ZagubieniTekst

Z serii: Star Force
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zagubieni
Zagubieni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Zagubieni
Zagubieni
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90  24,35 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 6

Wypadłem z kajuty Sokołowa, mijając stojącego na straży marine. Skinąłem na drzwi, a strażnik przytaknął na znak, że zrozumiał. Chciałem, żeby skupił się na swoim głównym zadaniu – pilnowaniu, żeby stary generał nigdzie się nie ruszył.

Wkroczyłem na mostek i od razu popatrzyłem na holowyświetlacz ukazujący sytuację taktyczną w przestrzeni wokół Orna-6. Jak na dłoni widziałem naszą pozycję w pobliżu Kwadratu oraz położenie pierścienia. Tkwił po drugiej stronie planety wraz z czterema ikonami oznaczającymi cztery zawieszone nad nim minifortece Jastrzębi. Dostrzegałem też mnóstwo dronów, kosmicznych śmieci i niewielkich satelitów szpiegowskich. Nic się tu nie zmieniło od paru miesięcy.

Nowością, która przykuwała wszystkie spojrzenia, był za to duży, migający, żółty symbol, który nie przypominał żadnego innego. Kontakt tkwił nieruchomo nad instalacjami Jastrzębi. Ikona takich rozmiarów musiała oznaczać coś…

Ogromnego.

Zacząłem regulować obraz, ignorując rozbrzmiewające wokoło komendy i meldunki. Hansen najwyraźniej szykował załogę na szybki start, dzięki czemu mogłem w spokoju ocenić sytuację. Wkrótce patrzyłem na coś jednocześnie znajomego i kompletnie dziwnego.

Obiekt w kolorze matowego złota był prostokątną bryłą o nierównej powierzchni. Miał szerokość siedmiuset metrów i długość tysiąca czterystu. Przywodził na myśl ogromne pudło po butach. Jego wymiary coś mi przypominały.

– Nieustraszony, porównaj długość krótszego boku tego przyjemniaczka z długością boku Kwadratu.

– Wymiary pokrywają się z dokładnością do stu trzydziestu pięciu dziesięciotysięcznych procent.

– Ale nie są identyczne?

– Nie. Wykrywam drobne odchylenie.

Z namysłem przygryzłem wargę. Skoro Kwadrat był artefaktem Pradawnych, statek również mógł nim być.

I wtedy coś do mnie dotarło.

– Wywołaj Marvina – rozkazałem.

Odpowiedź robota mnie rozczarowała.

– Jestem zajęty, kapitanie Riggs. Proszę nie przeszkadzać mi w obserwacjach.

– Do diabła z twoimi obserwacjami, Marvin. Z pierścienia właśnie wyleciał obiekt prawdopodobnie zbudowany przez Pradawnych. Jesteś mi potrzebny.

– Zgadzam się, że potrzebujecie mojej eksperckiej wiedzy. Wiem o pojawieniu się obiektu i właśnie analizuję go w najdrobniejszych szczegółach. Moje łańcuchy neuronalne pracują przy maksymalnym obciążeniu, dlatego ta rozmowa tylko przeszkadza.

– Mój mózg też ciężko pracuje – powiedziałem. – Czasem dwa umysły potrafią osiągnąć razem więcej niż jeden. Krótszy z boków statku ma wymiary prawie identyczne, co Kwadrat. Coś ci to mówi?

– Tak. To sugeruje, że Kwadrat jest po prostu jedną ścianą podobnego statku ukrytego pod ziemią.

Ze zdziwieniem uniosłem brwi. Chciałem powiedzieć to samo, ale robot mnie ubiegł. Ciekawe, czy olśniło go teraz, czy może wiedział od początku i tylko zachował to odkrycie dla siebie.

– Jeśli masz jeszcze jakieś przydatne spostrzeżenia na temat intruza, to będę wdzięczny. Przygotowujemy Nieustraszonego do odlotu, startujemy za… – urwałem, spoglądając na Hansena.

– Awaryjny start za siedemnaście minut, jeśli pan tego sobie życzy – odpowiedział Hansen.

– Proszę chwilę zaczekać i kontynuować przygotowania – poleciłem, świadomy faktu, że awaryjny start wiązałby się z zostawieniem sprzętu i uszkodzeniem części systemów. W obecnym stanie zerwalibyśmy połączenie z pomocniczymi urządzeniami na powierzchni. – Przekonajmy się, co zrobi. Marvin, ty też musisz wystartować.

– Jestem w stanie opuścić powierzchnię w ciągu trzech minut. Mój Chart nigdy nie stracił gotowości do lotu – napuszył się robot. – Do tego czasu zamierzam kontynuować analizę.

– A czemu nie zamierzasz jej kontynuować z pokładu? – rzuciłem. Marvin milczał, więc odpowiedziałem sobie sam: – Bo musiałbyś porzucić niezbędny sprzęt albo go wyłączyć i spakować, prawda? Jedziemy na tym samym wózku, więc się nie wywyższaj, kapitanie Marvinie. Poza tym ja mam do ogarnięcia ponad sześćdziesięcioosobową załogę, a ty jesteś sam.

Na wyświetlaczu pokazała się wiadomość tekstowa od Hansena: „Nie ma się co kłócić z robotem”.

W pierwszej chwili się rozzłościłem, ale miał rację. Marvin rozpraszał mnie swoim uporem.

– Marvin, wysyłaj nam na bieżąco wyniki swoich analiz. Poza tym musisz znaleźć złoty środek między ciekawością a instynktem samozachowawczym. Bez odbioru.

Ponownie skupiłem uwagę na rzekomym statku Pradawnych. Na wyświetlaczu nie poruszał się względem planety, co oznaczało, że tkwił na idealnej – choć niemożliwej – orbicie geostacjonarnej wokół Orna-6. Było to niemożliwe, gdyż pozostawał dokładnie na linii łączącej Kwadrat, środek kamienistej planety oraz pierścień… a to wszystko bez śladów wykorzystania jakiegokolwiek napędu.

– Nieustraszony, połącz mnie z Bensonem. – Gdy wykonał polecenie, zapytałem: – Nadal macie w laboratorium tamten detektor grawitacyjny?

– Ulepszyliśmy zestaw czujników, kapitanie, ale…

– Proszę mi oszczędzić szczegółów. Chcę sprawdzić ten statek, który właśnie się pojawił.

– Statek? Nic mi nie wiadomo o żadnym statku.

Rozmasowałem sobie czoło, nie mogąc nadziwić się niedomyślności naukowców. Przecież ogłoszono gotowość bojową.

– Nieustraszony, przekaż wszystkie odczyty z czujników do laboratorium i powtarzaj tę czynność w każdej sytuacji podwyższonego ryzyka. Doktorze, proszę rzucić okiem i niech pańscy ludzie spróbują rozgryźć, z czym mamy do czynienia. Chcę wiedzieć, jak to coś działa: jaki ma napęd, sensory, uzbrojenie, załogę i budulec, wszystko. Możemy w każdej chwili wystartować, więc zostańcie na stanowiskach.

– Tak jest, sir. I jeśli wolno mi dodać…

Zerwałem połączenie, zanim zdążył się rozgadać.

– Daj mi Hoona – rzuciłem.

– Tu Hoon. Mów krótko i do rzeczy.

– Profesorze, zakładam, że jesteś świadomy zaistniałej sytuacji? – Wiedziałem, że Skorupiak dysponuje w swojej wypełnionej wodą kajucie ciągłym dostępem do danych z okrętowych czujników i choć jego maniery pozostawiały wiele do życzenia, miałem spore zaufanie do jego intelektu. Większe, niestety, niż do zdolności ludzkich naukowców.

– Tak – odpowiedział przez translator.

– Jakieś pomysły?

– To nie czas na pomysły. Ja mam wnioski – odparł cierpko. – Dedukuję, że statek zjawił się w reakcji na jakieś zdarzenie, prawdopodobnie zainicjowane przez niedawne działania robota Marvina.

– Jakie działanie mogło go tu ściągnąć?

– Istnieje zbyt wiele zmiennych, by obliczyć prawdopodobieństwo, ale intuicja podparta wiedzą podpowiada mi, że chodzi o samoreplikujący się program, który Marvin uwolnił w Kwadracie.

Świetnie. Tego właśnie się obawiałem.

– Co jeszcze podpowiada ci intuicja podparta wiedzą?

Zamiast speszyć się moim sarkazmem, Hoon powiedział protekcjonalnie:

– Oprócz tego, że priorytetem numer jeden powinno być przetrwanie? Cóż, po raz pierwszy w historii widzimy coś, co może być statkiem Pradawnych, więc nie róbmy sobie z niego wroga, dobrze?

– Postaramy się.

– Biorąc pod uwagę fakt, że Kwadrat prawdopodobnie jest częściowo zakopaną jednostką o podobnej konstrukcji i funkcji, podejrzewam, że nowo przybyły statek ma zamiar w jakiś sposób na niego wpłynąć: aktywować go, dezaktywować, skopiować dane z jego pamięci, a może zrobić coś jeszcze innego.

– Dodatkowy powód, żeby stąd spieprzać. Dziękuję, profesorze.

– Proszę bardzo, młody Riggsie. Mój intelekt to najbardziej pomocna rzecz, jaką dysponujesz, więc cieszę się, że robisz z niego dobry użytek. – Po tych słowach zakończył połączenie.

Ciekawiło mnie, czy przypadkiem przekleństwem wszystkich kapitanów nie jest to, że wszyscy wokół uważają się za bystrzejszych od szefa. W swoich specjalnościach pewnie są, ale zadanie dowódcy polega na tym, by wszystkie te świetne porady połączyć w jedną słuszną decyzję.

A przynajmniej nie fatalną.

– Kapitanie – odezwał się jeden z wachtowych, przyciskając palcem tkwiącą w uchu słuchawkę – generał Sokołow chciałby z panem mówić.

Ze złością uniosłem ręce.

– Czemu nie? Przecież nie mam nic innego do roboty. Dajcie go.

– Kapitanie Riggs, musi mnie pan wypuścić z tej celi – z głośnika dobiegł głos Sokołowa.

– Nie celi, tylko kajuty, i nigdzie się pan stamtąd nie rusza. Jeszcze tego mi brakuje, żeby kręcił się pan po okręcie.

– Protestuję, kapitanie Riggs. To nie przystaje do mojego stopnia i statusu – obruszył się.

– Pański stopień i status nie zostały jeszcze potwierdzone, generale. Do tego czasu musi pan znieść pewne niedogodności.

Na chwilę zamilkł, ale się nie rozłączył.

– Kapitanie Riggs, dysponuję informacjami o statku Pradawnych. Informacjami, których pan rozpaczliwie szuka.

– A skąd pan w ogóle wie o statku?

– Ludzie gadają. Nie ma się co dziwić, że załoga nie rozmawia o niczym innym.

„Nie ma się co dziwić” – powtórzyłem w myślach. Nie istnieje bardziej niepowstrzymana rzecz niż plotka, zwłaszcza wśród marines, którzy czekają znudzeni, aż coś się wydarzy.

– Dobra, proszę mi dać swojego ochroniarza.

– Chciał pan powiedzieć „strażnika”?

– Wszystko jedno, niech mi pan da z nim porozmawiać.

Poinstruowałem marine, żeby zaprowadził generała na mostek. Uznałem to za mniejsze zło, bo nie chciałem opuszczać centrum dowodzenia, gdy w pobliżu znajdował się statek Pradawnych.

Od progu skinąłem na Sokołowa, żeby poszedł ze mną do bocznej salki.

– Dobra, słucham – powiedziałem, gdy tylko zamknąłem za nim drzwi.

– Kapitanie… – zaczął z cierpliwą pobłażliwością.

– Nie zniosę już traktowania z góry, generale. Okrętowi zagraża poważne niebezpieczeństwo. Jeśli ma pan jakiekolwiek pojęcie o wojskowości, to wie, że jestem tu pierwszym po Bogu. Nawet dla pana. Radzę szybko przejść do rzeczy, bo zostanie pan sam na powierzchni z hermetycznym namiotem i racjami na tydzień.

 

Sokołowowi zrzedła mina. A nawet więcej – najwyraźniej przekroczyłem jakąś granicę i zrozumiałem, że mi tego nie wybaczy. Może byłem za ostry, może niepotrzebnie uciekłem się do gróźb, ale moją cierpliwość nadwyrężyli nadęci jak primadonny specjaliści. Cóż, nie miałem czasu się tym przejmować.

– Próbuję wam pomóc, kapitanie Riggs – mimo wszystko odpowiedział przez zaciśnięte zęby. – Nie zdążyłem skończyć swojej historii, a są jeszcze rzeczy, które musi pan wiedzieć.

Sprawdziłem godzinę i powiedziałem łagodniej:

– Mamy siedem minut, może trochę więcej. Proszę zacząć od najważniejszych informacji.

– W porządku. Kiedy podążyliśmy za flotą makrosów przez pierścień nad piątą planetą, zobaczyliśmy układ ze szczątkowymi śladami życia. Z wyjątkiem kilku księżyców okrążających dwa gazowe olbrzymy wszystkie planety były suche i jałowe. Pierścień wyjściowy znajdował się na orbicie jednej z nich, pierwszej od gwiazdy, bardzo gorącej. Flota Jastrzębi stała makrosom na drodze. Jastrzębie nie zamieszkiwały tego układu, bo nie natrafiły na nic wartego kolonizacji.

– My nazywamy go układem litosów – powiedziałem. – Opanowały prawie cały.

– Zastanawialiście się dlaczego?

Pokręciłem głową.

– To nie czas na metodę sokratejską, generale. Proszę mówić szybko i zwięźle.

Sokołow ze złością wciągnął powietrze, ale posłusznie kontynuował:

– Jastrzębie zasiały krzemianowe nanity na każdej planecie, na której mogły się przyjąć. Flota ptaszysk była porównywalna z siłami makrosów, ale one postanowiły trzymać wroga na dystans. Stosowały taktykę spalonej ziemi.

Kiwnąłem głową.

– Gdyby makrosy postawiły tam fabryki, Jastrzębie natychmiast by uderzyły, wykorzystując przewagę wysokości. A w tym czasie litosy atakowałyby maszyny z powierzchni. Wyjątek to wodne księżyce. Makrosy mogły tam wylądować.

– Postanowiły nie zakładać bazy. Pewnie wiedziały, że flota nanitów wesprze Jastrzębie i przeważy szalę zwycięstwa. Zamiast tego zrobiły coś sprytnego, choć Jastrzębie powinny się zorientować. W prostych słowach: wykonały asystę grawitacyjną z wykorzystaniem gazowego olbrzyma. Nabrały prędkości i przy okazji zmieniły kurs, prosto na drugi pierścień na obrzeżach układu. Ptaszyska mogły próbować je wyprzedzić i walczyć z uciekającym wrogiem, ale wolały trzymać się z tyłu i pozwolić mu uciec – dokończył z goryczą w głosie.

Chyba nienawidził Jastrzębi równie mocno, jak moja załoga nienawidziła Pand. Zastanawiałem się, czemu jest taki zażarty. Żaden ze wspomnianych dotąd powodów moim zdaniem tego nie uzasadniał. Odnosiłem wrażenie, że Sokołow coś zataił.

– Może w ich rodzinnym układzie czekały na makrosy większe siły – powiedziałem – a flota, którą widzieliście, miała uderzyć w maszyny od tyłu.

– Też tak wówczas sądziłem. Gdyby tak było, miałbym lepsze mniemanie o ptaszyskach. Ale nie, one przeleciały przez pierścień za makrosami, a my za nimi. I wie pan, co zrobiły po drugiej stronie?

– Znów te pytania – ostrzegłem.

– Dały im uciec! – Sokołow rąbnął pięścią w ścianę, zostawiając w inteligentnym metalu wgniecenie, które powoli się wygładziło. – Miały tam dwie floty, jedną większą od drugiej, ale zamiast atakować, praktycznie odeskortowały makrosy przez cały układ do następnego pierścienia. Tego pierścienia po drugiej stronie planety! – powiedział, wskazując w dół.

– Dobra, rozumiem. Jest pan wkurzony, bo Jastrzębie nie zniszczyły makrosów. Ja też bym się wkurzył. A teraz niech pan przejdzie do statku Pradawnych.

Sokołow przez chwilę wpatrywał się we mnie, nie wierząc, że tak lekko przyjąłem przewinienie Jastrzębi. Ja jednak nie miałem czasu na myślenie „co by było, gdyby”. Przeszłość to przeszłość. Zawsze zakładałem, że makrosy gdzieś tam czyhają, więc gdy to podejrzenie się potwierdziło, nie wściekłem się jak Sokołow. Wreszcie generał opanował emocje i podjął wątek.

– Ptaszyska nas też przepuściły, a flota nanitów nie słuchała ani mnie, ani dowódcy niedźwiedzi. Po drugiej stronie pierścienia natrafiliśmy na ten statek Pradawnych.

Urwał na chwilę i nerwowo przełknął ślinę. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że jest poruszony albo wręcz zrozpaczony, jak po stracie przyjaciół.

– Statek, czy raczej Sztaba, jak zacząłem go nazywać – kontynuował – najwyraźniej ignorował makrosy pędzące w głąb tego zupełnie jałowego układu. Jednak nanitów Sztaba nie zamierzała ignorować. Statek pomknął w naszą stronę z niesamowitą szybkością, nie używając żadnego widocznego napędu, a potem zatrzymał się tuż obok. Otworzyliśmy ogień. My, czyli okręty nanitów, choć nie na mój rozkaz. Skutek był taki sam, jakby gzy próbowały zaszkodzić słoniowi, machając na niego skrzydłami. W ciągu kilku sekund nasze jednostki zaczęły znikać, zaczynając od tych, które strzeliły pierwsze. Rozpaczliwie rozkazałem Alamo przerwać ogień, więc byłem jednym z ostatnich porwanych.

– Porwanych? Czyli znikające okręty nie zostały zniszczone?

Sokołow przytaknął.

– W jednej chwili tam były, w drugiej już nie. Chyba Sztaba je dokądś teleportowała, a przynajmniej ja nie widziałem śladów zniszczenia. A potem Alamo też zniknął… – Zapatrzył się w dal, aż wreszcie odchrząknąłem ze zniecierpliwieniem. – Przepraszam. Jak już mówiłem, mój okręt zniknął, a ja znalazłem się w pozbawionym powietrza złotym korytarzu z tego samego materiału, z jakiego są zrobione pierścienie. A niedźwiedzie… moi towarzysze broni… – Nabrał tchu, wzdrygając się. – Nie nosiły skafandrów na pokładzie okrętów. Wie pan, że są odważniejsze od nas? Można powiedzieć: szlachetne dzikusy. Nie troszczą się o własną skórę, ale zawsze są gotowe na poświęcenie dla siebie nawzajem, a nawet dla mnie.

Facet chyba za mocno polubił te miśki i stał się niedźwiedziofilem. Ursofilem? Minęło trochę czasu, odkąd uczyłem się łaciny, zresztą to bez znaczenia. W każdym razie moim zdaniem generał przestał być obiektywny.

– Na szczęście ja zawsze nosiłem kombinezon w warunkach bojowych, nawet hełm. Inaczej bym nie żył. Wędrowałem przez trójwymiarowy labirynt, który prawdopodobnie znajdował się wewnątrz Sztaby. Znajdowałem tysiące ton rupieci. Były tam rzeczy z okrętów nanitów, wymieszane z niezliczonymi urządzeniami należącymi do, jak sądzę, obcych ras.

– Jak udało się panu przeżyć?

Sokołow wyprostował się dumnie.

– Żywiłem się niedźwiedzim mięsem. To był zaszczyt, a moi towarzysze tego właśnie by sobie życzyli. Powietrze i wodę brałem ze znajdowanych zbiorników. Kiedy skończyło się mięso, jadłem racje żywnościowe obcych. Nanity chyba pomagały mi je trawić. Znalazłem kapsułę do spania. Powstała z myślą o jakiegoś rodzaju humanoidach, ale nie rozumiałem języka, w jakim wykonano napisy w środku. Stopniowo zbierałem rzeczy na budowę własnego pomieszczenia, a potem całego kompleksu mieszkalnego. Labirynt doprowadzał mnie do szału, za każdym rogiem mogło być inne ciążenie, mogły obowiązywać inne prawa fizyki. Ale przetrwałem.

– Imponujące osiągnięcie – zauważyłem z niekłamanym podziwem. – No dobrze, wierzę panu, ale jak pan przeniósł się ze Sztaby do Kwadratu?

Sokołow ze złością uniósł ręce.

– A skąd mam wiedzieć? Widziałem tylko korytarze i komory, wszystkie prostokątne i zrobione ze złotego materiału, którego nie dało się nawet zarysować. Robot mówił, że otwory w Kwadracie działają jak małe pierścienie. No i jakoś mnie przeniosło. W jaki sposób? Nie wiem, nie jestem fizykiem.

To miało pewien sens. Kto wie dokąd prowadzą okna Kwadratu? Kiedy Marvin wskoczył do jednego z nich, uciekając przed chrząszczami, musiał przenieść się do Sztaby, a potem znalazł drogę powrotną i zabrał Sokołowa ze sobą. Rozwiązanie zagadki miało jednak niewielkie znaczenie, jeśli nie wiązało się z odpowiedzią na pytanie, jak uporać się ze Sztabą.

Rozdział 7

Sprawdziłem chronometr. Minęło więcej niż siedem minut.

– Generale, proszę wracać do swojej kajuty.

Otworzyłem drzwi i skinąłem na czekającego po drugiej stronie marine.

– Kapitanie, protestuję. Moje miejsce jest na mostku… w roli doradcy – dodał pospiesznie. – Mogę zapewniać kluczowe informacje w miarę rozwoju wydarzeń.

Przez chwilę rozważałem wady i zalety tego pomysłu: z jednej strony obecność rzekomo wyższego stopniem oficera mogła przeszkadzać, z drugiej, mógł okazać się przydatny.

– Dobra. – Zwróciłem się do marine: – Proszę dać generałowi standardowy kombinezon, a potem przyprowadzić go z powrotem.

– Wolałbym własny – wtrącił się Sokołow. – Przywykłem do niego.

– W porządku. – Na mój znak obaj pospiesznie zniknęli z mostka.

Odwróciłem się do holowyświetlacza. Sytuacja nie uległa zmianie.

– Kiedy będziemy gotowi do standardowego startu? Jeśli to możliwe, wolałbym nie uszkodzić okrętu i niczego nie zostawiać.

– Sakura mówi, że za czterdzieści minut – odparł Hansen. – A, jeszcze coś. Marvin się odezwał, ale nie przekierowałem rozmowy do pańskich słuchawek.

Zmarszczyłem brwi. Zwykle to ja decydowałem, z kim rozmawiam, ale postanowiłem nie robić z tego problemu.

– Proszę mnie z nim połączyć – poleciłem.

Robot zgłosił się po chwili.

– Kapitanie Riggs, odkryłem kilka rzeczy.

– Słucham. Wymień je, zaczynając od najważniejszej dla naszego przetrwania. – Gdybym mu pozwolił, zalałby mnie niekończącym się potokiem bezużytecznych ciekawostek.

– Sztaba i Kwadrat są aspektami tego samego wielowymiarowego konstruktu.

– To ten sam statek?

– Niezupełnie – powiedział Marvin. – Ludzkie umysły rzadko potrafią bez odpowiednich predyspozycji i specjalistycznego treningu pojąć ideę większej liczby wymiarów niż cztery.

Próbowałem przypomnieć sobie, jak w Akademii omawialiśmy to zagadnienie na zajęciach z fizyki. Bezskutecznie.

– Wymyśl analogię, którą pojmie mój prymitywny ludzki umysł – zasugerowałem.

Marvin zamyślił się.

– Najpierw wyobraź sobie dwuwymiarowe istoty. Są płaskie, widzą tylko długość i szerokość, ale wysokości już nie. Żyją na płaszczyźnie.

– Dobrze. Czytałem „Flatland”. No, oglądałem.

– Jeśli trójwymiarowa istota włoży swoich pięć palców do ich dwuwymiarowego świata i zacznie nimi przebierać, mieszkańcy płaskiego świata zaobserwują pojawienie się pięciu tajemniczych owali, które poruszają się, choć nie działa na nie żadna widoczna siła.

– Więc jako Sztaba i Kwadrat objawiają się w trzech wymiarach różne fragmenty tej samej wielowymiarowej… istoty? Po prostu nie widzimy tego, że one łączą się w wyższych wymiarach?

– To dość trafna analogia. Istota, konstrukt, maszyna, nazywaj ją, jak chcesz, dowódco. To robocza teoria.

– Cudownie. I jak nam to pomaga w przetrwaniu?

– Pokazuje, jak bardzo technologia Pradawnych przewyższa naszą oraz chroni nas przed pychą.

– Świetnie – prychnąłem. – Ale skromność to nie strategia, Marvinie.

– Zauważyłem, że odpowiedni stan umysłu wywołuje stosowne reakcje.

– Niech ci będzie – powiedziałem. – Czyli lepiej Sztaby nie wkurzać. Da się z nią pogadać?

– Chcesz wysłuchać innych moich obserwacji, kapitanie Riggs, czy może zdążyłeś się już znudzić?

Dogryzł mi, ale nie połknąłem przynęty.

– Kontynuuj. Oświeć mnie.

– Przeprowadziłem syntezę i analizę informacji z własnych baz danych, a także tych uzyskanych od Jastrzębi oraz, całkiem niedawno, od generała Sokołowa.

– Więc ty… przepraszam, mów dalej. – Nagle dotarło do mnie, że Marvin podsłuchiwał, czego powinienem się domyślić, kiedy użył terminu Sztaba. Ale nie okazałem złości, bo przypomniał mi się program szpiegowski, który robot umieścił w mózgu Nieustraszonego. Sam na to zezwoliłem. Dopóki Marvin pozostawał przydatny i mniej więcej lojalny, nie odcinałem mu dopływu do informacji.

– Sztaba… pozwolę sobie używać dotychczasowej nomenklatury dla oddzielnych części konstruktu… zostawiła makrosy w spokoju, a jednak unieszkodliwiła bądź zniszczyła flotę nanitów.

– Masz teorię, która to wyjaśnia?

– Owszem. Jeśli nie liczyć chrząszczy, pierwszą formą życia, na jaką natrafiłem w labiryncie, był Sokołow. Znalazłem jednak wiele śladów czegoś, co można nazwać nieorganicznymi bytami: robotów, zdalnych manipulatorów i różnego rodzaju zautomatyzowanych urządzeń. Nie były w pełni rozumne, ale część osiągnęła poziom naszych nanitowych sztucznych mózgów. Innymi słowy, pseudo-SI. Rozmawiałem z niektórymi.

Zamilkł na chwilę.

– No i? Co ci powiedziały?

– To teraz nieistotne.

Marvin zamilkł. Przypominało to jeden z tych momentów, gdy robot chciał, żebym się domyślił, o co mu chodzi. Chyba w ten sposób podkreślał fakt, że znalazł rozwiązanie przede mną.

– Marvin, naprawdę przydałaby mi się twoja pomoc. Nie ma czasu na zgadywanki.

 

To wyznanie chyba go udobruchało i zaspokoiło jego irytującą potrzebę bycia docenionym.

– Nasuwa się pytanie, czemu Sokołow był tam jedyną żywą istotą biologiczną? Wiele rzeczy pozostało w nienaruszonym stanie. Z pewnością powinno ocaleć więcej kosmitów, prawda? A jednak Sokołow najwyraźniej nie spotkał żadnego przez subiektywny okres prawie dwóch lat.

– Prawdę mówiąc, nie wspominał o spotkaniu istot biologicznych, ale nie mówił też, że ich nie spotkał.

Marvin znów zrobił krótką pauzę.

– To prawda. Mógł coś zataić.

– Tak myślisz? Przypomina ci to kogoś?

– Jeśli masz na myśli mnie…

– Bingo!

– …to nie obrażę się tylko dlatego, że zarzut jest uzasadniony.

Zarechotałem, zerkając na Hansena, który uniósł brew.

– Marvin, pod tym względem jesteś niezastąpiony. Więc wyjaśnijmy coś sobie. Twoim zdaniem w labiryncie znajdowały się inne istoty biologiczne, o których nie wiemy?

– To prawdopodobne. Sądzę, że należałoby skrupulatnie przepytać Sokołowa. A jeśli to ci nie odpowiada, mam wstępne plany urządzenia do sondowania umysłu…

Zmroziło mnie.

– Marvin, wyraźnie zabroniłem ci pracować nad tego rodzaju sondą.

– Ale…

– Co, gdyby nasi naukowcy stworzyli sztuczny mózg wyposażony w oprogramowanie zdolne skanować ci umysł?

– Powiedziałbym, że to wysoce niemoralne.

– A twoja sonda by taka nie była?

– Niemoralność nigdy nie powstrzymywała postępu.

– A ciebie obchodzi tylko postęp? – zapytałem. – Wciąż należysz do Sił Gwiezdnych, co oznacza, że nasza moralność jest twoją. Nikogo nie torturujemy ani nie gwałcimy mózgów.

– Twój ojciec tak robił.

– Nie rozmawiamy o moim ojcu i o tym, co jego zdaniem było konieczne do przetrwania rasy ludzkiej. Rozmawiamy o nas, dzisiaj.

– A gdybyśmy w ten sposób zapewniali sobie przetrwanie? Czy możesz sobie pozwolić na takie ryzyko?

Ze złości aż warknąłem. Czemu rozmowy z robotem często przybierały taki obrót?

– Marvin, zastanowię się nad tym, kiedy będzie trzeba. A na razie rób, co każę. Zrozumiałeś?

– Polecenie przyjęte.

– Więc da się z tym konstruktem porozmawiać? Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

– Zamierzałem, ale zacząłeś obrażać moje poczucie etyki.

– Twoje poczucie etyki na to zasługuje. A teraz proszę, przejdź do rzeczy. Da się z nim porozumieć?

– Nie znajduję dowodów na to, że konstrukt jest zainteresowany rozmową z gatunkami biologicznymi. Ignoruje maszyny i arbitralnie ingeruje w życie organiczne.

– Zdaje się, że ma konkretne zadanie. Gdybyśmy je znali, może byśmy wiedzieli, jak sobie z tym czymś radzić.

– Zgadzam się. – Usłyszałem, że się rozłączył.

Marvin nie okazał się szczególnie pomocny, ale zaczynałem mieć ogólne pojęcie o statku Pradawnych. Westchnąłem z poirytowaniem na widok Sokołowa, który wrócił razem z eskortującym go marine. Generał miał na sobie swój stary kombinezon, tyle że czysty i naprawiony. Zastanowiłem się, jak wiele usłyszał z mojej rozmowy z robotem, zwłaszcza jeśli chodzi o fragmenty poświęcone jego osobie. Cóż, co się stało, to się nie odstanie.

Zaprosiłem go gestem do holowyświetlacza.

– No dobrze, generale. Oto nasza sytuacja. Możemy w każdej chwili wystartować awaryjnie, jeśli będzie trzeba. Na zwykły start potrzebujemy niecałej godziny. Odlecimy tak, żeby między nami a Sztabą znalazła się planeta.

Uniosłem brwi, czekając na komentarz.

– Solidny plan. Chyba nie muszę przypominać, że nie wolno otwierać do niej ognia – powiedział z lekko pytającą intonacją.

– Chyba że nie będzie innego wyjścia.

– Wątpię, by wasze uzbrojenie cokolwiek zdziałało. Nasze było bezużyteczne – mruknął i zacisnął wargi, opuszczając wzrok, jakby zawstydzony.

– Nasze wiązki są sto razy potężniejsze od broni zainstalowanej na starych krążownikach nanitów – powiedziałem.

– Są w stanie uszkodzić materiał pierścieni?

– Pył gwiezdny?

– Tak się obecnie nazywa?

– Tak. Zdaje się, że to Marvin ukuł ten termin.

– Nie odpowiedział pan na pytanie, kapitanie.

Pokręciłem głową.

– Nigdy nie słyszałem, żeby ktokolwiek próbował do niego strzelać. Chwileczkę.

Połączyłem się z laboratorium. Zgłosiła się doktor Kalu.

– Tak, kapitanie? – zapytała chłodno.

– Czy nasze uzbrojenie miałoby jakikolwiek wpływ na pył gwiezdny? W sensie budulca pierścieni?

– W praktyce żaden, kapitanie. Emitery wiązek potrzebowałyby wielu godzin albo nawet dni, żeby zrobić choćby centymetrowe wgłębienie. Gdybyśmy dysponowali nieograniczonym czasem i energią…

– A co z głowicami jądrowymi?

– Detonacja przy samej powierzchni może sprawić, że wyparuje kilkucentymetrowa warstwa materiału.

– Zrozumiałem. Bez odbioru.

Pomimo niezręcznej sytuacji między nami Kalu była kompetentnym naukowcem i najwyraźniej rozumiała, czego od niej oczekuję.

Zwróciłem się do Sokołowa:

– Szkoda, że nie mamy pancerza z pyłu gwiezdnego.

Generał kiwnął głową, ale wtrącił się Hansen:

– To zbyt ciężki materiał. Centymetrowa warstwa ważyłaby tysiąc razy więcej niż sam okręt. Pamiętam, że kiedyś się o tym mówiło.

– Nic nigdy nie jest proste, prawda? – powiedziałem.

Kilka osób z obsady mostka rzuciło mi ponure spojrzenia.

– Generale, co pana zdaniem zrobi Sztaba, gdy wystartujemy? W ogóle zwróci na nas uwagę?

Sokołow zrobił kwaśną minę.

– Obawiam się, że to możliwe. Makrosy zignorowała, ale do floty nanitów natychmiast się zbliżyła, jak gdyby… z zaciekawieniem.

– Owszem, ale ona tylko wisi i nie interesuje się fortami Jastrzębi, nami ani Marvinem i jego Chartem. Spodziewałbym się innego zachowania.

– Ona jest niepojęta, kapitanie. Nie ma jej co mierzyć ludzką ani nawet obcą miarą. Jest… inna – mówił z tak intensywną mieszanką lęku, podziwu i nienawiści, że wszyscy się na niego obejrzeli. Po chwili jego twarz uspokoiła się, choć wargi drgnęły nerwowo. – Ale może nas też zignoruje.

– Wracając do spotkania z flotą nanitów – powiedziałem. – Czy Sztaba zrobiła coś wrogiego, zanim krążowniki otworzyły ogień? I czy nanity użyły wyrzutni pocisków, czy tylko laserów?

Sokołow uniósł wzrok, próbując sobie przypomnieć.

– Chyba jeden z okrętów wystrzelił i wiązki, i rakiety, a pozostałe też zaczęły oddawać salwy.

– A więc to nie była skoordynowana reakcja nanitów. Atak musiał rozpocząć niedźwiedzi personel dowódczy. Najpierw wystrzelił jeden, a potem reszta zrobiła to samo.

Generał przytaknął.

– Możliwe, że później mózgi nanitów same kontynuowały natarcie, bo Alamo włączył się do walki bez mojego rozkazu. Na szczęście przyjął polecenie, żeby przerwać ogień. Inne jednostki strzelały dalej.

Wiedziałem, że zarówno floty makrosów, jak i nanitów stawały się tym inteligentniejsze, im więcej mózgów dołączało do sieci. Makrosy zdawały się myśleć jak jeden umysł, podczas gdy mózgi nanitów zachowywały indywidualność nawet po połączeniu.

– Koniec końców to nie pomogło, prawda? – zapytałem. – Sztaba i tak zabrała Alamo.

– Tak. Nadałem prośbę o kontakt, ale nie otrzymałem odpowiedzi. A potem obudziłem się w labiryncie.

– Ale nie znalazł pan swoich rzeczy? Niczego, co mogło pochodzić z Alamo?

– Zaraz po przebudzeniu nie, ale po pewnym czasie natknąłem się na parę rzeczy: koc z charakterystycznym wzorem i jeden but, który prawie na pewno był mój. Wszystko leżało przypadkowo porozrzucane po niekończących się korytarzach i komorach.

– Jeśli Sztaba to jakieś urządzenie do zbierania przedmiotów – powiedziałem, myśląc na głos – spodziewałbym się raczej, że rozmieści znaleziska w zorganizowany sposób.

Uświadomiłem sobie, że biorę statek Pradawnych za bezzałogową maszynę. Po chwili namysłu postanowiłem trzymać się tego założenia, przynajmniej dopóki nie pojawi się dowód, że jest inaczej.

– Może te rzeczy były uporządkowane w jakiś niepojęty sposób – odpowiedział Sokołow – choć nic na to nie wskazywało.

– Myślę…

Urwałem, bo nagle holowyświetlacz zaczął migać. A konkretniej, żółta ikona oznaczająca Sztabę błyskała, znikając i pojawiając się w półsekundowych odstępach. Za każdym razem znajdowała się w innym miejscu, wreszcie całkiem zniknęła z pola widzenia. Oddalałem obraz, aż znów ją zobaczyłem. Poruszała się – jeśli można to tak nazwać – prostopadle do swojej wcześniejszej osi. Ustawiła się na linii równika planety i znieruchomiała.

– Nieustraszony, przeanalizuj ruch Sztaby. Jak ona się przemieszcza?

– Brak danych. Przetwarzanie.

Tknęło mnie złe przeczucie. Nieustraszony był całkiem bystrym okrętem. Jeśli jego mózg nie potrafił czegoś pojąć, choćby chwilowo, najwyraźniej działo się coś naprawdę dziwnego.