Flota ZiemiTekst

Z serii: Rebel fleet #4
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Flota Ziemi
Flota Ziemi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,85  54,28 
Flota Ziemi
Flota Ziemi
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,95  24,38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

Podróż na drugi koniec tunelu czasoprzestrzennego była krótka. Zdarzało się, że takie wycieczki trwały godzinami, a nawet dniami. Jednak nie tym razem. Opuściliśmy nadprzestrzeń po kilku minutach.

Pierwszym, co zarejestrowały czujniki oraz nasze oczy, był krążownik liniowy Urgha. Czekał, sunąc przez przestrzeń niedaleko nas. Rozejrzałem się i dostrzegłem, że jesteśmy w układzie gwiezdnym. Dobry znak. Podczas skoków międzygwiezdnych bywało tak, że jednostki zbaczały z kursu i gubiły się gdzieś w przestrzeni. Opuszczały tunel, ale w innym miejscu, niż zamierzały.

Korzystaliśmy z wyrwy Urgha, więc przynajmniej mieliśmy pewność, że się nie rozdzielimy, co zdarzało się w przypadku większych flot, które ze względów praktycznych otwierały więcej niż jedno przejście. Kosmos jest w przeważającej większości pustką, więc zagubione jednostki mają niewielkie szanse na to, że prędko trafią do docelowego układu gwiezdnego. My jednak znaleźliśmy się w obszarze oddziaływania grawitacyjnego pojedynczej, jasnej gwiazdy. Wydała mi się dość odległa. Czyżbyśmy odrobinę zboczyli z kursu? Trudno powiedzieć. Centralna, biała gwiazda – według wskazań czujników karzeł typu widmowego F – tkwiła jakieś pięćdziesiąt jednostek astronomicznych od nas, czyli mniej więcej w takiej odległości, jaka dzieli Plutona od naszego Słońca.

– Czemu jesteśmy tak daleko od wewnętrznych planet? – zapytałem. – Zakładając, że jakieś tu w ogóle są. Nawigacja? Co mi powiecie?

Nawigatorka odwróciła się do mnie, a wtedy ze zdziwieniem odkryłem, że to nikt inny, jak komandor Langston.

– Przydzielili panią do mojej załogi?

Wydawała się speszona.

– Ja… Tak jest, sir. Przeniesiono mnie ze stacji Cheyenne. Zapewniam, że podołam zadaniu.

Przez chwilę mierzyłem rudowłosą kobietę wzrokiem. Najwyraźniej czuła się niezręcznie. Prawdę mówiąc, była całkiem ładna, choć wcześniej tego nie zauważyłem, bo przez całą moją wizytę w centrum dowodzenia w Colorado robiła naburmuszoną minę.

Ale dzisiaj nie dbałem o wygląd. Liczyły się kompetencje.

– Gdzie Chang? – zapytałem.

– Dostał drugą zmianę.

Ulżyło mi, że nie pozbawili mnie Changa. Otworzyłem usta i już miałem jej kazać iść na jego poszukiwania… ale się powstrzymałem. Cokolwiek by o sobie myślała, brakowało jej doświadczenia, mimo wszystko uznałem, że warto dać jej szansę.

– Służyła już pani w kosmosie, Langston?

– Nie, sir. To znaczy… tak, sir.

– To w końcu tak czy nie?

– No… pilotowałam holowniki i statki górnicze między planetami zewnętrznymi.

Zmrużyłem oczy.

– Więc należy pani do tych nowych pilotów komercyjnych?

– Zgadza się, kapitanie.

– Hm. – Zacząłem przechadzać się wokół niej. – Żadnego doświadczenia wojskowego?

– Jeśli chodzi panu o doświadczenie bojowe, kapitanie, to nie. Jeszcze nie.

To nie było nic niezwykłego w nadal raczkujących siłach kosmicznych Ziemi. Tylko pierwotna załoga „Diabła Morskiego” i różnych okrętów fazowych posiadała doświadczenie w walce. Reszta naszych załóg była boleśnie zielona.

– No dobra, Langston – powiedziałem z rezygnacją – każdy kiedyś zaczynał. Ale wolno nawalić tylko raz, taka zasada panuje u mnie na mostku. Potem wylatuje się na drugą zmianę.

Zacisnęła usta, ale nie zaprotestowała. Kiwnęła głową.

– Co wynika z bieżących analiz? – zapytałem. – Gdzie jesteśmy?

– Zdaje się, że to rodzimy układ Terrapinian – odpowiedziała z przekonaniem. – Widzimy dziewięć planet wewnętrznych i sześć gazowych olbrzymów na obrzeżach. Jesteśmy tuż za orbitą ostatniego z nich.

– Czemu akurat tutaj wyszliśmy z tunelu?

– O to już będzie pan musiał zapytać Terrapinian, kapitanie.

Rzuciłem jej ostre spojrzenie. Już zaczynała się wymądrzać? Jednak wyraz jej twarzy pozostawał neutralny, więc nie miałem pewności.

– Niech pani pospekuluje.

Przemknęła wzrokiem po ekranach.

– Hm, może jesteśmy w bezpiecznej odległości, żeby się zorganizować. Urgh mówił, że Fex oblega ich świat, czyli piątą planetę od gwiazdy.

– Racja – powiedziałem, ale wpadłem na lepszą odpowiedź. – To jedna z możliwości. Ale Urgh mówił też, że jego planeta nie ma szans i że ją atakują. A czego można użyć do ataku na cel wielkości planety?

– Nie jestem pewna, kapitanie – przyznała.

– Urgh o tym wspominał. Fragmentów innych planet. Odłamków na tyle dużych, że po uderzeniu wyzwala się ogromna ilość energii kinetycznej.

– Po uderzeniu? – zapytała. A potem powoli rozejrzała się po otaczających nas ekranach. Wszystkie ukazywały czerń kosmosu poznaczoną plamkami gwiazd. – Tutaj, na obrzeżach układu, są tylko chmury kawałków lodu i skał, komety i tego rodzaju rzeczy.

– Otóż to. Proszę dostroić czujniki. Chcę wiedzieć, czy wykryjemy jakąś aktywność. Cokolwiek, nawet statek górniczy.

Odwróciła się i poszła wydać polecenia swojej ekipie. Po jej surowej minie domyśliłem się, że nie odpuści tym biednym draniom, dopóki nie zobaczy rezultatów.

Hagen podszedł do mnie, gdy tylko zniknęła Langston.

– Przykro mi, kapitanie – odezwał się.

– Z jakiego powodu?

– Obsady mostka. Próbowałem zachować tyle najważniejszych osób, ile się dało, ale przyszła wiadomość, że wyruszamy natychmiast. Nie było czasu dyskutować z decyzjami dowództwa, które w swej bezgranicznej mądrości wysłało przez transmat dużą liczbę żółtodziobów.

– Rozumiem. Zrobimy, co się da. W jakim stanie jest „Diabeł Morski”? W jakim stopniu jesteśmy tak naprawdę gotowi?

Hagen pokręcił głową.

– Wszystko dobrze, pod warunkiem że nie trzeba będzie uciekać… ani walczyć.

– Wspaniale. Dopóki pana nie wezwę, proszę siedzieć na dolnych pokładach i osobiście doglądać napraw.

Kiwnął głową. Rozumiał, że go nie zbywam, tylko powierzam mu kluczowe zadanie.

– Dam popalić każdemu, kto będzie próbował się obijać, sir.

Po tych słowach wyszedł. Wiedziałem, że nie żartował. Gdyby trafił się ktoś, kto spędzi na koi choćby sekundę dłużej niż regulaminowe osiem godzin, lepiej niech czymś zakryje kość ogonową. Hagen nosił ciężkie buty i nie wahał się ich użyć.

– Sir? – odezwał się oficer łączności. – Kapitan Urgh na linii.

– Odbiorę prywatnie, przez syma.

Kazałem symbiontowi przekierować rozmowę do mojego własnego układu nerwowego, dzięki czemu mogłem rozmawiać z Terrapinianinem, jakby stał przede mną, choć tak naprawdę znajdował się dobrych dziesięć tysięcy kilometrów dalej.

– Kapitanie Blake? – odezwał się żółw. – Dziwi nas wasze zachowanie. Zwyczaj nakazuje, żeby podwładny skrócił dystans i podążył za okrętem flagowym.

– No tak… – powiedziałem, nie chcąc przyznać, że ledwo jesteśmy w stanie latać. – Doznaliśmy, yy, uszkodzeń podczas podróży przez wyrwę. Mamy nowe silniki, które nie działają ze stuprocentową sprawnością.

Czarne oczy Urgha poruszyły się.

– Rozumiem. To bardzo niefortunne.

– Co takiego?

– Wykazujesz nieszczerość, tchórzostwo albo faktyczną słabość. Każda z tych rzeczy jest nie do przyjęcia u podwładnego.

Współpracowaliśmy od godziny, a stary dobry Urgh już mi działał na nerwy.

– Żadne z tych określeń nie jest trafne – zapewniłem. – Dokąd lecimy?

– Oczywiście na naszą planetę. Zniszczymy Fexa i przerwiemy oblężenie… albo zginiemy, próbując.

Zamrugałem ze zdziwieniem.

– Hmm. – Nie podobał mi się ten plan. Większość Kherów wybierała bardzo bezpośrednie rozwiązania, przez co Imperium albo podstępni dranie pokroju Fexa z reguły pokonywali ich taktycznie. – Ile jednostek ma na orbicie waszej planety Fex?

– Około czterdziestu. Ale tylko połowa to większe okręty. Resztę stanowią jednostki wsparcia.

– A ile myśliwców?

Wzruszył ramionami.

– Kilkaset. Słuchaj, Blake, nie ma czasu do stracenia. Więc gdybyś zechciał polecieć za mną…

– Wyjaśnisz mi plan ataku, Urgh?

– Plan? Jest całkiem sprytny. Przybyliśmy daleko od wewnętrznych planet, żeby mieć czas na zwiększenie prędkości. Wykorzystamy pełen ciąg silników, żeby rozpędzić się w stronę wrogiej floty. Po drodze wystrzelimy rakiety, a co najmniej dwa okręty zniszczymy na pewno, taranując je w chwalebnym finale.

– Taranując… – powiedziałem, niezbyt zadowolony ze szczegółów planu. – Poczekasz chwilę, Urgh?

Gorączkowym gestem przyzwałem Langston. Podeszła z ponurą miną, a ja tymczasem zadbałem, żeby Urgh nie usłyszał, co mówię, wykorzystując funkcję podobną do przycisku wyciszenia mikrofonu. Kosmita natychmiast zaprotestował:

– Kapitanie Blake? Zepsuł wam się system łączności? Czy wszystkie ziemskie jednostki są wadliwe?

Ignorowałem go przez kilka sekund, spoglądając na Langston.

– Potrzebuję faktów – powiedziałem jej. – Z jakimi siłami mamy do czynienia?

– Jeszcze nie wykryliśmy wszystkich jednostek na orbicie Terrapinu, ale te większe tak. Zidentyfikowaliśmy do tej pory dwadzieścia jeden okrętów. Wszystkie przewyższają nas tonażem.

Była blada, i to nie z powodu braku słońca.

– Rozumiem. Urgh oczekuje, że polecimy z nim i wykonamy samobójczy atak na wroga. Nie ma szans, żeby tylko dwa okręty przerwały oblężenie. Albo chociaż je spowolniły.

– Jest jeszcze inna kwestia, sir – powiedziała komandor. – Tu również są jednostki wroga. W lokalnym Pasie Kuipera, niedaleko nas.

– Ile? – zapytałem ostro. – I jak dużych?

– Niewielkie holowniki, łodzie patrolowe. Może tuzin rozproszony po całym regionie.

Uśmiechnąłem się. W głowie kiełkował mi plan.

8

Wśród rebelianckich Kherów najgorszą sławą cieszyły się te szczepy, które pochodziły od małp naczelnych. Z reguły byliśmy bystrzy, subtelni i nieporównywalnie bardziej podstępni od reszty. Typowego Khera te cechy napawały odrazą. Oni niczego tak nie lubili jak otwartej walki, a bardziej niż zwycięstwo interesował ich honor i zasady społeczne.

 

Dziś wyczułem, że stanąłem z kapitanem Urghem przed takim dylematem. Wiedziałem, że nie spodoba mu się mój plan ataku, choć miał znacznie większe szanse powodzenia niż jego obłąkańcza szarża. Problem z Kherami jest jednak taki, że z nimi nie wolno być szczerym – chyba że chce się polec w blasku chwały. Należało ich zwyczajnie oszukać.

– Kapitanie Urgh – odezwałem się, wyłączając wyciszenie i skupiając całą uwagę na Terrapinianinie, który w zasadzie był moim dowódcą.

– Nadal tu jestem, Blake. Co tyle trwa? Okręt ci się rozpada w szponach?

– Rzeczywiście, doświadczam trudności technicznych – powiedziałem, co nie było do końca kłamstwem. – Nie jesteśmy w stanie zwiększyć ciągu, czego wymaga twój plan. Dokonujemy napraw tak szybko, jak możemy.

– Co za rozczarowanie – poskarżył się Urgh. – Nie miałem pojęcia, że ziemskie okręty są tak delikatne. Może niepotrzebnie prosiłem o waszą pomoc.

– No cóż, zaczekaj, aż zobaczysz nas w bitwie. Wtedy nie będziemy zbędnym balastem.

Zaniepokojony Samson zaczął mi dawać znaki zza swojego stanowiska. Monitorował status okrętu i wiedział, że „Diabeł Morski” jeszcze nie nadaje się do walki. Odwróciłem się od niego, żeby mnie nie rozpraszał.

– Słuchaj, Urgh – powiedziałem – nie ma sensu, żebyśmy tu tkwili z założonymi rękami. Nawet podczas napraw możemy stąd wpłynąć na wynik bitwy.

– W jaki sposób?

– W okolicy znajduje się pewna liczba jednostek. Zdajesz sobie sprawę z ich obecności?

– Oczywiście. Zbierają komety i zmieniają ich orbity. Te spadające kamienie mogą przebić się przez naszą tarczę planetarną.

– W takim razie czemu ich nie zaatakujemy, żeby przerwać bombardowanie?

– Rozważałem to – odparł Urgh. – Ale w ten sposób nie przerwiemy oblężenia. Fex po prostu wyśle eskadrę, żeby nas powstrzymała.

Przewróciłem oczami.

– Tak, ale…

Nie było to łatwe, ale zdołałem wyciągnąć z Urgha uzasadnienie dla jego rozumowania. Po pierwsze, chciał dokonać czegoś dramatycznego, i to jak najszybciej. Chciał, żeby wszyscy mieszkańcy planety dostrzegli w nim bohatera, który poświęcił dla nich życie. Po drugie, uznał, że sytuacja i tak jest beznadziejna, więc czemu miałby się ograniczać?

Kiedy się rozłączył, Hagen znów stanął u mojego boku.

– To samo podejście, co zawsze. Dopiero przylecieliśmy, a oni już nazywają nas tchórzami.

– Podsłuchiwał pan?

– Wpadło mi w ucho parę kluczowych informacji – przyznał, wzruszając ramionami.

– Chce mi się zgrzytać zębami, kiedy z nimi rozmawiam – powiedziałem. – Oni nie myślą o wojnie w taki sposób jak współcześni ludzie.

– Na pewno nie są gotowi na wszystko, żeby wygrać. Czemu?

– Bo chcą każdą bitwę rozegrać jak najbardziej honorowo. Chcą mieć poczucie, że dobrze wypadli, niezależnie od wyniku. A jeśli kiepska taktyka doprowadzi do porażki? Wtedy przynajmniej mogą się pocieszyć, że przegrali z klasą.

– Zawsze tak jest? Jak im się udaje cokolwiek wygrać?

– No, nie zawsze – przyznałem. – Takie nastawienie Kherów nasila się, jeśli konflikt jest nie do wygrania. Jednak gdy walka jest bardziej wyrównana, potrafią walczyć ze sprytem. Lecz kiedy nie ma szans na zwycięstwo, najlepszą odpowiedzią jest pokaz męstwa.

– To mi przypomina armie z ziemskiej przeszłości – mruknął z namysłem Hagen. – Wiele źródeł historycznych podaje, że rycerze szarżowali bez rozkazu na linie wroga. Czasem byli zbyt niecierpliwi albo zbyt dumni, żeby czekać.

– Racja. Dobre porównanie.

– Często takie zrywy – kontynuował – kończyły się druzgoczącą porażką, tak jak wtedy, gdy francuscy rycerze zaszarżowali na Anglików pod Azincourt. Co możemy zrobić, żeby nie stać się bohaterami jakiejś pieśni żałobnej Kherów, sir?

– Powiem panu jedno: nigdy nie dążyłem do chwalebnej śmierci. Prawdę mówiąc, starałem się jej uniknąć w jakiejkolwiek postaci.

Hagen roześmiał się.

– Z tego powodu – ciągnąłem – niektórzy rebelianccy Kherowie nazywali mnie tchórzem, choć nie zgadzam się z tym określeniem. Jak to ujął kiedyś generał Patton, wojen nie wygrywa się, umierając za własną ojczyznę. Wygrywa się, sprawiając, że to przeciwnik zginie za swoją.

– Dobrze powiedziane. Więc co teraz?

Zmieniłem za pomocą syma widok na głównym wyświetlaczu i dałem Hagenowi znak, żeby spojrzał.

– Widzi pan, gdzie znajdują się te holowniki i jednostki pomocnicze? Lecimy za nimi. Zniszczymy maszynę oblężniczą Fexa.

– Urghowi się to nie spodoba – skomentował Hagen. – Wolałby jak najszybciej zaszarżować.

– Do diabła z Urghiem. Wygramy tę bitwę wbrew sojusznikom.

9

Mój plan miał, niestety, pewną wadę – wrogie holowniki były dość daleko. Silniki mieliśmy faktycznie w opłakanym stanie, więc nie mogliśmy się rzucić na ofiary, musieliśmy podlecieć wolno, dając przeciwnikowi dużo czasu na reakcję. Jednostki były przeważnie bezzałogowe, więc nie wątpiłem, że uciekną. Nawet kodeks honorowy Kherów pozwalał na ucieczkę, kiedy holownik stawał oko w oko z okrętem wojennym.

Zszedłem na niższe pokłady, do sekcji laboratoryjnej w rufowej części „Diabła Morskiego”, gdzie zastałem doktora Abramsa i jego ekipę ciężko pracujących mózgowców.

– Doktorze, masz chwilkę?

Nawet nie podniósł wzroku, kiedy wszedłem do laboratorium. Próbował mnie zbyć machnięciem ręki.

– Nie, nie mogę ci pomóc, Blake, przykro mi.

Zmarszczyłem brwi i mimo wszystko podszedłem. Mózgowcy ucichli i zrobili mi miejsce. Tylko Abrams nadal unikał mojego wzroku.

– Przykro mi – powtórzył, wciąż odwrócony plecami. – Nie mogę sprawić, żeby „Diabeł Morski” przyspieszył. To nie byłoby bezpieczne, a poza tym silniki i tak nie dałyby rady.

– Więc wydaje ci się, że wiesz, czego od ciebie oczekuję? O to chodzi?

Abrams zaśmiał się gorzko.

– Kiedy przychodzisz nękać pracowników laboratorium, żądasz zawsze tego samego: niemożliwego.

– Hmm – mruknąłem, podchodząc bliżej i okrążając Abramsa.

– Mogę pomóc w czymś jeszcze? – zapytał lodowatym tonem.

– Pewnie. Możesz mi znów powiedzieć, czy jesteś Godwinem.

– Co?! Jestem urażony, kapitanie!

– I słuszne. Nie musisz koniecznie współpracować. Istnieją na to testy. Niestety, właśnie ty stworzyłeś standardy biometryczne dla tych testów. Czy to tylko podejrzany zbieg okoliczności, a może coś więcej?

Wreszcie skupiłem na sobie uwagę Abramsa. Przyglądał mi się zszokowany, a tymczasem jego podwładni przezornie uciekli. Słyszałem trzaśnięcia drzwi, kiedy ewakuowali się do bezpieczniejszych części okrętu.

– Masz czelność oskarżać mnie o bycie Nomadą?

– Raz już nim byłeś.

– Nieprawda! – ryknął, machając mi tuż przed nosem swoim kościstym palcem. – Byłem wtedy jeńcem. Godwin zajął moje laboratorium, naśladując…

– Tak, tak. – Musiałem mu przyznać rację. – Byłeś niewinną ofiarą. Prawdę mówiąc, po prostu użyłem detektora od Ursów. Według odczytów jesteś człowiekiem.

Abrams nieufnie łypnął na urządzenie obcych w mojej dłoni. Ursahn i jej załoga zostawili je, kiedy szukali imperialnych na „Diable Morskim”. O ile mi wiadomo, potrafiło wykryć tylko imperialnych Kherów, a nie Nomadów, ale Abrams tego nie wiedział. Patrzył na czarną, wciągającą powietrze końcówkę urządzenia jak na głowę jadowitego węża.

– Zdaje się, że ty to ty – obwieściłem. – Dobrze wiedzieć, Abrams. Nie chciałbym cię wyrzucić w kosmos.

Poklepałem go po ramieniu, ale on odtrącił moją dłoń.

– Czemu mi grozisz w tak prymitywny sposób? Nie jestem zdrajcą.

– Ale od samego progu odmówiłeś pomocy swojemu kapitanowi. I nawet nie miałeś odwagi spojrzeć mi w oczy i wyjaśnić, czemu nie pomożesz.

– Och… o to chodzi. Moje działania nie są dostatecznie zrozumiałe? Sądziłem, że nawet osoba o twoim poziomie intelektualnym… no, nieważne. Może jesteś jeszcze mniej spostrzegawczy, niż podejrzewałem. Ale to nieistotne! Wytłumaczę ci sytuację.

Zaczął omawiać stan naszych silników do poruszania się po układzie. Ledwo działały i potrzebowaliśmy co najmniej tygodnia na ich kalibrację i regulację. Słuchałem uprzejmie, choć znacznie bardziej interesował mnie stan silnika do podróży nadświetlnych. A o tym Abrams wspomniał tylko przelotnie.

Kiedy skończył, kiwnąłem głową i ponownie poklepałem go po ramieniu. Spojrzał na moją dłoń tak, jak patrzy się na natrętnego owada.

– Dzięki za wykład, doktorze – powiedziałem. – Potwierdziły się moje podejrzenia, więc decyzja stała się jeszcze prostsza. Musimy podjąć to ryzyko.

– O czym ty bredzisz, Blake? Przecież właśnie ci tłumaczyłem, że te silniki…

– Tłumaczyłeś, dlatego nie zamierzam ich użyć. Chcę wykonać skok: otworzyć wyrwę, wyjść z tunelu tuż przy wrogich holownikach i zniszczyć je, zanim zdążą uciec. To jedyny sposób.

– Co to za nonsens?

– Czym się irytujesz? Można powiedzieć, że sam podjąłeś decyzję. Skoro nie możemy ich dorwać przy użyciu silników konwencjonalnych, trzeba otworzyć wyrwę i darować sobie pościgi. Teraz cię zostawię, a ty dokonaj obliczeń nawigacyjnych. Masz godzinę.

Abrams zaczął się jąkać, kręcąc głową. Czułem, że zaraz straci cierpliwość.

– Niemożliwe! Absurdalne! Niedorzeczne!

– Sam mówiłeś, że napęd nadprzestrzenny działa normalnie – przypomniałem.

– Tak, tak, oczywiście.

– Więc czemu nie możemy wykonać skoku w obrębie układu?

Spiorunował mnie wzrokiem.

– Kapitanie Blake. Nie dysponujemy jeszcze taką precyzją. Bez wątpienia zboczymy z kursu.

– Na tak krótkim dystansie?

– Owszem. Usprawniliśmy napęd, ale to nie jest czarodziejska różdżka. Nadal mamy… problemy z celnością.

Teraz to ja się rozgniewałem.

– Słuchaj, doktorku, rozumiem twoje obawy, ale nie mamy wyboru. Albo zaskoczymy te holowniki, albo Fex przejmie układ. Terrapinianie będą musieli się poddać.

Abrams zrobił dwa szybkie kroki i stanął tuż przy mnie.

– Czy w ostatecznym rozrachunku to byłaby wielka strata?

– Tak, byłaby – odparłem z irytacją – bo jedną szybką akcją możemy ich ocalić i dodać do listy naszych sojuszników. A Ziemi potrzeba sprzymierzeńców.

– Ależ, kapitanie…

– Wyznacz kurs, Abrams. Masz godzinę.

– A co, jeśli zboczymy z kursu?

– To tylko parę jednostek astronomicznych, człowieku!

– To bez znaczenia. Dysponujemy bardzo ograniczoną wiedzą o dużych, nieruchomych studniach grawitacyjnych w tej części Galaktyki. Komputer musi rozpoznać naszą pozycję, śledzić ją i sprowadzić nas z powrotem w praktycznie tym samym miejscu w skali kosmicznej. Skok na bliski dystans jest trudniejszy, a nie łatwiejszy!

Przynajmniej raz zrozumiałem jego techniczne wyjaśnienia.

Jako że nasza metoda podróży nadświetlnej opierała się na wlatywaniu do tunelu czasoprzestrzennego i wykorzystywaniu studni grawitacyjnych do nawigacji, wyobrażałem sobie, że dłuższy skok faktycznie może być łatwiejszy od krótkiego.

– Więc mówisz, że nasze przyrządy potrzebują czasu na pomiar przebytego dystansu?

– Ach! – wykrzyknął Abrams, a jego twarz rozjaśniła się. – Niebiosa się otworzyły! Ptaki się rozśpiewały! Ten uśpiony organ w twojej czaszce wreszcie zaczął pracować!

Zignorowałem tę obelgę. Z Abramsem nie da się współpracować, nie mając grubej skóry. Na szczęście potrafiłem skupić się na innych rzeczach niż jego wstrętna osobowość.

Przez chwilę głowiłem się nad rozwiązaniem tej zagadki.

– A co powiesz na to? – zapytałem. – Gdybyśmy szybko wyskoczyli do innego układu, a potem zaraz wrócili? W ten sposób przebędziemy wystarczająco duży dystans, a komputer powinien bez problemu rozróżnić koordynaty.

Abrams pokręcił głową tak szybko, że omal nie opluł mnie kropelkami śliny.

– Nie, nie, nie! Dwa skoki? Na nieprzetestowanym sprzęcie? To samobójstwo!

Spojrzałem na niego uważnie spod zmrużonych powiek.

– Nieprzetestowanym? Co wyście tu wyprawiali? Grzebiecie przy moim statku od iluś miesięcy i wcale nie jest lepszy niż na początku?

– „Diabeł Morski” jest najszybszym i najbardziej precyzyjnym okrętem w naszej flocie… teoretycznie. Ale może już zapomniałeś, że kazano nam wylecieć w pośpiechu. Nie miałem czasu odpowiednio sprawdzić nowego napędu.

– Więc przy każdym jego użyciu istnieje zagrożenie, że coś pójdzie nie tak?

– Tak – przyznał.

– Jak duże?

Abrams wzruszył ramionami, strzelając oczami na boki.

– Trudno powiedzieć. Ale na pewno jeden skok byłby bezpieczniejszy od dwóch.

Nabrałem powietrza, a potem je wypuściłem.

– Przekonałeś mnie. Zrobimy to jednym skokiem.

– Co? Nie, nie, Blake, nie to miałem na myśli. Chodziło mi o pojedynczy skok, który wykonamy, kiedy ta wojskowa przygoda się skończy. Przecież kiedyś trzeba wrócić do domu.

 

– Zgadza się. Ale najpierw trzeba wykonać misję. Czy ci się to podoba, czy nie, ocalimy Terrapin, Abrams. Jeśli masz problemy techniczne, najlepiej, żebyś skupił się na naprawie kluczowych systemów, jak choćby silników. Później może nie być okazji.

Przez chwilę ignorowałem jego sapnięcia i protesty. Miałem gdzieś, co mówi, a zresztą i tak przestałem go słuchać.

– Doktorze – powiedziałem, kiedy trochę ochłonął – pora działać. Albo zginiemy, albo nie… ale w każdym razie nie będziemy dłużej siedzieć z założonymi rękami. A teraz zadbaj o to, żeby się udało. Rób, co musisz.

Pokiwał głową, robiąc taką minę, jakby się pochorował.