ZagubieniTekst

Z serii: Star Force
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zagubieni
Zagubieni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Zagubieni
Zagubieni
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90  24,35 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Nagranie ani trochę nie zbliżyło mnie do odpowiedzi na palące pytania o Marvina i Kwadrat, ale przypomniało o czymś, co wyleciało mi z głowy w ostatnich dniach poszukiwań. Wrzuciłem pustą butelkę do wlotu układu recyklingowego, wpadłem na chwilę do mesy na szybki lunch, a potem udałem się na mostek.

Podczas rozbudowy Nieustraszonego kazałem umieścić tuż przy mostku niewielkie pomieszczenie – miejsce, gdzie oficer dyżurny może odbyć prywatną rozmowę, będąc jednocześnie cały czas pod ręką. Pomachałem do Bradleya, po czym wślizgnąłem się tam, zamknąłem drzwi i usiadłem przed ekranem.

– Nieustraszony, połącz mnie ze starszym dyrektorem Shirrem.

Shirr był łącznikiem przydzielonym mi przez wojsko Jastrzębi. Całkiem przyzwoity facet. Z nikim innym nie rozmawiałem, odkąd pokonałem w pojedynku admirała Kleeda, gdy ten wtargnął na pokład Nieustraszonego, żeby wykraść nam fabrykę. Niezależnie od tego, gdzie kierowaliśmy transmisję, albo otrzymywaliśmy automatyczną odpowiedź, albo zgłaszał się Shirr.

Tym razem otrzymałem od komputera odpowiedź, że moja prośba o rozmowę zostanie przekazana dalej i Shirr sam się do mnie odezwie. Bez cienia wątpliwości dla jastrzębiego rządu byłem persona non grata. Stare przysłowie, że „żaden dobry uczynek nie pozostanie bez kary”, obowiązywało również w kosmosie.

Gdy wróciłem na mostek, Bradley dał znak, żebym podszedł.

– Sir, skierował pan nasz sprzęt komunikacyjny na planetę Jastrzębi?

Zmarszczyłem brwi. Nie przywykłem do tego, że ktoś poddaje ocenie moje działania.

– Tak – odpowiedziałem sztywno.

– Zmiana kierunku wpłynęła również na czujniki dalekiego zasięgu. Wykryliśmy w sporej odległości nowy kontakt. Jednostkę lecącą w stronę Orna-3.

Była to bardziej oddalona z dwóch głównych kolonii Jastrzębi. Orn-1 był ich rodzinną planetą.

– O jakiej jednostce mowa?

– Wygląda na transport wojskowy. Lekkie uzbrojenie. Nie stwarza zagrożenia, o ile będziemy mieć oczy szeroko otwarte.

– Ile zostało czasu?

– Dwadzieścia godzin.

Kiwnąłem głową.

– Dzięki. Powiadomcie mnie, jeśli zaczną nadawać albo jeżeli sytuacja ulegnie zmianie. – Pomyślałem, że można by wysłać wiadomość w stronę statku, ale drażniło mnie, że to ja zawsze muszę wykonywać pierwszy ruch w kontaktach z tymi upartymi kosmitami.

Wychodząc z mostka, wpadłem na sierżant Moranian. Przylgnęła do ściany, a okolona krótkimi, rudymi włosami twarz zarumieniła się. Nie umknęło mojej uwadze, jak ciasno mundur marines opina jej bujne, kobiece kształty. To musiało być celowe, gdyż inteligentną tkaninę cechowała ogromna rozciągliwość. Dotarło do mnie, że wpadałem na nią – czy może raczej ona na mnie – co najmniej raz dziennie, odkąd uporaliśmy się z potworami. Stwierdziłem, że widziała we mnie idola. Nie mogłem tego dłużej ignorować, ale też nie chciałem, żeby się załamała odrzuceniem. Oficerowie nie powinni wchodzić w tego rodzaju relacje z innymi wojskowymi, zwłaszcza na tej samej jednostce. A już szczególnie kapitan, który pozostaje w związku z piękną, ale zazdrosną kobietą.

„Opanuj się” – nakazałem sobie w myślach.

– Sierżancie. – Skinąłem jej głową, przepychając się obok i uciekając wzrokiem.

– Sir…

– Tak? – zapytałem, nie odwracając się.

Minęła chwila.

– Nic.

Oddaliła się pospiesznie, a ja odetchnąłem z ulgą. Nie potrzebowałem takich komplikacji.

Odszukałem Kwona w siłowni, ze sztangą obciążoną dwustoma kilogramami. Wziąłem go na stronę.

– Kwon, mam prośbę. Niech sierżant Moranian będzie na służbie, kiedy ja mam wolne, i odwrotnie. Proszę jej dać dowodzenie nad czymś i powiedzieć, że to nagroda, ale chcę mieć ją z głowy.

Kwon zarechotał.

– Ona ma na pana ochotę, szefie!

Świetnie. Więc nie tylko ja zauważyłem.

– A gdybym tak powiedział pańskiej dziewczynie, tamtej Steiner, że Moranian ma ochotę na pana?

Kwon uniósł otwarte dłonie w udawanym geście kapitulacji.

– Dobra, zajmę się tym.

– Dzięki.

W tym momencie pisnął interkom.

– Kapitan proszony na mostek!

Zostawiłem Kwona, żeby w spokoju dokończył serię, a sam popędziłem z powrotem. Na miejscu zastałem Bradleya i Hansena wpatrzonych w holowyświetlacz.

– Co jest?

– Marvin wrócił – powiedział Hansen bez słowa wstępu. – Z kolegą.

– Z innym robotem? Czy jakimś kosmitą?

– Mnie on wygląda na człowieka.

Hansen zrobił zbliżenie. Holowyświetlacz wypełniło rozedrgane ujęcie, na którym Marvin przemierzał Kwadrat. Obok niego stąpała z trudem jakaś postać w skafandrze.

– W tym kombinezonie jest coś dziwnego… – Pomajstrowałem przy ustawieniach wyświetlacza, ale nie zdołałem uzyskać lepszego obrazu. – Nieustraszony, wywołaj Marvina.

– Już próbowałem, sir – wtrącił się Bradley. – Nie odpowiedział.

– Może to przez zakłócenia. Musimy zwyczajnie poczekać. Najwyraźniej prowadzi do nas tę… osobę. – Przez chwilę analizowałem sytuację. – Wyślijcie tam duży łazik z paroma marines, a Kwon niech rozstawi drużynę na powierzchni. I aktywujcie lasery obrony punktowej.

– Dla jednego faceta? – prychnął Hansen.

– Jednego faceta, który bez zapowiedzi wyszedł z tajemniczego artefaktu zbudowanego przez Pradawnych. Cholera wie, co knuje Marvin. Może go przeprogramowano? Za wiele w tym niewiadomych. Nie wiemy nawet, czego nie wiemy. – Po tych słowach spoglądałem przez moment na Hansena, aż ten skinął głową i przekazał moje rozkazy dyżurnemu.

Po kilku chwilach Kwon rozstawił się z niewielkim oddziałem w cieniu naszego lotniskowca. Eskortowany przez marines łazik – transporter ładunkowy z hermetycznie zamykaną kabiną – zbliżył się do Marvina i jego towarzysza. Na naszych oczach robot i człowiek w kombinezonie wkroczyli na tył ciężarówki.

Włożyłem kombinezon i wyszedłem im na spotkanie do ładowni. Gdy wjechali po rampie, wrota zamknęły się za pojazdem, a kiedy pomieszczenie znów wypełniło się powietrzem, zdjąłem hełm i gestem nakłoniłem gościa do tego samego. Mężczyzna – bo nie dostrzegałem u niego kobiecych kształtów – nosił staromodny kombinezon, wykonany w całości z inteligentnego metalu, z wyjątkiem szklanej osłony hełmu. Wyglądał jak żywcem wyjęty z nagrań z czasów floty nanitów, która była Siłami Gwiezdnymi tylko z nazwy.

Nie nosił oznaczeń wojskowych, a gdy odsłonił twarz, zobaczyłem, że faktycznie jest człowiekiem. Brodaty, mocno zbudowany i czarnowłosy, wyglądał na pięćdziesiąt parę lat. Jego brwi przypominały włochate gąsienice, a oczy miał wąskie, ciemne i paciorkowate. Nieprzyjemne pierwsze wrażenie potęgował niemiły zapach. Facet pewnie przebywał w kombinezonie od dłuższego czasu.

Mógłbym przysiąc, że gdzieś widziałem tę twarz.

– Kim jesteś i co tu robisz? – zapytałem neutralnym tonem.

– Jestem generał Sokołow – odpowiedział ze zmarszczonym czołem i słowiańskim akcentem. – A ty to kto, do cholery?

– Nazywam się Riggs – rzuciłem chłodno. – Kapitan Riggs.

Już go nie lubiłem, choć trudno stwierdzić czemu.

– Kyle Riggs? – Teraz w jego głosie słyszałem zdumienie. – Niemożliwe. Masz nie więcej niż dwadzieścia pięć lat.

– Jestem Cody Riggs, syn Kyle’a.

– To niemożliwe! – powtórzył Sokołow. Najwyraźniej nie wykazywał się elastycznością myślenia. – Rodzina pułkownika Riggsa zginęła w dniu, kiedy przyleciały nanity. A przynajmniej tak mówił. – Zmrużył podejrzliwie oczy.

– Słuchaj, nie jestem w nastroju na wysłuchiwanie oskarżeń o kłamstwo. Nie na moim własnym okręcie. A teraz to ja zacznę zadawać pytania i może ustalimy parę faktów. Podobno jesteś generałem. Generałem czego?

– Sił Gwiezdnych. A przynajmniej tak je nazywano, zanim mnie uprowadzono.

Omal nie opadła mi szczęka, bo nagle uświadomiłem sobie, gdzie widziałem podobiznę tego mężczyzny – na nagraniach z początków wojen z makrosami. Sokołow był jednym z kumpli admirała Crowa. Okręt Alamo, należący do mojego ojca, porwał Sokołowa i zabrał Bóg wie gdzie, odlatując wraz z resztą floty nanitów. Od tamtej pory słuch o nim zaginął.

Dotarło do mnie, że właśnie stanąłem przed dylematem, który mógł doprowadzić do kryzysu. Czy powinienem uznać stopień i zwierzchnictwo Sokołowa? Na przestrzeni lat Siły Gwiezdne zmieniły się tak bardzo, że praktycznie były już zupełnie inną organizacją. Poza tym, o ile mnie pamięć nie myliła, Crow nadał mu stopień całkiem arbitralnie, pewnie za wazeliniarstwo. Choć, z drugiej strony, stopień mojego ojca również był dość arbitralny…

Postanowiłem odwlec decyzję i dać sobie czas do namysłu.

– Będę pana nazywał generałem, ale tylko z grzeczności, bo nie obejmie pan dowództwa bez potwierdzenia ze strony Sił Gwiezdnych. Minęło ponad dwadzieścia pięć lat. Czemu nagle wyrósł pan jak spod ziemi?

Na te słowa zamarł, osłupiały. Nagle odkryłem w sobie odrobinę współczucia.

– Sądziłem, że minął tylko rok albo dwa – powiedział, ale zaraz wyprostował się i opanował. – Rozumiem, kapitanie Riggs. Nie będę sprawiał problemów. Byłbym wdzięczny za prysznic i prawdziwy posiłek. Żyłem bez wygód przez bardzo długi czas.

– Gorący prysznic i koję da się załatwić. Jeśli chodzi o prawdziwe jedzenie… cóż, przynajmniej będzie pożywne. – Zmusiłem się do uśmiechu. Tyle dobrego, że facet sprawiał wrażenie rozsądnego. – Prysznic nie ucieknie, najpierw musimy pana dokładnie zbadać. Kwon, proszę wziąć paru marines i zaprowadzić generała Sokołowa do ambulatorium.

Gdy zniknęli, zwróciłem się do Marvina:

– Ty. Mam do ciebie masę pytań. Nie ruszaj się stąd.

Nie zareagował. Włączyłem słuchawki i kazałem Nieustraszonemu połączyć mnie z doktor Kalu. Wprawdzie nie była tak naprawdę lekarzem medycyny, ale miała doktorat z biologii. Wyłuszczyłem jej sytuację i kazałem pobrać próbki krwi i tkanek Sokołowa, a potem przeprowadzić szczegółowe testy. Sprawiała wrażenie poirytowanej tym zadaniem, dopóki nie wspomniałem, że chodzi o generała. Od razu się rozchmurzyła. Zawsze przepadała za oficerami, a na pokładzie Nieustraszonego było ich za mało, jak na jej gust.

 

Kiedy wróciłem do Marvina, zauważyłem, że robot stoi nienaturalnie spokojnie. Spodziewałbym się po nim raczej nerwowych ruchów.

– Nie jesteś zadowolony z mojej akcji ratunkowej? – zapytał, obserwując mnie wszystkimi kamerami.

– A, tak, dobrze zrobiłeś. Obecnie każdy członek Sił Gwiezdnych jest bezcenny. Chciałem…

– A czy nie cieszysz się, że zdołałem uniknąć pożarcia przez obcego drapieżnika? – przerwał.

– No dobrze, muszę przyznać…

– Postanowiłem polecieć z wami.

Wcale mnie to nie zdziwiło. Niedawno odkrył, że Kwadrat jest bardziej niebezpieczny, niż sądził.

– Świetnie – powiedziałem. – A teraz…

– Co więcej…

– Zamknij się i daj mi mówić! – ryknąłem.

– Nie ma powodu, by ulegać emocjom.

Wbiłem w niego gniewne spojrzenie, czekając na choćby jeszcze jedno słowo. Nawet nie pisnął.

– Marvin – powiedziałem ciszej – wyjaśnij, proszę, w jaki sposób znalazłeś Sokołowa. Zacznij od tego, jak tydzień temu uciekłeś przed chrząszczem.

– Tydzień temu? Mój wewnętrzny chronometr wskazuje, że minęło zaledwie trzydzieści siedem minut. Powinienem był wydedukować różnicę w upływie czasu z opóźnienia sondy, którą wysłałem przed kilkoma tygodniami. Może gdybym…

– Marvin? Skup się na Sokołowie.

– Znalazłem człowieka podającego się za Sokołowa. Wędrował po wielowymiarowym labiryncie, do wnętrza którego prowadzą okna. Na szczęście dysponował kombinezonem ciśnieniowym, bo inaczej musiałbym go tam zostawić. Czy to byłaby właściwa decyzja? A może raczej powinienem był zaakceptować fakt, że zginie po wyjściu z okna? Rzecz jasna, czysto hipotetycznie.

– Podjąłeś słuszną decyzję. Nie spodobałoby mi się, gdybyś zabił Sokołowa, próbując go uratować.

Marvin przekrzywił kilka kamer.

– Zabić a pozwolić umrzeć to dwie różne rzeczy.

– Nie wtedy, gdy sam zapoczątkujesz ciąg zdarzeń, który doprowadzi do nieuniknionego rezultatu. Jeśli potrącisz pierwszą kostkę domina i wiesz, dokąd prowadzi szereg, jesteś odpowiedzialny również za upadek ostatniej.

– Chętnie podyskutowałbym z tobą na tematy filozoficzne, kapitanie Riggs, ale po tygodniu moje ogniwa są na skraju rozładowania.

– Przed chwilą wspomniałeś, że z twojego puntu widzenia minęło trzydzieści siedem minut!

– Niczego takiego nie powiedziałem. Mówiłem, że mój wewnętrzny chronometr wskazuje na upływ trzydziestu siedmiu minut. A jednak ogniwa elektryczne mam rozładowane w takim stopniu, jakby minął co najmniej tydzień.

– To niemożliwe! – wykrzyknąłem, poirytowany.

– Teraz brzmisz jak Sokołow. Zdaje się, że w tym wielowymiarowym labiryncie rzeczy niemożliwe są na porządku dziennym.

Wydałem coś między westchnieniem a warknięciem.

– Wracaj do swoich zajęć, ale proszę, nie sprawiaj więcej kłopotów.

– Nawet by mi to przez myśl nie przeszło, sir – powiedział Marvin. Chyba cieszył się, że pozwoliłem mu odejść.

Czasem miałem dość jego knucia i pyskowania. Spróbowałem skupić się na zaletach robota. Na pewno utrzymywał moje ego na sensownym poziomie, bo był genialny i kompletnie nie przejmował się moimi uczuciami. Ignorował też mój stopień i pozycję, chyba że takie postępowanie stanowiło zagrożenie dla jego celów. Może przy ojcu pełnił podobną rolę krytykanta? Założę się, że tato trzymał go przy sobie między innymi z tego powodu. Tylko głupiec chce, żeby otaczali go przytakiwacze, choć łatwo o tym zapomnieć, będąc dowódcą.

Trochę wbrew sobie zawróciłem i znów poszukałem Marvina w nadziei, że usłyszę odpowiedzi na kilka pytań. Zastałem go w dziale inżynieryjnym, gdzie rozmawiał z Sakurą.

– Marvin, jak wyglądało miejsce po drugiej stronie okna? – zapytałem.

– Jeśli słusznie domyślam się, o co dokładnie pytasz, odpowiedź brzmi „bardzo dezorientująco”. Człowiekowi niezwykle trudno byłoby nie zgubić się w tym wielowymiarowym labiryncie. Mnie udało się to tylko dzięki licznym czujnikom. Wykorzystałem całą moc obliczeniową, by scalić ich odczyty w…

– Tak, nie wątpię, że wykazałeś się ponadprzeciętnym intelektem. A do czego, twoim zdaniem, służy ten labirynt?

– Co prawda nie sposób odgadnąć pierwotnych zamiarów Pradawnych, ale obecnie działa jak router, przynajmniej częściowo.

– Router. Jak w sieci komputerowej?

– Tak. Sądzę, że jeśli odkryję odpowiednie komendy, mógłbym uzyskać dzięki niemu dostęp do całej sieci pierścieni i nie tylko. Prawdę mówiąc, wysłałem krótką wiadomość w formie samoreplikującego się wirusa w nadziei, że dotrze do Sił Gwiezdnych.

Szczęka mi opadła.

– Zaraz, zaraz. Napisałeś i uwolniłeś wirusa, przebywając wewnątrz zbudowanego przez Pradawnych wielowymiarowego labiryntu, którego działanie ledwo rozumiesz? Umieściłeś malware w cybernetycznym systemie obcych? Oszalałeś?

– Biologiczne formy życia mogą tak sądzić. W każdym razie skrypt wyłącznie się powiela i rozprzestrzenia, próbując dotrzeć do jakiegoś odbiorcy. Nie robi nic więcej.

– I podałeś w tej wiadomości informacje o naszej pozycji? Współrzędne układu gwiezdnego albo inne namiary?

Macki Marvina zakołysały się trochę niespokojnie.

– Zawarcie tych danych było niezbędne do osiągnięcia zamierzonych celów.

– Więc każdy odbiorca wiadomości będzie wiedział, gdzie się znajdujemy, nie tylko ci z Sił Gwiezdnych. Napisałeś coś jeszcze?

Teraz kamery i macki Marvina wiły się, co jasno świadczyło o tym, że zbliżam się do niewygodnego sedna sprawy.

– Zaszyfrowany pakiet danych zawierający podsumowanie naszej sytuacji – powiedział.

Pacnąłem się dłonią w czubek głowy.

– Czyli właśnie wysłałeś dane wywiadowcze na temat naszej misji i obecnego statusu do obcego systemu komputerowego, który być może ciągnie się przez całą Galaktykę. Nie dostrzegasz tu pewnego problemu?

– Na przyszłość mogę zaostrzyć kryteria swojego systemu ewaluacji ryzyka. Ale dane są dobrze zaszyfrowane.

– A czy ty potrafiłbyś przełamać takie zabezpieczenia?

– Oczywiście. Gdybym miał dość czasu.

– Czyli ile?

– Może miesiąc, gdybym wykorzystał wszystkie swoje obwody. Szyfrowanie było bardzo silne.

– A kiedy wysłałeś wiadomość?

– Krótko po przejściu przez okno.

Myślałem gorączkowo. Choć Marvin był niesamowicie zdolny, potrafiłem wyobrazić sobie znacznie potężniejsze sztuczne inteligencje. Od nadania wiadomości upłynął w przybliżeniu tydzień. Możliwe, że został nam mniej niż miesiąc, zanim ktoś na nią zareaguje. Choć z drugiej strony, odbiorca wiadomości mógł być niesamowicie daleko. Albo bardzo blisko. Lepiej nie ryzykować. Połączyłem się z Hansenem.

– Proszę przekazać rozkazy: stan podwyższonej gotowości, podwójne obsady zmian. Niewykluczone, że Marvin zdradził naszą pozycję nie wiadomo komu. – Następnie zwróciłem się do Sakury, która w milczeniu słuchała niepokojącej rozmowy. – Musimy przyspieszyć prace. Niech inżynierowie pracują po dwadzieścia cztery godziny na dobę, zezwalam na użycie stymulantów. Mamy być jak najszybciej gotowi.

– Tak jest – odpowiedziała, po czym zaczęła wyszczekiwać rozkazy.

Gdybym miał do czynienia z innym podwładnym, ustaliłbym dla podkręcenia tempa niemożliwy termin zakończenia prac, ale znałem Sakurę i wiedziałem, że bez żadnych gierek zrobi wszystko, co w jej mocy.

– Jeszcze jedno pytanie – powiedziałem do robota. – Skąd się wzięły tamte robale?

– W samej tylko Drodze Mlecznej są miliardy planet, więc nie potrafię…

– Nie bierz wszystkiego tak dosłownie. Powiedz w skrócie, czemu cię zaatakowały. Wlazłeś im do gniazda? Co nimi kierowało?

– Pierwszy raz zobaczyłem te istoty, gdy zaatakowały mnie w labiryncie. Możliwe, że któryś z eksperymentów je rozdrażnił. A może przyciągnął je atrakcyjny wygląd mojego korpusu?

– Ta, jasne. Dobra robota, Marvin.

– Wykrywam sarkazm.

– Przyzwyczaj się.

W tym momencie odezwał się Hansen:

– Kapitanie, wiadomość ze statku Jastrzębi.

– Już biegnę. – Wymierzyłem w Marvina palec wskazujący. – Potrzebuję potwierdzenia, tu i teraz. Zostajesz czy lecisz z nami, kapitanie Marvinie?

– Będę wam towarzyszył. To oczywiste, że bardzo mnie potrzebujecie.

– Nawet nie wiesz, jak mocno tego żałuję. Wracaj do swojego laboratorium i rozmontuj cały sprzęt, który mógłby zdradzić, że tu byliśmy. Załaduj wszystko na Charta i szykuj go do odlotu. Właśnie wymalowałeś nam na czołach wielką tarczę strzelniczą, a zwłaszcza na sobie. Czy to dotarło do twoich łańcuchów neuronalnych? Możliwe, że znów coś po ciebie idzie. Coś straszniejszego niż trzy przerośnięte owady.

– Ewentualność warta rozważenia, kapitanie Riggs – rzucił przez tylny głośnik, krocząc pospiesznie w kierunku najbliższej śluzy.

Nic nie motywowało Marvina silniej niż instynkt samozachowawczy, a ja wykorzystywałem ten fakt najlepiej jak umiałem. Robot bez wątpienia ucieknie przed potencjalnym zagrożeniem szybciej od nas, a w tej chwili dokładnie na to liczyłem.

Rozdział 4

– Dajcie wiadomość od Jastrzębi na główny ekran – rzuciłem, pędząc na mostek. Na razie nie miałem powodu, by odtwarzać ją na osobności.

Nagranie zaczęło się od symbolu wojskowego: stylizowanego ogona z kolcami. Jednostka znajdowała się co najmniej godzinę świetlną od nas, więc usiadłem i rozluźniłem się, wiedząc, że to nie będzie rozmowa. Po chwili na ekranie pojawił się Jastrząb, samiec w wojskowym mundurze przyozdobionym kilkoma odznaczeniami w formie kolorowych sznurków i piór, które tamci najwyraźniej lubili. Nabrałem wprawy w rozpoznawaniu twarzy obcych i byłem przekonany, że gdzieś go już widziałem, choć nie umiałbym stwierdzić, kto to jest.

– Witaj, komodorze Riggs – powiedział Jastrząb przez oprogramowanie tłumaczeniowe. W przeszłości kazałem im nazywać mnie komodorem, żeby poważniej mnie traktowali, i tak już zostało. – Jestem Kreel, syn Kleeda.

Rozjaśniło mi się w głowie. To on wniósł na pokład Nieustraszonego ładunek jądrowy, gdy jego ojciec próbował wykraść nam fabrykę, i to on postanowił nie wysadzić się w samobójczym ataku, za co byłem mu wdzięczny. Koniec końców zabiłem Kleeda w uczciwym pojedynku, więc byliśmy kwita. Słuchałem z zaintrygowaniem, co ma do powiedzenia.

– Czyny mego ojca skazały moją matkę oraz siostry na utratę pozycji i ostracyzm. Stanąłem więc na rozdrożu. Jedna ze ścieżek prowadzi do zakonu. To oznaczałoby koniec mojego rodu, ale matce i siostrom wolno byłoby przyjąć inne nazwisko. Druga ścieżka to wygnanie. Ta sama, którą ty obrałeś, komodorze Riggs.

Ciekawe, że widział we mnie banitę. Skąd jego zdaniem zostałem wygnany? Z własnego ludu? Z układu Pand albo litosów? A może to Jastrzębie mnie nieoficjalnie wygnały? Albo i oficjalnie. Nie śledziłem zbyt uważnie wytworów ich nieskończenie złożonej biurokracji. Obejrzałem wystarczająco wiele transmisji obcych, by przekonać się, że ich społeczeństwo jest stare i zepsute oraz, pomimo ciągłego gadania o honorze, pełne bizantyjskich zdrad i wewnętrznych rozgrywek. Większość tych ptaków używała słowa „honor” raczej z przyzwyczajenia. Często znaczyło ono tyle co „dziecinna duma”.

Nieliczni, jak choćby Klak, naprawdę wierzyli w ideę honoru. Ciekawe, czy Kreel również się do nich zaliczał.

– Ja i moi towarzysze wybraliśmy ścieżkę wygnania – kontynuował Kreel na nagraniu. – Mówi się, że wkrótce opuścisz układ przez zabójczy pierścień. Proszę o pozwolenie na zabranie się z tobą, komodorze Riggs. Zachowamy się honorowo. Przysięgniemy ci wierność i posłusznie usłuchamy twych rozkazów, choćbyś nawet posyłał nas na śmierć. – Uniósł dłonie i ogon w jastrzębim salucie. – Chwała Riggsowi. – Po tych słowach wiadomość się skończyła.

Zmarszczyłem w zadumie czoło, a tymczasem obsada mostka stukała w ekrany i zerkała na mnie raz po raz. Propozycja mogła być szczera, choć mogła też okazać się próbą pomszczenia ojca. Kto wie, może miał jeszcze trzecią opcję, czyli odzyskanie dobrego imienia rodu dzięki udanemu zamachowi na moje życie. Ktoś mógł poddać go praniu mózgu albo przymusić. Mimo wszystko przeczucie podpowiadało, że Kreel mówi szczerze.

Hansen uniósł brew, a ja odpowiedziałem tym samym. Ruchem głowy wskazałem na prywatną salkę przy mostku. Weszliśmy do środka, zamknąłem drzwi za oficerem, a potem usiadłem przy stoliku.

– Co pan myśli?

– To ma sens – odpowiedział.

– Spodziewałem się podejrzliwości.

Kąciki ust Hansena drgnęły.

– Może próbuję pana podejść? Gdybym był przeciw, tym chętniej wpuściłby ich pan na pokład. – Zaśmiał się pod nosem. – Ale w tym przypadku naprawdę jestem za. Przyda się nam każda pomoc, zwłaszcza ze strony obcego, fanatycznie posłusznego mięsa armatniego.

 

Pokręciłem głową z mieszanką ponurego podziwu i makabrycznego rozbawienia.

– Robi się z pana na starość oziębły sukinsyn, zauważył pan?

– Za to mi płacą. Przecież miałem się z panem nie zgadzać. Jestem prostym facetem, kapitanie. Musi istnieć jakaś hierarchia. My, ludzie, znajdujemy się na jej szczycie. Potem są nasi starzy sojusznicy, tacy jak Hoon czy Marvin. Jeśli o mnie chodzi, nowo spotkani kosmici znajdują się na samym dole. Skoro chcą walczyć i umierać za boga-króla Riggsa, czemu miałbym im zabraniać? Niech to oni ponoszą straty.

Instynkt podpowiadał mi, żeby go upomnieć, ale powstrzymałem się, bo mówił z sensem. Nie zamierzałem posyłać Jastrzębi na pewną śmierć, ale w razie czego priorytet musieli mieć członkowie Sił Gwiezdnych. Jako dowódca byłem za nich odpowiedzialny w większym stopniu niż za jastrzębich ochotników.

Hansen miał rację również w kwestii tego, co nas czeka. Wiedział, że przyjmę Kreela do służby, bo on i jego podwładni mogli się okazać cholernie przydatni. Nie wolno przegapić okazji do powiększenia zasobów.

– W sumie chyba ma pan rację – powiedziałem wreszcie, rozkoszując się zdziwieniem na jego twarzy. – Ale uważajmy na wszelkie oznaki zdrady. Proszę dopilnować, żeby Nieustraszony przeskanował naszych nowych sojuszników pod kątem czegokolwiek groźniejszego niż broń osobista. Jak choćby tamten ładunek jądrowy.

Hansen przytaknął. Wróciliśmy na mostek.

– Nieustraszony, nagraj wiadomość – odezwałem się do okrętu. Nie mówiłem do mikrofonu, ale nasze inteligentne jednostki zawsze nas słuchały.

– Nagrywam.

– Kreel, mówi komodor Riggs. Przyjmuję ciebie i twoich podwładnych do służby. Skontaktuj się ze mną ponownie, kiedy skrócicie dystans. Bez odbioru. – Zrobiłem pauzę. – Nieustraszony, wyślij Kreelowi wersję oryginalną i przetłumaczoną. Użyj jak najwęższej wiązki.

– Przetwarzanie… Transmisja nadana.

Obejrzałem się na Hansena.

– Oba pierścienie nadal spokojne?

– Litosy co jakiś czas wysyłają sondy albo głowice jądrowe przez wewnętrzny pierścień. Jastrzębie też. Poza tym nic ważnego się nie dzieje, a flota Jastrzębi nadal tkwi obok portalu. Budowa stacji bojowej przy Ornie-1 powinna zakończyć się za miesiąc.

– Polityka – prychnąłem sarkastycznie. – To ironiczne, że krytykują naszą strategię z użyciem stacji, która prawie ich uratowała, a sami budują jeszcze większą.

– Budują dwie – przypomniał Hansen. – Zaczęli konstruować powłokę drugiej stacji.

– Jedna dla ochrony pierścienia, druga dla planety?

Wzruszył ramionami.

– Może po jednej na każdy pierścień. W każdym razie bardzo przypadły im do gustu te nasze ogromne emitery antyprotonów, a swoją pierwszą fabrykę uruchomią pewnie już za kilka miesięcy.

– Każda przeszkoda między nami a litosami jest dobra.

Mój oficer wykonawczy znów wzruszył ramionami. Jeśli miałbym mu coś wytknąć, byłaby to tendencja do skupiania się na najbliższej przyszłości oraz ignorowania szerszej perspektywy. Podobnie jak większość załogi, był zdania, że jeśli wrócimy do domu z informacją o zagrożeniu ze strony litosów, problem prędzej czy później rozwiąże się sam. Ja jednak, podobnie jak ojciec, musiałem myśleć przyszłościowo. Na tym polegało moje zadanie.

– Nieustraszony, pokaż Kwadrat na holowyświetlaczu.

Po chwili wpatrywałem się w obraz złożony z danych czujników okrętu oraz dronów patrolowych. Zrobiłem zbliżenie na Marvina, który w pośpiechu reorganizował sprzęt w laboratorium. Część urządzeń przemieszczał, inne wymieniał albo modyfikował, a jeszcze inne pakował do skrzyń, które zautomatyzowane miniłaziki transportowały do Charta.

Teraz zrobiłem najazd na jego statek i rosnącą obok stertę sprzętu. Najwyraźniej nie ufał botom na tyle, by pozwolić im ładować rzeczy na pokład, a zakłócenia pewnie wykluczały zdalne sterowanie. Na chaotycznym składowisku dostrzegałem rzeczy, które z pewnością nie należały do technologii Sił Gwiezdnych ani, że tak powiem, technologii marvinowskiej. W ostatnich miesiącach dość się naoglądałem skonstruowanych przez robota gadżetów, by stwierdzić, że te przedmioty wyglądają dziwnie i obco.

Ewidentnie zdobył je po drugiej stronie okien, a teraz oczywiście chciał je zabrać. Marvin czasem sprawiał wrażenie szurniętego kolekcjonera, ale potrafił być też bezlitośnie pragmatyczny. A to znaczyło, że jego zdaniem większość sprzętu, który zamierzał upakować w ograniczonej przestrzeni Charta, potencjalnie skrywała wiedzę. Albo może, jeśli miałbym pobawić się w czarnowidza, odkrył przeznaczenie części urządzeń, ale nic nie powiedział. Cóż, w tym momencie nie mogłem na to nic poradzić.

– Wezwijcie mnie w razie potrzeby – rzuciłem do Hansena, przełączając wyświetlacz z powrotem na widok taktyczny, a potem opuściłem mostek. I tak spędzałem na nim mnóstwo czasu, a uzyskiwanie informacji za pośrednictwem Nieustraszonego było niebezpiecznie uzależniające. Dowódca, który tylko przesiadywał przed ekranem – choćby nie wiadomo jak dobry – ryzykował, że utraci kontakt z rzeczywistością.

Na korytarzu zastałem sierżant Moranian. Stłumiłem westchnienie. Czyżby Kwon nie zrozumiał mojej prośby, a może specjalnie mnie wkurzał?

– Tak, sierżancie? O co chodzi?

– Sir, marines proszą pana o stawienie się w świetlicy.

– Świetlicy? – To tam niebędący na służbie żołnierze odpoczywali, oglądali filmy, pili piwo, siłowali się na ręce i ogólnie robili rzeczy, których nie mogli albo nie chcieli robić w ciasnych koszarach albo w mesie.

– Tak jest.

Tym razem nie rumieniła się ani nie zachowywała dziwnie, więc powiedziałem:

– Chodźmy.

Moranian maszerowała do świetlicy, wołając raz po raz:

– Zrobić miejsce dla kapitana!

Zabawne, że w Akademii, a nawet na Nieustraszonym, krótko po objęciu dowodzenia, ceniłem sobie takie traktowanie, choć teraz wydawało mi się żenujące. Pomijając sytuacje kryzysowe, gdy kapitan musi szybko przemieścić się po jednostce, nie tracąc cennych sekund, ten zwyczaj jest pretensjonalny.

W świetlicy zastałem zaskakująco wielu marines. Na oko zebrała się połowa stanu, a to znaczyło, że przyszli wszyscy niebędący na służbie i może nawet kilku będących, miałem więc nadzieję, że chodzi o coś ważnego. Z jakiegoś powodu brakowało Kwona i sierżanta Taksina, dwóch najstarszych stopniem marines. Cokolwiek się działo, musiało być dla żołnierzy ważne, więc przylepiłem na usta swój najlepszy uśmiech i kiwnąłem głową.

– O co chodzi?

Na końcu pomieszczenia widziałem na ścianie stelaż przykryty płótnem, które zasłaniało jakiś cylindryczny przedmiot, długi na metr.

– Pomyśleliśmy, że zechciałby pan zobaczyć nasze najnowsze trofeum – powiedziała Moranian, po czym zawołała jak na paradzie: – Na stanowisko!

Na ścianach świetlicy poumieszczano różne pamiątki z przygód Nieustraszonego – rzeczy sprzed mojego dowodzenia, którym poświęcałem niewiele uwagi, a także przedmioty, które rozpoznawałem, jak choćby wielkie odłamki litoskich kryształów, zatopione w przejrzystej warstwie mocnego plastiku, czy czaszka lodowego rekina z wodnego księżyca. Na komendę Moranian kapral Fuller zrobił regulaminowy „w prawo zwrot”, podszedł do płótna i położył na nim dłoń.

– Dla uczczenia niedawnej akcji na powierzchni – zaczęła Moranian – w której wziął osobisty udział, ratując życie niejednego marine, niniejszym dedykuję nowe trofeum kapitanowi Riggsowi.

– Ryje Riggsa! – zawołali chórem wszyscy zebrani. Przeszedł mnie dreszcz wojskowej dumy, gdy Fuller zerwał płótno i odsłonił wypolerowany róg, który odciąłem martwemu chrząszczowi.

To byli dobrzy ludzie. Przeszli chrzest bojowy i, podobnie jak ja, rozwinęli się pod presją. Robili wszystko, czego od nich oczekiwałem – aż do ostatniego tchu. Możliwe, że uczucia sierżant Moranian były platoniczne, a nawet jeśli nie – jeśli, jak podpowiadała cyniczna strona mojego umysłu, cała szopka miała na celu zaciągnięcie mnie do łóżka – nie mogłem okazać braku szacunku pozostałym.

Mając to na uwadze, wziąłem głęboki oddech, podszedłem i przejechałem dłonią po cylindrze.

– Na pewno nie jest nabity? – zapytałem z szerokim uśmiechem, wywołując salwę śmiechu. – A tak na poważnie, dziękuję, Ryje. To dla mnie zaszczyt. Ale to nie ja pokonałem potwora, tylko wy, zgrani jak cholera. Choć Fuller w przyszłości na pewno nie będzie już skakał jak żaba.

Kilka osób zaśmiało się z kaprala. Gdy rechot ucichł, zrobiłem minę poważnego przełożonego.