ZagubieniTekst

Z serii: Star Force
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zagubieni
Zagubieni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Zagubieni
Zagubieni
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90  24,35 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

– Kolejny dzień w raju z kapitanem Codym „Odkrywcą” Riggsem – powiedziała z ironią Adrienne, po czym przesunęła się na moją stronę łóżka i pocałowała mnie. Potem westchnęła i zapytała: – Jak długo zamierzamy czekać na Marvina?

Splotłem dłonie pod głową i odpowiedziałem żartobliwym tonem:

– Jeszcze się zastanowię, panno Turnbull. Dziś po raz pierwszy nie zerwałem się bladym świtem na poszukiwania. Minął prawie tydzień i podekscytowanie zaczyna mijać. Ludzie robią się opryskliwi i mają żal do Marvina. Nie możemy czekać wiecznie.

– Chętnie bym stąd odleciała – powiedziała, nachylając się bliżej.

– Na pewno? – zapytałem i przeczesałem jej długie, złociste włosy, wpatrzony w lazurowe oczy. – Bez Marvina będziemy błądzić po omacku. I znowu wpakujemy się w kłopoty. Będzie trzeba zabijać, ktoś może umrzeć.

Adrienne wzdrygnęła się.

– Nikt z nas tego nie lubi… No, chyba że marines. A ty po prostu uwielbiasz stawać oko w oko ze wszechświatem i wygrywać. – Zdjęła sobie z głowy moją dłoń i ścisnęła ją mocno. – Przegraną znosisz znacznie gorzej.

– Nigdy nie przywyknę do porażek. Ale je udźwignę, jeśli o to się martwisz.

Pokręciła głową. Kaskada włosów spłynęła mi na twarz, gdy z uśmiechem przetoczyła się i przygniotła mnie swoim nagim ciałem.

– A mnie udźwigniesz?

Zaczęliśmy się kochać i było fantastycznie, jak zawsze. Plusami tkwienia nieruchomo na względnie bezpiecznej planecie była spora ilość wolnego czasu oraz poczucie braku zagrożeń. Poza tym obniżona grawitacja uprzyjemniała pewne sprawy.

Kochanie się z Adrienne miało jedną ciemną stronę. Przez większość czasu pamiętałem, z kim mam do czynienia, ale czasami oczyma duszy widziałem twarz jej nieżyjącej siostry, Olivii.

Na szczęście tego dnia nic takiego się nie stało.

Rozmawialiśmy później przy śniadaniu.

– Za niecały tydzień skończymy naprawiać Nieustraszonego – powiedziała Adrienne. – Później pozostanie nam tylko czekać.

– Świetna robota, kochanie – pochwaliłem ją. – Pójdę na krótką inspekcję.

Przewróciła oczami.

– Że też ci się chce. Wszystko gładko funkcjonuje, ludzie wiedzą, co mają robić. Zrób sobie przerwę.

– Właśnie w takich momentach wszystko się sypie: kiedy szef zaczyna się obijać. Zresztą lepiej, żeby wiedzieli, że mam na nich oko.

Wzruszyła ramionami i przeciągnęła się jak kocica.

– Na pewno nie masz ochoty zostać ze mną jeszcze godzinkę?

Niespiesznie odrzuciła włosy do tyłu i rzuciła mi sugestywne spojrzenie.

– Bardzo bym chciał, ale obowiązki wzywają.

Dokończyłem kawę, pocałowałem mocno Adrienne i poszedłem ocenić postępy prac.

Upłynęły trzy miesiące, odkąd Nieustraszony wylądował na powierzchni Orna-6 w pobliżu miasta złotych sześcianów, które nazwaliśmy Kwadratem. Marvin próbował zrozumieć to miejsce i, jeśli mu wierzyć, poczynił pewne postępy, choć nie potrafił tego przekonująco udowodnić. Wyciągał z okien różne rzeczy, ale nie zdobył żadnej technologii obcych, która pomogłaby nam wrócić do domu albo obronić się przed niebezpieczeństwami wszechświata. Co tydzień wysłuchiwałem jego sprawozdań i za każdym razem odchodziłem coraz bardziej poirytowany.

Jedyna namacalna korzyść, jaką dał nam Kwadrat, to nowa wersja popularnej w Siłach Gwiezdnych gry w bilard. Urządziliśmy sobie salę bilardową, wznosząc tymczasową budowlę wewnątrz Kwadratu. Na pomysł wpadły Ryje, nie Marvin. Metaliczne ściany odbijały bilę bez strat prędkości, a tak się złożyło, że kilka pobliskich okien było ze sobą połączonych, co pozwalało na zagrywki niemożliwe do odtworzenia gdziekolwiek indziej. Wystarczyło zrobić prowizoryczny dach i zakryć część okien, żeby bila nie uciekała. Powstał nawet drużynowy wariant gry, będący hybrydą lacrosse i dwóch ogni.

Potrzebowałem sali bilardowej, żeby moi ludzie mieli gdzie spuścić parę. Dzięki niej Ryje nie pozabijały się z nudów. Dbałem o to, żeby nie brakowało im roboty w oddalonej o półtora kilometra kopalni, gdzie wydobywali rudę, a potem przywozili ją specjalnie skonstruowanymi transporterami, ale nawet mimo podwójnych zmian starczało im sił, by sprawiać kłopoty. Kwon coraz częściej musiał ich przywoływać do porządku. Miałem świadomość, że jeśli wkrótce nie wystartujemy, zaczną się poważne problemy z dyscypliną. Pojawienie się potworów i poszukiwania Marvina zapewniły ludziom jedynie tymczasową odskocznię.

Na szczęście znaleźliśmy spore ilości ziem rzadkich i rud metali promieniotwórczych, dzięki czemu mogliśmy odbudować Nieustraszonego, dostosowując go do własnych potrzeb. Postawiłem na połączenie pancernika i lotniskowca dronów. Tak oto krążownik liniowy przerodził się w „lotniskowiec liniowy”.

Przy podejmowaniu tej decyzji kierowałem się doświadczeniem. Kruchość fregat była dla mnie nauczką. Fabrykator potrafił wyprodukować sprzęt i sztuczne mózgi, ale nie ludzi. Nie mogłem sobie pozwolić na utratę pilotów, tak więc mniejsze jednostki odpadały. Nowa strategia nasuwała się więc sama – ryzykować utratę maszyn, nie ludzi. W tym sensie sprzeciw Hansena wobec mojej starej strategii był uzasadniony, nawet jeśli pilot mylił się co do moich pobudek.

Przez krótki czas rozważałem, czy nie pozwolić na wyklucie się kolejnych dzieci Hoona i nie wyszkolić ich na członków załogi – mogłem się założyć, że profesor zostawił sobie część jaj – ale młode Skorupiaki potrzebowałyby kilku lat na osiągnięcie dojrzałości, a poza tym wymagałoby to tylu modyfikacji okrętu, że całe przedsięwzięcie stałoby się nieopłacalne. Nie, tego ograniczenia nie dało się obejść w prosty sposób. Musieliśmy chronić życie członków załogi z chorobliwą wręcz pieczołowitością. Każdy z nich był bezcenny.

Właśnie dlatego w ścisłej współpracy ze swoimi najważniejszymi ludźmi – Hansenem, Adrienne, Sakurą, Kwonem i Bradleyem – skrzętnie zajmowałem się rekonfiguracją Nieustraszonego. Okręt nadal przypominał grubą płaszczkę, tyle że większą. Obecnie mógł się poszczycić czterema ciężkimi laserami i czterema emiterami wiązek antyprotonowych, a także dwoma tuzinami par uzbrojenia dodatkowego. Miał też dwukrotnie więcej niewielkich par emiterów obrony punktowej, które w razie potrzeby cofały się tak, że niemal muskały kadłub. Dzięki temu byliśmy w stanie obronić się przed próbami abordażu.

Dzięki kombinacji uzbrojenia, dronów, cięższego pancerza i systemu wielowarstwowych, konfigurowalnych tarcz magnetycznych Nieustraszony był tak wytrzymały i wielozadaniowy, jak tylko mógł.

Rzecz jasna, wszystko miało swoją cenę. Nowy Nieustraszony był bardziej ślamazarny niż kiedyś i jeszcze wolniejszy niż w pierwotnej wersji, zanim wessało nas przez pierścień do układu Pand. Poza tym, niezależnie od konfiguracji, zawsze brakowało mu energii. Choć zainstalowaliśmy cztery razy więcej generatorów i akumulatorów, Nieustraszony potrafił pochłonąć co najmniej dziesięciokrotnie więcej energii niż w swojej dawnej postaci krążownika liniowego, a gdy korzystaliśmy ze wszystkich systemów jednocześnie, żłopał paliwo jak amerykański muscle car z kochającym prędkość nastolatkiem za kierownicą.

Pierwszym przystankiem na trasie obchodu był mostek. Dowódca grupy lotniczej, chorąży Bradley, był na służbie i nadzorował techników instalujących ostatnie z ulepszonych stanowisk kontrolerów. Dwóch wachtowych monitorowało loty nowych dronów klasy Sztylet, które patrolowały niebo nad nami.

– Jak sytuacja? – zapytałem.

– Wszystko w porządku, sir. – Bradley zyskał sporo pewności siebie i obecnie, czując się coraz swobodniej na swoim nowym stanowisku, przeprowadzał manewry z kontrolerami dronów. – Sztylety to świetne maszyny.

– A co z pańskimi ludźmi?

– Palą się do walki, sir.

– To właśnie lubię słyszeć.

Rzecz jasna, łatwo palić się do walki, gdy to maszyny mają ginąć, ale nigdy bym tego nie powiedział na głos.

– Przykro mi, że nie znaleźliśmy robota – dodał Bradley.

Westchnąłem.

– To nie wasza wina. Próbowaliśmy wysyłać przez okno czujniki i pakiety komunikacyjne, a nawet małe, latające sondy, które zmajstrowali mózgowcy. I nic. Naukowcy nadal próbują, ale nie zamierzam nikogo narażać i wysyłać za Marvinem.

– Rozumiem, sir. Żaden robot nie jest wart tyle, co istota ludzka.

Tego również nie skomentowałem. Bradley wyrażał pogląd typowy dla przeciętnego załoganta, ale dowódca powinien patrzeć na sprawy z szerszej perspektywy. Marvin był myślącym obywatelem i nie mogłem stawiać go niżej w hierarchii tylko dlatego, że miał obwody zamiast organicznego mózgu. Abstrahując już od faktu, że zwiększał nasze ogólne szanse na przetrwanie bardziej niż którykolwiek inny członek załogi.

Zabrałem Bradleya ze sobą i wspólnie odwiedziliśmy nowy pokład startowy na szczycie okrętu. Wychodziły z niego dwie tuby, służące do wystrzeliwania dronów. Miały wyloty po rufowej stronie skrzydeł „płaszczki”. Byliśmy w stanie składować na pokładzie sześćdziesiąt cztery sztylety i serwisować osiem z nich jednocześnie.

Wewnętrzne luki były w dużym stopniu zautomatyzowane i potrzebowały tylko jednego kontrolera do nadzoru półautonomicznych systemów, które naprawiały drony oraz uzupełniały paliwo i amunicję. Z sufitu zwisały czarne nanitowe macki do przenoszenia dronów i uzbrojenia. Bradley był bardzo dumny z ostatnich ulepszeń. Z aprobatą spoglądałem na to wszystko, machając kontrolerce siedzącej w budce z inteligentnego szkła. Wszystko zdawało się w porządku. Właśnie ładowała kolejnego drona do wyrzutni i zaraz wystrzeliła go na patrol bojowy po pozbawionym atmosfery niebie nad Ornem-6. Bezustannie wyglądaliśmy Jastrzębi i mieliśmy oko na strzeżony przez nie pierścień po przeciwnej stronie planety, a przy okazji szukaliśmy Marvina.

Załadowany do wyrzutni sztylet był modelem zwiadowczym. Poleciłem moim specjalistkom od inżynierii, Adrienne i Sakurze, opracować i zbudować specjalne warianty dronów do misji takich jak rekonesans, ratownictwo czy atak samobójczy. Ostatnio zaprojektowany model był skonstruowany modułowo, dzięki czemu bez problemu dało się – na przykład – zdemontować laser i umieścić zamiast niego pakiet czujników.

 

W następnej kolejności udałem się na najniższy poziom, pokład artyleryjski, skąd mieliśmy dostęp do większości wieżyczek z emiterami. W przeciwieństwie do Jastrzębi, które umieszczały główne uzbrojenie na zaostrzonych dziobach okrętów, a całą obronę punktową montowały na rufie, my zainstalowaliśmy ciężkie emitery na zakrzywionej dolnej części kadłuba, a obrona punktowa została rozmieszczona równomiernie. Podczas bitwy mieliśmy zamiar unieść lekko dziób Nieustraszonego, kierując w stronę wroga ciężkie uzbrojenie i chroniąc przy tym znacznie delikatniejszy pokład startowy. W przypadku ucieczki zachowalibyśmy się odwrotnie – opuszczenie dziobu pozwoliłoby na ostrzał do tyłu.

Wieżyczki również były częściowo zautomatyzowane, bo każdą wyposażono w mózg bojowy. Z tego pokładu technicy mogli zatrzasnąć jak małżę zewnętrzny pancerz pojedynczej wieżyczki i nawet w czasie bitwy dokonywać napraw we względnie bezpiecznych warunkach.

Wkroczyłem do pomieszczenia i dałem technikom znak, żeby nie wstawali. Najwyraźniej robili sobie przerwę, bo siedzieli przy stole. Parujące kubki ze sztuczną kawą walczyły o miejsce na blacie z tacami pełnymi równie sztucznych pączków. Większość żywności syntetyzowaliśmy w fabryce. Chociaż pożywna, to w smaku zawsze było z nią coś nie tak. Mimo wszystko szło przywyknąć.

– Wszystko wygląda świetnie – powiedziałem do starszej sierżant Cornelius, rzeczowej babki z wiecznie zmarszczonym czołem i chmurnym spojrzeniem. Serwisowanie ciężkiego sprzętu sprawiło, że była muskularna i wysportowana, a mówiła z lekkim austriackim akcentem. I zdecydowanie miała czym oddychać. Pozwoliłem sobie na jedno dłuższe spojrzenie, ale potem trzymałem wzrok z dala od jej klatki piersiowej.

– Dzięki, kapitanie – odpowiedziała z nagłym błyskiem w oku. Jakimś sposobem wyglądała jednocześnie na rozbawioną i ponurą. – Następnym razem damy wrogowi popalić.

– Jasne, że tak, sierżancie. Lepsze uzbrojenie, lepszy pancerz… Z waszą pomocą stary Nieustraszony poradzi sobie ze wszystkim.

Ukradłem im ze stołu pączka, podniosłem do ust i ugryzłem. Paskudztwo. Dobrze, że wciąż zostało mi trochę zapasów po zmarłym kapitanie, w tym szafka z przyprawami. Takie luksusy czyniły życie na pokładzie znośnym dla mnie i Adrienne.

Technicy wznieśli toast kawą, a wtedy poczułem nutkę alkoholu. Omiotłem ich spojrzeniem, ale nikt nie wyglądał na pijanego, więc im odpuściłem. Zanotowałem w pamięci, żeby kazać Sakurze sprawdzić system programem diagnostycznym. Wciąż pamiętałem niektóre ze swoich libacji alkoholowych, więc nie mogłem mieć ludziom za złe, że potrzebowali klina na rozruch – pod warunkiem, że to nie odbijało się na pracy.

Następnym punktem programu była wizyta w dziale inżynieryjnym. Stanowił serce okrętu i obejmował maszynownię oraz salę fabryczną. Maszynownia była bardzo długim, wąskim pomieszczeniem. Wzdłuż ścian stały reaktory fuzyjne, akumulatory i ogromne regulatory przepływu. O ile sztuczne mózgi zbliżyły miniaturyzację komputerów do granic możliwości, o tyle niektóre rzeczy zwyczajnie musiały być wielkie. Przepuszczanie terawatów energii przez kable i magistrale wymagało mnóstwa ciężkich stopów z domieszką egzotycznych pierwiastków, nie wspominając o grubej izolacji i ekranowaniu.

Moja inżynier, starsza chorąży Sakura, wstała i powitała mnie tuż za progiem. Sprawiała ostatnio wrażenie trochę bardziej odprężonej. Od jakiegoś czasu byli z Hansenem parą, więc najwyraźniej regularny seks faktycznie obniża poziom stresu. W każdym razie tak działał na mnie. Tak czy inaczej, byłem zadowolony z efektów pracy Sakury.

– Co dobrego mi pani powie? – zapytałem.

Twarz kobiety była jak zwykle nieodgadniona, ale to i tak bez znaczenia, bo jej nastawienie rzadko się zmieniało. Zawsze pozostawała poważna i rzeczowa.

– Zdarzają się typowe usterki, ale nic poważnego – powiedziała.

– Jest pani przekonana, że Nieustraszony w nowej odsłonie się sprawdzi?

– Jestem, ale powinniśmy wystartować i przeprowadzić testy, gdy tylko stanie się to możliwe.

– Czyli…

Zacisnęła wargi.

– Cztery dni, może pięć.

Kiwnąłem głową.

– Powinienem wiedzieć o czymś jeszcze?

– Nie, sir.

– Świetnie. Proszę kontynuować.

Ruszyłem do sali fabrycznej. Maszyneria terkotała i wydawała inne, trudne do nazwania dźwięki, wypluwając niezbędne podzespoły. Jeśli ludzkość miałaby podziękować nanitom za jedną rzecz, to właśnie za te uniwersalne fabrykatory. Bez nich mielibyśmy przerąbane po całości.

Usiadłem i przyjrzałem się ustawieniom oraz skryptom, próbując rozgryźć, czym zajmuje się w tej chwili fabryka. Wyglądało to jak kanalizacja.

– Ach, młody Riggs. – Poczułem na ramieniu dotyk. Odwróciłem się i zobaczyłem jedno ze słupkowych oczu należących do profesora Hoona. Skorupiak nauczył się już, że nie należy mnie szturchać szczypcami. Niestety, nazywanie mnie „kapitanem” nadal przychodziło mu z trudem. Może kiedy ma się kilkaset lat i tuzin tytułów naukowych, wszyscy wokół wydają się młodzieńcami.

– Tak, profesorze?

– Widzę, że doglądasz modernizacji mojej kajuty.

– Więc o to tu chodzi? – Przekrzywiałem głowę raz w lewo, raz w prawo, próbując coś zrozumieć z wyświetlanych przez konsolę schematów. – Przydzielono ci więcej miejsca?

– Warunki nadal pozostawiają wiele do życzenia, ale zniosę je z przyjemnością, jeśli taka jest cena wiedzy.

– Mogłeś zostać na tamtym lodowym księżycu i osobiście wychowywać potomstwo. Miałbyś dla siebie cały ocean.

– Och, na Wielką Osobliwość, wy macie doprawdy radykalne pomysły. Właśnie czegoś takiego spodziewałbym się po gatunku, który nie pozwala swobodnie działać selekcji naturalnej. Nic dziwnego, że ludzie nie są tak rozwinięci jak my. – Jego oczy zakołysały się w skorupiaczym odpowiedniku kręcenia głową, a translator Hoona wydał chrapliwy dźwięk. Nie umiałem stwierdzić, czy się śmiał, czy też wzdychał. Może robił jedno i drugie.

– Gdybyśmy pozwolili swobodnie działać selekcji naturalnej, cały wasz gatunek by wymarł – zauważyłem obcesowo. – Poza tym na twoim miejscu uważałbym z taką gadką w obecności naszych kobiet. One traktują temat potomstwa bardzo poważnie.

– Ach tak. Ty i twoja samica realizujecie protokoły prokreacyjne?

Uśmiechnąłem się półgębkiem.

– Powiedzmy, że ostro ćwiczymy i dogłębnie badamy tę możliwość. – Wstałem zza konsoli, bo właśnie podeszła Adrienne. Zastanowiłem się, jaki jest sens gadać z homarem, który nie zrozumie moich aluzji.

– Coś mnie ominęło? – zapytała dziewczyna, figlarnie odpychając mnie pupą i siadając w fotelu.

– Hoon opowiada o przebudowie kajuty. Zostawię was, omówcie to – rzuciłem luźnym tonem. Adrienne spojrzała na mnie z wyrzutem.

W normalnych warunkach byłby to czas na sprawozdanie Marvina. Robot opowiadałby mi i moim podwładnym o postępach – albo raczej ich braku – w badaniach nad technologią Kwadratu.

Było na tyle blisko przerwy obiadowej, że wypadało łyknąć piwa. Zadowoliłem się jedną butelką fabrycznego. Zaniosłem ją do swojej – przepraszam, naszej – kajuty kapitańskiej, która rozmiarami i wyposażeniem biła na głowę wszystkie inne kwatery.

– Nieustraszony, odtwórz nagranie zeszłotygodniowej odprawy Marvina. Daj je na główny ekran.

Rozsiadłem się w fotelu, upiłem łyk piwa i zacząłem oglądać, żywiąc nieracjonalną nadzieję, że nagranie zawiera jakąś wskazówkę na temat tego, co się wydarzyło.

***

Litościwie zmuszałem do wysłuchiwania sprawozdań jak najmniejszą grupę ludzi. Upierałem się też, żeby Marvin prezentował swoje odkrycia osobiście, na pokładzie Nieustraszonego, co miało powstrzymać go przed dalszym zwiększaniem swoich rozmiarów. Dzięki temu poprzestał na zaledwie dwóch tonach masy ciała i nie był bardziej ociężały niż drużyna marines w pancerzach wspomaganych.

Przez pierwszych kilka minut paplał o wysoce specjalistycznych rzeczach. Choćbym nie wiadomo ile razy go prosił, robot nie umiał ograniczyć się do prostego omówienia tematu, więc musiałem się wtrącić.

– Marvin, proszę cię. Czy jest coś naprawdę nowego, co możesz nam powiedzieć o tym miejscu? Czy któryś z gratów, które znalazłeś, jest dla nas przydatny?

– Gdybyśmy drastycznie zwiększyli rozmiary Nieustraszonego, dałoby się wyprodukować broń grawitacyjną opartą na modelach z Fobosa – powiedział, odnosząc się do drednota, którego odebraliśmy dziwacznej rasie Niebieskich zamieszkującej gazowego olbrzyma. – Dzięki wiedzy, jaką wyniosłem z tutejszych badań, z pewnością byłbym w stanie znacznie poprawić i zminiaturyzować ten sprzęt.

Potarłem czoło.

– Marvin, już to przerabialiśmy. Stworzenie tych systemów zajęłoby ponad rok, a jeszcze więcej trwałoby namierzenie odpowiedniej asteroidy, bo przecież Nieustraszony ma za małą masę, żeby montować na nim broń grawitacyjną. Nie chcę lecieć do domu drednotem. Jest za wolny i stanowi zbyt duży cel. Poza tym byłby niezwykle podatny na szablony litosów, chyba że znaleźlibyśmy planetoidę z litego metalu. A nie znaleźliśmy, prawda?

– Nie – przyznał Marvin.

– Myślę, że grasz na czas. Nie chcesz, żebyśmy odlatywali. Wolałbyś tu siedzieć i całymi dekadami badać Kwadrat.

Marvin nie odpowiedział. Siedział względnie nieruchomo, co z reguły oznaczało, że czeka na moją reakcję i boi się odezwać.

– No cóż, przykro mi, ale twoje życzenie się nie spełni. Za parę tygodni odlatujemy. Próby w kosmosie zaczynają się za dziesięć do dwunastu dni, a to znaczy, że musisz tymczasowo zawiesić badania i zrobić dla mnie kilka rzeczy. Zbyt długo odwlekaliśmy sprawdzenie, co leży po drugiej stronie pierścienia.

– Ale Jastrzębie zakazały nam wysyłania sond, a same nie chcą udzielić żadnych informacji – zaprotestował Marvin.

Odkąd połowa populacji Jastrzębi uległa zagładzie, mieliśmy z ich rządem kruchy sojusz. Przywódcy wojskowi rozumieli, że pomogliśmy ocalić miliardy istnień, ale cywile, zarówno rządzący, jak i obywatele, uwierzyli w wygodne kłamstwo, że to my pokpiliśmy sprawę. Najwyraźniej każda rasa miała swoje teorie spiskowe. Wcześniej miałem nadzieję, że zawrzemy sojusz z Jastrzębiami, ale teraz mogłem o tym tylko pomarzyć. Szkoda. Ci obcy mieli wiele pozytywnych cech.

– Brak przyzwolenia jakoś nigdy cię nie powstrzymywał, Marvinie. Poza tym mam zamiar twardo postawić sprawę – powiedziałem. – Pogadam ze starszym dyrektorem Shirrem i złożę mu propozycję nie do odrzucenia.

– A co to może być? – zapytał zaintrygowany Marvin.

– Wymiana informacji. Nadal jest kilka technologii, które ich wojsko bardzo chciałoby mieć. Im są silniejsi, tym łatwiej odeprą zagrożenie ze strony litosów.

– A jeśli odmówi?

Uśmiechnąłem się.

– Mam parę innych asów w rękawie. A skoro już tu jesteś, muszę zapytać, czy zamierzasz z nami lecieć.

Kamery i macki robota poruszyły się bez wyraźnego celu.

– Jeszcze nie jestem pewien.

– No to pozwól, że pomogę ci podjąć decyzję. Chcę, żebyś poleciał. Bardzo nam się przydajesz, kiedy akurat nie jesteś wrzodem na dupie. Ale jeśli postanowisz inaczej, pozwalam ci wymontować z Charta mikrofabrykę, a potem masz doprowadzić jednostkę do stanu używalności.

– Przecież go używam, więc chyba nadaje się do użytku.

– Nie jako statek. Zresztą teraz prawie nie przypomina statku, prawda? Poza tym miałem na myśli „zadowalający stan techniczny”. To takie wyrażenie, sprawdź sobie w słowniku.

– Idiomy obniżają moją szybkość przetwarzania informacji.

– A moją zwiększają – zaripostowałem.

Nagle do Marvina dotarło znaczenie moich słów.

– Wymontować fabrykę? Doprowadzić Charta do stanu używalności? – Teraz wszystkie kamery robota przyglądały mi się pod każdym możliwym kątem.

Pokiwałem głową z udawanym smutkiem.

– Niestety, tak. To jednostka Sił Gwiezdnych, więc naturalnie zabieramy go ze sobą. Ale nie przejmuj się. Dzięki fabryce zbudujesz sobie nowy statek, choć potrwa to pewnie kilka lat. Aha, i będziesz musiał zrzec się stopnia. Dopilnuję, żeby twój zaległy żołd wpłacono na fundusz powierniczy.

Miałem nadzieję, że te argumenty przekonają go do zabrania się z nami. Marvin bywał nieprzewidywalny, ale potrafił przeważyć szalę zwycięstwa w beznadziejnej sytuacji.

– Chyba muszę przeanalizować te informacje.

– Nie spiesz się, ale tak czy inaczej, potrzebuję twojej pomocy w przygotowaniach do startu. Gdy odlecimy, ruszymy ostro bez oglądania się za siebie. – Rozejrzałem się po sali, a potem uderzyłem dłonią w stół. – Koniec zebrania. Widzimy się za tydzień, Marvinie.