednie uderzenie w tym sektorze i będzie po nas.

Większość rakiet udało się zestrzelić, ale te, które się przedarły, i tak siały spustoszenie. Uderzały w stację i wypalały kratery w pancerzu. Cieszyłem się, że nie emitowały impulsów elektromagnetycznych jak samobójczy okręt Skorupiaków. Może tej broni nie było w arsenale makrosów dlatego, że mogła przypadkiem zabić je tak samo łatwo, jak nanity.

Wszystkie nasze kamery od strony pierścienia szybko uległy zniszczeniu, ale mieliśmy sondy na orbicie Helu, dzięki którym nadal obserwowaliśmy atak. Bałem się, że faktycznie uda im się przedrzeć. Tym bardziej że na holotanku pojawił się nowy cel. Był wielki, bulwiasty i podświetlony przez nanitową chmurę na czerwono. Welter nie musiał mi mówić, co to oznaczało, ale i tak to zrobił.

– Drednot wroga jest już w układzie, pułkowniku.

Rozdział 7

Gdy tylko nasza stacja obróciła się opancerzonym tyłem do pierścienia, nie mogliśmy już strzelać do nadchodzących wrogów, ale i oni nie mogli łatwo trafić w żadne istotne systemy. Wkrótce okręty, które przetrwały atak naszych dział elektromagnetycznych i laserów, przeleciały obok. Były to klasyczne krążowniki makrosów, w kształcie strzały, z jednym ciężkim działem na spodzie. Działa obróciły się tak, aby uderzyć w nas z niewielkiej odległości.

– Zasięg około tysiąca kilometrów, sir – powiedział Welter. – Moglibyśmy wystrzelić teraz.

Pokręciłem głową.

– Czekaj, aż będą dokładnie na naszych flankach, wtedy strzelaj. Nie chcę tego robić zbyt wcześnie. Dopiero gdy nie zdołają zrobić uniku. Przywalą w nasze baterie, ale sami nieźle oberwą.

Zdalne czujniki pasywne dały nam znać, że wróg dostał poważne cięgi, wlatując w chmurę pocisków z dział elektromagnetycznych. Siła stacji opierała się na tym, że każdy okręt przybywający do układu Edenu z Thora musiał przelecieć przez relatywnie mały otwór o szerokości około dziesięciu kilometrów. To oznaczało, że jeśli nasyciliśmy ten obszar latającymi odłamkami, wszystko, co przez niego przechodziło, przez pewien czas ulegało zniszczeniu.

Plan zadziałał, ale nie perfekcyjnie. Makrosy przyspieszyły atak, co oznaczało, że nie zdążyliśmy sięgnąć pierwszych okrętów. Do tego mieliśmy do dyspozycji tylko ułamek z naszej pełnej siły ognia. Jakieś trzydzieści krążowników i drednot przetrwały. Mimo wszystko straty wroga były ogromne.

– A teraz, gdy przelecą wokół nas – powiedziałem, niemal szepcząc – złapiemy ich znów z bliska, waląc ze wszystkiego, co mamy.

Przekazałem rozkazy bezpośrednio do każdej baterii i porozmawiałem z działonowymi. Najbardziej interesowały mnie trzy ciężkie lasery. Pozwoliłem wrogom podlecieć bliżej, nie używając ich do tej pory zbyt intensywnie, ale teraz, z małej odległości, ich siła rażenia była ogromna.

– Wybierz nowy cel co dziesięć sekund – rozkazałem Sandrze. – Wyceluj w nietknięty krążownik i przekaż namiary wszystkim trzem laserom.

– Kyle, oni nie mogą tak szybko strzelać i zmieniać celu.

Pokręciłem głową. Stacja drżała, gdy wrogie rakiety uderzały w nią niczym w bęben. Zostało nam półtorej minuty, zanim wróg nas minie.

– Sandra, czy jesteś gotowa?

– Tak.

– To słuchaj uważnie. Działonowi wycelują w różne okręty. Przy tej odległości każdy ciężki laser powinien rozwalić cel w kilka sekund. Jeśli co dziesięć sekund wybierzesz nowy cel, zdążą przeładować, zmienić koordynaty i wystrzelić.

Skinęła głową.

– Dobrze. Nie mamy do tego komputerów?

Pokręciłem głową.

– Nie tym razem. A Welter jest zajęty nadzorem nad systemami stacji. Mam za mało ludzi, potrzebuję doświadczonego oficera taktycznego.

Sandra uśmiechnęła się lekko. W przeszłości, na początku naszej podróży w kosmos, była moim strzelcem. W pewnym sensie należała do moich najstarszych weteranów, ale nie robiła takich rzeczy od bardzo dawna.

– Możesz na mnie liczyć – stwierdziła.

Uśmiechnąłem się, ale oczy utkwione miałem w zegarze. Mieliśmy mniej niż minutę do fajerwerków. Teraz, gdy jej obowiązki były już jasne, Sandra rozmawiała z działonowymi obsługującymi poszczególne ciężkie lasery. Byłem pewien, że da sobie radę. Prawie pewien.

Zwróciłem się do Marvina ze specjalnymi rozkazami.

– Potrzebuję cię z pełnym wyposażeniem bojowym.

W moją stronę spojrzało sporo kamer – zdecydowanie go zaskoczyłem.

 

– Dlaczego, pułkowniku?

Próbowałem nie okazywać irytacji. Ten robot był gorszy niż moi ludzcy podwładni, jeśli chodzi o kwestionowanie rozkazów i kiepskie wyczucie czasu. Moją instynktowną reakcją byłoby krzyknięcie, żeby się ruszał, ale postanowiłem zmarnować dziesięć cennych sekund na udzielenie mu odpowiedzi. Wiedziałem, że w przeciwnym razie będzie zastanawiał się nad przyczyną i nie skupi się wystarczająco.

– Myślę, że wciąż mogą próbować abordażu. Początkowe działania wskazują na to, że taki był ich plan, a skoro nas jeszcze nie zniszczyli, mogą do niego wrócić.

– Ach – odparł po chwili zamyślenia Marvin. – To bardzo rozsądny tok rozumowania. Jakimś sposobem nie pomyślałem o tym w całym tym zamieszaniu. Natychmiast się przygotuję.

Odpełzł w stronę zbrojowni. W ciągu ostatnich miesięcy eksperymentowaliśmy z jego strukturą i wymyśliliśmy modularny system bojowy. Marvin różnił się od innych żołnierzy tym, że potrafił nie tylko zmieniać pancerz i sprzęt, ale też rekonfigurować własne ciało do aktualnych potrzeb. Zbudowaliśmy dla niego całkiem groźny sprzęt bojowy w czasie prac nad stacją.

Przyglądając mu się przez kilka sekund, stwierdziłem, że cieszy się, że będzie mógł go wypróbować. Wiedziałem, że źródłem podekscytowania nie jest żądza krwi czy naturalne podniecenie bitwą. Był raczej jak dziecko, które wreszcie ma możliwość sprawdzić, jak działa nowa zabawka, którą dostało na święta, jednak leżała w szafie aż do wiosny.

Skoro wszyscy mieli swoje zadania, odwróciłem się do holotanku. Pozostało dwadzieścia jeden sekund do czasu, aż okręty wroga okrążą stację i znajdą się po najeżonej bronią stronie.

Zrobiłem kilka głębokich oddechów i zegar odliczył do zera. W jednej chwili rozpętało się piekło.

Sandra wyznaczyła już trzy pierwsze cele i skierowała na nie ciężkie promienie. To było sprytne posunięcie, którego nie zawierały moje rozkazy. Przygotowała kolejkę celów tak, aby każdy miał w co strzelać, więc nikt nie pozostawał bezczynny. Gdy tylko lasery wystrzeliły, nakreślając trzy idealne, jasne linie zniszczenia między stacją a wrogimi okrętami, już wyznaczała każdemu z działonowych kolejnego wroga. Radziła sobie nie gorzej niż komputerowy system namierzania.

Skutki użycia ciężkich laserów były spektakularne. W krążowniki trafiły lśniące rozbłyski promieniowania, które przebijały się przez kadłub w ułamku sekundy. Każdy błysk oznaczał zniszczenie wrogiego okrętu, ale wciąż było ich wiele.

Kilka chwil później zaczęły pracować działa elektromagnetyczne. Dużo trudniej było teraz celować, gdyż te działa najlepiej sprawowały się przeciwko skoncentrowanym siłom wroga. Dość długo zajmowało im dotarcie do celu, który sam poruszał się z ogromną prędkością. To było jak strzelanie do pocisków. Większość z nich spudłowała, a krążowniki leciały dalej.

Wróg odpowiedział ogniem. Ich działa były najbardziej skuteczne z małej odległości. Wyrzucały z siebie wysokiej prędkości pociski podobne do naszych, ale na dużo mniejszą skalę. Dużo łatwiej było trafić im niż nam, bo my się nie poruszaliśmy. Pociski spadły na nas jak deszcz.

Przelatując tak blisko, wróg nie wystrzelił żadnych rakiet. Bylibyśmy w stanie je zestrzelić, a jeśli eksplodowały zbyt wcześnie, mogły równie dobrze uszkodzić się nawzajem.

– Sir – Welter próbował przekrzyczeć odgłosy bitwy – straciliśmy ciężki laser numer jeden, a działonowy z piątej baterii nie odpowiada.

– Obawiam się, że nie żyje, Kyle – stwierdziła Sandra. – To Lamond. Chcesz, żebym tam poszła i sprawdziła? Jeśli straciliśmy tylko jego, mogę przejąć system i strzelać dalej.

– Nie, zostań na stanowisku. Wyznaczaj cele. Teraz i tak wszystko w rękach operatorów laserów.

Skinęła głową i wskazała pozostałym dwu nowe cele. Po minucie nastąpiło trafienie niedaleko mostka. Mocno nami zatrzęsło, ale trzymaliśmy się konsoli. Światła zamigotały i w końcu zgasły. Świecił się tylko holotank, który miał osobny obwód zasilania.

– Nie widzę swojego ekranu, Kyle. Straciliśmy moc.

– Użyj holotanku – odparłem. – System komunikacyjny wciąż działa. Wyznacz nowe cele.

Po raz pierwszy rozważyłem możliwość, że możemy przegrać tę bitwę. Była drażniąca, bo zaszliśmy już bardzo daleko. Problem stanowił mostek, na którym się znajdowałem. Stanowił nasz słaby punkt. W razie zniszczenia go, albo nawet odłączenia od reszty stacji, makrosy by wygrały. W większości wcześniejszych bitew z maszynami czynnik ludzki po stronie naszego dowództwa nie był aż tak istotny. W końcu każda jednostka posiadała inteligentną broń, która strzelała do każdego wrogiego celu. Ta bitwa była inna, przez to, że straciliśmy tyle doświadczonych nanitowych mózgów. Ludzcy dowódcy musieli podejmować nawet najdrobniejsze decyzje. Bez nas nie mieliśmy szans na zwycięstwo.

Światła pozostały zgaszone, ale holotank wciąż działał. Nie mogliśmy oderwać od niego wzroku. Nagle on też zgasł. Welter wczołgał się pod niego i próbował grzebać we wnętrznościach maszyny. Uznałem, że to raczej beznadziejna sprawa, ale spróbować nie zaszkodzi. Gdy ostatni z ciężkich laserów przestał strzelać, Sandra spojrzała na mnie w niebieskim świetle skafandra, które pozostało nam jako jedyne. Skinąłem głową.

– Sprawdź, co z Lamondem – powiedziałem. – I powodzenia, kochanie.

– Nawzajem.

Oboje wiedzieliśmy, że nie mamy czasu na pocałunek. Zresztą i tak mieliśmy na głowach hełmy. Znikła w korytarzu i nie wiedziałem, czy jeszcze ją kiedyś zobaczę.

Welter i ja zostaliśmy jako jedyni na martwym mostku. Na zewnątrz bitwa przycichła. Wciąż słychać było trzaski, grzmoty, stacja drżała, ale hałasów było dużo mniej niż wcześniej.

– Ile zostało krążowników? – zapytałem.

– Nie wiem, sir. Licznik przestał działać przy dziewięciu. To było jakąś minutę temu. Nie wiem, czy przeleciały obok i oddaliły się poza zasięg strzału, czy coś innego.

Zamyśliłem się nad tym jego „czymś innym”. Większość możliwości nie brzmiała dla nas za dobrze. Podejrzewałem, że straciliśmy zasilanie na większej części stacji i praktycznie całe zewnętrzne uzbrojenie ofensywne. Fakt, że ataki wroga ustały, wskazywał na to, że albo zabiliśmy wszystkich, albo postanowili jednak spróbować inwazji.

Kazałem pozostałym przy życiu odezwać się. Po nadaniu rozkazu nasłuchiwałem i chyba słyszałem jakieś niewyraźne odpowiedzi. Ktoś wciąż tam żył. Ale straciliśmy centralny system komunikacyjny, a nasze indywidualne nadajniki nie przebijały się przez ciężkie ściany pomieszczeń na stacji. Byliśmy odcięci, bez zasilania i zapewne czekało nas starcie z przeważającymi siłami wroga. Nawet jeśli rozwaliliśmy wszystkie krążowniki, pozostawał wciąż drednot i okręty Skorupiaków, których jeszcze nie widzieliśmy. Kiepsko to wyglądało.

Zrobiłem przegląd broni. Welter i ja nie mogliśmy sami walczyć z całą armią, ale wciąż byliśmy dwoma w pełni wyposażonymi marines. Miałem nadzieję, że w przypadku abordażu przynajmniej zginiemy, zabrawszy część maszyn ze sobą.

Rozdział 8

Gdy stałem w ciemności i relatywnej ciszy martwego mostka, przypomniało mi się, co kiedyś przeczytałem: ludzie często reagują na katastrofy podobnymi wzorcami zachowań. Żołnierze podczas przegranych bitew czy piloci spadających samolotów często walczyli aż do końca. Nagrania czarnych skrzynek udowadniały, że nie przyjmując do wiadomości prawdy o swojej sytuacji, rzadko okazywali

w ostatnich chwilach panikę czy rozpacz. Zamiast tego załoga robiła, co tylko mogła, zawsze planując przetrwać, myśląc, że jakoś sobie poradzi. Dopiero pod sam koniec docierała do nich ostateczna, bolesna prawda: że mają całkowicie przerąbane. Welter i ja prawie dotarliśmy do tego momentu –

ale tylko prawie.

– Przejdziemy przez pokłady na górne blanki. Zabierzemy ze sobą wszystkich, których zdołamy – powiedziałem zdecydowanym głosem.

Welter skinął głową, ale się nie odezwał. Zamocował ciężki miotacz i dopasował pancerz.

– Cieszę się, że nalegałem, aby każdy miał na sobie ciężki sprzęt piechoty – stwierdziłem. – Miałem nadzieję, że się nie przyda, ale wydarzenia potoczyły się nieoczekiwanie.

Czy usłyszałem parsknięcie? Nie byłem pewien, ale wydawało mi się, że Welter kpi sobie ze mnie. Udałem, że tego nie słyszę, i zignorowałem jego nastawienie. Niskie morale było dość zrozumiałe w tych okolicznościach.

Stacja była pogrążona w ciemnościach, nie licząc jasnych świateł naszych skafandrów. W powietrzu unosiły się chmury dymu i słychać było syk uchodzącego przez szczeliny powietrza. Nie zawracaliśmy sobie głowy naprawami, maszerowaliśmy naprzód, kierując się w stronę górnych pokładów.

Bombardowanie kadłuba w końcu ustało. Ogromną stację ogarnęła niepokojąca cisza. Byłem pewien, że nie zniszczyliśmy wszystkich wrogich okrętów, więc zostały nam dwie możliwości: albo wrogie jednostki przeleciały obok nas, poza zasięg strzału, albo przeciwnik postanowił jednak dokonać abordażu. Uznałem drugą opcję za bardziej prawdopodobną.

– Uważnie się rozglądaj, Welter. Celuj miotaczem w lewo, a ja w prawo.

– Żartuje pan, pułkowniku? – spytał, przerywając w końcu milczenie.

– Żartuję? Rzadko stroję sobie żarty w środku bitwy.

– Sir, to już nie jest bitwa. To krótka przerwa między porażką a anihilacją.

Zatrzymałem się i spojrzałem na niego. Światło mojego skafandra spowijało go białym blaskiem. Widziałem, że jego wizjer automatycznie się zaciemnił. Zdawało mi się jednak wcześniej, że widzę jego szyderczo wykrzywione usta.

– Nie wiem, do czego zmierzasz, komandorze.

Welter westchnął ze złością.

– Zmierzam? Powinniśmy planować ukrycie się, ucieczkę albo wysadzenie stacji. Zamiast tego postępuje pan tak, jakbyśmy mieli szansę w tym konflikcie.

Odwróciłem się od niego i ruszyłem naprzód. Po chwili poszedł za mną.

– Zaskakujesz mnie, Welter – rzuciłem przez ramię. – Nie miałem cię za kogoś, kto tak łatwo rezygnuje. Jeśli chcesz po prostu stać bezczynnie, proszę bardzo. Możesz też zeszczać się w gacie, jeśli masz ochotę. Ale do czasu, aż rozpoznam sytuację, nie dołączę do ciebie.

Usłyszałem, jak Welter głośno wzdycha. Nie odwróciłem się, ale słyszałem za sobą jego kroki, co mnie mimo wszystko ucieszyło. Nie chciałem maszerować sam po ciemnych, pustych korytarzach.

Żałowałem, że nie ma ze mną sierżanta sztabowego Kwona. Zostawiłem go przy planetach wewnętrznych, na których miał nadzorować budowę posterunków. Zgodnie z umową z Centaurami dostaliśmy trzy zdatne do zamieszkania światy, z których każdy miał wodę. Nie mieliśmy dość personelu, by je zasiedlić, ale uznałem, że jeśli na każdym z nich zostawię trochę ludzi i każę im zbudować bazy, przy okazji dowiemy się czegoś o nowych miejscach. Chciałem też w ten sposób oznaczyć terytorium, dać znać pozostałym zamieszkującym układ gatunkom, że ludzie wprowadzają się na dobre.

Kwon zdecydowanie przydałby mi się teraz. Wiedziałem, że on nigdy nie zniżyłby się do defetyzmu w obliczu wroga. Welter był lepszym pilotem, doskonałym strzelcem i świetnym strategiem, ale Kwon był gościem, którego chciałem mieć u boku, stawiając czoła maszynom. Przyszło mi do głowy, że mogę powiedzieć to Welterowi, ale zrezygnowałem z pomysłu. I tak dostatecznie uraziłem jego dumę, sugerując, by został i zaszczał pancerz. Nadszedł czas, aby mógł pokazać, że moja krytyka była niezasłużona.

Pierwsze niespodziewane spotkanie miało miejsce, gdy dotarliśmy do złączy oddzielających górną sekcję stacji od środkowej. Wypatrywałem w tej okolicy Marvina i na początku myślałem, że to właśnie na niego się natknęliśmy. Ale chociaż nasz gość był spory, zgrzytający i zdecydowanie zrobiony z metalu, tutaj podobieństwa się kończyły.

– Marvin? – odezwał się Welter przez komunikator.

– To nie Marvin – odparłem.

Maszyna nie pasowała do trybu działania Marvina. Zamiast czarnych nanitowych ramion miała srebrne, segmentowane nogi, błyszczące, gdy się ruszały. Przypominała pasikonika z nierdzewnej stali.

Wystrzeliłem pierwszy, nie czekając, aż intruz się wylegitymuje. Miotacz błysnął w rzadkiej atmosferze korytarza, natychmiast zaciemniając nasze wizjery prawie do absolutnej czerni. Maszyna ruszyła w moją stronę mimo promienia przecinającego jej tułów. Chyba wzięliśmy ją z zaskoczenia, gdy robiła coś głową, wciśniętą w otwarty panel.

Broń zamontowana na łbie robota odpowiedziała ogniem, ale było za późno. Jej impulsy energetyczne dwukrotnie drasnęły mój pancerz, po czym rdzeń maszyny uległ przebiciu i eksplodował wśród kłębów gazu.

Dym wygląda inaczej, gdy wypuści się go do korytarza pod niskim ciśnieniem. Rozszerza się jak eksplozja, wypełniając cały obszar wirem cząstek. Stwierdziłem, że wyrwa w kadłubie, przez którą dostała się maszyna, musiała nadal być nieszczelna.

 

Welter ruszył do przodu i wypuścił w stronę trzęsących się resztek robota krótką serię impulsów z małej odległości.

– Trafiłeś? – spytałem ze śmiechem.

Welter spojrzał na mnie.

– Chciałem mieć pewność. Wygląda na technika, sir. Te narzędzia na jego głowie… Robił coś, grzebał przy naszych złączach.

– Może powinniśmy byli dać mu pracować. Może chciał naprawić zasilanie.

– Tak, to na pewno było tylko tragiczne nieporozumienie.

Ruszyliśmy naprzód, sprawdzając po drodze włazy. Wyglądało na to, że robot działał sam. Byliśmy dość nerwowi, bo nie mieliśmy już wątpliwości, że wróg jest na pokładzie.

– Kyle? – usłyszałem w hełmie. – To ty, prawda?

W komunikacji radiowej w sytuacjach bojowych irytujące jest to, że nie wie się, z której strony dochodzi głos. Nasze skafandry bojowe były potężne i wytrzymałe, ale obracanie się na wszystkie strony, żeby zobaczyć rozmówcę, bywało kłopotliwe. Ale w takich chwilach pancerz był niezbędny.

W końcu udało mi się namierzyć pozycję Sandry dzięki ekranowi w hełmie. Jej sygnał dochodził od strony panelu, w którym grzebał robot-technik. Podniosłem makrosa z pomocą Weltera i wcisnąłem głowę w otwór, żeby się rozejrzeć.

Sandra wyczołgała się. Miała na sobie tylko lekki skafander, który wolała od ciężkiego pancerza. Cieszyłem się, że ją widzę, ale byłem zaskoczony.

– Jesteś daleko od swojego stanowiska – stwierdziłem.

Wzruszyła ramionami.

– Przydzieliłeś mnie do działa i próbuję je ponownie uruchomić. Te maszyny wyłączyły nasze systemy uzbrojenia, a raczej odcięły zasilanie. Roi się od nich na stacji i wszędzie niszczą złącza. Gdy moje działo przestało działać, doszłam po śladach tutaj. Sama zamierzałam zniszczyć to coś, ale mnie ubiegłeś.

– Dobra – odparłem. – Ale gdzie są ich żołnierze? Widziałaś jakieś maszyny poza technikami?

– Nie. A przynajmniej jeszcze nie.

Zmarszczyłem brwi. Sytuacja była dziwna. Nie rozumiałem, dlaczego nie przystąpili do pełnego ataku. Spodziewałem się dwóch możliwości – zniszczenia stacji przez drednota albo inwazji marines makrosów i wybicia nas na pokładzie. Wysłanie paru techników, którzy wyłączyli naszą broń? To było jak na nich zbyt subtelne.

– Musimy dowiedzieć się, co tu się dzieje – powiedziałem. – Idźmy bliżej zewnętrznego kadłuba. Gdzie jest najbliższy portal obserwacyjny?

Welter otworzył mapę – widziałem jej lustrzane odbicie w jego hełmie. Rozglądałem się, podczas gdy on dotykał palcami niewidzialnych przycisków w powietrzu przed sobą.

– Mam. Cofnijmy się o jakieś sto kroków i pójdźmy bocznym korytarzem w stronę trzeciego lasera.

– Jest zniszczony – powiedziała Sandra. – Nie chodzi tylko o zasilanie. Wszyscy są martwi, a grodzie automatycznie się uszczelniły.

– Czyli to dobre miejsce, żeby wyjrzeć na zewnątrz – odparłem, kierując się w tamtą stronę.

Gdy w końcu przekonaliśmy nanitowe grodzie, aby pozwoliły nam przejść, popchnęła nas do przodu fala uciekających gazów. Przez kilka sekund czułem się, jakbym miał za plecami mały huragan. Sandra przewróciła się i chwyciła mój plecak z akumulatorem. Mnie i Weltera przed wstrząsami chroniła waga pancerzy. Palce Sandry trzymały się mnie mocno jak stalowe szpony. Chichocząc, ruszyłem naprzód, do zniszczonej baterii działa, niosąc dziewczynę na plecach jak małpkę. Wreszcie zamknęliśmy gródź i byliśmy bezpieczni pośród otaczającej stację próżni.

Widok był spektakularny. Na lewo od nas płonęła gwiazda Edenu. Z tej odległości wyglądała jak wyjątkowo jasny księżyc w pełni. Po drugiej stronie unosiła się zamarznięta planeta Hel. Błyszczała lodowym błękitem wzdłuż krawędzi metalowego krateru, wewnątrz którego staliśmy. Stacja wciąż powoli się obracała. Zapewne przy braku zasilania uderzeń nie kompensowały automatyczne stabilizatory, więc z wolna kręciła się w kółko.

– To dość wygodne – uznałem. – Jeśli zostaniemy tu jeszcze przez chwilę, zobaczymy całe pobojowisko.

– Do tego czasu nas spalą na popiół, jeśli są tam jakieś wrogie okręty – odparła Sandra.

Musiałem się z nią zgodzić.

– Chodźmy wyżej i rozejrzyjmy się. Utrzymujcie pasywny tryb sensorów.

Nasze skafandry były w zasadzie miniaturowymi okrętami kosmicznymi. Zostały wyposażone też w sensory wizualne dalekiego zasięgu. Nie dało się efektywnie nawigować w przestrzeni kosmicznej bez wzroku lepszego niż ludzki.

Wszyscy doczołgaliśmy się do poszarpanej krawędzi krateru, który kiedyś mieścił działo laserowe, i rozejrzeliśmy na wszystkie strony. W pobliżu widziałem latające wraki, ale trudno było wypatrzyć cokolwiek w większej odległości. Obok stacji unosiło się mnóstwo odłamków, wyglądających jak chmara orbitujących owadów, które utrudniały nam zadanie. Pola bitew w otwartej przestrzeni wyglądały zupełnie inaczej niż te w obrębie pola grawitacyjnego planety. Były na tyle rozproszone, że wypatrzenie wrogich jednostek stanowiło niełatwe zadanie.

– Co macie? – spytałem. – Nie widzę nic oprócz śmieci. Gdzie jest ich flota?

– Chyba coś mam – oznajmiła Sandra. – Pod nami, w stronę Helu.

Welter i ja przyczołgaliśmy się bliżej niej. Wyregulowaliśmy ekrany na hełmach, żeby lepiej zinterpretować to, co widzimy. Z wyjątkiem Sandry ludzki wzrok był bezużyteczny, gdy patrzyło się na tysiące kilometrów w głąb przestrzeni kosmicznej. Gdybyśmy użyli aktywnego radaru, szybciej zorientowalibyśmy się w sytuacji, ale wtedy zdradzilibyśmy, że żyjemy.

Wszyscy spoglądaliśmy w stronę planety, którą ochrzciliśmy mianem Hel. Mroźny glob składał się głównie z niklu, żelaza i zamarzniętego amoniaku. Powierzchnia pokryta była kriowulkanami, które co jakiś czas wypuszczały niezbyt przyjemne płyny. Były to dość dramatyczne spektakle. Z trzewi planety wydostawały się amoniak i metan, gdy ich pływy podgrzewały jej wnętrze. Gdy tylko docierały do powierzchni, natychmiast zamarzały, tworząc rozległe, lodowe równiny.

– Nie patrzcie na powierzchnię – powiedziała Sandra. – Jest na niskiej orbicie, między stacją a planetą.

– Co to? – spytałem. I wtedy to zobaczyłem. – To prawdziwy kolos! To musi być okręt – zapewne ten drednot! Musi mieć masę połowy tej stacji.

– Zgoda, to musi być martwy drednot – stwierdził Welter. – Wygląda na to, że teraz to tylko wrak. Jeśli miałbym zgadywać, po paru okrążeniach orbity rozbije się na powierzchni planety.

– Słuszny koniec dla tych skurwieli – warknęła Sandra.

– Tak – odparłem. – Ale chcę wiedzieć jedno: co go zniszczyło, gdy było już prawie po nas.