Flota ZiemiTekst

Z serii: Rebel fleet #4
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Flota Ziemi
Flota Ziemi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,85  54,28 
Flota Ziemi
Flota Ziemi
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,95  24,38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

10

Po kilku godzinach zrezygnowany Abrams dał sygnał, że skończył. Napęd nadświetlny był tak gotowy, jak tylko mógł być.

W tym czasie dowiedziałem się kilku rzeczy, które bynajmniej mnie nie uspokoiły. Do tej pory byłem przekonany, że Abrams zainstalował nowy, znacznie lepszy silnik generujący wyrwy czasoprzestrzenne. A jeśli nie, to przynajmniej przebudował albo w inny sposób usprawnił stary.

Nic bardziej mylnego. System korzystał dokładnie z tego samego sprzętu, który tak bardzo dał nam w kość, gdy mieliśmy do czynienia z Fexem mniej więcej rok temu. O ile mogłem się zorientować, jedyna zmiana sprowadzała się do dużej aktualizacji oprogramowania.

– Łatka systemowa? – zapytał Dalton oburzonym głosem. – Jak w smartfonie? Taka, co truje dupę, żeby ją zainstalować, a jak już się zgodzę, może mi popsuć telefon?

– Właśnie taka – powiedziałem. – Miejmy nadzieję, że umiejętności programistyczne Abramsa się polepszyły.

Obsada mostka pomarudziła i wróciła na stanowiska. Przynajmniej teraz otaczało mnie więcej znajomych twarzy. Hagen nadal rozstawiał wszystkich po kątach, choć parę godzin temu kazałem mu zrobić sobie przerwę. Przecież będzie musiał przejąć nocną zmianę, kiedy pójdę spać. Mimo wszystko nie wyszedł, a ja go nie zmusiłem. Obaj wiedzieliśmy, że najbliższy skok może być naszym ostatnim. Jeśli napęd nawali… cóż, nie będzie miało znaczenia, czy jest Hagen jest wyspany, czy nie.

Do obsady mostka dołączyli Samson, Dalton i Mia. Byli moimi najbardziej zaufanymi ludźmi, a w takim momencie chciałem mieć pod ręką najlepszych z najlepszych.

Odwracając dziób okrętu od centralnej gwiazdy, daliśmy znać Urghowi. Nadał sygnał, że przyjął wiadomość, choć nie popiera pomysłu. Wiedziałem, że nadal marzyła mu się donkiszotowska szarża na oblężoną planetę. Trudno. Ja wolałem zrobić coś użytecznego.

– Abrams – nadałem przez syma – aktywuj napęd nadświetlny.

– Uruchamiam generatory… Spodziewajcie się zaburzeń grawitacji.

Zmarszczyłem brwi.

– Co takiego? Czemu…?

Urwałem, bo mój żołądek fiknął bolesnego koziołka.

– Ja pierdolę! – jęknął Dalton. – Znowu to samo!

Więcej nie zdołał z siebie wydusić, bo fale grawitacyjne przetoczyły się po naszych ciałach i kadłubie okrętów, a nam było zbyt niedobrze, żeby mówić.

Po chwili przed dziobem otworzyła się wyrwa. Na szczęście okręt był w ruchu i leciał we właściwą stronę. Wsunęliśmy się w migoczący fuksją i pomarańczem portal, a potem zniknęliśmy w niebycie.

Wyłoniliśmy się po niecałej sekundzie. Znaleźliśmy się w innym miejscu, choć niedaleko punktu, w którym rozpoczęliśmy podróż. Prawdę mówiąc, w pierwszej chwili odniosłem wrażenie, że wcale się nie przemieściliśmy.

Otaczały nas odłamki brudnego lodu i wirujące asteroidy. Przyjrzałem się pierwszym danym z czujników. Wkrótce do systemu spłynęło dość informacji, żebym mógł rozejrzeć się swoją ulepszoną percepcją, uzyskując spójny obraz. Ruchem ręki posłałem ten obraz na centralny wyświetlacz.

Nie dalej niż dwadzieścia tysięcy kilometrów za naszą rufą poruszył się holownik. Uśmiechnąłem się.

– Abramsowi się udało – powiedziałem, a potem zrzygałem się na pokład.

Kilka osób zrobiło to samo. Dalton odwrócił się do mnie, cały zielony na twarzy, z opuchniętym i przekrwionym okiem.

– Czemu musiał nam znowu wykręcić bebechy jak za dawnych czasów? – zapytał.

Wzruszyłem ramionami.

– Dałem mu wolną rękę. Może zdjął ograniczniki? Zresztą nieważne, dotarliśmy w jednym kawałku. A teraz, pilocie, zawracamy. Główne działa na tamten holownik.

Dalton wrócił za stery i przytulił ekrany, jakby miał zaraz zsunąć się z krzesła – ale nie spadł.

Holownik długo nie przeczuwał, jaki los go czeka – do momentu, gdy byliśmy bardzo blisko. Wtedy zawirował i rzucił się do ucieczki. Mia wykazała się instynktem drapieżcy. Uciekająca zwierzyna – ten widok zawsze wypełniał koci umysł żądzą mordu, a ona nie była wyjątkiem. Już pierwszy strzał przeciął statek na pół. Holownik skonał wraz z całą załogą w kuli gazów i odłamków metalu.

– Zidentyfikowano drugi cel – oznajmiła komandor Langston. – Już ucieka, sir.

– Da radę?

Langston odpowiedziała po chwili:

– Nie. Już po nim. Jest szybszy, ale to nie okręt wojenny, a znajduje się w zasięgu.

– Mia, zniszcz go.

– Chwileczkę, kapitanie – powiedziała Langston.

Uniosłem rękę, dając Mii znak, żeby się wstrzymała. Moja dziewczyna syknęła ze zniecierpliwieniem. Chciała znów zabijać. Poczuła smak krwi i jeszcze się nie nasyciła.

– O co chodzi, Langston? Załoga próbuje się poddać?

– Nie, sir. Ale nawet nie daliśmy im szansy…

Machnąłem ręką.

– To jednostka Fexa. Od miesięcy zrzucają kamienie i komety na planetę pełną cywilów. Gdyby choć jeden głaz przedarł się przez tarcze, zabiłby miliony osób. Co więcej, to nie wojna obronna albo odpowiedź na prowokację, tylko próba podboju. Słowem: nie zamierzam ograniczać strat wśród tych jednostek, czy są załogowe, czy bezzałogowe.

Komandor zbladła i odwróciła się do swojej konsoli.

– Zrozumiałam, kapitanie.

– Mia, ognia.

– Najwyższa pora – wymamrotała. Nasze uzbrojenie znów zagrzmiało.

Po chwili drugi stateczek wirował w przestrzeni, zmieniony w pozbawioną życia, zamarzającą kulę żużlu.

Polowanie trwało dalej, aż dogoniliśmy i zniszczyliśmy pięć jednostek.

Po mniej więcej godzinie okręt Urgha utworzył własną wyrwę i do nas dołączył. Moim zdaniem znów głupio postąpił. Mógł równie dobrze skoczyć do dowolnej innej eskadry oblężeniowej i samodzielnie ją wyeliminować. Fakt, że postanowił za nami podążyć dopiero wtedy, gdy wypełniliśmy misję, świadczył o tym, że Urghowi nadal nie podobał się ten plan. Wciąż chciał wykonać ostatnią, chwalebną szarżę na wielkie okręty wojenne przebywające na orbicie jego rodzinnej planety.

– Kapitanie Urgh! – zawołałem na powitanie, wszelkie wątpliwości zachowując dla siebie. – Wspaniale, że dołączyłeś do nas na polowaniu. Przetrąciliśmy kark jednej grupie zbrodniarzy i wkrótce…

– Przyleciałem, żeby cię powstrzymać, kapitanie Blake.

Zamrugałem raz, a potem drugi, i dopiero wtedy odpowiedziałem:

– Powstrzymać? Dlaczego? Zabrakło ci odwagi? Czy te maleńkie stateczki, te metalowe insekty, które chcą unicestwić całą twoją rasę, okazały się zbyt przerażające…?

– Nic z tych rzeczy, Blake – przerwał mi Urgh. – Przyszła wiadomość od Fexa. Zgodził się wycofać z układu i obiecał przerwać to potworne oblężenie.

– Naprawdę? – zapytałem zdziwiony.

Trochę wprawdzie zaszkodziłem Fexowi, ale nie bał się strat na tyle panicznie, żeby zniechęciła go utrata holowników.

– To potwierdzona informacja – kontynuował Urgh. – Wystarczy, że przerwiemy atak i poddamy nasze okręty, a wtedy admirał Fex i jego flota zostawi Terrapin w spokoju. Naturalnie przystaniemy na jego hojną propozycję.

– Jakżeby inaczej… – wycedziłem, mrużąc oczy.

Fex, ten chytry drań. Okłamywał ich – nie miałem żadnych wątpliwości. Terrapinianie nie znali go tak, jak ja. Większość rebelianckich Kherów była honorowa. Nie rozumieli i nie spodziewali się, że ktoś może kłamać, oszukiwać i stosować podstępy. Ale Fex był wysokim, chudym naczelnym o rękach długich jak u gibona. Nie należało mu w żadnym wypadku ufać.

Nasuwał się problem: jak skłonić zmęczonych wojną Terrapinian do uwierzenia w ten niewygodny fakt?

11

Już wcześniej kroczyliśmy ścieżką podstępu, jak ujęliby to bardziej honorowi Kherowie. Niestety, nie było odwrotu – jeśli mieliśmy wyjść z sytuacji jako zwycięzcy, należało zniżyć się do poziomu Fexa, a potem jeszcze trochę. Musieliśmy zejść w głębiny tak zdradzieckie, że nawet on by się tego nie spodziewał.

Taki się pojawiał problem, gdy na polu bitwy ścierało się dwóch Kherów wywodzących się od naczelnych. Instynkt nakazywał wyciągać do uścisku dłoń i szczerzyć zęby w uśmiechu, jednocześnie trzymając za plecami broń. Najlepiej sztylet, aby zatopić go w piersi niczego niespodziewającego się adwersarza.

Kiedy mój umysł zaczynał błądzić tak mrocznymi ścieżkami, nie dało się go już powstrzymać. Miałem w sercu bardzo niewiele zaufania. Byłem przekonany, że Fex próbuje nas ograć. Nawet jeśli poddam okręt, on wcale nie przerwie oblężenia, tylko ogłosi się zwycięzcą. Terrapin upadnie, a my w najlepszym razie dostaniemy się do niewoli.

Siedziałem w fotelu dowódcy, pogrążony w ponurych myślach, a tymczasem podwładni krążyli wokół i zerkali na mnie. Wreszcie w niespodziewany sposób przerwano mi kontemplację.

Komandor Langston wkroczyła w moje pole widzenia i zaczęła się gapić. Prychnąłem, budząc się z letargu i wracając do rzeczywistości.

– O co chodzi, Langston?

– Przejrzałam te raporty od Terrapinian, w tym również oryginalne transmisje od Fexa. Wysłaliśmy je do laboratorium w celu ksenoanalizy.

„Ksenoanaliza” była nową funkcją, w jaką wyposażono każdy ziemski okręt wojenny. Jako że nasze jednostki miały teraz do czynienia z istotami, które ledwo rozumieliśmy, część załogi musiała poświęcić się badaniom naukowym. Wiele odmian Kherów było dla nas nieznanych, ale nasza wiedza rosła z roku na rok.

Na pokładzie „Diabła Morskiego” było miejsce dla kilku ekip badawczych. Ci ludzie mieli za zadanie dowiedzieć się jak najwięcej o nowych technologiach i kulturach, jakie napotykaliśmy, a także tworzyć mapy astronomiczne. Moim zdaniem, najbardziej przydatni byli ksenobiolodzy. W końcu ważniejsze od rozumienia okrętów wojennych było zrozumienie istot za ich sterami. Lepiej całkowicie uniknąć konfliktu, niż tylko usprawniać uzbrojenie. Nawet dysponując przeważającą siłą ognia, nie mogliśmy liczyć na wygraną w każdym przypadku.

– Więc o co chodzi, Langston? – zapytałem.

 

– Abrams ma specjalny zespół odpowiedzialny za analizę otrzymywanych transmisji. Ich zdaniem Fex kłamie. Zamierza podbić Terrapin niezależnie od tego, czy się poddamy.

Prychnąłem z rozbawieniem. Langston nie spodobała się ta reakcja. Wydobyła z kieszeni zwój komputerowy i zaczęła przesuwać po nim palcami, przewijając tekst i wykresy, żeby dotrzeć do podsumowania.

W tym momencie podszedł do niej komandor Hagen i delikatnie położył jej dłoń na barku.

– Langston, chyba pani nie zrozumiała – powiedział. – To nie tak, że kapitan Blake nie przyjmuje tego do wiadomości. Po prostu sam doszedł do identycznego wniosku. Mam rację, sir?

Oboje zwrócili się w moim kierunku.

– Tak – powiedziałem. – To bez wątpienia typowa dla naczelnych sztuczka. Terrapinianie się na to nabrali, ale ja nie zamierzam.

Langston spoglądała na mnie niepewnie.

– Skoro pan wie, że to podstęp, czemu nie odrzucił pan jeszcze jego propozycji?

Hagen znów odpowiedział za mnie:

– Bo kapitan jeszcze nie wpadł na pomysł, jak wykorzystać sytuację.

Langston zmierzyła nas podejrzliwym wzrokiem.

– To prawda? Siedzi pan w fotelu i obmyśla kontrposunięcie?

– W zasadzie tak. Myślę, jak pokrzyżować Fexowi plany.

Langston wyrzuciła ręce do góry.

– Czy to nie oczywiste? Wystarczy skontaktować się z Terrapinianami i wyjaśnić, co knuje Fex.

– Ach, gdyby to było takie proste… Bo widzi pani, oni mi pewnie nie uwierzą. Chcą, żeby oblężenie się skończyło, więc zobaczą we mnie wrednego małpiszona, który próbuje im namieszać.

– Ale przecież Fex…!

– Dla ich umysłów to bez znaczenia – wtrącił komandor Hagen. – Zdradzieckie myśli zwykle nie przychodzą rebelianckim Kherom do głowy. Obwinią kapitana Blake’a o stworzenie problemu, bo to jego pomysł.

– Naprawdę? Zastrzelą posłańca?

– Tak – powiedziałem. – Być może dosłownie.

Langston powoli odwróciła głowę z powrotem w moją stronę. Minę miała ponurą i zadumaną. Zrozumiałem, że jej myśli wreszcie podążają tymi samymi ścieżkami, co moje.

– W takim razie… co zrobimy, sir?

Posłałem jej cień uśmiechu.

– Teraz już pani wie, czemu tak intensywnie myślę. Przejdę się na chwilę. Hagen, pan zrobi sobie przerwę. Langston… zechce pani przejąć mostek na kilka minut?

Spojrzała na mnie, zaskoczona, ale zaraz pokiwała szybko głową.

Daliśmy znać obsadzie mostka, że chwilowo ona dowodzi, a potem wyszliśmy.

– Myśli pan, że to bezpieczne, kapitanie? – zapytał Hagen. – Jest całkiem zielona.

– Właśnie zniszczyliśmy wszystkie jednostki wroga w tym kwadrancie. Jest tu spokojnie jak rzadko. Skorzystajmy z tego.

– Skoro pan tak mówi, kapitanie.

– Mówię. Niech pan się zdrzemnie, Hagen. To rozkaz.

Zasalutował i odbił w boczny korytarz. Ja tymczasem poszedłem prosto na dolne pokłady, gdzie powitał mnie pomruk silników.

Zmęczeni ludzie zerwali się na nogi i próbowali udawać zapracowanych, gdy przechodziłem obok, ale ich zignorowałem. Wiedziałem, że ciężko harowali, próbując doprowadzić do porządku sprzęt, którego modernizację przerwano w połowie. Nie miałem wątpliwości, że kluczowe systemy będą funkcjonalne – ale czy sprawdzą się w walce?

– Taki lot próbny to jest coś, hm, Blake? – powiedział ktoś za moimi plecami.

Znałem ten głos. Znałem jego właściciela, ducha z mojej przeszłości. Istotę, która dręczyła mnie od lat.

Odwróciłem się gwałtownie.

I faktycznie – stał przede mną w niebieskim uniformie z pojedynczą złotą kropką na ramieniu. Doskonale wtopił się w tłum, bo załoga nie znała się jeszcze za dobrze. Mógł ukrywać się wśród setek osób, które pracowały na niższych pokładach dniem i nocą.

– Godwin? – zapytałem, wstrząśnięty. – Nie wierzę, że wróciłeś.

To jedyne imię, pod jakim go znałem. Był Nomadą, przedstawicielem obcej rasy zupełnie innej od pozostałych, które znaliśmy. Zazwyczaj wyglądali jak ludzie. Potrafili wcielić się w kogokolwiek. Byli sztucznym życiem. Niezupełnie maszynami, ale raczej wodnistymi tworami, pozbawionymi organów wewnętrznych i kości. Ponieważ ich świadomość nie była związana z żadnym konkretnym ciałem, dało się ją przenosić z miejsca na miejsce. Kiedy się któregoś zabiło albo zraniło, po prostu pojawiał się gdzie indziej, w najmniej oczekiwanym momencie. Tak jak teraz.

Godwin wzruszył ramionami jakby z nieśmiałością.

– Możesz wierzyć albo nie, ale ja lubię Ziemian. Stanowicie wyzwanie.

Zachowałem czujność, ale się nie cofnąłem. Zauważyłem, że korytarz jest prawie pusty, najbliżsi załoganci byli za rogiem, co najmniej dwadzieścia metrów od nas.

– Przestań się niepokoić – powiedział Godwin. – To nie jest próba zamachu.

– Kiedy ostatnio się spotkaliśmy, jeszcze na Ziemi, chciałeś mnie zabić.

– Chodzi ci o proces? O egzekucję, która nie doszła do skutku? To nie był mój pomysł. Prawdę mówiąc, wyświadczyłeś mi przysługę, uciekając przed śmiercią. Inni Nomadzi… Cóż, nie rozumieli jeszcze waszego gatunku. Dostrzegali w was tylko problem. Obelgę.

– A co myślicie o nas teraz?

– Jesteśmy zaintrygowani. A nawet zdezorientowani. Kilku innych przedstawicieli twojego gatunku oparło nam się tamtego dnia. Rozpoznali, kim jesteśmy, i przedsięwzięli skoordynowane działania. Dla nas to bardzo niepokojące.

Powoli zbliżyłem się i przystanąłem w odległości odpowiedniej do uścisku ręki.

– Mówisz, że ci pomogłem. W jaki sposób?

– Nie nabierając się na nasze sztuczki. To nie byłeś tylko ty. Vega i jego ludzie zastrzelili całą naszą delegację. To było imponujące. Niektórzy z jej uczestników… no cóż, powiedzmy, że nie przywykli do tego, że ktoś ich zabija i odsyła.

– W porządku – powiedziałem. – Wróciłeś, więc zakładam, że czegoś chcesz. Darujmy sobie te gierki. O co ci chodzi?

– Admirał Fex to bestia, tak samo jak ty. Ma wielkie plany i wprowadza je w życie. Musisz wykraść jego sekrety i przekazać je nam. Co ważniejsze, musisz się dowiedzieć, jak wszedł w ich posiadanie.

– Jego sekrety? – zapytałem, zupełnie zbity z tropu. – Czyli co, rzucanie kamieniami w tarcze?

Godwin roześmiał się.

– Nie, nic tak przyziemnego. Jeszcze nie zetknąłeś się z tym, o czym mówię. Ale kiedy tak się stanie, będziesz wiedział: prawdziwa rewolucja technologiczna. Rzecz zdolna zakłócić równowagę władzy w Galaktyce.

Zmarszczyłem brwi i otworzyłem usta, żeby zadać następne pytanie, ale on uniósł dłoń.

– Twoi ludzie mnie zauważyli – powiedział. – Muszę iść. Przemyśl moje słowa. Przy następnym spotkaniu omówimy warunki wymiany.

Za plecami Godwina usłyszałem łomot butów. Nadchodziła ochrona. Obecnie wszędzie na pokładzie zamontowano kamery i czujniki, starannie dostrojone tak, aby wykrywać istoty pokroju Godwina. Poczułem się bezpieczniej, wiedząc, że faktycznie działają.

I w tym momencie Nomada zrobił coś, czego nigdy nie byłem świadkiem: roztopił się. To bardzo dziwny widok.

Nie zostało po nim ubranie, bo kostium był częścią jego sfabrykowanej struktury. Zaczął się po prostu zapadać do środka, składając się i zginając w barkach. Jego głowa opadła jak balon, z którego ulatuje powietrze. Twarz zrobiła się obwisła, a potem całkiem opadła do tyłu, bo szyja już nie mogła jej utrzymać. Po chwili całe ciało upadło na pokład. Po moim gościu została tylko kałuża płynu i kilka kolorowych smug.

W tym momencie nadbiegł oddział funkcjonariuszy ochrony. Otoczyli mnie i zaczęli nerwowo zadawać pytania, ale ja ich zignorowałem.

Godwin zniknął.

12

Doktor Abrams z największym zapałem próbował wycisnąć ze mnie wszystkie szczegóły, kiedy ziewałem, po raz kolejny opowiadając o swoim spotkaniu z Godwinem.

– Więc… – powiedział. W jego lśniących, szeroko otwartych oczach przeglądały się migające lampki różnych urządzeń. – To stworzenie nie ujawniło, co takiego odkrył Fex? Nie zasugerowało natury zagrożenia, które próbuje poznać?

– Nie – odpowiedziałem, tęsknym wzrokiem patrząc na drzwi prowadzące na zewnątrz. Potrzebowałem prysznica i drzemki. Byłem na nogach od ponad dwudziestu godzin.

Abrams zmrużył oczy i przez kilka sekund lustrował mnie podejrzliwie, aż wreszcie podjął decyzję.

Stuknął rulonem papieru komputerowego o wnętrze lewej dłoni.

– Kapitanie, zostałeś oszukany – oznajmił z przekonaniem. – To podstęp, wymysł i nonsens. Uważam, że Godwin chciał nas tylko nastraszyć. Nie powinieneś się go obawiać.

Prychnąłem.

– Nie obawiam się, zabiłem go wiele razy. I nie zgadzam się z twoimi wnioskami, doktorku. Godwin nie przybyłby mnie szukać bez dobrego powodu. Myślę, że Fex musi mieć coś niebezpiecznego. Inaczej Nomadzi nie marnowaliby czasu.

Abrams uśmiechnął się szyderczo.

– Czcze spekulacje. To nam nie pomaga i nie mówi więcej niż sam Godwin. Sugeruję, kapitanie, żeby tak złożone kwestie zostawić moim ekspertom.

W tym momencie wskazał na krąg laborantów przy aparaturze. Pośrodku grupki ksenonaukowców znajdowała płytka wanienka, a w niej – kałuża płynu. Pojemnik spoczywał na stole i stanowił obiekt badań.

Śluz był resztkami Godwina. Naukowcy szturchali go delikatnie, zanurzając w gęstej cieczy próbniki i strzykawki. Od czasu do czasu jeden z mózgowców rzucał mi pełne zwątpienia spojrzenie, tak jakby myślał, że jakimś sposobem zmusiłem Godwina do zniknięcia, zanim ktokolwiek inny zdołał przyjrzeć się kosmicie.

Zrozumiałem aluzję, więc zsunąłem tyłek z biurka Abramsa i ruszyłem do wyjścia.

– W takim razie wy rozwikłajcie tę sprawę – rzuciłem. – Spodziewam się pełnego raportu jutro rano.

Abrams wydał dźwięk, jakby się zakrztusił. Często to słyszałem – brzmiało tak, jakby ze stresu nie był w stanie przełknąć śliny.

– Jutro to za wcześnie, kapitanie! Bądźmy rozsądni.

Odwróciłem się na progu.

– Masz ekipę, kałużę resztek, nagrania monitoringu i Bóg wie co jeszcze. Spisz raport i chcę go widzieć jutro.

Po tych słowach wyszedłem, a on – gdy tylko znalazłem się poza zasięgiem słuchu – odwrócił się i zaczął strofować swoich podwładnych. Doktor Abrams należał do osób, które bardzo łatwo wytrącić z równowagi. Cieszyłem się, że nie pracuję dla niego.

*

Cztery godziny później otworzyłem przekrwione oczy. Ktoś próbował się ze mną skontaktować przez syma, co odczuwałem jako irytujące swędzenie w głowie.

– Tu Blake – wymamrotałem.

– Kapitanie? Mamy połączenie przychodzące z innego okrętu.

Usłyszałem głos Changa i zrozumiałem, że jest środek drugiej zmiany.

– Urgh może zaczekać – powiedziałem. – Wszyscy potrzebujemy przerwy.

– Przykro mi, kapitanie – powiedział Chang. – To nie Urgh, tylko admirał Fex.

Moje opadające powieki rozchyliły się gwałtownie.

– Już idę.

Podźwignąłem się na nogi, odkrywając przy tym, że padłem na koję bez zdejmowania munduru. Poczłapałem sennie do łazienki – miłym plusem bycia kapitanem jest fakt, że nie trzeba korzystać ze wspólnej umywalni. Ochlapałem twarz, aż przemókł mi kołnierz, a potem wysmarowałem skórę nanopianką, żeby pozbyć się brudu i zarostu. Wkrótce wyglądałem lepiej, niż się czułem.

Jednak kiedy otworzyłem drzwi kajuty, czekała mnie niespodzianka.

Mia stała w korytarzu. Odniosłem wrażenie, że przebywała tam od dłuższego czasu.

To było dziwne, bo Mia dzieliła ze mną kajutę. Byliśmy w związku od lat. Służyła na moim okręcie i dzieliła ze mną łoże, a ja nigdy nie miałem jej dość.

A jednak nie była do końca człowiekiem. Była rebelianckim Kherem typu kociego. Byliśmy biologicznie kompatybilni, ale pod względem psychologicznym nie nadawaliśmy do końca na tych samych falach.

– Mia? – zapytałem. – Co ty tu robisz?

– Pilnuję swojego samca.

– Yy…

– Spotkasz się z komandor Langston?

– Z kim? Co…? Znowu jesteś zazdrosna?

Mia pochodziła z planety Ral, miejsca niezbyt przyjaznego samicom jej gatunku. Samic było znacznie więcej, przez co ich partnerzy cieszyli się złą sławą skrajnie niewiernych.

– Czuwałam, kiedy spałeś – powiedziała.

– Czemu?

– Jeśli ona tu przyjdzie, zobaczę to. Tak samo, jeśli ty wymkniesz się do niej. Po to wyszedłeś?

Patrzyła na mnie wyczekująco swoimi szeroko otwartymi oczami.

– Nie, dziewczyno – powiedziałem, z uśmiechem kręcąc głową. – Odpuść sobie, dobra? Jak dotąd cię nie zdradziłem, a przecież jesteśmy razem od lat.

– I to mnie martwi. Tak długo się udawało, ale czy kiedyś nie skończy mi się szczęście?

– Czemu tak cię martwi Langston?

– Widziałam jej zainteresowanie. Widziałam, jak okazałeś jej względy, dając jej dowodzenie. Mnie nigdy nie zostawiłeś mostka. A ją posadziłeś w swoim fotelu już pierwszego dnia.

– Aha – mruknąłem, drapiąc się po karku.

 

Ominąłem ją i ruszyłem na mostek, który znajdował się zaledwie kilkadziesiąt kroków od kajuty kapitańskiej. Mia podążyła za mną.

– Słuchaj – powiedziałem. – Fex chce się z nami połączyć. Pilna sprawa. Czy to nie może zaczekać?

– Zmieniłam zdanie – rzuciła nagle.

Zmarszczyłem czoło i odwróciłem się.

– W jakiej sprawie?

Skrzyżowała ręce na piersi. Na jej twarzy malował się wyraz determinacji. Uniosła wysoko brodę.

– Ona nie może być twoją drugą dziewczyną. Na Ziemi przywykłam do specjalnego traktowania. Chcę być z tobą sama w łóżku.

– Yy… no dobra, załatwione. Ale pod jednym warunkiem.

Zrobiła wielkie oczy.

– Jakim?

– Że następnym razie będziesz ze mną w łóżku, zamiast sterczeć pod drzwiami jak doberman.

– Co to jest doberman?

– Coś, czym nie chcesz być.

Popatrzyła z namysłem, a potem mnie pocałowała.

– Dobrze. Poskromię swój gniew, nawet jeśli będziesz ją faworyzował i flirtował z nią przy ludziach. Ale pamiętaj, nie wolno ci jej zapraszać do naszego łóżka.

– Załapałem – przytaknąłem zmęczonym głosem.

Po kilku sekundach pocałunków znowu poczułem swędzenie. Sym naglił.

– Chodźmy – powiedziałem, ruszając truchtem na mostek – mamy bajzel do ogarnięcia.

– W jaki sposób?

– Pewnie w taki, że zrobimy z niego większy bajzel.

Weszliśmy na mostek, a wtedy wszyscy spojrzeli na nas ze zdziwieniem. Stanowiska były obsadzone ludźmi z nocnej zmiany. Widziałem kilka znajomych twarzy, jak choćby Changa. Innych w ogóle nie kojarzyłem.

– Kapitanie – odezwał się Hagen, ustępując mi fotel dowódcy – przydałaby mi się przerwa, ale pana nie było od…

– Proszę zaczekać jeszcze minutkę – powiedziałem. – Chcę odebrać transmisję na mostku. Fex musi widzieć mnie u władzy, a nie pod prysznicem.

– Aha, rozumiem. Stanę u pańskiego boku.

– Chang? – zawołałem. – Ustaw kamery na tryb szerokokątny, dobrze? A obraz Fexa daj na centralną konsolę.

Popiersie Fexa ukazało się pośrodku mostka, powiększone tak bardzo, że facet wydawał się trzykrotnie większy niż w rzeczywistości. Efekt robił niepokojące wrażenie.

– Fex, stary druhu! – powiedziałem przyjacielskim tonem. – Co mogę zrobić dla towarzysza broni, który u mojego boku walczył z Imperium na śmierć i życie?

Fex nie odezwał się od razu. Z wyglądu przypominał małpę, ale oczy miał ruchliwe i bardzo inteligentne. Jak na naczelnego, był wysoki i żylasty, cały pokryty krótką, ciemną sierścią. Kojarzył mi się z wychudzonym yeti.

– Kapitanie Blake – powiedział wreszcie – czemu uparcie mnie prowokujesz? Niczego się nie nauczyłeś od czasu, gdy ostatnio odwiedziłem Ziemię?

Fex miał na myśli swoją kampanię mającą na celu podporządkowanie sobie ludzkości – kampanię, która zakończyła się jego druzgoczącą porażką. Wykorzystując podstępne sztuczki, pomoc Ursahn i raczkującą jeszcze ziemską flotę, zdołaliśmy go odeprzeć.

Roześmiałem się serdecznie.

– Daj spokój, Fex. To twoje okręty Quoków uciekły przed nami. To raczej ty powinieneś się czegoś nauczyć.

Zapadła cisza. Znajdowaliśmy się ładnych parę jednostek astronomicznych od siebie. Należało liczyć się z opóźnieniem, nawet pomimo usprawnionego sprzętu łącznościowego, który pozwalał ominąć ograniczenia fal radiowych pełznących wolno jak ślimaki, czyli z prędkością światła.

Fex skrzywił się.

– Obelgi? Po pierwsze, uszkadzasz bezbronne statki, tchórzliwie unikając mojego zaproszenia do otwartej bitwy. Ignorujesz też moje wezwanie do poddania się. A zamiast tego masz do zaoferowania tylko obelgi i podstępy.

W tym momencie spochmurniałem i dałem Changowi znak, żeby zawiesił transmisję. Natychmiast wykonał polecenie.

– Czy kapitan Urgh słucha tej rozmowy? – zapytałem.

Chang zlustrował swoje wyświetlacze, a potem kiwnął głową.

– Myślę, że tak. Fex transmituje wszystko na otwartym kanale.

– Chytry z niego drań – mruknąłem.

W przeciwieństwie do większości Kherów Fex i jego pobratymcy byli co najmniej równie podstępni, co przeciętny człowiek. Zazwyczaj starali się upiec trzy pieczenie na jednym ogniu.

– Co takiego chytrego robi, kapitanie? – zapytał Hagen.

– Skontaktował się głównie po to, żebym stracił w oczach Terrapinian. Jeśli uwierzą, że bezpodstawnie odrzucam propozycję Fexa, uznają, że to ja stanowię problem, i przestaną mi ufać.

Hagen zrobił zdenerwowaną minę.

– Chyba nie sądzi pan, że żółwie otworzą do nas ogień, prawda?

– Nie. Po prostu nie kiwną palcem i pozwolą, żebyśmy samotnie stanęli do walki z flotą Fexa.

– Niedobrze…

– Nic nie odpowiesz, Blake? – zapytał nagle Fex. – Popsuły ci się nadajniki? A może boisz się rozmawiać?

– A to skurwiel – syknąłem, dając znak Changowi, żeby wznowił transmisję. – Przepraszam za zwłokę, Fex! – powiedziałem. – Po prostu otrzymałem kolejny raport o twojej nowej technologii.

Pogwizdując, udałem, że czytam coś ze zwoju komputerowego. Hagen zajrzał mi przez ramię i spojrzał z lekką konsternacją na pusty zwój, ale miał dość rozsądku, żeby nie pytać, co wyprawiam. Przywykł już do mojego stylu dowodzenia.

Fex zmrużył oczy jak kot, którego ktoś nagle oblał wodą.

– Nowej technologii? – warknął. – O czym ty mówisz?

Przez chwilę podziwiałem pustą stronę, po czym zwinąłem papier w rulon i z namaszczeniem wręczyłem go Hagenowi.

– Proszę to schować do sejfu – poleciłem.

Hagen odszedł, niosąc zwój ostrożnie jak klejnoty koronne.

Odwróciłem się do Fexa, kręcąc głową i klaszcząc powoli.

– Muszę ci to przyznać, staruszku. Umiesz robić sobie potężnych wrogów. Zdajesz sobie sprawę, ilu groźnych kosmitów chce, żebyśmy im teraz pomogli? Widzą, że wysadzamy parę holowników i już myślą, że trzymamy cię za gardło.

– Blake – powiedział sztywno Fex – ty chyba oszalałeś. Nie mamy żadnej nowej technologii ani wrogów wśród obcych…

W tym momencie ktoś odepchnął Fexa. Do kamery zajrzała mniejsza postać – nikt inny, jak doktor Shug, jakiś czas temu mianowany sekretarzem.

Shug również należał do naczelnych. Był sporo mniejszy od Fexa, ale nie ustępował mu przebiegłością. Prawdę mówiąc, był geniuszem.

– Blake – odezwał się – mówi sekretarz Shug. Rozkazuję ci, jako oficerowi Floty Rebeliantów, żebyś przestał rzucać przypadkowe stwierdzenia. Jeśli kontaktowałeś się z Imperium…

Dawno temu odkryłem, że jednym z najprostszych sposobów na wyciśnięcie z kogoś tajemnicy jest udawanie, że już się ją zna. Wówczas rozmówca opuszcza gardę i mówi swobodniej. Jeśli blefuje się dostatecznie wprawnie, można uzyskać kluczowe wskazówki. Zresztą przeciwnik mógł nawet niechcący wyjawić całą prawdę.

– Nie tylko z Imperium – powiedziałem. – Odwiedzili mnie Nomadzi, nie więcej niż godzinę temu. Wasze posunięcia są im dobrze znane. Chcą was powstrzymać.

Oczywiście w żaden sposób nie kontaktowałem się z Imperium. Co więcej, sam fakt, że Shug wspomniał o nich zamiast o Nomadach był niepokojący.

A co, jeśli te małpy naprawdę opracowały nową technologię? Coś na tyle dobrego, że przykuło uwagę zarówno Imperium, jak i Nomadów?

Mój umysł wypełniały setki rozbieganych myśli, a każda stawała się bardziej sensowna przy założeniu, że we wszystko zamieszany był Shug. To wielki naukowiec, geniusz pokroju Abramsa, ale dysponujący znacznie większą wiedzą i nieporównywalnie groźniejszy. Właśnie po kimś takim spodziewałbym odkrycia, które wstrząśnie Galaktyką.

A skoro poleciał z Fexem… Cóż, może naprawdę dokonał wielkiego przełomu, choć jak dotąd nie zetknąłem się z dowodami na poparcie tej tezy.

– Blake – powiedział Shug, stając między kamerą a poirytowanym Fexem – ta sprawa sięga dalej niż sprzeczki paru żałosnych planet, jak ta tutaj. Musimy porozmawiać na osobności. Musimy wiedzieć kilka rzeczy.

Przez chwilę myślałem.

– Nie wydaje mi się. Flota Ziemi przybyła, żeby pomóc Terrapinianom odeprzeć najeźdźcę. A ty, niestety, jesteś powiązany z flotą najeźdźców.

Shug rozchylił wargi, odsłaniając garnitur wielkich, kwadratowych zębów. U jego gatunku to nie była groźba, tylko oznaka stresu i głębokiego namysłu.

– To nonsens – oznajmił Fex, spoglądając znad ramienia sporo niższego Shuga. – Ty się nie liczysz, Blake. „Flota Ziemi”, dobre sobie! Widzę jeden terrapiniański krążownik i jeden ziemski okręt. Mamy was na oku, odkąd się pojawiliście, i nie obchodzą mnie twoje blefy. Nie dzisiaj.

– Doprawdy? – zapytałem niewinnie. – Nadal nie macie czujników, które potrafiłyby wykryć fazowce? Nawet nasze nowe, większe jednostki? Jestem niemal rozczarowany. Myślałem, że… Zresztą nieważne. Widocznie rozwój technologii w jednej dziedzinie nie oznacza, że nadążacie za nami pod każdym względem.

Wzrok Hagena ześlizgnął się na mnie, a potem znów skupił na małpach na ekranie. Moi rozmówcy z każdym słowem stawali się coraz bardziej niespokojni. Moje aluzje i niedopowiedzenia napełniały ich strachem.