ZagubieniTekst

Z serii: Star Force
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zagubieni
Zagubieni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Zagubieni
Zagubieni
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90  24,35 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Połącz mnie z Hoonem.

Miałem nadzieję, że on rzuci na sprawę trochę światła.

– Tak, młody Riggsie?

– Profesorze, w jaki sposób porusza się Sztaba? Z jakiego napędu korzysta?

– Nie wykrywam żadnego napędu. Zdaje się przemieszczać z miejsca na miejsce na tej samej zasadzie, na jakiej działają pierścienie.

Opadła mi szczęka.

– Teleportuje się bez pierścienia?

– Nie nazwałbym tego teleportacją. Z moich obserwacji wynika raczej, że otwiera tymczasowe rozdarcie czasoprzestrzeni i przemieszcza je względem siebie, co skutkuje za każdym razem przeskokiem o mniej więcej piętnaście tysięcy trzysta dziewięćdziesiąt pięć i pięćdziesiąt sześć setnych kilometra.

– To… niewiarygodne. – Na usta pchało mi się słowo „niemożliwe”, ale ugryzłem się w język.

– Oto, z czym mamy do czynienia – mruknął ponuro Sokołow. – Nie możemy z nią walczyć konwencjonalnymi środkami. A jeśli zechce nas złapać, nie mamy szans na ucieczkę.

Ton generała przykuł moją uwagę. Przyjrzałem mu się. W jego oczach spodziewałem się zobaczyć rozpacz, lecz zamiast niej dostrzegłem zaciekawienie, fascynację i coś w rodzaju ledwo tłumionego pragnienia. Czyżby nadal pałał żądzą zemsty na Sztabie za zabicie jego ukochanych Pand? A może chodziło o coś więcej?

Nagle wielka ikona zniknęła.

– Co się stało? – zażądałem odpowiedzi. Znów oddaliłem obraz, ale tym razem symbol się nie odnalazł, choć na wyświetlaczu widniał cały układ gwiezdny. – Nieustraszony, zlokalizuj Sztabę.

– Czujniki pasywne jej nie wykrywają.

– To włącz aktywne! – rozkazałem. Nic się nie pokazało, ale impulsy z radarów potrzebowały przecież kilku godzin, by dotrzeć na obrzeża układu.

– Chyba zniknęła – obwieścił Hansen znad swojej konsoli.

– Czy jej skoki przekraczają prędkość światła?

Z głośnika rozległ się głos Hoona:

– Z moich obserwacji wynika, że owe „skoki”, jak je nazywasz, nie trwają żadnej mierzalnej ilości czasu.

Zrobiło mi się niedobrze. Jeśli nie liczyć pierścieni – nieruchomych artefaktów, których ogólne działanie dało się objąć rozumem – nigdy nie natrafiliśmy na coś, co umiało przekroczyć prędkość światła. A teraz ten ogromny statek z niemal niezniszczalnego materiału skakał sobie bez wysiłku z miejsca na miejsce. Nie miałem pomysłu, jak coś takiego rozgryźć.

Ale może Sokołow miał. Z pewnością nie mówił mi wszystkiego. Sądziłem też, że przepełnia go gniew na Sztabę za to, co statek zrobił jego flocie nanitów i zaprzyjaźnionym niedźwiedziom. Wola człowieka to potężna rzecz. Sokołow miał motywację, dwuletnie doświadczenie oraz mnóstwo sprzętu, na którym mógł eksperymentować.

Jeżeli pragnie się czegoś dostatecznie mocno, jest się gotowym oddać w zamian wszystko. Ta wiedza mogła mi zapewnić kartę przetargową, pod warunkiem że wymyślę sposób na jej użycie. Dotarła do mnie jedna rzecz – coś, co nie dawało mi spokoju, odkąd objąłem dowodzenie. Może to była moja szansa. Pytanie tylko, czy zechcę z niej skorzystać.

– Generale, mogę na słówko? – Wskazałem boczne pomieszczenie. Sokołow poszedł przodem, a wtedy zwróciłem się do Hansena: – Kontynuujcie przygotowania do startu, odlatujemy, gdy tylko skończycie. Oddalmy się o parę milionów kilometrów i wystrzelmy wszystkie drony zwiadowcze, niech pokryją zasięgiem całą planetę.

Hansen potwierdził przyjęcie rozkazu, a ja tymczasem podążyłem za Sokołowem do ustronnej salki.

– Generale, mam dla pana propozycję – oznajmiłem, gdy zamknęły się drzwi. – Objąłem tutaj dowodzenie, ponieważ wszystkich pozostałych oficerów z Nieustraszonego pożarły Pandy.

– Przykro mi to słyszeć, kapitanie – odpowiedział – choć uważam, że musiało dojść do jakiegoś nieporozumienia.

– Pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Wiem za to, że nikt z załogi nie rzuciłby liny tonącemu niedźwiedziowi, a okazywanie sympatii do nich z pewnością nie przysporzy tu panu przyjaciół. Ale chyba mam pomysł, jak możemy sobie nawzajem pomóc.

Sokołow przez chwilę lustrował mnie wzrokiem, jak gdyby oceniając, czy mówię szczerze. Myślę, że potrafiłbym wcisnąć kit każdemu, ale teraz mówiłem szczerze i bez odrobiny fałszu. A on to chyba dostrzegł.

– W porządku – powiedział. – Zamieniam się w słuch.

– Zasłużyłem na prawo do dowodzenia tą załogą. Zadbałem, żebyśmy wyszli cało z wielu niebezpiecznych sytuacji. Podejmowałem słuszne decyzje, dzięki którym przeżyliśmy, nie wyrzekając się własnej moralności. Zaakceptowali mnie jako swojego kapitana, ale wolałbym, i oni pewnie też, żebym dysponował oficjalną aprobatą Sił Gwiezdnych. Rzecz jasna, nie zdołaliśmy skontaktować się z Ziemią. Sieć pierścieni jest nieaktywna od strony, z której przybyliśmy. W przeciwnym kierunku ciągnie się łańcuch prawdopodobnie ponad stu pierścieni, a po drodze któryś z nich zakłóca nasz sygnał. To dlatego Marvin postanowił wypuścić samopowielający się program, który jak sądzimy, zwrócił uwagę Sztaby.

– Nie bardzo rozumiem, do czego pan zmierza.

Zacząłem przechadzać się po niewielkiej salce.

– Zmierzam do tego, że jako generał Sił Gwiezdnych mógłby pan potwierdzić mój status pełniącego obowiązki kapitana. To jeszcze bardziej zjednoczyłoby załogę i zwiększyłoby nasze szanse na przetrwanie. A przy okazji wzmocniłoby pański wizerunek.

W tym momencie Sokołow uśmiechnął się po raz pierwszy, odkąd go poznałem.

– Zrobię to – powiedział – a nawet coś więcej. Oczywiście trzeba będzie zaczekać na oficjalne potwierdzenie, ale awansuję pana na dowolnie wybrany stopień. Choćby i komandora.

Zatrzymałem się.

– Dobry pomysł. Jednak przeskok od podporucznika do komandora to przesada, a z kolei porucznik nie wystarczy. Zastanawiam się nad komandorem podporucznikiem…

– Lepiej bez „pod”, czyli komandor porucznik. Tak będzie zwięźlej, nieprawdaż?

Zaśmiałem się.

– Podoba mi się pański tok myślenia, generale.

Zrozumiałem, że właśnie w tej chwili uznałem go za swojego towarzysza, choć oczywiście nie bez zastrzeżeń. Ale przecież był człowiekiem, doświadczył trudnych chwil i zasługiwał na miejsce wśród mojej załogi.

Poza tym mógł mi się przydać.

– Niech więc będzie komandor porucznik – powiedział, uśmiechając się znowu.

***

Wystartowaliśmy i zajęliśmy pozycję trzy miliony kilometrów od planety, a potem czekaliśmy. Po kilku godzinach odwołałem stan gotowości bojowej i załoga wróciła do zwyczajnego harmonogramu wart. Następnie wziąłem prysznic i przebrałem się, a później zwołałem zebranie w głównej sali konferencyjnej.

Wśród zaproszonych był Sokołow. Zjawił się we współczesnym codziennym mundurze generała, wykonanym z inteligentnej tkaniny.

– Zrobiła go dla mnie panna Turnbull – wymamrotał mi na ucho w ramach wyjaśnienia.

– Dobry pomysł. Dzięki temu wszystko będzie wyglądać bardziej oficjalnie – odpowiedziałem. – Napisał pan sobie tekst przemówienia?

Postukał się palcem w skroń.

– Mam go tutaj.

– Świetnie.

Pomieszczenie wypełniło się podoficerami.

– Nieustraszony – powiedziałem – transmituj to spotkanie do wszystkich stacji roboczych.

Następnie stanąłem u szczytu stołu.

– Witam wszystkich. Na powierzchni planety spędziliśmy krótkie wakacje, a teraz znów jesteśmy w kosmosie. Dzieją się dziwne rzeczy. Sztaba, czyli prawdopodobnie statek Pradawnych, odwiedziła układ i odleciała. Transportowiec pełen przyjaźnie nastawionych Jastrzębi leci nam na spotkanie. Co więcej, Marvin sprowadził na pokład osobę z samych początków Sił Gwiezdnych, generała Antona Sokołowa, który ćwierć wieku spędził w Kwadracie. Mamy szczęście, bo zgodził się reprezentować Siły Gwiezdne w sprawach administracyjnych, wyjaśniając kwestie, które niektórym nie dawały spokoju. Generale?

Dałem znak, żeby wstał.

– Dziękuję, kapitanie Riggs – powiedział, prostując się i zaplatając dłonie za plecami. Rzucił pewne siebie spojrzenie w stronę kamer. – Na początek pragnąłbym wyrazić swoją wdzięczność wobec załogi za ratunek oraz za tak ciepłe powitanie.

Omal nie parsknąłem śmiechem, bo facet łgał w żywe oczy. Załoga bynajmniej nie powitała go ciepło, a i jego zachowanie nie było szczególnie przyjazne. Mimo wszystko, niczym rasowy polityk, potrafił być czarujący, jeśli musiał.

– Zapytałem kapitana, jak mogę zrewanżować się za taką dobroć, a on odpowiedział, że tylko wykonuje swoją powinność i że to jest najlepszą nagrodą.

„Nieźle” – pomyślałem. Stawiał mnie w naprawdę dobrym świetle.

– Ja jednak nie ustępowałem i w końcu dowiedziałem się czegoś. Pomimo wszystkich dokonań, jakimi zasłużył sobie na obecną funkcję, waszego kapitana martwi fakt, że nie może z czystym sumieniem rościć sobie praw do tytułu, na jaki bezsprzecznie przecież zasługuje. Dlatego nalegałem, by pozwolił mi potwierdzić coś, co wszyscy dobrze wiecie: że Cody Riggs jest waszym kapitanem. Tak dyktuje zwyczaj oraz jego ponadprzeciętne osiągnięcia, a kiedy ta ceremonia dobiegnie końca, tak nakazywać będzie również prawo. I niech nikt już nie ma wątpliwości, kto jest kapitanem Nieustraszonego.

Po tych słowach salę konferencyjną wypełnił aplauz i wiwaty na moją cześć. Nie ukrywam, że było mi miło. Facet dobrze wiedział, jak oczarować publikę, nawet jeśli nie silił się na subtelność. Mnie tak pompatyczne przemówienie nie przeszłoby przez gardło. Zdałem sobie sprawę, że szczerzę zęby w szerokim uśmiechu.

– A więc, kapitanie Riggs, zechce pan tu podejść, stanąć przede mną i unieść prawą dłoń?

Posłuchałem.

– Jako generał Sił Gwiezdnych niniejszym mianuję pana komandorem porucznikiem, wraz ze wszystkimi uprawnieniami i przywilejami, jakie się z tym wiążą. Mianowanie to zostanie przy pierwszej okazji potwierdzone przez dowództwo Sił Gwiezdnych. Co więcej, potwierdzam pańską funkcję kapitana Nieustraszonego. Cody Ryanie Riggsie, czy przysięgasz bronić konstytucji Ziemi przed wszystkimi wrogami, zewnętrznymi i wewnętrznymi, przestrzegać przepisów i wytycznych Sił Gwiezdnych, wypełniać polecenia przełożonych i najlepiej jak to możliwe pełnić obowiązki komandora porucznika?

 

Przełknąłem ślinę, pęczniejąc z dumy. Komandor porucznik w niecały rok po opuszczeniu murów Akademii!

– Przysięgam.

– Nieustraszony, proszę to wpisać do rejestru – powiedział Sokołow. Wymieniliśmy saluty i podaliśmy sobie ręce. – Gratuluję, komandorze poruczniku.

– Dziękuję, sir.

Adrienne zaraz cmoknęła mnie w policzek, a reszta podwładnych podeszła, by z entuzjazmem uścisnąć mi dłoń. Martwiłem się wprawdzie, że uznają to przedstawienie za samolubny albo arogancki wybryk, ale najwyraźniej nikt nie miał z tym problemu.

Oczywiście perspektywa sytuacji kryzysowej oraz obecność dziwacznego statku, który dowolnie pojawiał się i znikał, pomogła ludziom skupić się na tym, co istotne. Nie żartowałem, mówiąc, że potwierdzenie legalności mojej władzy zwiększy nasze szanse przetrwania. Załoga również zdawała sobie z tego sprawę. Nikt nie lubi służyć z ludźmi, którzy nie dowierzają swojemu dowódcy.

Podsumowując, to był wyjątkowy moment w mojej służbie w Siłach Gwiezdnych. Czułem się doceniony i szczęśliwy.

Jak często bywa, to uczucie nie trwało długo.

Rozdział 8

Odnosiłem wrażenie, że ostatnio nie robię nic poza wpatrywaniem się w holowyświetlacz, ale cóż, taka dola kapitana. Urządzenie stanowiło moje okno na świat. W tych rzadkich chwilach, gdy nie działało i musiałem polegać na ekranach oraz meldunkach załogi, czułem się odcięty i osamotniony.

Sztaba zniknęła bez śladu równie tajemniczo, co się pojawiła. W pobliskiej przestrzeni znajdowały się jednak dwa inne obce kontakty. Jednego się spodziewaliśmy, drugiego nie.

– Transportowiec Jastrzębi będzie tu za trzy godziny – powiedziałem. – Ale to maleństwo… – postukałem w szkło nad nową ikoną – może być problemem.

Sokołow stanął obok, ale się nie odezwał. Pomimo ocieplenia w naszych relacjach przestrzegłem go, żeby nie ingerował w moją strukturę dowodzenia ani nie wyrywał się z poradami w sprawach, o których nie ma pojęcia. Jak dotąd stosował się do moich zaleceń. Odwróciłem się od niego i wyczekująco spojrzałem na Hansena.

– Konfiguracja jednostki wskazuje na okręt wojenny Jastrzębi – oznajmił starszy chorąży. – Wygląda na pancernik. Nie odpowiada na nasze wezwania i jest duży, większy od jakiejkolwiek innej jednostki Jastrzębi, a nawet od Nieustraszonego po przebudowie.

– Skąd się wziął?

– Wykryliśmy go w pasie asteroid, mniej więcej tutaj. – Hansen wskazał miejsce, gdzie po raz pierwszy namierzono jednostkę.

– Nie to miałem na myśli. Gdzie go zbudowano? Czy to możliwe, żeby Jastrzębie w trzy miesiące skonstruowały coś takiego na swojej planecie?

Hansen zamyślił się i pokręcił głową.

– Wątpię. Nie od zera. Możliwe, że uruchomiły już pierwszą fabrykę nanitów, ale nie miały wiele czasu, żeby coś z nią zrobić. Okręt musiał być w budowie jeszcze przed naszym przybyciem do układu. Tyle że nie wiemy gdzie.

– Cóż – odezwała się Adrienne – skoro nie w stoczniach orbitalnych nad Ornem-1, to może na powierzchni innej planety?

Teraz ja pokręciłem głową.

– Nikt nie konstruuje okrętów w studni grawitacyjnej, jeśli nie musi. Zwłaszcza jednostek o takich rozmiarach. Znacznie bardziej opłaca się używać materiałów z asteroid i budować bez grawitacji.

Nasunął mi się pomysł, który szybko przerodził się w podejrzenie.

– Zanim pokonałem Kleeda w pojedynku, marzyło mu się przejęcie władzy – powiedziałem. – Może planował zamach stanu? Może o czymś nie wiemy i miał wspólników?

– Konspiracja? – Hansen zmrużył oczy. – Może budowali ten superokręt w ukryciu. Całymi latami. Konwencjonalne metody konstrukcyjne tyle zajmują. A teraz okręt jest gotowy i nie podoba mi się, że dziewiczy rejs odbywa akurat tu, gdzie przebywamy.

– Albo leci w stronę pierścienia – uściśliłem. – To oczywiste, że Jastrzębie widziały pojawienie się i zniknięcie Sztaby. Może chcą sprawdzić, co to takiego? Albo może to nie okręt Kleeda, tylko jastrzębiego wojska? Jednostka, którą woleli przed nami ukryć, może pierwsza ze swojej klasy. Ich najlepszy okręt, zaprojektowany do walki z litosami.

– Jeśli to oficjalna misja, czemu się nie odzywają? – zapytał Hansen. – I czemu leci tu jeden okręt zamiast całej eskadry?

Miał rację. Coś tu śmierdziało.

– Nieustraszony – powiedziałem – spróbuj otworzyć prywatny kanał z ich wojskowym pośrednikiem, Shirrem. Poproś o raport na temat ich działań z uwzględnieniem nowego okrętu. Może to go skłoni do rozmowy.

Wiedziałem, że minie trochę czasu, zanim odpowiedź z kwatery głównej Jastrzębi dotrze tak daleko, ale znacznie bliżej znajdował się ktoś inny, kto mógł coś wiedzieć.

– Nieustraszony, połącz mnie z transportowcem.

Po kilku sekundach na ekranie pojawił się Kreel.

– Witam, komodorze Riggs – powiedział.

– Witam, dowódco Kreel. Co możesz mi powiedzieć o lecącym tu pancerniku?

Kreel zwiesił głowę.

– Mojego okrytego hańbą ojca zwiodła na manowce grupa zbuntowanych oficerów działających w sekretnych bazach w pasie asteroid. Od dawna planowali przewrót. Kiedy ojciec objął dowodzenie nad obroną zewnętrznego pierścienia, skusiła go ich pieśń o zdradzie, więc pomógł im w budowie tego wstydu, na który patrzycie.

– Ale skoro twój ojciec nie żyje, co zamierzają osiągnąć, odsłaniając karty w tym momencie?

– Chciałem powiedzieć ci o tym osobiście, komodorze Riggs, ale najwyraźniej kończy nam się czas. Cele konspiratorów są różnorodne. Pragną przejąć dowództwo nad fortecami, żeby kontrolować pierścień i Kwadrat. Wiadomość o waszym użytkowaniu artefaktu wywołała falę plotek wśród mojego ludu, a teraz powszechnie uważa się, że znaleźliście zaawansowaną technologię obcych i wkrótce powrócicie, aby zniszczyć cały nasz gatunek. Kiedy Opiekun pojawił się w układzie po raz pierwszy od wielu lat, buntownicy musieli uznać, że przyszła pora na ich ruch. Jeśli was zniszczą albo przegnają, zyskają popularność i poparcie, a także technologię obcych, którą ich zdaniem znaleźliście. Przy okazji, mnie uważają za zdrajcę, ponieważ nie kontynuowałem dzieła mojego ojca, więc życie moje i tych, którzy za mną podążają, również są dla nich bezwartościowe.

Westchnąłem głośno.

– Więc teraz obie strony chcą nas zabić? Świetnie. My tylko pomogliśmy Jastrzębiom i tak nam się dziękuje.

– Próbowałem pana ostrzec – mruknął pod nosem Sokołow. Rzuciłem mu ostre spojrzenie, a on uciekł wzrokiem.

– Niektórzy z nas nie postradali honoru – zaprotestował Kreel. – Proszę, nie spisujcie na straty wszystkich za przewinienia nielicznych.

– Staram się zachować otwarty umysł, ale zdaje się, że niedługo zostaniemy zaatakowani. Co zrobicie, jeśli tak się stanie?

– Przysięgliśmy ci wierność, komodorze Riggs. Usłuchamy twych rozkazów i zginiemy w chwale.

– To całkiem możliwe.

Rozłączyłem się i popatrzyłem uważnie na wyświetlacz.

– Zdaje się, że jeśli nic nie zrobimy, pancernik dogoni statek Kreela i pewnie rozwali nasze zaprzyjaźnione Jastrzębie w drobny mak. Hansen, proszę wyznaczyć kurs, lecimy na spotkanie naszym nowym sojusznikom. Bierzemy ich na pokład i spieprzamy. Zakładam, że damy radę prześcignąć pancernik?

Hansen prychnął.

– Tamtą baryłę? Bez problemu, kapitanie.

– Proszę wziąć pod uwagę zasięg uzbrojenia i aktywować tarcze. Chcę uciec bez szwanku i strzelaniny. To nie nasza walka, a zresztą i tak nie posiadamy żadnej cennej technologii obcych.

Tego ostatniego nie byłem aż taki pewien. Marvin bez wątpienia coś przede mną zataił.

– Kurs wyznaczony… lecimy – oznajmił Hansen i w tym momencie poczułem, jak uruchamiają się nowe, ogromne silniki Nieustraszonego. – Spotkanie za godzinę i dwadzieścia minut. Kapitanie, dokąd lecimy, jak już zgarniemy naszych pierzastych kolegów?

Zadał świetne pytanie, nad którym dopiero przed chwilą zacząłem się zastanawiać. Mogliśmy bawić się w chowanego po układzie i nie wątpiłem, że udałoby nam się tę zabawę przeżyć. Znacznie przewyższaliśmy technologicznie Jastrzębie, więc nasz okręt był szybszy, uzbrojenie bardziej zabójcze, a w dodatku dysponowaliśmy tarczami magnetycznymi – czymś, czego nie zaobserwowałem na ich jednostkach.

Jednak przetrwanie to za mało. Stawialiśmy sobie za cel coś więcej niż przeżycie kolejnego dnia. A to oznaczało, że prędzej czy później musieliśmy powrócić do mojego pierwotnego planu: przejścia przez pierścień w poszukiwaniu drogi powrotnej do domu.

Niestety, to oznaczało przelot przez terytorium, gdzie najprawdopodobniej czaiła się Sztaba. Kreel nazwał ją Opiekunem, więc jego lud znał ten obiekt. Oto kolejna rzecz, o którą chciałem zapytać naszego nowego sojusznika.

Kazałem holowyświetlaczowi przeprowadzić kalkulację kursów wszystkich trzech jednostek i ustaliłem, że będzie blisko. Dawny Nieustraszony zdążyłby bez problemu, ale w nowej odsłonie był znacznie wolniejszy. Niestety, w takich przypadkach ważniejsza niż siła bojowa okazywała się prędkość.

– Bradley – powiedziałem do DGL-a – wyślijcie parę dronów zwiadowczych. Niech przelecą w bezpiecznej odległości od tego pancernika. Chcę wiedzieć, z czym mamy do czynienia.

– Tak jest – odparł Bradley. – Już je wystrzeliwujemy.

Spojrzałem na niego ze zdziwieniem. Musiał przewidzieć mój rozkaz i mieć urządzenia w tubach startowych.

Drony, rzecz jasna, dysponowały nieporównywalnie większym przyspieszeniem niż Nieustraszony, więc już po dwudziestu minutach spłynęły pierwsze odczyty.

– Przesyłają dane – zameldował Bradley.

Na ekranach pojawiły się zdjęcia. Holowyświetlacz automatycznie zrobił najazd na pancernik i uzupełniał obraz o szczegóły, w miarę jak docierały kolejne informacje. Jak na swój rozmiar, pancernik Jastrzębi był zgrabny. Kształtem przywodził na myśl ptaka ze skrzydłami, ostrym dziobem i szponami wyciągniętymi w stronę zdobyczy. Jednak środkowa część, czyli „szyja”, wydawała się przesadnie gruba i ciężka.

– Zróbcie zbliżenie na uzbrojenie. Oszacujcie jego moc.

Wkrótce przekonaliśmy się, że okręt najprawdopodobniej ma z przodu tylko jeden element uzbrojenia, choć zakładałem, że na obu burtach znajduje się broń pomocnicza, a rufa jest najeżona obroną punktową jak grecka falanga grotami włóczni. Po chwili obliczeń Nieustraszony poinformował, że broń Jastrzębi jest dwukrotnie silniejsza od każdej z naszych baterii głównych.

– Niedobrze – stwierdził Hansen. – Zwróceni dziobem do nas mają większy zasięg, a to cholerstwo mocno bije. Na średnim dystansie mamy przewagę, ale na krótkim znów będą groźni dzięki wieżyczkom obrony punktowej.

Kiwnąłem głową.

– Zdziesiątkują nimi nasze drony i pociski. Ale przecież rozerwiemy ich na strzępy, gdy tylko znajdą się w zasięgu naszej broni pomocniczej. W przeciwieństwie do nas nie mają tarcz.

– O ile nam wiadomo – zauważył ponuro Hansen.

– Nieustraszony, poszukaj na okręcie wroga czegoś, co może być projektorem tarczy magnetycznej.

– Nie zidentyfikowano nic podobnego.

– Co za ulga – powiedziałem.

Hansen, wieczny pesymista, tylko stęknął.

– I tak wolałbym z nim nie walczyć.

– Ja też, bo nic byśmy na tym nie zyskali – przyznałem. – Nawet nie wiemy jeszcze, czy są wrogo nastawieni.

– Nie odpowiedzieli na nasze transmisje. To mi nie wygląda na przyjazne nastawienie.

W tym momencie kilka ekranów zaśnieżyło i zgasło. Ikona jednego z dronów zwiadowczych zniknęła.

– Straciliśmy jednego, kapitanie – zameldował Bradley. – Wiązka lasera z pancernika.

– Zabierać stamtąd drugiego! – warknąłem.

– Próbujemy. Strzelają… Cholera. – Druga ikona zniknęła. – Potrzebowali dwudziestu strzałów, ale…

Wbiłem wzrok we wrogi pancernik. Wrogi, bo jego załoga właśnie ujawniła swoje zamiary.

– Wyślijcie wiadomość do Shirra. Wspomnijcie o otwarciu ognia i zażądajcie, żeby się wytłumaczył. Jeśli dobrze rozumiem psychikę Jastrzębi, poczuje się zobowiązany do odpowiedzi. Nieustraszony, za ile czasu możemy się spodziewać odpowiedzi na pierwszą wysłaną wiadomość?

– Odpowiedź powinna już nadejść.

– A na tę wysłaną teraz?

– Za dwadzieścia sześć minut.

– Cudownie. – Do tego czasu mogło być już po bitwie. – Czy transportowiec Kreela leci tak szybko, jak się da?

– Czujniki wskazują, że moc silnika przekracza wartość znamionową – odpowiedział Nieustraszony.

A więc już wyciskali z napędu siódme poty.

– A czy my maksymalnie przyspieszamy? – zapytałem.

– Tak jest – powiedział Hansen. – Mogę poprosić Sakurę, żeby jeszcze trochę zwiększyła przyspieszenie.

– Proszę tak zrobić. Bez szaleństw, ale niech zobaczy, czy uda się wycisnąć z silników coś więcej. – Po chwili poczułem, że drżenie pod stopami się wzmogło. Chwilowe spadki ciążenia świadczyły o tym, że główny inżynier eksperymentuje z podziałem energii. Naprawdę nie chciałem doprowadzać okrętu na skraj wytrzymałości bez porządnego przetestowania nowej konfiguracji, ale byłem teraz odpowiedzialny za Kreela. Musiałem go uratować i uciec bez ponoszenia strat.

 

A jeśli się nie uda, będę musiał stoczyć kosztowną i zażartą bitwę z jednostką o nieznanych możliwościach. Należało zakładać, że pancernik Jastrzębi skrywa kilka niespodzianek. Niezmiennie obowiązywało stare porzekadło: żaden plan nie przetrwa pierwszego kontaktu z wrogiem. Pewnych rzeczy się nie przewidzi.

– Stan gotowości bojowej – oznajmiłem. – Kiedy wszyscy włożą kombinezony, zmniejszamy ciążenie i podtrzymywanie życia do minimum. Nieużywane pancerze marines przełączyć w tryb generatora. Przekażcie Sakurze, że w razie potrzeby wolno jej rozładować akumulatory do połowy.

Moją uwagę przykuła zmiana w ikonie transportowca na wyświetlaczu.

– Kreel traci moc. Spada im przyspieszenie. Co się dzieje, Nieustraszony?

– Statek Jastrzębi stracił jeden z trzech silników.

Mamrocząc przekleństwa, ponownie odpaliłem symulację z uwzględnieniem nowej krzywej prędkości.

– Czy to możliwe, że pancernik ich tak załatwił strzałem z dużej odległości? – zapytałem.

– Nie wydaje mi się – odpowiedział Hansen po wykonaniu kilku obliczeń. – Powiedziałbym raczej, że Kreel sam wykończył silnik, przekraczając moc znamionową.

– Tak czy inaczej, stało się – mruknąłem, ostrożnie przyglądając się liczbom i wykresom na ekranie. – Zanim dotrzemy do Kreela, pancernik będzie go miał w zasięgu swojego głównego emitera. Czy nasze tarcze wytrzymają parę trafień, Hansen?

– Bez problemu, sir. W każdym razie z daleka. Nie dojdzie do penetracji pancerza, choć zalecałbym użycie dwóch warstw tarczy.

Nieustraszony posiadał tarczę pokrywającą cały okręt oraz kilka mniejszych, chroniących poszczególne obszary. Mogliśmy mieć wszystkie włączone, pod warunkiem że nie będziemy strzelać.

Czas uciekał, a jednostki powoli zbliżały się do siebie na wyświetlaczu. Wciąż byliśmy najbardziej oddalonym punkcikiem z całej trójki, kiedy odezwał się Nieustraszony:

– Transportowiec Jastrzębi stracił drugi silnik. Moc trzeciego spadła poniżej maksymalnej wartości.

– Kreel przepalił dwa silniki, więc przestał przeciążać ostatni – powiedziałem.

Znów uruchomiłem symulację. Widziałem jak na dłoni, że nie unikniemy starcia. Chyba że…

– Bradley, gdy tylko się odwrócimy i zaczniemy hamować, proszę wypuścić przed nami wszystkie sztylety w roli tarczy. Niech będą wyposażone w rakiety i lecą bez użycia silników, żeby oszczędzać paliwo. Hansen, w tym samym czasie proszę wystrzelić dwie salwy pocisków i rozproszyć je wokół dronów. Wyglądajmy groźnie jak cholera.

– Próbuje ich pan wystraszyć swoim blefem? – zapytał Hansen. – To zadziała?

– Na pewno – wtrącił się Sokołow. – Jastrzębie to zdegenerowana i tchórzliwa rasa.

– Mam nadzieję, że zawrócą – powiedziałem – ale to nie do końca blef. Jeśli dojdzie do walki, niech nasze bezzałogowe systemy skupią na sobie pierwsze uderzenie. W razie potrzeby poświęcimy je, żeby kupić sobie więcej czasu.

– Pannie Turnbull nie spodoba się strata wyposażenia – stwierdził Hansen. Adrienne stała się de facto naszym oficerem logistycznym, odpowiedzialnym za fabrykę i zaopatrzenie.

– Od tego są drony i rakiety, żeby z nich korzystać. Zawsze można wyprodukować następne.

– Nie rozumiem, czemu marnujemy siły na zgraję kosmitów – wymamrotał Sokołow.

– Generale, będę wdzięczny, jeśli ograniczy pan swoje komentarze do kluczowych kwestii – powiedziałem. Może zabrzmiało to nieuprzejmie, bo rzucił mi gniewne spojrzenie, ale po chwili przytaknął.

– Za pięć minut odwracamy okręt i hamujemy – obwieścił po kilku minutach Hansen. – Bradley, zabieraj się za wypuszczanie dronów.

Wkrótce przed nami dryfowała armada ponad sześćdziesięciu gotowych do walki sztyletów i czterdziestu ośmiu pocisków rakietowych. Leciały równo w formacji, prosto na pancernik Jastrzębi.

– Zaczynam manewr – powiedział Hansen, odwracając Nieustraszonego rufą do kierunku lotu.

Teraz nasze główne silniki mierzyły w stronę nadlatującego transportowca oraz wrogiego pancernika. Spojrzałem na wyświetlacz. Manewr Hansena wydał mi się przedwczesny, ale zaraz przypomniałem sobie, że musieliśmy nie tylko zwolnić i zawisnąć nieruchomo względem transportowca, ale też przyspieszyć w przeciwnym kierunku i dostosować nasz ruch do jego prędkości. Gdyby nie szarżujący pancernik, moglibyśmy po prostu zaczekać na Kreela i oszczędzić mnóstwo paliwa. A tak zużywaliśmy izotopy wodoru w alarmującym tempie, a także traciliśmy energię na repulsory, płyty grawitacyjne i wszystko inne.

Hansen był moim najlepszym pilotem. Napomniałem się w myślach, że muszę mu zaufać.

Obserwowałem holowyświetlacz w poszukiwaniu oznak zmiany kursu pancernika, ale nic z tego. Zauważyłem za to, że nasze akumulatory powoli odzyskują ładunek.

– Skąd ten zastrzyk energii?– zapytałem.

– Pewnie stąd, że jesteśmy lżejsi o te wszystkie drony i rakiety – powiedział Hansen. – Okręt jest zwrotniejszy bez obciążenia.

– Racja. Ale teraz te wszystkie sztylety i pociski lecą przodem, a my hamujemy. Będą musiały samodzielnie wytracić prędkość. W ogóle zdołają wrócić?

Hansen wzruszył ramionami, zerkając na lekko zasmuconego Bradleya.

– Wątpliwa sprawa. Sam pan mówił, że da się przeboleć ich stratę.

Zrozumiałem aluzję. Zużywamy mnóstwo zasobów na uratowanie Jastrzębi, a załodze to nie w smak.

– Złożyłem Kreelowi obietnicę – powiedziałem na tyle głośno, żeby wszyscy słyszeli. – Poza tym przydadzą nam się nowi sojusznicy.

Trochę ściemniałem, ale każdy i tak usłyszy, co zechce. Tyle musiało wystarczyć.

Nagle na wyświetlaczu pojawiło się dwanaście punkcików. Maleńkie ikonki ciągnące za sobą pióropusze ognia oddalały się od pancernika i przyspieszały w kierunku transportowca.

– Rakiety – powiedziałem. – Cholera, czyli jednak chcą zabić Kreela i jego podwładnych.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?